Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytnik. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 sierpnia 2019

#525 - Chroń ją



K.A.Tucker „kupiła mnie” serią „Ten tiny breaths”. Powieści obyczajowe z gatunku Young Adult spodobały mi się tak bardzo, że postanowiłam przeczytać „Chroń ją”. 

Noah prowadzi normalne życie. Jego matka , komendant policji, obwinia się o zniszczenie rodziny swojego byłego partnera. Chłopak odkrywa tajemnice sprzed wielu lat i po samobójstwie matki musi sam poukładać to o czym usłyszał od niej przed jej śmiercią. Rozwiązywanie tajemnicy, doprowadzi go do Gracie - córki byłego partnera matki. Jej ojciec zginął jako skorumpowany gliniarz. Gracie i Noah za wszelką cenę będą próbowali oczyścić jego dobre imię. 

Całą historię poznajemy na dwóch płaszczyznach czasowych. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością opowiadaną z punktu widzenia dwójki bohaterów. 

Na prowadzenie wysuwa się wątek kryminalny. Dla osób, które znają K.A.Tucker tylko z powieści obyczajowych, może to być zaskoczenie. Dla mnie było tym pozytywnym.

Postacie są dobrze wykreowane, a wątek kryminalny poprowadzony sprawnie. Mamy tutaj samobójstwo, korupcję, zakłamanie i uzależnienie od narkotyków. Powieść jest cały czas dynamiczna. Cały czas coś się dzieje, a elementy układanki wskakują na swoje miejsce. 

Fani książek Autorki będą zadowoleni, tak samo jak osoby sięgające po jej książki pierwszy raz. 

Zdecydowanie polecam. 



sobota, 13 lipca 2019

#520 - Stało się



Droga Tachykardio!

Chyba znów weszło mi w nawyk pisanie listów do Ciebie. Dzięki temu wiesz co warto czytać, a co omijać szerokim łukiem. Dzisiaj będzie o tych które można przeczytać, ale…
Sięgam po różne książki, debiuty, nowości znanych i lubianych przeze mnie autorów, ale także po takie o których nie jest głośno. Ewentualnie ktoś gdzieś polecił, a ja postanowiłam wyrobić sobie własne zdanie na ich temat. I tak właśnie było w przypadku książki „Stało się” Magdaleny Kuydowicz.

W tajemniczych okolicznościach ginie kochanek Matyldy, dziennikarki telewizyjnej. Dodatkowo w jej otoczeniu dzieją się niepokojące rzeczy dlatego wraz z przyjaciółką Natalią i porucznikiem Kudełką, postanawia wszcząć własne śledztwo. I tak, lądują w nadmorskim miasteczku, gdzie zaginiony miał dom. Śledztwo dzielą pomiędzy wczasami na turnusie odchudzającym a odnajdywaniem kolejnych trupów.

No cóż… nie jest to do końca komedia kryminalna jak może sugerować opis na okładce. Prawdę mówiąc, to nawet koło takowej nie leżało. I jeszcze porównanie książki do twórczości Joanny Chmielewskiej jak dla mnie jest nad wyrost. Chmielewska miała swój styl i owszem swoich następców. Chociażby świetne kryminały Olgi Rudnickiej gdzie komizm wylewa się ze stron powieści, a czytelnik co rusz wybucha śmiechem. Podobnie w przypadku książek Marty Obuch czy też Alka Rogozińskiego. Tu tego niestety nie ma. Owszem uśmiechnęłam się pod nosem kilka razy, ale to tylko tyle. Nic więcej. A sama zagadka kryminalna jest jak dla mnie trochę niedopracowana i chaotyczna. Brakuje w niej czegoś spójnego. Mam wrażenie jakby się rozjeżdżała.

Nie wiem czy sięgnę po coś innego pióra Magdaleny Kuydowicz. Może kiedyś z ciekawości by się przekonać czy jest lepiej.

Ale póki co, tej ci nie polecam.

Pozdrawiam Archer

piątek, 1 marca 2019

#513 Anioły do wynajęcia



Tak, nadal cieszę się, że mam legimi i mogę bez żadnego problemu sięgnąć po książkę, bez wychodzenia z domu. Tym razem przyznam się, że bardzo wahałam się nad tym czy przeczytać najnowszą książkę Malwiny Ferenz „Anioły do wynajęcia”. Dlaczego? 
Otóż debiut Autorki „Pora na miłość”, który czytałam w zeszłym roku nie zachwycił mnie. Były to cztery opowiadania na każdą porę roku, które w jakiś sposób łączyły się ze sobą. Ale, kurczę, nie porwały mnie. Dlatego do Aniołów podchodziłam jak do jeża. Ale kiedy powiedziało się „A” i pobrało książkę na czytnik, to należało powiedzieć „B” i przeczytać. 

