Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włóczykijka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włóczykijka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 stycznia 2012

#160



Życie jest autostradą, na której codziennie zdarzają się wypadki, bo niezliczone możliwości zachowań ludzkich krzyżują się tutaj we wszystkich kierunkach” (cyt. str 211)

Kiedy zabierałam się za lekturę książki „Kara” Maji Wolny nie miałam pojęcia czego mogę się po niej spodziewać. Wiedziałam, że wędruje w akcji „Włóczykijka”. Wiedziałam, że wiele osób przede mną już ją czytało, jednak ja sama żadnej z tych recenzji nie czytałam. Nie chciałam sobie psuć apetytu. I w sumie dobrze zrobiłam.

Główną bohaterkę powieści – Karolinę, zwaną Karą – poznajemy dokładnie w noc jej trzydziestych urodzin. Jedzie autostradą E40 z Krakowa do Brukseli. Przez całą drogę rozmyśla nad tym co było, co wydarzyło się w jej życiu. Prowadzi monolog, dzięki któremu mamy możliwość poznania jej przeszłości. I tak dowiadujemy się, że dostała stypendium i wyjechała do Brukseli. Tam poznała swojego przyszłego męża, który był jej wykładowcą. Poznajemy jej życie w innym kraju. Razem z nią przeżywamy miłość, nienawiść, zauroczenie innym mężczyzną, bezradność w walce z chorobą męża. Podczas nocy jej trzydziestych urodzin Karolina opowiada także historię życia rodziców męża, problemy na emigracji swojej koleżanki Viki, oraz niechęć którą czuła do Karoliny teściowa.

Nigdy wcześniej nie czytałam książki drogi. To całkiem niezłe doświadczenie. Jak już wspominałam książka to monolog prowadzony przez główną bohaterkę. 30 listopada kończy trzydzieści lat i postanawia podsumować swoje dotychczasowe życie. Muszę przyznać, że magiczna trzydziestka skłania do refleksji. Do zrobienia bilansu. Główna bohaterka była mi bardzo bliska. Pewnie dlatego, że podobnie jak ja urodziła się 30 listopada i podobnie jak ja skończyła trzydzieści lat. Myślę, że mój bilans byłby niestety znacznie słabszy.

Autorka porusza w powieści bardzo wiele trudnych tematów: homoseksualizm – który kilka lat temu był tematem tabu, osoby które były odmiennej orientacji seksualnej bały się do tego przyznać, bały się odrzucenia, w sumie myślę nadal tak jest. O tym głośno się nie mówi. Depresji – choroby która dopada w najmniej oczekiwanym momencie, o walce z nią nie tylko osób chorych ale także najbliższych którzy wspierają. Trudnego życia na emigracji. Oraz tego podziału na Wschód i na Zachód, na lepsze i na gorsze.

Myślę, że książka powinna nadal wędrować. Ponieważ skłania do zastanowienia się nad własnym życiem. Do zrobienia bilansu i ustalenia co w naszym życiu jest ważne. Nie jest to wesoła książka, ale pozostawia po sobie coś, czego ja konkretnie nie potrafię nazwać. Wydaje mi się, że u każdego „to coś” będzie zupełnie inne. Zapraszam do lektury.

Książka przeczytałam dzięki akcji "Włóczykijka"

niedziela, 30 października 2011

#145


Nie oszukujmy się, zawsze nam brakuje czasu i pieniędzy. No niestety takie czasy. Każdy z nas chciałby przedłużyć dobę o kolejne 24 godziny, żeby móc przeczytać więcej książek, obejrzeć więcej filmów, mieć czas na spotkanie się z przyjaciółmi, mieć więcej czasu żeby zająć się standardowymi obowiązkami domowymi. Tych przykładów można przytaczać więcej. Bo każdy z nas chciałby mieć więcej czasu na coś innego. No dobra, mole książkowe wolałyby mieć czas przede wszystkim na czytanie książek. I na zakup dodatkowych godzin do przedłużenia doby zaprasza nas Tomasz Jachimek w swojej książce „Handlarze czasem”. Książka przywędrowała do mnie dzięki akcji „Włóczykijka”.

Pana Tomasza niestety nie znam, nie kojarzę z żadnym kabaretem. A z tego co trąbią w Internecie zajmuje się On od wielu już lat działalnością kabaretowo-satyryczną. Nie wiem, nie znam, ale postaram się nadrobić straty na tej linii. I właśnie Pan Tomasz postanowił popełnić swoją pierwszą powieść „Handlarze czasem”.

Wuj Franciszek jest rodzinnym wynalazcą a także coniedzielnym organizatorem rodzinnych quizów. W które ogrywa swoją całą rodzinę: siostrę Grażynę, szwagra Piotra, bliźniaki Hanię i Michasia oraz babkę Wiktorię. Niestety nie ma takiego członka rodziny, który mógłby pokonać wujka Franka w quizach. Pewnego dnia w swoim małym warsztacie tworzy… maszynę do handlowania czasem. Brzmi trochę nieprawdopodobnie, ale przecież wszystko jest możliwe. W szczególności u wujka Franciszka. Cóż, maszyna wygląda jak trumna i trzeba przyznać, że cała rodzina podchodzi do niej sceptycznie. Bo jakże to handlować czasem? Otóż, możliwe. Od tego momentu życie rodzinne zostaje wywrócone do góry nogami. Nie tylko rodziny Wujka Franciszka ale także całej ludzkości.

