Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2012. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 stycznia 2013

#231


Są książki, po które sięgamy z wielką przyjemnością. Są książki, które sprawiają, że odrywamy się od codzienności, zatapiamy się w świecie bohaterów. Wraz z nimi dokonujemy wyborów, towarzyszymy im w codziennych obowiązkach, śmiejemy się, rozpaczamy. Jednym słowem bohaterowie książek są naszymi przyjaciółmi. Są też książki, które sprawiają, że każdą kolejną stronę przewracamy z wielkim uśmiechem na twarzy. Do takich książek należą na pewno książki Katarzyny Michalak, Tej Michalak lub jak to sama Autorka mówi KejtEm. Na pewno do tych optymistycznych, pełnych humoru, ciętych ripost głównej bohaterki zaliczyć mogę książkę „Powrót do Poziomki”, dalsze losy Ewy, Julki, Witka, Andrzeja i reszty.

W Poziomce życie płynie spokojnym trybem, nic nie zapowiada nadchodzących zmian. Ewa po urlopie macierzyńskim, kiedy odchowała już Julijkę, postanawia wrócić do pracy. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że ktoś musi zaopiekować się dzieckiem podczas jej nieobecności. Mógłby to zrobić Witold, jednak ten informuje żonę, że jego projekt wygrał w konkursie i planuje wyjazd do Korei. Nie na tydzień lecz na kilka tygodni. Ewcia wpada w popłoch i koniecznie chce wyjechać razem z nim. No bo jak to, tam gdzie mąż tam i żona. Niestety przygotowania do wyjazdu Ewy nie kończą się szczęśliwie i do Korei leci sam Witold. Jednak na samej Korei jego wyjazd się nie kończy. W rzadkich e-mailach do żony informuje ją, że postanowił przedłużyć pobyt na Wschodzie i wybiera się do Indii, potem Chin a na końcu Japonii. No ale jak to tak? Sam? Bez żony, córki? Przecież ma obowiązki, nie jest wolnym strzelcem, że leci gdzie chce. Karolina trafia do szpitala, gdzie rodzi dwóch chłopców. Andrzej niestety wpada w tarapaty z których może nie wyjść obronną ręką. Ewa zatrudnia nianię do opieki na Julijką i… Tyle, więcej szczegółów nie zdradzę.

Przyznaję, że za każdym razem kiedy zaczynam czytać książki Kasi Michalak zatracam się w jej świat. Wszystko pozostałe przestaje istnieć. Bo Kasia ma w sobie taki talent, że kiedy zaczynamy czytać jesteśmy ciekawi co będzie dalej. Buduje napięcie przez szybkie zwroty akcji: chociażby postrzelona Ewa gdy ratują Binga z opresji, albo historia z porzuconą torbą na lotnisku. Przy książkach Tej Michalak nie można się nudzić. Język którym jest napisana książka zalicza się do prostych, przygody głównych bohaterów, czasem wydają się nieprawdopodobne, a tarapaty w jakie wpada Ewa sprawiają, że salwy śmiechu murowane. Chociaż, w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać co Autorka jeszcze szykuje, bo nieźle wystawiła na próbę uczucie łączące Ewę z Witoldem. Aż takich zwrotów akcji nie oczekiwałam.

Z wielką przyjemnością wróciłam do Poziomki, do jej mieszkańców, czworonogów. Można powiedzieć, że poczułam się jakbym wróciła po długiej podróży do domu. Do domu, który pachnie ciastem drożdżowym i w którym słychać gaworzenie małej Julki, a po podwórku biega Gapa wraz z Kłapouszką.

„Powrót do Poziomki” spodoba się wszystkim, którzy szukają książki z wartką akcją oraz tych którzy potrzebują dużej dawki optymizmu. Moim zdaniem książki Katarzyny Michalak powinni przepisywać jako poprawiacze humoru w trybie natychmiastowym. Bo książki Kasi takie właśnie są. Cieszę się, że będzie ich więcej. Polecam!

środa, 28 listopada 2012

#225

 
O Gabrieli Gargaś autorce „Jutra może nie być" usłyszałam całkiem przypadkiem jakiś czas temu w księgarni w której pracuję. Nasza stała klientka polecała innej klientce książkę „W plątaninie uczuć“. Wspominała, że ta książka zmienia życie. Zapamiętałam więc nazwisko Autorki i obiecałam sobie, że kiedyś przeczytam, którąś z Jej książek. Kiedy nadarzyła się możliwość przeczytania „Jutra może nie być“, nie wahałam się ani chwili. 

Poznajemy Kingę, lat około trzydziestu. Jest w związku z Darkiem od siedmiu lat. Za pół roku wychodzi za mąż. Jednak tak do końca związek w którym jest, nie jest takim jaki oczekuje by był. Dochodzi do wniosku, że całkowicie rozmija się ze swoim narzeczonym. Że uczucie, które kiedyś ich łączyło całkowicie się wypaliło. Że zamiast miłości towarzyszy im już tylko przyzwyczajenie i obojętność. Rozstaje się więc z Darkiem. Na jednym z portali społecznościowych odnajduje M., mężczyznę który dawno temu ją fascynował. Odnawiają swoją znajomość. Na początku jest to kontakt głównie drogą elektroniczną. Jednak po jakimś czasie zaczynają się spotykać w „realu“. Niby wszystko w porządku, jednak M. ma żonę. W końcu chcąc nie chcąc nawiązują romans, pojawia się wzajemna fascynacja i namiętność. Tylko czy tak do końca ten romans to dobre wyjście? Przecież zdrada prędzej czy później wyjdzie na jaw? Czy tym razem też tak będzie? Czy można być szczęśliwą będąc tą „trzecią“?

Przyznaję, że nie miałam pojęcia co mnie spotka podczas lektury tej książki. Nie wiedziałam jaki styl ma Autorka ani czy jej debiutancka powieść będzie w stanie mnie porwać. No i przede wszystkim czy bohaterka sprawi, że się z nią „zaprzyjaźnię“. Wszelkie obawy zniknęły gdy tylko zagłębiłam się w kolejne strony historii Kingii oraz M. 

Autorka w swojej powieści porusza wiele ważnych tematów. Tematów, które są jak najbardziej „ludzkie“. Na początku Autorka wspomina o obojętności i przyzwyczajeniu w związku. Czasem zdarza się, że po wielu latach wspólnego życia z drugim człowiekiem, kiedy zostaje zaproszone przyzwyczajenie miłość wychodzi. Nie oszukujmy się, w pewnym momencie może się zdarzyć, że rutyna zabije miłość. To od nas zależy by tak nigdy się nie stało. W powieści pojawia się także temat zdrady. Jest to temat rzeka i wiele na jej temat napisano. Autorka jednak ukazuje nam tę zdradę oczami kochanki. Kobiety, która naiwnie (ale czy aby na pewno?) oczekuje tego,  że On rozwiedzie się z Żoną i nie będą musieli się ukrywać. Muszę powiedzieć, że w niektórych momentach ta naiwność Kingi mnie wkurzała. Jednak po przeanalizowaniu tego wszystkiego doszłam do wniosku, że zakochana kobieta jest zdolna do wielu poświęceń, wyrzeczeń. A poza tym czeka na telefon, na spotkanie, na to, że On w końcu odejdzie od Żony. Przecież obiecywał. 

Kiedy na początku powieści poznawałam Kingę zastanawiałam się dlaczego pcha się w ten chory układ? Absolutnie jej nie oceniałam ani nie potępiałam. Z czasem jednak inaczej spojrzałam na Jej życie, na wybory, na to jaka była i czego pragnęła. Jest szansa, że takie Kingi mieszkają obok nas. Może nawet czasem je spotykamy w kinie, w sklepie czy też w pobliskiej kawiarni. 

„Jutra może nie być“ to bardzo autentyczna, życiowa i poruszająca powieść. Od pierwszych stron sprawia, że nie potrafimy się od niej oderwać. Postacie są z krwi i kości. Mają codzienne i niecodzienne problemy z którymi się borykają. Nienawidzą i cierpią kochając. To naprawdę mocny debiut. Polecam tę książkę wszystkim, bo pokazuje życiowe problemy z różnej strony. Zmusza do przemyśleń, do spojrzenia na własne życie z innej perspektywy. Pokazuje, także że kocha się mimo wszystko. Mimo bólu, mimo cierpienia. Polecam i przyznaję, że z ogromną ochotą zapoznam się z innymi książkami Gabrieli Gargaś. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Feeria

środa, 7 listopada 2012

#222



Kiedy zamknęłam książkę „Alibi na szczęście” czułam maleńki niedosyt. Kilka spraw nie zostało wyjaśnionych. Na półce czekała już kontynuacja debiutu Anny Ficner-Ogonowskiej „Krok do szczęścia”. Jednak za tę powieść nie zabrałam się od razu. Musiała chwilkę poczekać. Wiedziałam jednak, że nie może czekać długo, bo wkrótce zapomnę co działo się w „Alibi…” Tak więc w końcu przyszedł moment, kiedy usiadłam w ulubionym fotelu i zabrałam się za lekturę dalszych losów Hani, Dominiki oraz ich najbliższych.