I znów trafiłam do mojego ukochanego Wrocławia. Elena do Polski przybyła za miłością swojego życia, Romeczkiem. Romeczek Słowacki (nazwisko zobowiązuje!) jest niespełnionym pisarzem, dlatego też na koncie pary milionów nie ma. Pewnego dnia, Elena, wpada na szalony pomysł. Postanawia założyć agencję eventową, która będzie organizować imprezy. I tak w szeregi agencji trafia Dorota, porzucona czterdziestoletnia tłumaczka w ciąży. Marta, młoda dziewczyna, która od kilku lat próbuje dostać się do szkoły teatralnej oraz siedemdziesięcioletnia Barbara, która dopiero co pochowała męża. Zdecydowanie mieszanka wybuchowa. W szczególności, że żadne z nich nie miało nigdy doświadczenia w organizowaniu i prowadzeniu imprez. Ale od czego jest wyobraźnia i kreatywność. A trzeba przyznać, że pomysły, Anioły będą miały zacne. 

No dobra, mój strach przed książką okazał się… niepotrzebny. Bo muszę Wam zdradzić, że czytając książkę bawiłam się przednie. Wiele razy śmiałam się pod nosem z szalonych pomysłów, jakie Anioły wdrażały w życie. Bal z okazji Halloween czy też urodziny w domu spokojnej starości, to naprawdę nic w porównaniu z prowadzeniem… imprezy studenckiej jaką są Juwenalia. A te wszystkie zbiegi okoliczności, wpadki, wypadki nie jednego czytelnika przyprawiły o ból głowy i niepohamowany wybuch śmiechu. Dodatkowym smaczkiem tej całej historii jest pięknie opisany Wrocław. Miasto, które kocham od wielu lat. Dzięki bohaterom, mogłam bez opuszczania własnego fotela wybrać się na spacer uliczkami urokliwego miasta. A powiem Wam, że Autorka ma niebywały talent w opisywaniu miejsc, aury czy też emocji. 

Książkę polecam wszystkim tym, którzy mają dość ponurej zimy za oknem. A także tym, którzy mają ochotę na zwariowaną historię, pisaną… życiem. Napisaną z humorem, gdzie czytelnik nie raz zaśmieje się w głos. 

wtorek, 12 lutego 2019

#507 Nasze własne piekło. Przedpremierowo




Miewacie coś takiego jak kac książkowy? Bo ja mam, od czasu do czasu. Nie zawsze, ale bywa. U mnie objawia się to tym, że kiedy kończę dobrą książkę, czyli taką która mną wstrząśnie, miotam się, i nie mam pojęcia co czytać dalej. Bo wiem, że historia dopiero co zakończona jeszcze będzie we mnie żyć, i to za co się wezmę nie zachwyci mnie tak jak to co dopiero przeczytałam. I tak właśnie mam po skończeniu najnowszej książki Natalii Nowak-Lewandowskiej „Nasze własne piekło”. To ta książka sprawiła, że nie wiem co z sobą zrobić, bo wciąż siedzi mi pod skórą.

W tym miejscu mogłabym Wam opowiedzieć fabułę, czyli mniej więcej o czym ta książka jest. Jak przeprowadzona jest akcja, co się dzieje i dlaczego. Jakie są skutki wyborów bohaterów. 
Ale, chyba po raz pierwszy doszłam do wniosku, że tego nie zrobię. Bowiem każdy może wejść sobie na dowolny portal i dowiedzieć się z czym to się je. Powiem Wam, że okładka, jest dość myląca. I myślę, że gdybym miała sugerować się okładką, to nigdy w życiu bym po tę książkę nie sięgnęła. A dlaczego ją przeczytałam? Przede wszystkim z ciekawości.