Nie wiem czemu, ale jakoś nie miałam przekonania do książki. Może było to spowodowane tym, że nigdy nie słyszałam nic o Autorze. Może też faktem, że skoro satyryk zabiera się za pisanie książki to nie wiadomo co z tego wyjdzie. No i co? Jak zwykle z resztą wszelkie obawy były absolutnie niepotrzebne. Bo książkę czyta się z nieodłącznym uśmiechem na twarzy. A cały pomysł maszyny do handlowania czasem jest tak absurdalny, że aż zabawny. Muszę przyznać, że Autor miał świetny pomysł na książkę. I jestem przekonana, że jeśli kiedykolwiek pomysł stworzenia maszyny do handlowania czasem mógłby wejść w życie to… chętnych byłoby co niemiara.

Przyznaję się do jednego Pan Tomasz uwiódł mnie swoim dowcipem, ironią oraz bystrym okiem. Znakomicie opisał ludzkie zachowania. Poza tym bohaterowie nie są sztywni, każdy z nich ma niepowtarzalny charakter. Największym plusem są dialogi i niepowtarzalne hasła typu: „Miała do tego stopnia utlenione włosy, że bez problemów oddychała pod wodą” (cyt. Str 141) albo to którym „gasił” swojego przeciwnika „Ty w niedzielę podczas quizu bądź taki mądry, taki wygadany, to będziemy sobie mogli pogadać jak równy z równym”. No cóż na to zdanie nie było w rodzinie niestety żadnych argumentów. A takich smaczków w książce jest znacznie więcej.

Czy książka powinna nadal wędrować? Hm… oczywiście. W szczególności gdy za oknem jesień, każdemu przyda się lekarstwo na poprawę humoru. Życzę wszystkim i sobie by taka maszyna kiedyś powstała.


niedziela, 21 sierpnia 2011

#122

Drogi Czytaczu!

Prawdę mówiąc to nie mam pojęcia dlaczego właśnie do Ciebie piszę ten list. Może dlatego, że jakiś czas temu rozmawialiśmy o książce, którą ty już przeczytałeś natomiast ja miałam dopiero zamiar. Chciałabym podzielić się z Tobą wrażeniami jakie ta książka na mnie wywarła.

Kilka dni temu dotarła do mnie jedna z pozycji z akcji „Włóczykijka” Mariusza Surmacza „Strażnik marzeń”. Do książki podchodziłam z wielkim sceptycyzmem. Przeczytałam wcześniej kilka recenzji – nie wiem po co – i w głowie kołatała mi się jedna myśl: „Muszę ją mieć! Muszę ją przeczytać”. Tak więc, kiedy do mnie dotarła, odłożyłam na bok inne pozycje i zasiadłam w ulubionym fotelu i zabrałam się za lekturę.

Głównym bohaterem „Strażnika marzeń” jest Maksymilian - Maks, czterdziestoletni mężczyzna. Pewnego dnia Maks zostawia swoją ukochaną kobietę, wsiada na motocykl i wyrusza przed siebie. Nie ma określonego celu podróży, oby jak najdalej. Podczas swojej podróży poznaje ciekawych ludzi, nieznane i piękne miejsca. Stara się zapomnieć o swojej ukochanej uprawiając seks z przygodnie poznanymi kobietami. Jednak całkowicie nie odcina się od swojej byłej ukochanej. Przez cały czas prowadzi wyimaginowaną z nią rozmowę.

To jest chyba jedna z niewielu książek o której nie wiem co powiedzieć. Wiem, że to do mnie nie podobne, że normalnie mi się buzia nie zamyka (tu zdecydowanie mam na myśli mówienie) No dobra spróbuję ubrać w słowa to co siedzi w mojej głowie. Uwaga zaczynam.

Maks zaczął mnie wkurzać już przy pierwszym rozdziale. Powód? Rozstał się kobietą zostawiając jej list w którym informuje, że odchodzi. No cóż… czy tak zachowuje się dorosły facet? Dlaczego list? Tłumaczy to tym, że o niektórych rzeczach łatwiej jest pisać aniżeli mówić, lepiej coś przeczytać aniżeli usłyszeć. Możliwe, ale listy nie zastąpią rozmowy z drugim człowiekiem. Przecież podczas rozmowy widać nasze emocje, uczucia. Tak więc pisząc list, Maks okazał się absolutnym tchórzem. Bał się pokazać, że nadal kocha kobietę, którą zostawia. Nie da się przestać kogoś kochać ot tak nagle, z dnia na dzień. Dlaczego okazał się tchórzem i egoistą? Rozstanie tłumaczył tym, że nagle zaczęła mu przeszkadzać różnica wieku – Ona była o połowę młodsza od niego. Jak dla mnie, gdy ktoś kogoś naprawdę kocha to żadna różnica wieku nie powinna odgrywać, żadnej roli. Poza tym po ucieczce, Maks nie stronił od kobiet. Wręcz przeciwnie. Jak dobrze wiesz, większa część książki to erotyczne historyjki. Przede wszystkim seks z prawie każdą napotkaną przygodnie kobietą. Tutaj, nie wiem czemu, ale miałam wrażenie, że Maks traktował kobiety przedmiotowo i były mu potrzebne tylko do jednego. Trochę kłóciło się to z tym, że po udanym seksie prowadził wyimaginowaną rozmowę z kobietą którą zostawił. No dobrze, nie była to rozmowa tylko monolog. Hm… nie będę już wspominać o niezbyt inteligentnych rozmowach które bohater poradził z innymi.

Pewnie jesteś ciekawy, czy książka miała jakieś plusy oraz czy jest coś co mi się w niej podobało? Na pewno da się odczuć, że autor jest miłośnikiem motocykli. Najbardziej dało się to odczuć przy opisach maszyny Harleyu Davidsonie z 1969 roku Easy Riderze – takie rzeczy wie pasjonat i miłośnik dwóch kółek.