Ślub Dominiki zbliża się nieubłaganie  Niestety Hania, zamiast cieszyć się szczęściem siostry, coraz bardziej zaczyna zatracać się we wspomnieniach. Nie są one jednak pozytywne. Tkwią w niej niczym drzazga pod skórą. Nie potrafi sobie z nimi poradzić. Wie, że powinna o tym wszystkim co wydarzyło się w przeszłości zapomnieć i żyć dalej. Jednak nie jest to takie proste jakby się wydawało. Dominika stara się by Hania wreszcie zmierzyła się z przeszłością. Mikołaj coraz bardziej stara się zbliżyć do dziewczyny. Nie chce już czekać, chce wziąć sprawy w swoje ręce. Jednak Hanka znów otacza się swoim murem. Dodatkowo na jaw wychodzi skrzętnie ukrywana rodzinna tajemnica, która jeszcze bardziej komplikuje i tak już zagmatwane życie Hani.

No cóż, przyznaję, że druga część historii Hani, Mikołaja i Dominiki jest jakby bardziej dynamiczna. Jest tutaj więcej wątków, odkrywanych tajemnic. Znów mamy życiowe zmagania głównej bohaterki ze swoją przeszłością. Nadal jest ból po utracie najbliższych osób. Jednak jest także nadzieja na nowsze i trochę lepsze i szczęśliwsze życie. Tylko czy Hania potrafi się na to szczęście znów otworzyć?

Nie wiem dlaczego ale bardzo wkurzała mnie główna bohaterka. Hanka nie potrafiła żyć bez umartwiania się, wychodzi na to, że straszna z niej masochistka. Zastanawiam się dlaczego Autorka zrobiła z niej taką męczennicę? Dlaczego nie pozwoliła jej definitywnie rozliczyć się z przeszłością? Raz a dobrze. I kiedy teraz o tym myślę dochodzę do wniosku, że dość często rozpamiętujemy to co wydarzyło się dawno temu. Hodujemy w sobie wspomnienia, które są w nas głęboko zakorzenione. Czasem nie chcemy się ich pozbyć, by o nich stale pamiętać. Wydaje mi się jednak, że to co było kiedyś powinno zostać w przeszłości, natomiast powinniśmy żyć teraźniejszością i spoglądać w przyszłość a nie w przeszłość. Bo to co było już nie wróci.

Zakończenie książki oraz nie wytłumaczone wszystkim tajemnice sugerują kolejną część. W sumie nie miałabym nic przeciwko temu by poznać dalsze losy Mikołaja i Hani. Mam tylko nadzieję, że Hanka pójdzie po rozum do głowy i weźmie się w garść. No i przede wszystkim przestanie użalać się nad sobą.

„Krok do szczęścia” to ciepła opowieść o tym, że nawet największy pesymista w końcu wyjdzie ze swojej czarnej norki. To także dowód na to, że przyjaciele są w naszym życiu ważnym ogniwem, że zawsze chcą dla nas jak najlepiej. Nawet wtedy kiedy musimy pokonać demony przeszłości. To również historia miłości cierpliwej. Polecam.   

sobota, 20 października 2012

#219


Wszędzie ostatnio głośno o debiutującej autorce Annie Ficner – Ogonowskiej oraz o Jej debiutanckiej powieści „Alibi na szczęście“. Przyznaję, że książkę zakupiłam w momencie, gdy pojawiła się w księgarniach. Jednak wolałam spokojnie poczekać aż minie wielki szał i samej przekonać się czy wszystkie „Ochy i achy“ są zasłużone.

Główną bohaterką powieści jest Hania. Poznajemy ją w momencie swojego urlopu nad morzem. Spędza go u swojej dobrej znajomej Pani Irenki. Hania nad morze przyjeżdża od lat, jest to miejsce, w którym może spokojnie pomyśleć i się wyciszyć. Na co dzień jest nauczycielką języka polskiego w jednym z warszawskich liceów. Przyjaźni się z Dominiką, dziewczyną z temperamentem i to, co w głowie to na języku. Gdyby nie Dominika, jej przyjaciółka i prawie siostra, Hania dawno popadłaby w depresję. Pewnego dnia w życiu Hani pojawia się przystojny architekt Mikołaj. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie przeszłość Hanki, która nie pozwala dziewczynie otworzyć się na miłość. Mikołaj się nie poddaje i chce zbliżyć się do dziewczyny. Czy mu to się uda? Czy Hania w końcu pozbędzie się swojego alibi do szczęścia? Czy w końcu miłość wygra ze strachem a Mikołaj wykaże się anielską cierpliwością przy „zdobywaniu“ Hani?

Sceptycznie podchodziłam do tej powieści. Ale to pewnie przez te wszystkie zachwyty i raczej pozytywne recenzje, znajdywane w internecie. Bo przecież skoro same pozytywy to pewnie jest tutaj „pies pogrzebany“. I co? I nie ma. Faktycznie książka zachwyca. Jest to jak dla mnie bardzo udany debiut. No dobra, czasem główna bohaterka doprowadzała mnie do białej gorączki. Miałam wielką ochotę nią wstrząsnąć i powiedzieć żeby wzięła się w garść i zaczęła żyć. Bo jak tak dalej pójdzie, życie jej przecieknie między palcami. Podziwiałam Mikołaja za jego upór. Za to, że nie poddawał się i chciał za wszelką cenę zniszczyć mur, którym otoczyła się Hania.

Trzeba zwrócić jeszcze uwagę na bohaterów drugoplanowych. Trzeba przyznać, że bez nich historia byłaby mało barwna. Najbardziej przypadła mi do gustu Zuzia, wnuczka Pani Irenki. Takie żywe dziecko to skarb. Nie można jeszcze zapomnieć o Dominice. Ta dziewczyna to istny żywioł i dzięki swojemu temperamentowi i niewyparzonemu językowi nadaje powieści lekkiego smaczku. No i nie możemy zapomnieć, że wspiera i wyciąga z dołka główną bohaterkę. Taka przyjaciółka to skarb.

Mimo swojej objętości, książkę czyta się dość sprawnie. Wciąga od pierwszych stron. Od samego początku jesteśmy ciekawi, jaką to tragiczną przeszłość ukrywa przed Mikołajem, Hania. Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że nie może otworzyć się na miłość i uczucie? Książka pokazuje, że w naszym życiu miłość jest najważniejsza, że ona nadaje mu sens. Mimo iż przeżyliśmy tragedię trzeba żyć dalej, bo życie jest za krótkie na rozpamiętywanie przeszłości. Polecam!



środa, 10 października 2012

#217


Jadąc na wakacje obiecywałam sobie, że księgarnie będę omijać wielkim łukiem. Niestety na obietnicach się skończyło. Będąc w Sopocie wstąpiłam na kawę do Bookarnii czyli miejsca obowiązkowego na liście książkoholika do odwiedzenia podczas urlopu w Trójmieście. Czytając tytuły książek stojących na półkach natrafiłam na najnowszą książkę Małgorzaty Kalicińskiej „Irena“ napisanej razem z córką Basią Grabowską. Wzięłam ją do ręki i odruchowo zajrzałam na okładkę w celu przeczytania „o czym jest powieść“. Mój mężczyzna spojrzał na mnie i zapytał czy na pewno chcę właśnie tę książkę. Odpowiedziałam, że i owszem chcę tę książkę, bo skoro po przeczytaniu pierwszej strony na mojej twarzy pojawił się uśmiech to książka musi być świetna.

„Irena“ to opowieść o trzech kobietach: Irenie, Dorocie oraz Jagodzie. Irena, to sędziwa staruszka, która właśnie została wdową. Jej mąż Feliks, odszedł nieoczekiwanie we śnie. W dojściu do siebie pomaga jej Dorota, ponad pięćdziesięcioletnia kobieta z artystyczną duszą prowadząca swoje własne małe przedsiębiorstwo. A także Jagoda, córka Doroty, dobiegająca trzydziestki singielka, która pracuje w wielkiej korporacji. Irena jest powiernicą Doroty i Jagody, które z każdym problemem biegną właśnie do niej. Między matką i córką narodził się konflikt, można powiedzieć, że pokoleniowy. Dorota twierdzi, że aby kobieta była szczęśliwa potrzebny jest jej mąż, dziecko, ogólnie rodzina. Odmiennego zdania jest Jagoda, która nie ma jeszcze ochoty „babrać się w pieluszkach“. Kiedy konflikt narasta, Irena bierze sprawy w swoje ręce. Czy uda jej się pogodzić skłócone kobiety? Czy tajemnica którą ukrywa Dorota w końcu ujrzy światło dzienne?

Przyznaję, że książkę czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Dialogi  nie są skomplikowane a życiowe problemy w niej zawarte jak najbardziej autentyczne. Całą historię poznajemy z punktu widzenia i matki i córki. Pozwala nam to dowiedzieć jakie spojrzenie na konflikt ma każda ze stron. Jest to ciekawe „zagranie“, gdyż możemy dokładnie przyjrzeć się problemowi różnicy pokoleń.

Książka idealnie nadaje się na jesienne wieczory. Jest ciepła, optymistyczna, jak najbardziej prawdziwa a zabawne dialogi i sytuacje sprawią, że uśmiech nie będzie nam schodził z twarzy. I co z tego, że podobny motyw historii widziany oczami matki i córki już był? Jak dla mnie to się nigdy nie znudzi. Polecam.


czwartek, 6 września 2012

#215

 
Droga Espi!