Tak naprawdę to czytałam (jak na razie) tylko dwie książki Natalii. I powiem Wam, że między debiutem „Pozorność” a najnowszą powieścią jest tak wielka przepaść, że... Tak, Natalia dojrzała. Jej książki ewaluowały. Stały się inne. Owszem nadal nie jest słodko pierdząco. 
Ale Autorka taka właśnie jest. Ona nie owija w bawełnę i nie cacka się z czytelnikiem. Wali od razu między oczy. I to jest świetne. Bo czytelnik na początku swojej przygody z najnowszą książką, spodziewa się przesłodzonego romansu bad boy z ułożoną kobietą. I kiedy rzeczywiście gdzieś tam pod kopułą czai się myśl „ale to słodkie” Ona wali obuchem w łeb. Nie tylko czytelnika. Zapewnia rollercoaster bohaterom. Ta książka łudząco przypomina książki Lingas - Łoniewskiej. Ale tylko przypomina. To zmyłka jest. Natalia z głównej bohaterki nie zrobiła grzecznej dziewczynki. Nie no dobrze, na początku tak jest, ale potem Nina zmienia się pod wpływem Artura. Staje się bardziej bojownicza, pyskata i... pewna siebie. Poza tym, pokazuje jak bardzo niespełnione ambicje rodziców zmieniają dzieci. Jak bardzo, staramy się ich zadowolić. Czasem kosztem naszego własnego życia czy też szczęścia. 

„Nasze własne piekło” to historia o miłości, która – jak mogą niektórzy twierdzić – nie miała prawa się wydarzyć. I teraz nasuwa się pytanie: dlaczego? Czy mężczyzna jakim jest Artur nie może porzucić swojego dotychczasowego życia i założyć rodzinę? Czy taka kobieta jaką jest Nina nie może w końcu przeciwstawić się matce i zawalczyć o swoje? Oczywiście, że tak. 
Po stokroć tak. Owszem Nina może irytować, drażnić swoim zachowaniem, podporządkowaniem despotycznej matce. Ale jeśli dobrze się rozejrzymy, wokół nas są takie kobiety. Poza tym nie zapominajmy, że Matka Niny miała niespełnione muzyczne ambicje i przez wypadek w przeszłości nie mogła grać na skrzypcach. Dodatkowo nie potrafiła obdarzyć córki należytym uczuciem i ciepłem matczynej miłości. 

Przyznaję, że książkę czytałam na bezdechu. Bo emocje zawarte w historii zawładnęły mną tak bardzo, że kiedy przeczytałam ostatnie zdanie i napis „KONIEC” zaczęłam się zastanawiać, czy to jakiś żart? Chodzi mi o to, że… ja chcę więcej. Dużo więcej. Zakończenie jest jak dla mnie otwarte. Może gdyby pomęczyć Natalię to byłaby kontynuacja. Co ty na to Autorko?

Chyba dawno, nie rozpisałam się tak bardzo o książce. 

Podsumowując. Jeśli poszukujecie świetnej książki, która Was wymieli emocjonalnie, wzruszy i tak bardzo zaskoczy, to najnowsza książka Natalii Nowak – Lewandowskiej taka właśnie jest. To nie tylko historia o miłości. To także opowieść o wyborach, pokonywaniu słabości i walce o swoje szczęście. Polecam

poniedziałek, 3 grudnia 2018

#497




Od razu zacznę od tego, że post nie jest sponsorowany. Po prostu miałam ochotę podzielić się z Wami wrażeniami z użytkowania Legimi. Poza tym kilka osób pytało mnie już o moje zdanie na temat abonamentu. 

Czytnik mam dopiero od kilku lat, a może powinnam napisać „już od kilku lat”.Wcześniej ebooki czytałam na iPadzie. Jednak złe samopoczucie „zmusiło mnie” do zakupu czytnika PocketBook, którego nie zamieniłabym na nic innego za żadne skarby świata. 


Zwykle ebooki kupowałam w różnych księgarniach internetowych. Zawsze szukałam tych najtańszych. Jednak po jakimś czasie, czytnik wylądował w szufladzie i czytałam na nim zdecydowanie sporadycznie. Wszystko zmieniło się pod koniec zeszłego roku. U jednego z blogerów pojawił się link do darmowego miesiąca na Legimi. Postanowiłam skorzystać. Zainstalowałam na czytniku aplikację, potem przy pomocy konsultantów udało mi się wszystko sprawnie uruchomić. I tak rozpoczęła się moja przygoda, która trwa do dnia dzisiejszego i nie zakończy się tak szybko.