Zastanawia mnie ile w tej historii jest z samego autora? Bo przecież prawie każdy autor coś z siebie wrzuca do swojej powieści. Nie zastanawiałeś się nad tym?

Pytasz czy polecam książkę i czy chciałabym aby dalej wędrowała? Cóż, szczerze? Nie wiem. Serio nie mam pojęcia. Może polecę tę powieść osobom dojrzałym emocjonalnie, których nie zrażą niektóre szczegółowe opisy i nie mam tu wcale na myśli opisów przyrody.

Pozdrawiam serdecznie
Archer



niedziela, 19 czerwca 2011

#100

Droga Espi!

Bardzo dawno nie opowiadałam Ci o żadnej książce z akcji „Włóczykijka”. Tak się złożyło, że od ponad miesiąca nie gościłam żadnej książki z tej akcji. Niestety miałam inne zobowiązania. Ale ostatnio wpadła w moje łapki książka Katarzyny Sarnowskiej „Smak życia”. Okładka bardzo przyciąga wzrok. Jest jak najbardziej optymistyczna – przecież kolor zielony to kolor wiosny, lata i optymizmu. Czyż nie?

Nie wiem czemu, ale miałam stresa przed przeczytaniem tej książki. Bo nie miałam pojęcia czego mam się spodziewać. Może przede wszystkim dlatego się denerwowałam, że na okładce Wydawca napisał, że jest to „kolejna książka autorki tomu poezji „I grając ze śmiercią””. No i tutaj pojawiły się w mojej głowie wątpliwości. Jakie? Jeśli Autorka pisze wiersze, to czy ma pojęcie o prozie? Czy będzie potrafiła zainteresować czytelnika historią zawartą w książce? Te pytania nie opuszczały mnie przez większą część powieści.

„Smak życia” to opowieść o Kalinie Dąbrowskiej. Kalina jest nauczycielką, matką Wojtka oraz żoną Macieja. Zajmuje się także tłumaczeniami. Kalina jak większość z nas postanawia spełnić swoje marzenia. Nie są to przeciętne marzenia. Otóż postanawia wydać książkę, którą przetłumaczyła. Niestety nikt nie chce tej książki wydać. Po wielu próbach i rozmowie ze swoją przyjaciółką postanawia otworzyć własne wydawnictwo i wydać tę książkę. A jak wiadomo wydanie takiej książki to nie taka łatwa sprawa. Piętrzą się różne problemy. Dodatkowo co jakiś czas pojawia się tajemniczy Dżin, który wprowadza mały zamęt w życiu Kaliny. Za każdym razem sprawia, że kobietę dopadają wątpliwości, czy słusznie robi.

Książka sprawia wrażenie jakby pamiętnika. No dobra może nie do końca, ale brzmi jak opis tego co mogła przeżyć autorka zanim wydała swoją książkę. Zastanawiam się właśnie ile rzeczy zostało zaczerpniętych z życia Pani Kasi. Najbardziej to mnie wkurzała postać Dżina. Normalnie miałam ochotę wsadzić go z powrotem do lampy. Kalina też mnie czasem wkurzała. Przede wszystkim po rozmowach z Dżinem. Wystarczyło, że On zasiał w niej ziarenko niepewności a Ona już je podlewała aż zaczynało kiełkować. Czy było jeszcze coś co mnie wkurzało? Owszem. W pewnym momencie nagle pojawiają się dwa psy, które ma bohaterka. Jednak kiedy odwiedzają ją goście to o tych psach nie ma mowy. Dopiero przy zakupie karmy okazuje się, że Kalina wraz z mężem ma dwa psy. Wcześniej nie ma o nich mowy. Wiem, czepiam się szczegółów. Ale czasem takie mało istotne fakty są ważne. To znaczy takie jest moje zdanie.

Książka ukazuje drogę jaką musi przebyć autor zanim jego książka zostanie wydana i trafi na półki księgarni. Nie jest to droga usłana różami. Po przeczytaniu tej książki dziesięć razy się zastanowię zanim wyślę swoją powieść do któregoś z wydawnictw. Tak, nadal będę pisać do szuflady.

Pozdrawiam
Archer

P.S.
Zauważyłaś, że stuknęła mi już setka?

wtorek, 14 czerwca 2011

#098

Dawno nie było u mnie żadnej książki z akcji "Włóczykijka". Ale teraz to się zmieniło. Przed Państwem fotorelacja przybycia książki "Smak życia" Katarzyny Sarnowskiej:

Tutaj zadomowiła się w mojej podróżnej torbie:


Tutaj się wypakowała i pochwaliła zakładkami ;)


A tutaj postanowiła pokazać się w całej krasie:


piątek, 6 maja 2011

#081

Droga Espi!

Powiedz mi czy ty wierzysz w przeznaczenie? No wiesz chodzi mi o to, że ktoś kiedyś kogoś kochał, nie mógł z tym kimś być z różnych powodów. No i po jakimś czasie drogi tych dwojga znów się przecinają. No i wtedy bach, strzała amora a może przeznaczenie. No właśnie i tu pojawia się pytanie czy to przeznaczenie? Wiesz mnie zawsze powtarzano, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Że jak raz się nie udało to koniec, umarł w butach. Co mówisz, że przesadzam? Nie skądże znowu. Tylko ja ostatnio jakoś w to przeznaczenie nie wierzę. Będzie co ma być. Ale że co? Miało być o książce? Spokojnie będzie o książce, bo przecież po to właśnie do Ciebie piszę. Więc przepraszam za przydługi wstęp i przechodzę do konkretów.