Ponad rok temu opowiadałam Ci historię braci Borowskich. Była to pierwsza książka Agnieszki Lingas – Łoniewskiej którą miałam możliwość przeczytać. W międzyczasie Agnieszka napisała kilka innych pozycji, jednak ja wciąż z niecierpliwością wyczekiwałam tej jedynej, tej właściwej, kontynuacji „Zakrętów losu“. I tak dzięki uprzejmości Autorki oraz Wydawnictwa Novae Res udało mi się przeczytać „Zakręty losu. Braterstwo krwi“. Weź głęboki oddech i posłuchaj.

Bezpieczeństwo najbliższych nam osób to sprawa priorytetowa. Zawsze staramy się dbać o to żeby naszym bliskim nie działa się krzywda. Łukasz Borowski zostaje świadkiem koronnym i zaczyna współpracę z policją. W ten sposób chce chronić najbliższą rodzinę swojego brata Krzyśka i jego żonę Kaśkę, którzy wiele przez niego wycierpieli. Poza tym chce odkupić winy za to co zrobił w przeszłości i jaki był. Wie, że krzywd wyrządzonych rodzinie się nie zapomina, tak samo jak mafia nie zapomina o nim. Przeszłość daje o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie. Lukas musi wrócić do swojego rodzinnego miasta i rozpocząć grę w której stawką jest spokojne życie jego najbliższych. Ale czy aby na pewno? Jak to w życiu bywa, los jest przewrotny. Na drodze Marcusa vel Lukasa staje Magda, która budzi w nim uśpione dawno uczucia. Mężczyzna musi stawić czoła swojej przeszłości która się o niego upomina. Dodatkowo w ciemne sprawy zostaje wciągnięty jego brat Krzysiek. Mecenas postanawia także dołączyć do gry by chronić swoją ukochaną żonę. Nie chce by przeszłość znów się o nich upomniała w szczególności, że w jakiś sposób udało im się o niej zapomnieć. Czy współpraca braci Borowskich jest w stanie wykończyć mafię? Czy Katarzyna Borowska będzie potrafiła wybaczyć Łukaszowi krzywdy, które wyrządził w przeszłości jej rodzinie? Czy Lukas, bezwzględny gangster będzie znów potrafił kochać? Na te pytania nie mogę odpowiedzieć bo zabiorę ci całą przyjemność czytania powieści.

Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się zapomnieć o oddychaniu podczas czytania książki? Czy z zapartym tchem, nerwowo przewracałaś stronę by dowiedzieć się co będzie dalej? Ja mam tak zawsze kiedy czytam książki Agnieszki. Nie mówię tego wcale z kokieterią dlatego, że znam Autorkę i ją lubię. Mówię to, bo tak właśnie jest gdy zagłębiam się w historie stworzone przez Agnieszkę. Nie mam pojęcia jak Ona to robi, ale dziękuję Jej za te wszystkie emocje towarzyszące przy czytaniu książki. Przyznaję, że pod koniec miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno. Mój facet za każdym razem gdy odkładałam książkę na bok, by wziąć głębszy oddech, śmiał się ze mnie. To nie moja wina, że tak emocjonalnie podchodzę do bohaterów „Zakrętów losu“. Bo ta książka wywołuje skrajne emocje: od nienawiści (tylko tu powinno pojawić się pytanie: do kogo? Jak dla mnie to do Autorki, że tak bardzo zagmatwała losy bohaterów i standardowo wystawiła ich miłość na próbę) po namiętność i miłość, które towarzyszą bohaterom na ich zakrętach losu.

Kiedy dotarłam do ostatniej kropki i zamknęłam książkę znów poczułam się tak jakby ktoś wrzucił moje serducho, rozum i emocje do wielkiego blendera i wcisnął najwyższe obroty. Tak, Agnieszka to potrafi. Dalszymi losami głównych bohaterów wciąga od pierwszej strony i nie pozwala się nawet na chwilę zatrzymać. Targa emocjami na prawo i lewo. Na szczęście daje nadzieję. Otóż „Zakręty losu“ to trylogia a to znaczy, że będzie trzecia część przygód Borowskich. Już nie mogę się doczekać książki „Zakręty losu. Historia Lukasa“. I powiem to co kiedyś: Agnieszko, ja chcę więcej!!!

Pozdrawiam serdecznie
Archer

 P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res oraz Autorki

środa, 29 sierpnia 2012

#213


Jeszcze chwilka, jeszcze momencik i dalsze przygody uroczej Stephanie Plum znajdą się w księgarniach. Musze przyznać, że z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnego tomu bestsellerowej autorki Janet Evanovich.

Tym razem Śliweczka ma za zadanie doprowadzić przed oblicze sprawiedliwości Mosesa Bedemiera, potocznie zwanego wujaszkiem Mo. Wydawać by się mogło, że zadanie nie będzie takie trudne do wykonania. Niestety jak to zwykle bywa problemy piętrzą się w zawrotnym tempie. Wujaszek Mo jest legendą w Grajdole. Kiedy do sąsiadów dociera informacja, że Stephanie poszukuje Wujaszka Mo nie są wcale z tego faktu zadowoleni. Jak to jest możliwe, że osoba którą wszyscy uwielbiają może złamać prawo. To się w głowie nie mieści. Niestety Stephanie ma zadanie do wykonania, potrzebna jej gotówka więc zaciska zęby i wyrusza na poszukiwania wujaszka Mo, który znikł z horyzontu. A co jest oczywiste znów pakuje się w kłopoty z których standardowo ratuje ją Komandos i Morelli. Trup ściele się gęsto w postaci dilerów narkotykowych i to za każdym razem gdy w pobliżu jest Śliweczka. W dodatku ktoś nieopatrznie grozi jej ukochanemu chomikowi, fryzjer funduje jej pomarańczowe włosy, ktoś do niej strzela, auto ciągle się psuje. Przy takich ekstremalnych wrażeniach nikt nie pozostałby przy zdrowych zmysłach i każdy w końcu wyjąłby broń ze słoika z ciasteczkami.

Kiedy w końcu zasiadłam w ukochanym fotelu z książką w ręku wiedziałam, że czeka mnie mega przygoda. Nie sądziłam jednak, że będzie to ostra jazda prawie bez trzymanki. Przyznaję, że bardzo polubiłam Śliweczkę, Babcię Mazurową, Komandosa, Lulę oraz Morellego. Z wielką niecierpliwością oczekiwałam kolejnego tomu.

W tej części Stephanie znów pakuje się w nie lada kłopoty. W sumie sądziłam, że po tylu przygodach i już nie małym doświadczeniu jako łowca nagród nauczy się czegoś. Niestety Śliweczka na drugie ma chyba Kłopoty. Tym razem jednak nie wpada w nie sama, dość często towarzyszy jej Lula, która postanawia także zostać łowcą nagród. Na nieszczęście Steph, Lula zwiewa za każdym razem gdy robi się gorąco. Niestety w tej części mało jest Babci Mazurowej. A szkoda, bo brakowało mi tej barwnej postaci. Jednak nie zniknęła ona całkowicie ze stron powieści. Pojawia się od czasu do czasu i trzeba jej przyznać, że robi to w wielkim stylu. W jakim? O tym trzeba koniecznie przeczytać.

Seria książek o Stephanie Plum, zdrobniale nazywanej Śliweczką jest jedną z lepszych serii jakie miałam przyjemność czytać. Przy tych książkach nie da się nudzić. Każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie: będzie trochę sensacji (no halo, przecież łowca nagród to nie byle jakie zajęcie), będzie trochę trupów (trzeba wyczyścić miasto z dilerów narkotykowych), będzie masa dowcipu i zabawnych sytuacji (wiele razy można spaść z krzesła) no i jak zawsze będzie Śliweczka która nie pozwala się zasnąć.

Z niecierpliwością oczekuję kolejnego tomu, by znów spotkać się ze Stephanie i pozostałymi bohaterami serii. Myślę, że książka jest idealna na poprawę humoru. Polecam!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Fabryka Słów

poniedziałek, 30 lipca 2012

#211


Na lato najlepiej zaopatrzyć w się w lektury lekkie i przyjemne, żeby łatwo się czytało leżąc na leżaku i wypoczywając. Do takich właśnie książek zaliczyć można „Od dziś za miesiąc” Emilie Rose. Książka składa się z trzech opowiadań pełnych miłości: „Niemoralna propozycja”, „Słodkie wakacje” oraz „Jeszcze raz”. Akcja opowiadań została umieszczona w jednym z piękniejszych miejsc na Lazurowym Wybrzeżu: Monaco.

„Niemoralna propozycja”
Stacy przez całe swoje życie uciekała. Wraz z matką przenosiła się miejsca na miejsce. Nie miała szczęśliwego dzieciństwa. Podczas swojego pobytu w Monaco poznaje młodego, przystojnego i obłędnie bogatego mężczyznę Franco Constantine. Mężczyzna okazuje się najlepszym przyjacielem Pana Młodego jej przyjaciółki. Franco niestety nie ma dobrego zdania o kobietach. Dla niego są one wyrachowane i chcą tylko jednego pieniędzy. Jego ojciec ma jednak odmienne zdanie na ten temat.
Aby udowodnić ojcu pomyłkę postanawia założyć się z nim, że wszystkie kobiety są takie same. W ten sposób proponuje Stacy milion euro w zamian za seks. Czy Stacy zgodzi się na taki układ? A może Franco zmieni zdanie dotyczące kobiet?