Dlaczego? Co miesiąc płacę za abonament 39,99 zł (można mniej, ale nie szukałam) „ebooki bez limitu” i czytam tyle ile potrzebuję. A muszę przyznać, że dzięki Legimi czytam znacznie więcej książek elektronicznych. A był taki moment, że mój mąż także sięgnął po czytnik. Nowości pojawiają się w miarę szybko i w ramach abonamentu mogę je sobie wrzucić na półkę by w dogodnej chwili je przeczytać. Niektóre tytuły są płatne, ale z tego co się orientuję, to dzięki punktom zbieranym podczas użytkowania, można je kupić nawet 50% taniej. 


Wiem, że niektórzy operatorzy sieci komórkowych mają w swojej ofercie promocje na abonament. Korzystajcie, bo warto. W każdej chwili można zrezygnować ze subskrypcji. 

Jeśli lubicie audiobooki, to jest także oferta łączona na ebooki i audiobooki. 


I powiem Wam, że obliczałam ostatnio ile zapłaciłabym za książkę i wyszło mi, że ok 12 złotych. A jak dobrze wiecie, w takiej cenie nowości nie zakupicie. 

Polecam



czwartek, 10 listopada 2016

#398



Kiedyś wywołała się przez zupełny przypadek dyskusja o książkach. A konkretniej o tym co książką jest a co nie jest. Muszę przyznać, że była to bardzo interesująca dyskusja. W szczególności, że osoba z którą rozmawiałam była uparta i żadne argumenty jej nie przekonywały. Jakby to ONA miała rację i nikt więcej, a TY… nic nie wiesz o życiu. 

Otóż toczyła się dyskusja nad wyższością książki papierowej nad ebookami oraz audiobookami. Mojego rozmówcy nie dało się w żaden sposób przekonać, że ebook i audiobook to także książka. Że teraz, w dobie najnowszych technologii, każdy sięga po to co mu pasuje. Rozmówca upierał się, że papier i tylko papier, a reszta to tylko substytuty książek. Bo on musi czuć fakturę papieru, okładki i czuć zapach, słyszeć szelest przewracanych stron. Ależ oczywiście, że to jest ważne. Że książkę trzeba czuć, postawić na półce i napawać się jej widokiem. Jednak książka do książka i nie jest to ważne w jakiej formie: elektronicznej, papierowej czy do słuchania. Przede wszystkim liczy się treść.  

Przyznam się, że jeszcze do niedawna wyznawałam teorię mojego rozmówcy. Zgadzałam się w tym o czym mówił i argumentach. Jednak to życie zweryfikowało moje poglądy na nowe technologie. Kiedyś nie myślałam o tym by czytać ebooki. Od kiedy mieszkam tam gdzie mieszkam, czyli w kawalerce i nie mam miejsca na nowe regały, musiałam się przekonać do czytnika. Tam wejdzie więcej książek. Owszem jeśli chcę jakąś książkę w papierze to ją kupię i miejsce znajdę. Jednak jest wiele książek które chcę tylko przeczytać, wtedy kupuję ebook gdzieś w promocyjnej cenie. Poza tym mam złudne wrażenie, że książkę na czytniku czyta mi się szybciej. Poza tym jadąc na urlop czytnik jest najlepszym rozwiązaniem, bo zmieści się na nim masa książek. 

A co do adiobooków. Cóż… też nie byłam przekonana, do czasu gdy nie przesłuchałam „Uratuj mnie” Musso w świetnej interpretacji Anny Dereszowskiej. Potem były następne. Nie każdego lektora można jednak słuchać. Kilku książek w wersji audio nie dokończyłam właśnie ze względu na kiepskiego lektora. Bo to jego głos najistotniejszy. Niektórzy mogą twierdzić, że nie lubią kiedy im się czyta, bo wolą robić to sami. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy nie możesz czytać papierowej książki: gotowanie, sprzątanie, mycie naczyć czy chociażby prowadzenie samochodu. Wtedy audiobook jest najlepszym rozwiązaniem. I tak, wiem o czym jest książka i nie przeszkadza mi to, że ktoś mi czyta.

I jak sami widzicie, nie jest ważne w jakiej formie, książka to książka. Przecież każda ma tę samą historię i wartość. 



sobota, 9 maja 2015

#341

Jakoś ostatnio przekonuję się do nowych technologii, jeśli chodzi o czytanie książek. Kilkoro moich znajomych planowało zakup czytnika, ale, w ich przypadku, na planach się skończyło. Natomiast ja się w ten czytnik zaopatrzyłam mimo, iż posiadać go w planach wcale nie miałam.