„Miłość wyczytana z nut” Aleksandry Tyl jest właśnie o miłości i przeznaczeniu. Elizę – główną bohaterkę powieści – poznajemy w dniu jej dwudziestych ósmych urodzin, które świętuje z przyjaciółką Magdą. Obydwie są singielkami, poszukującymi miłości. Eliza pracuje jako świetliczanka, mieszka z rodzicami i wiedzie z pozoru bardzo spokojne życie. Niestety rodzice wciąż wypominają córce, że nadal nie ma męża. A kiedy trafia się randka od razu wypytują czy jest szansa na ślub. Pewnego dnia na drodze Elizy staje dwóch mężczyzn. Pierwszym jest Adam. Adam jest lekarzem, pracującym w prywatnej klinice, a jak wiadomo lekarz to najlepszy kandydat na męża. Bo jak to się mówi: w rodzinie dobrze mieć lekarza i księdza. Drugim mężczyzną jest Bruno zwany Jankiem Muzykantem. Bruno ma duszę romantyka. Kiedyś w przeszłości łączyło ich „coś”, jednak przez życzliwe koleżanki kontakt się urwał. Obydwaj starają się zdobyć względy dziewczyny. Eliza pragnie uniesień serca, namiętności dlatego ciągnie ją do Bruna, jednak rozum podpowiada, że życie u boku lekarza Adama powinno być ustabilizowane i bezpieczne. Wydawać by się mogło, że od początku wiadomo kto powinien trwać przy boku Elizy. Jednak jak wiadomo los bywa bardzo przewrotny , potrafi z nas zadrwić i skomplikować życie. Jaką decyzję podejmie Eliza? Kogo wybierze? Czy jest szansa na wygraną walkę serca z rozumem?

Kiedy zaczynałam czytać książkę, miałam wrażenie, że będzie bardzo przewidywalna. Na szczęście lektura taka nie była. Książka jest lekka ale nie należy do gatunków łatwych. Chociaż ktoś mógłby się ze mną kłócić, przecież peroruje o miłości. Owszem, ale także o samotności i o wyborach, które co chwila podtyka nam życie. Muszę przyznać, że było kilka momentów kiedy miałam ochotę trzepnąć w łeb Adama i powiedzieć co o nim myślę. Tak, książka wzbudza emocje. Czytając książkę w niektórych cechach Elizy odnajdywałam siebie. Podobnie jak Ona jestem singielką, mieszkam z rodzicami i nadal nie mam męża ani rodziny. Jednak na tym podobieństwa się kończą. Ponieważ na mojej drodze nie stanęło żadnych dwóch mężczyzn, więc w tym wypadku bardziej przypominam Magdę, która nie ma szczęścia w miłości.

Cieszę się, że książka przywędrowała do mnie w ramach akcji Włóczykijka. Wysyłam ją dalej w świat żeby następni czytelnicy mieli możliwość poznania Elizy oraz jej miłosnych wyborów.
Pozdrawiam
Archer

środa, 27 kwietnia 2011

#078

Jak wiadomo w sobotę był Światowy Dzień Książki. Dokładnie tego dnia nie kupiłam ani jednej książki. Wiem dokonałam zbrodni nie do wybaczenia. Ale już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż wcześniej kupiłam książki i czekałam na ich przybycie. Miałam nadzieję, że dotrą na sobotę, ale się niestety nie udało. Oto stos który udało mi się uzbierać przez ostatnie kilka dni:
Od góry:
"Spalona róża" - książka przywędrowała do mnie z Wydawnictwa Novae Res, podziękowania dla Pani Kamilii (i dla Pewnej Życzliwej i Kochanej Osóbki, tak Kochana to o Tobie mowa)
"Gwiezdny pył" - jest tylko przez chwilkę u mnie potem powędruje dalej a konkretniej do Staszowa (zakup na Empik.com za chwilę więcej na ten temat)
"Bogowie przeklęci" - Włóczykijka której przybycie prezentowałam wcześniej
"Lato w Jagódce" - bo od dłuższego czasu już choruję na najnowszą pozycję Kasi Michalak (zakup na empik.com)
"Północ" - najnowszy tom Wampirów (zakup w Matrasie), pozostałe jeszcze nie przeczytane, ale pierwszy sezon serialu mam już za sobą teraz czekam na sezon drugi który niebawem będzie u mnie;
"Masz przyjaciela" - bo słyszałam, że to dobra książka (zakup na empik.com)
"I że Cię nie opuszczę" - dalsze losy Elisabeth (zakup na empik.com)
"Mila księżycowego światła" - uwielbiam książki Lehanne więc nie mogłam nie kupić tej książki (zakup na empik.com)
"Miłość wyczytana z nut" - włóczykijka której prezentację przybycia prezentuję poniżej
a tutaj wpisy z Wydawnictwa oraz wcześniejszych Czytelniczek oraz samej Autorki:
I teraz wyjaśnienia. Książki z empiku kupiłam przez... Sil. No dobra może nie przez nią, ale... wspominała o promocji na empiku, no więc tam zajrzałam i... nie mogłam się opanować :( Tak to jest jak się jest książkoholikiem. Tak, ja jestem i się tego nie wstydzę :) No i mówię o tym głośno.