„Słodkie wakacje”
Madeline nie wierzy w miłość. Przestała w momencie gdy mężczyzna którego kochała okłamał ją i odszedł do innej. Od tego czasu pozostaje singielką i nie ukrywa, że jest jej z tym dobrze. Podczas swojego pobytu na Lazurowym Wybrzeżu chce zobaczyć jak najwięcej. Tak właśnie poznaje Damona, albo raczej Dominica, który postanawia pokazać jej malownicze zakątki Monaco. Dziewczyna jednak nie wie, że mężczyzna podający się za jej przewodnika tak naprawdę nie jest tym za kogo się podaje. Kiedy odkrywa prawdę jest już za późno. Papparazzi śledzą każdy ich krok. Jak zareaguje Madeline kiedy dowie się, że Dominic jest księciem? Czy Dominic będzie w stanie przeciwstawić się Radzie i poślubi kobietę z ludu?

„Jeszcze raz”
Amelia rok temu zakończyła krótki romans z kierowcą rajdowym Toby’m Haynes’em. Nie chciała być jego kolejną panienką, które miał przecież na pęczki. Miała nadzieję, że pozbyła się go ze swojego życia raz na zawsze. Niestety pech chciał gdy okazało się, że Toby, jest drużbą na ślubie przyjaciółki Amelii  Candance. Stara się za wszelką cenę go unikać, niestety nie jest jej to dane, gdyż Toby nie opuszcza jej prawie na krok. Nadal roztacza swój czar, co sprawia, że Amelia znów traci dla niego głowę. Czy kierowca rajdowy, może być dobrym materiałem na męża? Czy jest w stanie się zmienić dla kobiety, którą kocha?

To moje pierwsze spotkanie z serią książek „Opowieści z pasją”. Muszę przyznać, że było to bardzo udane spotkanie. W szczególności, że akcja historii opisanych w książce została umieszczona w Monaco, a trzeba przyznać, że jest to piękne miejsce i jak najbardziej nadaje się na niezapomniane wakacje. A także na wakacyjne romanse, które niekoniecznie muszą się zakończyć ostatniego dnia pobytu w tym kraju.

Każda z opowieści łączy się ze sobą. Każda z bohaterek, mimo iż są zupełnie od siebie różne łączy trudna przeszłość i problemy z dzieciństwa które odbiły piętno na późniejszym ich życiu. Oczywiście nie może tu także zabraknąć przystojnych i bogatych mężczyzn. Mężczyzn, którzy na pierwszy rzut oka są całkowicie niedostępni i zimni, okazują się romantykami a także są w stanie wiele poświęcić dla kobiety która w końcu zdobędzie ich serce.

Książkę polecam wszystkim, którzy chcą oderwać się od rzeczywistości i przeżyć piękne chwile na Lazurowym Wybrzeżu, gdzie króluje przepych oraz namiętność. Gdzie miłość gra pierwsze skrzypce. Nie oszukujmy się, miłość to przecież najistotniejsza część naszego życia.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harlequin Mira



czwartek, 14 czerwca 2012

#209



No to się porobiło. Właśnie łapię oddech po przeczytaniu trzeciego już tomu o czterech przyjaciółkach z Rosewood. Tom „Pretty Little Liars. Doskonałe” jak na razie jest jednym z lepszych, tych które dotychczas przeczytałam. Jednak nie wiem czy najlepszy, bo przede mną jeszcze cztery do przeczytania, które zostały wydane w Polsce. Wciągnęłam się w serię o kłamczuchach. Nie przypuszczałabym, że…. Literatura młodzieżowa może tak wciągać. Mnie, Wiekową Wariatkę. No ale… czas przybliżyć życie bohaterek w trzecim tomie.

Po zniknięciu Toby’ego dziewczyny oddychają z nieukrywaną ulgą. Sekret związany z nieszczęśliwym wypadkiem Jenny nadal jest bezpieczny. Dziewczyny jednak nadal płacą za swoje tajemnice z przeszłości. No i znów oddalają się od siebie. Największą cenę płąci Aria. Jej matka dowiaduje się o romansie męża, jednak nie od córki, która o tym wiedziała, tylko właśnie od A. Ella wyrzuca Arię z domu i wyraźnie daje jej do zrozumienia, że nie chce mieć z nią nic wspólnego. Emily, musi uporać się z odejściem Toby’ego. Jednak przede wszystkim musi zaakceptować siebie jako homoseksualistkę. Niestety nie jest to takie proste, gdyż rodzice nie przyjmują do wiadomości „odmienności” córki. Hanna natomiast walczy z zazdrością, gdy dowiaduje się, że jej były już chłopak wiąże się z Arią. Ponadto, jej przyjaźń z Moną nieoczekiwanie się kończy. Stara się wszystko naprawić, jednak z odwrotnym skutkiem. A co ze Spencer? Cóż, Spencer jest jak zawsze zapracowana. Trafia także na terapię, podczas której poddaje się hipnozie i cofa się we wspomnieniach, szczególności w te, które zostały wyparte z jej pamięci, a które powracały w snach. Jest w wielkim szoku kiedy rodzice potwierdzają zaniki pamięci, które zdarzały się w dzieciństwie. Czy podczas pamiętnego wieczoru, kiedy posprzeczała się z Ali mogło wydarzyć się coś co zostało wyparte z pamięci? Czy jest możliwe, że Spencer ma coś wspólnego ze śmiercią przyjaciółki? Wszystkie perypetie dziewczyn przeplata śledztwo w sprawie zamordowania Ali. Nie oszukujmy się, przecież morderca panny DiLaurentis nadal bezkarnie chadza po Rosewood. Na światło dzienne wydostaje się filmik nakręcony chwilę przed zniknięciem Ali. Oczywiście nie możemy zapominać  o A., który/-a nie daje o sobie zapomnieć. Nadal zostawia swoje wiadomości, które tym razem zamieniły się w pogróżki. Niestety wprowadza je w życie. Dziewczyny znajdują się w niebezpieczeństwie. Czy uda im się rozwiązać zagadkę tajemniczej postaci A.? Czy za błąd jaki  popełni A. jedna z przyjaciółek zapłaci życiem? Ha…

Po zamknięciu książki długo nie potrafiłam złapać oddechu. Ręce mi drżały od nadmiaru emocji. Książka z każdą stroną zaskakuje coraz bardziej, mimo iż widziałam serial i wiem co będzie dalej. Nie oszukujmy się serial nigdy nie odda tego co jest w książce. A poza tym bywa, że w książce znajdziemy więcej aniżeli w serialu czy też w filmie.

Trzeba przyznać, że Sara Shepard skonstruowała całkiem niezłą fabuję, a bohaterowi są wyraziści i charakterni. Akcja co chwila przyspiesza, zawraca, czytelnik wpada w wir tajemnic, zaprzyjaźnia się z bohaterkami. Bo mimo iż dziewczyny mają sporo za uszami, nie da się ich nie lubić.

No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się za kolejną część przygód Ari, Hanny, Spencer i Emily. Może w końcu uda się dziewczynom powiedzieć na głos kim jest A.? Może w końcu czytelnik dowie się kto za tym wszystkim stoi. 

poniedziałek, 11 czerwca 2012

#207



Są książki, które sprawiają, że po przeczytaniu mamy w głowie milion myśli i pytań do Autora. Są książki, które mimo  ich ukończenia i odłożenia na półkę, nie dają o sobie zapomnieć. Aż wreszcie są takie książki, które nigdy nie chciałoby się skończyć czytać. Tak właśnie jest z książkami Katarzyny Michalak. Katarzyna Michalak przyzwyczaiła Nas czytelników, do książek które podczas czytania wywołują w nas uśmiech, sprawiają, że zaprzyjaźniamy się z bohaterami, razem z nimi kochamy i jesteśmy kochani. Książki KejteM – jak to mawia o sobie Autorka – są pełne optymizmu, magii (bo czyż nie pamięta się o Patrycji, która miała zostać drimerką i wyśniła swój biały domek?). Oczywiście nie możemy o nich zapomnieć, nie możemy zapomnieć tej radości czerpanej podczas czytania. Jednak, najnowsza książka Kasi Michalak jest zupełnie inna niż pozostałe w Jej dorobku. Może gdyby nie nazwisko wypisane złotą czcionką na okładce, w życiu nie powiedziałabym, że „Nadzieja” wyszła spod pióra Tej Michalak. Czy to zła zmiana? Nie, skąd. To zmiana, która sprawi, że o bohaterach „Nadziei” nie zapomnimy tak szybko i tak łatwo.