Kilka lat temu bardzo chciałam posiadać czytnik. Chciałam w końcu zaprzestać kupowania tylu książek. Zamiast czytnika ‒ kupiłam iPad. Wiadomo: więcej możliwości, oprócz czytania. Pierwszą książkę elektroniczną przeczytałam dwa lata później właśnie na iPadzie. Była to któraś z powieści Musso. Spodobało mi się to. Nawet bardzo. W pewnym momencie miałam nawet wrażenie, że szybciej mi się czyta książki w wersji elektronicznej.

Będąc na zeszłorocznych Targach Książki w Krakowie wpadł mi w oko PocketBook, model wodoodporny. Przyznaje się bez bicia ‒ chciałam go nawet kupić. Fakt, że nie miałabym potem co jeść wcale się nie liczył. Najważniejszy był czytnik. Nie wiem czy na szczęście, czy też nie, mój głos rozsądku w postaci Jorx’a odciągnął mnie od tego pomysłu. Jednak gdzieś tam z tyłu głowy kołatała mi myśl, że muszę kiedyś zaopatrzyć się w czytnik.


Zaczęłam czytać coraz więcej ebooków na iPadzie. Coraz bardziej mi się to podobało. Jednak takie czytanie źle odbijało się na moim zdrowiu. Gdy czytałam przed snem, następnego dnia budziłam się z bólem głowy i oczu. Na początku zrzucałam winę na małą ilość snu. Bóle zdarzały się częściej mimo, iż przesypiałam ponad 8 godzin. Wtedy, w otchłani Internetu, wpadłam na artykuł o czytaniu ebooków przed snem. Porównywano w nim czytanie na tablecie z wyświetlaczem LCD a czytaniem na czytniku. Wniosek był jeden: czytanie na LCD jest bardziej męczące i źle wpływa na sen. Podjęliśmy wtedy z Jorx’em decyzję, że należy zaopatrzyć mnie w czytnik z wyświetlaczem e-ink i podświetleniem. Kasa która miała pójść na biblioteczkę w ostateczności została przeznaczona na czytnik dla mnie. Zdecydowanie dla mnie. Jorx jakoś do nowoczesnych technologii nie jest przekonany.


Czy jestem zadowolona? To mało powiedziane – jestem zachwycona. Kiedy jadę pociągiem, zabieram czytnik ze sobą a w nim mam masę książek. Nigdy nie wiem na co będę miała w danej chwili ochotę. Poza tym, faktycznie – szybciej mi się czyta na czytniku. No i nie muszę czekać, by otworzyli księgarnię, żeby zakupić kolejną książkę. Wystarczy uruchomić komputer i zalogować się do jednej z księgarń i cieszyć się nowością na wirtualnej półce.

Nie liczcie na obszerną opinię i relację użytkowania czytnika. W recenzowaniu sprzętu nie jestem dobra. Powiem tylko tak:
- PocketBook odczytuje masę formatów, więc nie muszę bawić się w przerabianie ich na ten najbardziej mnie interesujący
- posiada podświetlenie, co idealnie sprawdza się nocą, gdy Jorx śpi, ja nie muszę się martwić tym, że światło nocnej lampki będzie mu przeszkadzać
- książki mogę ładować przez wi-fi
- PocketBox posiada połączenie z kontem Dropbox
- posiada kilka gier, ale nie używam – do tego mam iPada
- można w nim zaznaczać wybrane fragmenty w książce i robić notatki
- umożliwia dostęp do jednej z księgarń i portalu, ale nie korzystam z tej funkcji, gdyż nie jest mi to wcale potrzebne
- można włożyć do niego kartę pamięci i automatycznie powiększyć miejsce na książki (a to przydaje się gdy wyjeżdżam a urlop)

Podczas planowania najbliższego wyjazdu, Jorx zadał magiczne pytanie: ile biorę ze sobą książek. Padła krótka odpowiedź: ani jednej. Mam czytnik, a tam jest pełno książek. To prawda, nie biorę książek papierowych, bo znając mnie pojadę bez a wrócę z górą, jak to zwykle po urlopie bywa.
W końcu Targi Książki w Warszawie trzeba jakoś uczcić prawda?

P.S.
Przepraszam za jakość zdjęć, ale mój aparat chwilowo odmówił współpracy i zdjęcia robione są telefonem