I mały apel
Dziewczyny: Leno i Tajemnico błagam byście chwilowo do mnie nic nie słały z Włóczykijki. Nie wiem jakim cudem i jak to możliwe, że dotarły do mnie dwie pozycje od Was. Przeczytam je tak szybko jak się da żeby przesłać je dalej. Myślę, że z początkiem czerwca możecie skierować do mnie kolejną pozycję z Akcji. Chwilowo mam co czytać więc biorę na wstrzymanie.

czwartek, 21 kwietnia 2011

#075

Siedziała na kanapie i czekała na jego powrót. Prawdę mówiąc powinien być już w domu, bo przecież pracę skończył już dawno temu. Nie, nie denerwowała się tym, że się spóźnia, że miał być kilka godzin temu. Nie, Ona dobrze wiedziała, że nie może go ograniczać w żaden sposób. Bo przecież wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że On może tego nie znieść i odejdzie.
A tego właśnie obawiała się najbardziej.

Spojrzała na zegar. Zaraz miały zacząć się wiadomości. Obiad stojący na kuchence już dawno wystygł. A jego wciąż nie było. Sięgnęła po gazetę leżącą na stole. Wcale nie miała zamiaru jej czytać. Chciała tylko zająć czymś ręce.

Po dłuższym czasie usłyszała szczęk przekręcanego klucza w drzwiach. Rzuciła gazetę na stół
i pogłośniła fonię w telewizorze. Wszedł do pokoju i usiadł w fotelu naprzeciwko niej. Przeczesał dłonią włosy i spojrzał na nią smutnym wzrokiem. Nie pamiętała kiedy ostatni raz widziała
u niego takie spojrzenie. Nachylił się przez stół i ujął jej dłonie w swoje. Zaczął coś bąkać, że jest mu przykro... że tak naprawdę nie wie jak to się stało... że tego wcale nie chciał ale to tak samo wyszło. Gubił się w zeznaniach. Nie potrafił ułożyć żadnych składnych zdań. Ona wpatrywała się w niego oniemiałym wzrokiem. To nie mieściło się w głowie. Nie, to nie mogło dziać się naprawdę. Z tych pozlepianych szczątek zdań wybąkanych przez niego zrozumiała tylko, że On spotkał na swojej drodze inną kobietę, w której się zakochał i z którą chciałby spędzić resztę życia. Milczała. Bo cóż mogła powiedzieć. Resztę pamięta jak we mgle. Powoli uwolniła się z Jego uścisku. Wstała i zaczęła się pakować. Nie miała wcale zamiaru zabierać wszystkich rzeczy. Do małej podróżnej torby spakowała bieliznę, kilka bluzek, parę spodni. Do torebki wrzuciła kosmetyki poustawiane na półce w łazience. On coś jeszcze mówił, przepraszał. Nawet na niego nie spojrzała. Wyszła.

Wsiadła do samochodu. Nie wiedziała dokąd pojechać. W głowie kłębiło się jej milion różnych myśli. Z torebki wyciągnęła telefon komórkowy i zadzwoniła pod dobrze znany numer. Po trzech sygnałach usłyszała znajomy głos. Wyszeptała, że ją zostawił, że znalazł sobie inną. Głos po drugiej stronie powiedział, żeby się nie przejmowała wsiadała w samolot i przylatywała do niego. Tak też zrobiła. Po prawie dwóch godzinach jazdy samochodem stała już w kolejce po bilet do Paryża. Wiedziała, że dobrze robi. Że jeśli chce o nim zapomnieć to powinna wyjechać jak najdalej stąd.

Po kilku godzinach lotu znalazła się w Paryżu. Kiedy opuszczała lotnisko dostrzegła go
z ogromnym bukietem czerwonych róż. Podszedł do niej i pocałował czule w czoło tak jak robił to od kilku lat. Przytulił ją. Wiedziała, że właśnie w tych ramionach odnalazła szczęście.


Bo tak jak kiedyś wspominałam oprócz zdjęć, książek, moją pasją jest pisanie :) Nie tylko recenzji czy wierszy. Ale przecież to już wiadome, bo to nie jest pierwsze moje opowiadanie tutaj, a książka (albo coś podobnego) znajduje się na osobnym blogu.

Wczoraj odebrałam kolejną książkę z Włóczykijki. Fotorelacja miała być wczoraj, ale niestety świętowałam urodziny mojego Przyjaciela i, że tak powiem czasu nie było. Tak więc dzisiaj nadrabiam zaległości. Proszę Państwa oto kolejna książka z mojej ulubionej akcji, zakładki oraz piękna kartka z cytatem od Basi:

Dedykacja z Księgarni Selkar która przekazała książkę:
oraz Selkar'owe zakładki ze sówką:

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

#074

Droga Espi!

Bycie uzależnioną od czytania to... wcale nie taka straszna rzecz jak by się mogło wydawać. Bo przecież możesz czytać wszędzie gdzie się da: w autobusie, w tramwaju, w pociągu, w wannie podczas kąpieli, podczas nudnych wykładów, w pracy (jeśli oczywiście masz taką możliwość i szef tego nie widzi), w ubikacji "podczas długiego posiedzenia", w ukochanym fotelu... Wszędzie. Dosłownie wszędzie. Jak dobrze wiesz jestem od czytania uzależniona i kiedy nie mam możliwości czytania książki która mnie pochłonęła to wtedy trafia mnie szlag no i nosi mnie. Tak było i tym razem. Ale od początku.

Nie będę milionowy raz powtarzać, że biorę udział w akcji Włóczykijka, bo przecież ty to wiesz już z moich wcześniejszych listów. Książkę o której zaraz Ci opowiem dostałam właśnie w ramach tej akcji.

"Pechowy fart" Andrzeja Klawitter to według jednego z portali literackich książka młodzieżowa. Hm... Ciężko mi się z tym nie zgodzić. Bohaterowie są licealistami oraz studentami. Jednak ja bym bardziej skłaniała się do nazwania ich młodymi osobami na progu życiowej drogi. Ale kurczę mi to zabrzmiało. Nie wiem skąd mi się to wzięło. Nieistotne.