Liliana była wychowywana w domu przez ojca i jego drugą żonę. Wychowywana, to zbyt duże słowo. Ponieważ przez bicie dziecka, wcale nie ma się na myśli wychowywania. Od małego Lilka była bita, za to że jest, za to że pląta się pod nogami, za to że jako dziecko jest ciekawa świata. Pewnego dnia ucieka z domu z zamiarem pójścia gdzie ją nogi poniosą. Bo przecież w domu w którym powinna panować miłość nie ma dla niej miejsca. Podczas „ucieczki” ratuje życie ośmioletniemu chłopcu Aleksiejowi. Chłopiec był we wsi uznawany za odmieńca, tylko dlatego, że urodził się w Czarnobylu i był „inny” aniżeli pozostali chłopcy we wsi. Od tego dnia rozpoczyna się przyjaźń między dziećmi. Aleksiej za każdym razem stawał w obronie dziewczynki. Obiecywał jej, że nikt nigdy jej nie skrzywdzi i przyrzekał, że zawsze przy niej będzie. Ciotka Anastazja, która wychowywała Aleksa jak własnego syna, pewnego dnia spakowała cały dobytek i wraz z chłopcem i Lilianą wyprowadziła się do maleńkiego domu. Do rodzinnego domu, do Nadziei, do miejsca gdzie nie ma trosk ani ojca bijącego pasem gdzie popadnie. Lilka kochała Aleksa całym swoim sercem, była dla niego wielką miłością oraz przekleństwem. Jak potoczyły się losy tych dwojga? Czy życie splotło ich drogi ze sobą? Czy może los okrutnie z nich zadrwił?

„Nadzieja” nie jest taką książką jak inne w dorobku Autorki. Nie ma tutaj dowcipnych dialogów, nie ma ani zabawnych ani magicznych sytuacji. W tej książce znajdziemy codzienną brutalność, o której nikt głośno nie mówi bo się boi. Autorka w swojej najnowszej książce ukazuje przemoc domową. To co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Opisuje ból i strach dziecka, które jest bite przez swego ojca, odpychane przez niego, nie chciane.  Ukazuje tęsknotę za miłością, dorosłej dziewczyny. Walkę o to by być kochaną za wszelką cenę, nawet ceny nienawiści do samej siebie. To także studium kłamstwa. Kłamstwa które potrafi ranić jak obusieczny nóż.

Czy w tej książce pełnej bólu jest miejsce na miłość? Owszem. Jest jej nawet sporo. Nie wylewa się jednak ze stron jak w innych książkach. Miłość tutaj, w tej książce, nie należy do tych pięknych z bukietami róż czy czekoladkami. Ta miłość jest miłością bezgraniczną która nie trafia się często. Była też miłością narkotyczną. Bo mimo iż Lilka raniła Aleksieja, ten wracał i wybaczał jej wszystko co złe. Kiedy już myśli, że jest wstanie ułożyć sobie życie z kimś innym… w jego życiu ponownie zjawia się Liliana i niweczy wszystkie plany. Bo On był od niej uzależniony, od jej obecności w swoim życiu.

Katarzyna Michalak zaskakuje od pierwszych stron. Od samego początku wciąga nas w historię Aleksieja i Liliany. Nie oszczędza swoich bohaterów. Bo przecież po co bohaterowie mają być w końcu szczęśliwi? Kiedy czytelnik ma nadzieję, że się wreszcie ułoży, Autorka bezlitośnie wali obuchem w łeb! A co tam?! Dorzucę im jeszcze trosk! Tak jak w życiu i tutaj nie jest kolorowo. Bo przecież nigdy nie wiemy kiedy los z nas zadrwi i życie kopnie nas w cztery litery.

Książkę czytałam na bezdechu. Tak bardzo wciągnęła mnie historia bohaterów, że czasem zapominałam oddychać. A przy pięćdziesiątej stronie zużyłam już dwie paczki chusteczek higienicznych. Po raz kolejny moje serce i uczucia zostały zmiksowane jak koktajl truskawkowy. „Nadzieja” to następna książka, która nie pozwoli o sobie tak szybko zapomnieć.

Książkę polecam nie tylko miłośnikom twórczości Katarzyny Michalak, bo tutaj na pewno się nie zawiedziecie, tylko będziecie zaskoczeni. I co chwila będziecie zaglądać na okładkę by upewnić się, że tę książkę napisała na pewno, na milion procent Ta Michalak. Polecam ją również osobom, które lubią powieści obyczajowe. To nie jest książka łatwa, przyjemna, którą po przeczytaniu odkłada się na półkę i nie pamięta o czym była. To książka pokazująca życie o którym się głośno nie mówi. To książka, która mimo wszystko daje Nadzieję.


Za możliwość przeczytania książki bardzo, ale to bardzo dziękuję samej Autorce Katarzynie Michalak oraz Wydawnictwu terMedia 

piątek, 8 czerwca 2012

#206



Bycie żołnierzem marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych zobowiązuje do służenia ojczyźnie. A co za tym idzie częstym służbom daleko od rodziny. Nie jest to „spokojna praca”, tak jak na etacie. Tam może się wszystko zdarzyć. Mężczyźni narażają swoje życie. Tak też jest z głównym bohaterem najnowszej książki Susan Wiggs „A między nami ocean”.


Steve Bennet jest oficerem marynarki wojennej. Służy na lotniskowcu. Od początku swojego małżeństwa z Grace zostaje wysyłany na służby które trwają około pół roku, czasem dłużej. Nie widział jak rodzą się jego dzieci: bliźniaki Brian i Emma ani najmłodsza córeczka Katie. Nie widział jak stawiają pierwsze kroki, nie bywał w domu w ważnych momentach ich życia. Wszystko opisywała mu e-mailowo żona Grace. Wspaniała, kochająca i wierna żona, która była dla niego kotwicą gdy ten przebywał poza domem. Przywykła do trybu życia jakie wiedzie się u boku wojskowego. Częste przeprowadzki, zmiana otoczenia, nie zagrzewanie długo miejsca w danym mieście czy też kraju. Jednak przyszedł taki moment, że Grace zapragnęła zmiany. Zapragnęła zarzucić kotwicę, kupić dom i założyć własną firmę zajmującą się przeprowadzkami. Dzieli się swoimi planami z mężem, który nie jest zachwycony pomysłami żony. Małżonkowie ścierają się między sobą i w atmosferze kłótni Steve udaje się na lotniskowiec. Kiedy mąż służy ojczyźnie Grace zakłada własną firmę zajmującą się przeprowadzkami, zapisuje się na aerobik i przede wszystkim kupuje dom. Dom który będzie ich azylem. Dom, który będzie oznaczał, że w końcu dotarli do swojego portu. Niespodziewanie na lotniskowcu na którym stacjonuje Steve dochodzi do groźnej eksplozji, w wyniku której Steve zostaje uznany za zaginionego. Nikt nie wie czy porucznik Bennet przeżył ten nieszczęśliwy wypadek. Jego rodzina, czeka na wieści. Wszyscy liczą na cud. Czy do niego dojdzie? Czy Steve Bennet wróci na łono rodziny? Czy zaakceptuje zmiany w życiu Grace?

Autorka w swojej książce pokazała, że życie z wojskowym nie należy do łatwych. To przede wszystkim rozłąka z ukochaną osobą. Dla kobiet takie rozłąki nie należą do łatwych. Muszą same sobie radzić z podstawowymi obowiązkami, z wychowywaniem dzieci. Przede wszystkim muszą być silne, nie załamywać się. Najlepszym sposobem jest znalezienie sobie zajęcia, które oderwie nas od myślenia. I tak jak w przypadku Grace, świetnym pomysłem było zapisanie się na aerobik i założenie własnej firmy przeprowadzkowej. Wtedy nie mamy czasu na myślenie, na zastanawianie się, na tęsknotę. Bywa jednak tak, że wiele małżeństw nie jest wstanie przetrwać takiej rozłąki. Najważniejsze to ze sobą rozmawiać, mówić co nas gryzie, co nam przeszkadza i rozwiązywać na bieżąco problemy.

To moje pierwsze jak dotąd spotkanie z twórczością Susan Wiggs. Na początku obstawiałam, że książka którą zaczęłam czytać, będzie typowym romansem. Na szczęście zostałam mile zaskoczona. Fakt mamy tutaj trochę miłości, jednak więcej miejsca zajmuje codzienne życie. Życie, które nie należy do spokojnych. Bo przecież bycie żoną marynarza wiąże się ze strachem o ukochaną osobę.

Autorka w bardzo przystępny sposób przedstawiła życie głównych bohaterów. Zwinnie wplotła w ich codzienność losy innych osób, poniekąd z nimi związanych. Każda postać ma swój niepowtarzalny charakter, posiada cechy które wyróżniają je na tle innych osób. Nie są to postacie ciche, bez swojego zdania. Przecież to rodzina wojskowego, która musi potrafić na swoim i walczyć o swoje. Przyznaję, że czasem zazdrościłam im odwagi i determinacji, czasem zdarzało się, że inaczej bym postąpiła. Jednak nie jestem na ich miejscu i tak do końca nie wiem jakbym się zachowała gdyby sytuacje przedstawione w książce wydarzyły się w moim życiu.

Jedno wiem na pewno. Warto przeczytać książkę Susan Wiggs by dowiedzieć się jak bardzo różni się nasze codzienne życie od życia żon marynarzy i wojskowych. By poznać historię miłości, która potrafi przetrwać nawet ocean. Polecam!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Harlequin Mira 

wtorek, 5 czerwca 2012

#205



Tak, wpadłam jak śliwka w kompot. Dawno żadna książka (w tym wypadku cała seria) nie wciągnęła tak bardzo, że odłożyłam wszystko inne na bok. I już nawet nie wspominam, że z serialem było identycznie. Bo po co, mówiłam o tym przecież wcześniej. Tak przyznaję się, spodobała mi się seria młodzieżowa. Wiem, że mój pesel przypomina mi ile mam lat, jednak mentalnie na swój wiek się nie czuję i wyjątkowo pozwoliłam sobie na literaturę młodzieżową. Tylko, gdyby tak dokładnie się przypatrzeć, to nie ma określonego wieku na Pretty Little Liars.