Akcja całej powieści kręci się wokół napadu na biznesmena Ryszarda Bielika. Pan Ryszard zostaje nocą napadnięty przez dwóch młodzieńców, którzy kradną mu samochód oraz portfel w którym był kupon lotka. Kupon niestety pechowy, gdyż wart dziesięć milionów złotych.

Muszę przyznać, że cała akcja w połączeniu z bohaterami jest na prawdę pomysłowa. Gdyż tak na prawdę nie mamy tutaj jednego bohatera tylko kilku. Bo w tej powieści każdy odgrywa dużą rolę. W szczególności gdy chodzi o możliwość odzyskania pechowego kuponu. Bo widzisz, w końcu ten kupon nie ląduje na śmietniku wraz z portfelem wyrzuconym przez złodziei. Wpada w ręce przypadkowego chłopaka Waldka. No i tutaj zaczynają się pytania: czy oddać szczęśliwy kupon z szóstką właścicielowi, który już jest bogaty? czy może w podzięce sypnie groszem dla szczęśliwego znalazcy? a może nie oddawać kuponu tylko odebrać nagrodę? a może... Pytań jest mnóstwo jednak chętnych do pieniędzy jeszcze więcej. Więcej nie powiem. Chociaż tak na prawdę to wydawnictwo troszkę pojechało po bandzie i prawie "wydało" o czym jest powieść. Mówi ci coś hasło: kierowca zabił? Jeśli tak to wiesz o czym mówię.

Przyznam się szczerze, że początki z książką dla mnie były trudne. Nie potrafiłam przebrnąć przez początek. Dopiero po kilku stronach wciągnęłam się do tego stopnia, że będąc w pracy (a jak wiesz nie pracuję przysłowiowych 8h) czekałam żeby czas szybko minął bym mogła wrócić do domu i dokończyć powieść. Bohaterowie powieści są barwni i mają bardzo interesującą przeszłość, która ciągnie się za nimi jak przysłowiowy smród w gaciach. Niektórzy są całkiem sympatyczni i uczciwi, inni zachłanni na grubą kasę. Za informacją na okładce: "Autor porusza się po ciemnych i krętych dróżkach ludzkiego sumienia, aby w finale zaskoczyć Czytelnika niespodziewaną puentą". No i tu się zgodzę. Zakończenie zaskakuje do tego stopnia, że czuje się niedosyt. Przynajmniej ja czułam. W momencie dotarcia do trzech kropek które kończą powieść miałam ochotę na więcej. A może to dlatego, że polubiłam bohaterów, niektórym wybaczyłam część rzeczy które mieli za uszami. A może, że książka za szybko mi się przeczytała, nawet nie zauważyłam, że to już koniec.

Książka bardzo przypadła mi do gustu i z miłą chęcią przeczytam kolejne pozycje Pana Andrzeja.

Pozdrawiam
Archer

piątek, 15 kwietnia 2011

#073

Droga Espi!

Wszystko zaczęło się zaledwie dwa lata temu, przez Baza Luhrmanna, który podjął się nakręcenia filmu z Hugh Jackman'em oraz Nicole Kidman pt.: „Australia”. Nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Na szczęście film mnie zaintrygował. Może miał banalną fabułę ale za to... zdjęcia nadrabiały te braki. No nie wspominając już o samym Hugh który jest tutaj całkiem całkiem. Ponieważ jako fotograf głównie patrzę na zdjęcia czyli scenerię od razu pokochałam Australię. Bo Australia pokazana oczami Baza Luhrmanna jest... widowiskowa. Od razu uprzedzę Cię, że akcja nie dzieje się współcześnie tylko jakieś pięćdziesiąt lat wstecz.

Kiedy na moim ulubionym blogu Dziewczyn SPOPA ukazała się kolejna odsłona, tym razem z Wydawnictwa Otwarte i ogłoszono konkurs, wiedziałam, że muszę wziąć w nim udział i wygrać książkę do recenzji poza kolejnością. Uwierz mi, że nie wierzyłam w to, że uda mi się wygrać. Ale kiedy okazało się, że moja odpowiedź osobie wybierającej się spodobała moja radość nie miała granic. No dobrze, ale tylko przez chwilkę. Potem pojawiło się przerażenie. Dlaczego? Bo ja nigdy wcześniej nie czytałam tego typu książek. Nie ciągnęło mnie nigdy do nich. Ale ponieważ ludzie się zmieniają (może i ja tez po części) pomyślałam, że raz kozie śmierć, najwyżej w połowie odłożę na bok, przeczekam kryzys albo się poddam. Nie poddałam się i przeczytałam całość. Możesz mi wierzyć, że nawet w połowie nie myślałam o tym żeby przerwać tę pasjonującą lekturę. No dobrze już mówię co to za książka, nie będę Cię trzymała dłużej w niepewności.

"Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia" Marka Tomalika to niezwykła książka. Jednak ciężko umieścić ją w ramach powieści. Dla mnie to niezwykła książka opisująca wspomnienia z wypraw Autora do Australii. Nie tylko historie w niej zawarte są niesamowite. Porywające są również zdjęcia które są autorstwa samego Pana Marka oraz Jego żony Pani Beaty.

W książce nie ma "suchych faktów". Wszystkie historie w niej zawarte pochodzą z pierwszej ręki. Bohaterem powieści nie jest Pan Marek ale Australia. Nie ta, którą my znamy chociażby z widoku pięknej Opery w Sydney. Nie, ta Australia którą widzimy oczami Pana Marka jest dzika, jest fascynująca i niebezpieczna.

Pan Marek swoją przygodę z Australią rozpoczął w 1989 roku jeszcze jako student. Wtedy taka wyprawa kosztowała 30 miesięcznych pensji Jego ojca. Fascynacja tym krajem trwa po dziś dzień. Zaraził nią także całą swoją rodzinę. Od dziesięciu lat Pan Marek organizuje kolejne wyprawy, przede wszystkim w rejony nie zamieszkane w bezkresny interior zwany Outback. "Podróżuję starym, znakomicie przygotowanym do trasy nissanem patrolem (...) Mogę jechać wszędzie tam, gdzie mnie oczy poniosą i gdzie istnieje jakakolwiek droga. Śpię w wielogwiazdkowym hotelu na bagażniku dachowym lub w środku samochodu, z nieograniczonymi możliwościami obserwacji nieba. Mam swój zestaw buszowy do gotowania w dzikości natury: czajnik billy do parzenia herbaty, żeliwną płytę i łopatę do smażenia steków, solidny palnik gazowy, ogniskowy toster" ( str 12)

Na szlaku poznał wspaniałych ludzi. Mam na myśli nie tylko ludzi którzy Go wspierali podczas wędrówki (niektórzy z nich notabene mieszkają na stałe właśnie na tym pięknym kontynencie) ale także Aborygenów, mieszkańców Australii.

Tytuł pozycji nawiązuje do tytułu jednego z rozdziałów. Pewnie zastanawiasz się o co chodzi? Wyobraź sobie, że pustynne kwiaty powstają w połączeniu trzech żywiołów: ziemi, wody oraz ognia. Wiem, że to brzmi dziwnie. Też byłam zaskoczona gdy o tym czytałam. Tutaj masz cytat: "Rośliny rodzące się z ognia są niesamowitym zjawiskiem. Ich owoce chroni gruba i twarda skorupa, która otwiera się wyłączenie pod wpływem wysokiej temperatury. Choć trudno to pojąć, pożar pełni w australijskim buszu jak najbardziej kreatywną rolę. (...) banksja, z kwiatostanem w kształcie walca, spotykana w polskich kwiaciarniach. Ma bardzo długie słupki i pręciki, stąd jej potoczna nazwa - szczotka do butelek. Ma owoce w postaci zdrewniałego mieszka, który otwiera się dopiero podczas pożaru buszu. Wtedy nasionko zostaje uwolnione i w sprzyjających warunkach, czyli po opadach deszczu może zakiełkować. Dodatkową pożywką dla kiełkująceh rośliny jest popiół ze spalonego buszu. To niewiarygodne, ale życie tych roślin naprawdę kręci się wokół ognia (...) (Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia. str. 47 i 49).

Nie wiem czemu ale po przeczytaniu książki po głowie chodził mi jeden wiersz Edwarda Stachury, który idzie mniej więcej tak:
"Wędrówką jedną życie jest człowieka;
Idzie wciąż,
Dalej wciąż,
Dokąd? Skąd?"
Bo to książka drogi. No dobrze może nie zupełnie. Jest jednak wspomnieniem przeżytych przygód podczas wędrówki po Australii.

Książkę polecam nie tylko miłośnikom książek podróżniczych ale także tym, którzy chcą poznać nieodkryte rejony Australii. Bo jak to mówi Pan Marek: "Gdyby ktoś poprosił mnie o najkrótszą charakterystykę Australii, powiedziałbym: wszechobecne kontrasty, nieprzewidywalność przyrody, która wzbudza jednocześnie podziw i lęk, współistnienie żywiołów i pejzaże, których nie ma nigdzie indziej." (str 16)

Pozdrawiam serdecznie
Archer

P.S.
Książka przywędrowała do mnie w ramach akcji Włóczykijka.

czwartek, 7 kwietnia 2011

#071

Droga Tajemnico!

Dzisiaj wyjątkowo piszę list do Ciebie. Mam nadzieję, że Espi nie będzie miała nic przeciwko. Na pewno jesteś ciekawa dlaczego akurat to Ty jesteś adresatką? Już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż chcę opowiedzieć Ci dzisiaj o książce którą również czytałaś. Wiem, że zrozumiesz moją wewnętrzną wściekłość oraz potwierdzisz, że mimo wszystko książka jest rewelacyjna. Ale do rzeczy.

Autorką powieści jest Magdalena Zarębska. Tak naprawdę to niewiele można wyczytać o samej autorce z okładki książki: „Magdalena Zarębska mieszka we Wrocławiu. Jest autorką książek dla dzieci i dorosłych.”

Książka o której chcę ci opowiedzieć to „Życie teoretycznie”. Główną bohaterką powieści jest Sabina młoda dziewczyna. Sabina zaraz po ukończonych studiach rozpoczyna pracę jako rehabilitantka w prestiżowym domu opieki „Pod Dębami”, w sumie można nawet powiedzieć domu spokojnej starości gdzie lista oczekujących przewyższa liczbę miejsc. Może się wydawać, że książka będzie bardzo spokojna i że będzie opisywać nudne życie rehabilitantki. Hm… można się grubo pomylić. Otóż Sabina jest… uzależniona i zdominowana przez swoich rodziców. Sabina chce wszystkich zadowolić kosztem samej siebie. Przez cały czas zastanawia się co pomyślą o tym rodzice? Czy tak do końca może liczyć na ich wsparcie? Prawdę mówiąc to powinni ją wspierać, pomagać. Niestety bywa tak, że odwracają się od niej. Domagają się jej stałej uwagi i opieki. Bo przecież jest coś im winna, prawda? Rodzina jest dla niej najważniejszą wartością, jeśli powiem że świętością to wiele się nie pomylę. Tylko jak dla mnie to powinna też pomyśleć o sobie, o swoich potrzebach a nie o tym czego potrzebują rodzice.