Aria, Spencer, Hanna i Emily spotykają się na pogrzebie Ali. To jest pierwsze spotkanie dziewczyn po jej zaginięciu. I co z tego, że widywały się w szkole? Prawdę mówiąc oddychają z ulgą. Dlaczego? Tajemnicze wiadomości otrzymywane od A. się skończą. Przecież osoba, która nie żyje nie może wysyłać esemesów, e-mali ani zostawiać żadnych innych wiadomości, prawda? Niestety, to nie jest koniec. A. nadal się z nimi kontaktuje, jednak tym razem posuwa się do gróźb. Jedyne co można zrobić to trzymać się razem i razem stawić czoła wrogowi. Gorzej, jeśli nie ufa się swoim przyjaciołom. Do miasta wraca Jenna i Toby. Jenna wiele lat temu straciła wzrok w nieszczęśliwym wypadku. Jej brat Toby wziął na siebie odpowiedzialność za nieszczęście siostry. Ale czy aby na pewno On jest winny? A może Alison była w to w jakiś sposób zamieszana? Może odkryła tajemnicę Toby’ego?

Chłonę. Tak mogę skrótowo określić tempo czytania. Bardzo dawno nie miałam w rękach książki, którą czytałam z wypiekami na twarzy. Tajemnice znów się piętrzą. Nigdy nie wiadomo kiedy A. znów się odezwie, tym razem grożąc dziewczynom. Żadna z nich nie wie czy A. może te groźby spełnić, dlatego wolą nie ryzykować i spełniają zachcianki tajemniczej postaci.

Przyznaję, że bardzo dawno nie czytałam książki tak bardzo zakręconej. Gdzie akcja goni akcję. Mimo iż wiem co będzie dalej – w końcu serial już za mną – akcja co chwila zaskakuje.

Autorka posiada całkiem niezły talent gmatwania, mieszania i trzymania w napięciu. Cieszę się, że zamiast gwiazdą oper mydlanych została pisarką. Bo co tu ukrywać „Pretty Little Liars” to bestseller który wciąga. 

wtorek, 29 maja 2012

#203


Zawsze tak jest, że po przeczytaniu książki Agnieszki Lingas – Łoniewskiej mam autostradę myśli w głowie i… serce rozerwane na milion kawałków, a moje wnętrze zostaje zmiksowane i przemielone. Tak, książki Agnieszki wciąż wzbudzają całą gamę emocji. Bo przecież, jeśli książka nie wzbudza emocji to znaczy, że jest coś z nią nie tak. A jeśli emocji jest zbyt wiele, to co wtedy? Wtedy mamy pewność, że nadal jesteśmy wrażliwymi ludźmi. Chciałabym coś powiedzieć na temat książki Agneiszki, ale autostrada nie przemija. No dobra. Postaram się przywrócić myślom odpowiednie tory a serce posklejać, chociaż troszkę. Przecież nie może być ciągle w kawałkach.

Tym razem docieramy do Wałbrzycha. Do miasta, gdzie nie ma żadnych perspektyw dla młodych ludzi. Gdzie żeby przetrwać trzeba pokazać kto tu rządzi. Dość często za pomocą pięści. Brak pracy sprawia, że brudne interesy to tutaj codzienność. Takie właśnie życie prowadzi Michał Langer, zwany Majkim. Michał stara się by jego młodszy brat Marcin – za którego jest odpowiedzialny – nie trafił do domu dziecka. Jednak nie jest to takie proste gdyż Marcin swoim zachowaniem sygnalizuje „zwróć na mnie uwagę, zajmij się mną”. W ten sposób trafia do gabinetu nowego pedagoga szkolnego, którym jest Magda Lasocka. Dziewczyna zaraz po ukończeniu studiów w wielkim mieście, wraca z powrotem do Wałbrzycha. Do miasta w którym się wychowała, w którym zna każdy kąt, a także pamięta Michała Langera, chłopaka, w którym kochała się prawie cała żeńska część miasta. Prawie, gdyż Magda całkowicie nie zwracała na niego uwagi. Zaraz po jej powrocie, los krzyżuje ich drogi na szkolnym boisku, a później w gabinecie pedagoga. Co wyniknie ze zderzenia dwóch światów – chłopaków z Santany którzy zawsze grają nie fair oraz świata Magdy, tego prawego i nieskalanego? Czy Magda będzie w stanie „przejść na drugą stronę” by być przy Michale? Czy może Michał w końcu podejmie decyzję i skończy „przygodę” ze zorganizowaną grupą przestępczą?

Jak to z książkami Agnieszki bywa i tę czyta się z zapartym tchem oraz ciekawością co będzie dalej. Chociaż możemy przypuszczać jakie będzie zakończenie, to i tak akcja po drodze nas pozytywnie zaskoczy. Bo i tym razem Autorka nie szczędzi bohaterów i co rusz wystawia ich uczucia na próbę. Nie, no w porządku, tylko nie każdy jest w stanie tyle znieść co główna bohaterka. I tutaj można śmiało przytoczyć powiedzenie: co nas nie zabije to nas wzmocni.

Historia Magdy i Michała, opowiedziana przez Autorkę, może śmiało być uznana za taką która wydarzyła się naprawdę. A może faktycznie taką jest? Jest przecież wiele miast w Polsce, w których młodzi ludzie nie mają żadnych perspektyw na poprawienie swojego życia. Że jedynie najsilniejsi przetrwają dzięki silnym pięściom. A Wałbrzych? Miasto przecież istnieje, podobnie jak dzielnica Podgórze. Sama Autorka urodziła się w tym mieście i na pewno zna te same miejsca co bohaterowie. Więc od razu może nasunąć się pytanie: czy kiedyś, przypadkiem nie poznała takiego Michała i Magdy? Czy ta historia nie wydarzyła się naprawdę?

Agnieszka nie utraciła w swoich książkach „tego czegoś” co sprawia, że jej książki cieszą się zachwytem. Dla każdego „to coś” za każdym razem, przy każdej książce będzie czymś innym. Jeśli o mnie chodzi „tym czymś” są historie miłosne oraz „źli chłopcy”. Chłopcy którzy mimo iż mają „czarne charaktery” w głębi są romantykami i rycerzami, którzy potrafią walczyć o swoje kobiety. Nie oszukujmy się, my kobiety uwielbiamy przecież tych niegrzecznych chłopców. Bo która z nas nie chciała takiego Cichego z „Zakładu o miłość”, albo takiego Michała Langera, który był w stanie przestawić kark każdemu napotkanemu gościowi, który za bardzo zbliżył się do Jego Kobiety.

„W zapomnieniu” Agnieszki Lingas – Łoniewskiej podobnie jak pozostałe książki Autorki cechuje dobry romans, w którym zawsze coś się dzieje. Miłość do której droga nie jest usłana różami, tylko pełna kłód rzucanych pod nogi przez los. Czyli odrobina miłości, ciutka dramatu, szczypta kryminału i mamy receptę na idealną powieść. Tak właśnie, Agnieszka takie książki tworzy. A najlepsze w tym wszystkim jest jeszcze to, że… o losach Marcina Langera możemy przeczytać w powieści „Szósty”.

Dziękuję Autorce za emocje i czekam na więcej. Polecam!!!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res 



wtorek, 22 maja 2012

#201



Droga Tachykardio!

Z kontynuacjami książek w serii różnie, prawda? Sama musisz przyznać, często kolejne tomy mają to do siebie, że bywają gorsze niż wcześniejsze części. Ma się wtedy wrażenie, że Autor się wypalił i pomysł na dalszy ciąg ugrzązł w bagnie pomysłów. Jednak zdarza się tak, że kolejna część jest tak samo dobra. Zdziwiona? Też byłam jak dotarłam do końca kolejnej książki Janet Evanovich „Po drugie dla kasy” opowiadającej o losach łowczyni nagród Stephanie Plum. A wiesz co jest jeszcze lepsze? Znów podczas czytania miałam uśmiech od ucha do ucha, a napady śmiechu zdarzały się dokładnie tak samo często jak podczas czytania części pierwszej. To co, chcesz posłuchać w jakie tarapaty znów wpadła Moja Ulubiona Śliweczka?

Stephanie Plum to łowczyni nagród, która pracuje u swojego kuzyna Vinniego. Tym razem ma za zadanie złapać Kenny’ego Mancusa, bo musi mieć przecież kasę na życie. Nie szuka go sama. Po piętach depcze jej Joe Morelli, który stara się za wszelką cenę wydobyć informacje o Kenny’m od Stephanie. Na dodatek Babcia Mazurowa postanawia trochę się rozerwać i szuka najlepszego w mieście zakładu pogrzebowego. Nie, skąd, nie wybiera się na tamten świat, ale przecież nigdy nic nie wiadomo. Więc  wraz ze swoją wnuczką udaje się na tzw „tour” po pobliskich zakładach pogrzebowych. W jednym z nich Spiro Stiva – syn właściciela – szuka dwudziestu czterech trumien które kupił po okazyjnej cenie. Prosi o pomoc Stephanie by ta pomogła mu znaleźć złodzieja. Oczywiście, nie obejdzie się bez komplikacji, bo przecież wiadomo, że Stephanie co rusz wpada w kłopoty. Nie obejdzie się też bez trupów, nie koniecznie z wszystkim członkami. Czy dzięki Babci Mazurowej uda się Stephanie złapać Kenny’ego? O tym przekonać się musisz sama.

Wiesz, nie miałam żadnych obaw co do tego, że kolejna część przygód Śliweczki będzie gorsza. Wręcz przeciwnie, wiedziałam, że będę się równie dobrze bawić jak przy części pierwszej. Nie wiem skąd takie moje małe zapewnie. Podświadomie wierzyłam, że Autorka nie mogła „zmaścić” kolejnych części. Główna bohaterka nadal ma tendencję do wpadania w tarapaty, z których wyciąga ją Morelli. Muszę przyznać, że facet coraz bardziej zaczyna mi się podobać. Zdaję sobie sprawę, że nie wiem jak wygląda ten bohater, ale… Ostatnimi czasy lubię sobie wizualizować bohaterów. Tak więc Stephanie Plum wygląda jak Katherine Heighl (tak wiem, ta aktorka grała Śliweczkę w filmie) natomiast Morelli wygląda dokładnie tak samo jak Gerard Butler.

Akcja znów leci na łeb na szyję, że nie potrafisz się oderwać od kolejnych stron. Co chwila masz ochotę na więcej i więcej. Ale tak to już jest z książkami które są dobrze napisane, mają nietuzinkowych bohaterów a ich przygody są prawie z życia wzięte. W tej części Stephanie jakby mniej była gapowata, ale nadal ma cięty język. Więcej jest też Babci Mazurowej, która podobnie jak wnuczka co rusz wpada w tarapaty. Jest tutaj jedna rzecz na którą warto zwrócić uwagę. Otóż, jeśli krzywdzisz kogoś z mojej rodziny, bądź przygotowany, że ja skrzywdzę Cię jeszcze mocniej. Czyli krzywd wyrządzonych rodzinie nie wybacza się, lub coś w tym stylu. Czyż nie brzmi to jak motto mafii?

Tak więc droga Tachykardio, biegiem do księgarni po kolejną część przygód Śliweczki. Ale proszę Cię nie czytaj tego przed egzaminami, bo obawiam się, że wszystko inne pójdzie w odstawkę. A nie chcę żebyś przeze mnie miała kłopoty. Gorąco polecam.

Pozdrawiam
Archer

niedziela, 13 maja 2012

#198



Mam nauczkę na przyszłość. Wpierw przeczytaj książkę a potem zabierz się za jej ekranizację filmową bądź serialową. Dlaczego? Bo będę wiedzieć co jest dalej. Jedyny plus tego jest taki, że mogę sobie wizualizować postacie. No to jest całkiem niezłe. A wszystko przez Viconię. Jakiś czas temu na swoim blogu recenzowała książkę z serii „Pretty Little Liars”, już nawet nie pamiętam którą. Dowiedziałam się, że jest serial i się wciągnęłam. Potem zaopatrzyłam się w książki, na podstawie których go nakręcono. Jednak czytanie zostawiłam sobie na później. Drugi sezon serialu się skończył, część zagadek została rozwiązana a ja czułam niedosyt. Tak więc „później” nadeszło szybciej niż przypuszczałam. Usiadłam w ukochanym fotelu i… „zaginęłam w akcji”. Świat zewnętrzny przestał istnieć. A to wszystko przez cztery przyjaciółki Arię, Emily, Hannę i Spencer, główne bohaterki książki Sara Shepard „Pretty Little Liars. Kłamczuchy”.

Arię, Emily, Hannę i Spencer poznajemy dokładnie trzy lata po zaginięciu ich przyjaciółki Alison. Zniknięcie Ali sprawiło, że dziewczyny całkowicie się od siebie oddaliły. Kiedyś bliskie, teraz każda na swój sposób chciała poradzić sobie z tragedią. Uczą się w jednej szkole, a żyją jakby obok siebie. Każda z nich ma swoje tajemnice o których wiedziała głównie Alison. Zaginięcie przyjaciółki na pierwszy rzut oka sprawiło, że tajemnice zniknęły wraz z nią. Tak się dzieje do czasu. A konkretniej do momentu, kiedy każda z nich dostaje tajemnicze esemesy, e-maile, listy podpisane A. nie byłoby w tych wiadomościach nic niesamowitego, gdyby nie fakt, że zawierały one informacje o których wiedział tylko i wyłącznie adresat oraz Alison. Czy dziewczynom uda się rozwiązać zagadkę tajemniczego nadawcy? Czy skrywane dotąd tajemnice wyjdą na światło dzienne?

Jakie są bohaterki? No cóż, na pewno różnią się od naszych rodzimych nastolatek. Każda posiada prawo jazdy, pije alkohol, pali papierosy, nie przejmuje się strojem, do rodziców mówi po imieniu i ma czasem zatargi z prawem. No i mieszka w wielkich domach w Rosewood, na przedmieściach Filadelfii. Każda z dziewczyn jest inna: Aria, tak naprawdę to nie potrafi określić samej siebie. Eksperymentuje z wyglądem. Po powrocie z Islandii za wszelką cenę chce zerwać z wizerunkiem dawnej dziewczyny. Czy to się jej uda? Emily, sumienna uczennica, idealna córka, pływaczka. Niby wszystko ok., jednak w głębi nie jest do końca przekonana kim jest. Czy Maya jej w tym pomoże? Hanna, w przeszłości była grubą, szarą myszą. Po latach wyrzeczeń i „odchudzania” postanawia nadrobić wszystkie stracone lata, gdy żyła w cieniu pięknej Alison. Spencer, zawsze idealna, dążąca do perfekcji we wszystkim co robi. Ma dość bycia tą drugą, trochę gorszą siostrą. Ich wspólnym ogniwem jest zaginiona Alison oraz sekrety. Każda z nich ma coś „na sumieniu”. Każda coś ukrywa i zrobi wszystko by tajemnice nie ujrzały światła dziennego.

Przyznaję się bez bicia, że miałam obawy co do książki. Może dlatego, że obejrzałam serial? A może dlatego, że to bardziej młodzieżowy cykl? Tylko skoro pokochałam serial, to pewne jest, że książki pokocham także. Jak już wspomniałam na początku książka wciąga i nie pozwala się oderwać. Świat dookoła przestał istnieć, liczyły się tylko sekrety dziewczyn. Bo przecież to właśnie te sekrety są motorem napędzającym tę książkę. No właśnie, młodzieżowa literatura. Czasem czuję się staro czytając tego typu książki. Jednak dobrze znów cofnąć się w czasie, kiedy chodziło się do liceum i jedynym problemem było to co założyć do szkoły i czy pan z historii znów będzie pytał czy przypadkiem się nie rozchoruje. Tutaj dziewczyny mają troszkę inne problemy, ale to wiadomo w końcu nasza mentalność troszkę różni się od tej w Stanach.

Książkę polecam wszystkim bez wyjątku i bez względu na wiek. Wydaje mi się, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Tylko błagam, lepiej zacznijcie czytać a potem obejrzyjcie serial. 

czwartek, 10 maja 2012

#197



Drogi Piotrusiu Panie!


Pewnie zauważyłeś, że wszystkie listy do Ciebie dotyczą kryminałów i sensacji. To chyba zrozumiałe, że nie będę Ci polecać typowo kobiecej literatury. Tak więc, przed Tobą kolejna moja opowieść o powieści sensacyjnej. Czasem się zastanawiam czym kieruję się przy doborze lektury do czytania i dochodzę do wniosku, że… niczym. Czytam prawie wszystko. Tym razem mam za sobą lekturę książki J.D.Bujak „Bilbord”. I niech Cię nie zwiedzie skrót J.D., bo autorka nie jest amerykanką tylko Polką.

Akcja książki rozpoczyna się dwadzieścia lat wcześniej. Poznajemy w niej więzionego na strychu małego chłopca. Jest katowany przez swojego ojca. Na szczęście na czas przyjeżdża policja, która ratuje chłopca przed śmiercią. Po tym wstępie trafiamy już do współczesności. Trafiamy do Kazimierza i do kwiaciarni na rynku prowadzoną przez Krzysztofa Pasłęckiego. Pewnego dnia odwiedza go znajomy policjant komisarz Pokorny i informuje, że ojciec Krzysztofa uciekł z więzienia. Dzień później zaczynają się koszmary senne Krzysztofa, w których ktoś go katuje. Gdy się budzi na ciele ma rany, które ktoś zadał mu w śnie. Równolegle do historii Krzysztofa poznajemy historię brutalnych morderstw. Ktoś morduje kobiety w różnym wieku, w różnych częściach Polski. Niby dwie sprawy całkowicie od siebie różniące się, ale jednak powiązane. Ale o tym co łączy koszmary senne Krzysztofa z morderstwami kobiet musisz dowiedzieć się już sam. Nie mogę przecież zdradzić Ci całej treści książki.

Przyznaję się szczerze, że nie wiedziałam czego mogę się po tej książce spodziewać. Nie znałam twórczości tej Autorki, a recenzje pojawiające się w sieci omijałam wielkim łukiem, bo po co sobie psuć apetyt. I co? I jestem zaskoczona. Akcja dramatyczna świetnie przeplata się z sensacją. Mimo iż na pozór obie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego, to potem rozwiązanie zagadki zaskakuje. Ale to chyba zrozumiałe. Kiedy czytałam fragmenty, w których opisane były koszmary senne nawiedzające głównego bohatera miałam wrażenie jakbym brała udział w serialu „Archiwum X”. Bo dla mnie nie było zrozumiałe to, że podczas snu bohater jest torturowany przez tajemniczą postać a w realu ma dokładnie takie same rany jak te zadane podczas koszmaru. Dla mnie było to nie pojęte. Na szczęście Autorka potrafiła wszystko dokładnie wytłumaczyć.

„Bilbord” to dobry kryminał z nutką thrillera i pewną dozą psychologii. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Akcja jest dobrze przemyślana, nie mamy czasu na odpoczynek, bo Autorka zaskakuje nas czymś nowym. Niestety trup ściele się gęsto. Nie każdy lubi takie książki, ale myślę, że warto przymknąć na to oko i mimo wszystko przeczytać „Bilbord” J.D.Bujak. Liczę na to, że kiedyś uda mi się przeczytać inną pozycję tej Autorki, by mieć porównanie. Polecam!!!

Pozdrawiam
Archer


P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Księgarni MATRAS


czwartek, 3 maja 2012

#196


Droga Aniu!

Pewnie zgodzisz się ze mną, że szczęście jest bardzo ulotne. Cieszymy się niestety nim dość krótko. Jak byłam w podstawówce, był taki wierszyk wpisywany do pamiętników, który kończył się słowami: i duś szczęście jak cytrynkę. Coś w tym jest nie uważasz? Kiedy złapiemy to szczęście za stopy, ogon czy cokolwiek innego staramy się go nie wypuszczać. Tylko, nie zawsze nam się to udaje. Pewnie jesteś ciekawa do czego zmierzam. Już tłumaczę. Otóż właśnie przeczytałam książkę Robyn Carr „Ulotne chwile szczęścia” i chciałabym ci o tej książce opowiedzieć. Jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością tej Autorki. Jakoś wcześniej nie było nam po drodze. Liczę, że to się zmieni.

Vanessę poznajemy w momencie kiedy zostaje młodą wdową. W siódmym miesiącu ciąży jej mąż ginie podczas misji w Iraku. Na szczęście Vanni nie pozostaje sama z bólem i wielkim brzuchem. Oprócz ojca Generała, młodszego brata Tommy’ego ma przy swoim boku Paula. Paul to najbliższy przyjaciel Matta, jej męża. Razem z Vannesą postanawia przejść żałobę po śmierci Matta i towarzyszyć jej podczas porodu. Mężczyzna od niepamiętnych czasów darzy, żonę przyjaciela wielkim uczuciem. Niestety jak to w życiu bywa los płata figla i komplikuje relacje Vannesy i Paula. Mężczyzna uważa, że żona przyjaciela nie jest gotowa na nowy związek, natomiast ona sama nie wyobraża sobie życia z kimś innym. I wtedy na arenę wkroczy lekarz pediatra Cameron, którego „naśle” teściowa. Czy młodym uda się być razem? Czy wszelkie niepowodzenia znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Czy może razem stawią czoła codzienności?

Po ciężkich kryminałach dobrze czasem oderwać się od krwi i zaczytać się w książce lekkiej i łatwej. Ale też takiej która wywoła emocje. Nie tylko uśmiech ale także łzy. „Ulotne chwile szczęścia” właśnie takie są. Wciągają od pierwszych stron. Sprawiają, że kibicujesz Paulowi, wkurzasz się na Vanessę, a potem płaczesz razem z Jackiem. Lubię książki, które nie są przekoloryzowane. Bo przecież życie to nie bajka, którą można włączyć a potem kiedy pojawia się „zła czarownica” ją wyłączyć. Robyn Carr pokazała w swojej książce tragedię młodej kobiety, która straciła ukochanego męża. Która nie chce zatapiać się w żałobie i rozpamiętywać tego co było. Nie, jej bohaterka znów chce być szczęśliwa, znów chce kochać i być kochana. Chce budować szczęśliwą przyszłość z mężczyzną którego kocha. Oczywiście, że po stracie wielkiej miłości ciężko nam się pozbierać i zakochać na nowo. Ale nie możemy zamykać się na świat a przede wszystkim na miłość.

Anuś, myślę, że książka przypadnie Ci do gustu tak samo jak mnie. Przecież jesteśmy do siebie podobne, podobnie myślimy i czujemy. Ta książka pokaże Ci, że nie należy się poddawać, że nie należy rezygnować ze szczęścia. Polecam.

Pozdrawiam serdecznie
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Mira Harlequin

sobota, 21 kwietnia 2012

#192

 
Droga Tachykardio!

Tak wiem znów piszę do Ciebie. Ale to nie moja wina, że znów chciałabym Ci opowiedzieć o książce która wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Tak naprawdę to za tę książkę miałam się zabrać dopiero podczas długiego weekendu majowego. Wiesz, lektura lekka, łatwa i przyjemna na wolny tydzień. Jednak trochę mi się plany pokrzyżowały i zaczęłam szybciej niż planowałam. No i w sumie dobrze się stało, bo połknęłam ją w niecałe trzy dni, gdzie chodziłam do pracy i spałam w nocy. Więc jak na mnie całkiem nieźle. Chociaż prędzej powiem, że książka wciąga od pierwszych słów. No ale dobra od początku.

Jakiś czas temu wpadła mi w oko informacja, że Katherine Heighl zagrała w nowym filmie pt.: „Jak upolować faceta.” Pogrzebałam tu i ówdzie i się okazało, że to film na podstawie książki pod tym samym tytułem. Więc skoro nakręcili film, to książka musi być niezła.

Główną bohaterką książki „Jak upolować faceta. Po pierwsze dla pieniędzy” Janet Evanovich jest Stephanie Plum. Plum – jak śliwka. Pewnego dnia zostaje zwolniona, windykator zajmuje jej samochód więc postanawia coś zrobić. No bo przecież trzeba za coś żyć i mieć pieniądze na czynsz. Przypadkiem jej matka podpowiada, że kuzyn Vinnie poszukuje kogoś do archiwizacji. No cóż, nie jest to może marzenie Stephanie, wklepywanie danych do programu komputerowego, ale przecież żadna praca nie hańbi prawda? Niestety w ostateczności okazuje się, że posada została objęta. Dopuszczając się małego szantażu, wymusza na kuzynie pracę jako… łowca nagród. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że Stephanie nie zna się na tym zupełnie. Nie wie jak posługiwać się bronią a co dopiero z niej strzelać. Pierwszym zleceniem jakie otrzymuje to doprowadzenie na policję Joe Morelli’ego. Grzebiąc głęboko w pamięci, okazuje się, że Morelli wykorzystał Plum w liceum na podłodze w cukierni, w której pracowała. No ale cóż, przecież to nic osobistego, prawda? Przecież, to wydarzyło się prawie piętnaście lat temu, więc… czy można jeszcze chować urazę?

Przyznaję, że na początku bardziej obstawiałam, że będzie to coś w stylu poradnika. No wiesz, zrób to, nie rób tamtego.  A tu proszę… kryminał i to z całkiem niezłą akcją. Autorka stworzyła bardzo sympatyczną postać Stephanie Plum. Nie jest to typowa łowczyni nagród, która potrafi strzelać, bez problemu zakładać przestępcy kajdanki czy też bronić się w razie ataku. „Śliweczka” jest nierozgarnięta, zawsze uśmiechnięta, a przede wszystkim ma niesamowicie  cięty język. Niestety te wszystkie cechy sprawiają, że co rusz popada w tarapaty.

Wiesz co jest najlepsze w tym wszystkim? Jest to pierwsza część z serii opowiadająca o przygodach „Śliweczki”. Nakładem Wydawnictwa Fabryka Słów została wydana już druga część „Po drugie dla pieniędzy” (która cierpliwie czeka na przeczytanie), a z tego co wyczytałam na stronie Wydawnictwa, trzecia część „Po trzecie dla zasady” ma trafić do księgarń już w maju.  Normalnie nie mogę się już doczekać. Dawno nie czytałam książki, która podczas czytania wywoływała we mnie tyle wybuchów śmiechu. Ach! Zapomniałabym!!! Na szczególną uwagę zasługuje postać Babci Mazurowej(czy nie zauważyłaś w tym polskiego akcentu?). Dlaczego? Nie mogę zdradzić, ale szepnę w sekrecie, że starsza pani ma niesamowite poczucie humoru. Teraz już wiem po kim Stephanie odziedziczyła cięty język.

Tachykardio, nie zwlekaj, pędź do księgarni (bądź też biblioteki) i koniecznie przeczytaj powieść Janet Evanovich. Nie schodzący z twarzy uśmiech gwarantowany.

Pozdrawiam serdecznie
Archer

P.S.
Obejrzałam film z Heighl. Nie jest zły, można się pośmiać, ale... książka milion razy lepsza