Postawa Sabiny od samego początku doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Co rusz odkładałam książkę bo miałam dość zachowania głównej bohaterki oraz jej rodziców. Jednak po chwili brałam książkę do ręki i czekałam na dalszy ciąg wydarzeń. Bardzo chciałam żeby Sabina porządnie odcięła pępowinę i zaczęła żyć po swojemu. Wiem co to znaczy być jedynaczką, oczkiem w głowie rodziców. Jednak małymi kroczkami można do czegoś dojść i ukrócić „smycz” z rodzicami. Tylko trzeba na to odwagi. Bo przecież o swoim życiu decydujemy tylko i wyłącznie MY, nikt inny. W pewnym wieku rodzice powinni poprzestać tylko na radach a nie na wtrącaniu się do życia swojego dziecka. Mówię tak bo może nie wiem co to znaczy być rodzicem i nie wiem jak to jest jak się jest odpowiedzialnym nie tylko za siebie. Może. Ale wiem, że pępowinę trzeba odciąć jak najwcześniej żeby relacja z rodzicami nie zrobiła się „toksyczna”. Bardzo podoba mi się zakończenie podsumowujące całą powieść i zachowanie rodziców oraz Sabiny. Muszę przyznać, że nie takiego zakończenia się spodziewałam. Serio miałam nadzieję, że bohaterka w końcu zmądrzeje.

Wiesz, bardzo dawno żadna książka nie wzbudziła we mnie tyle emocji. I to nie tych optymistycznych. Bo złość to chyba nie zalicza się do tych dobrych emocji?

Książkę polecam każdemu jako „ostrzeżenie”. Bo książka jest nie tylko dla rodziców ale także dla ich dzieci (i nie mam na myśli dziesięciolatków). Aby przekonali się, że pępowinę powinno odciąć się w momencie porodu.

Pozdrawiam
Archer


P.S.
A tutaj dotarła do mnie ostatnia Włóczykijka, którą udało mi się wygrać na blogu:
A tutaj piękna dedykacja od Autora.

wtorek, 5 kwietnia 2011

#069

Droga Espi!

Znasz taką autorkę jak Monika Szwaja prawda? Wyobraź sobie, że powstała cała seria książek "Monika Szwaja poleca!" Są to książki stricte rozrywkowe - jak czytam na stronie Wydawnictwa SOL. No i muszę się z wydawnictwem zgodzić w stu procentach. Faktycznie książka jest zabawna, napisana lekkim i łatwym językiem. A przede wszystkim jest jak najbardziej realna.

No dobrze, to teraz kilka słów o autorce a potem opowiem o czym książka i czy warto ją przeczytać? Czy taka kolejność Cię moja Droga satysfakcjonuje?

Otóż Pani Magdalena Witkiewicz "pokochała książki gdy jeszcze ssała smoczek" - takie zdanie widnieje na okładce książki. Już sam ten tekst może świadczyć o tym, że ma na swoim koncie mnóstwo przeczytanych pozycji. Oprócz tego jest mamą Lilianki oraz Mateuszka. Na co dzień prowadzi firmę marketingową "Efekt motyla" (muszę przyznać, że nazwa całkiem niezła)

A teraz o książce. Otóż "Milaczek" jest pierwszą książką z serii "Monika Szwaja poleca". Tytułowy Milaczek to dwudziestoszcześcioletnia Milena. Dziewczyna odkąd sięga pamięcią narzekała na swoją wagę a co za tym idzie wiecznie się odchudzała z różnym skutkiem. Milena pracuje jako analityk w międzynarodowej firmie. Muszę przyznać, że Jej szef Wacław to potrafił mnie doprowadzić do śmiechu, w sumie podobnie jak bohaterka. Oprócz niej poznajemy: Zofię Kruk, która jest ciocią Mileny. Zosia - jak zdrobniale nazywa ją Bachor - jest wdową, no dobrze bardzo bogatą wdową. No i jest jeszcze wspomniany Bachor - czyli Zuza, której pomysły były nie z tego świata. Czytając perypetie Zuzi nie sposób było się nie uśmiechnąć. No i zapomniałam jeszcze o Mariuszu - dentyście.

A wracając do Milenki. Otóż usilnie szuka męża. W sukurs przychodzi jej ukochana Ciocia Zosia która postanawia umówić ją w ciemno z Dentystą. Od razu obydwoje przypadają sobie do gustu. No i jak to w każdej książce bywa, zaczynają się spotykać, jest pięknie i kolorowo... po czym... Stop! Więcej nie zdradzę, bo wtedy cała książka straci urok. A tego nie chcę w żadnym wypadku.

Książka naprawdę przypadła mi do gustu. Została napisana prostym językiem bez zbędnych ubarwień. Mogę śmiało stwierdzić, że taką Milenkę to można spotkać wszędzie. Jeśli powiem, że powieść jest optymistyczna - nie skłamię. Jest pełna poczucia humoru. Uśmiech nie schodził z mojej twarzy :) Lubię takie książki które sprawiają, że się rozluźniam i zapominam o całym bożym świecie. Przy dzisiejszym pędzie, optymistyczne książki są na wagę złota. "Milaczka" Magdaleny Witkiewicz powinno się przepisywać na receptę jako książka na poprawę humoru.

Pozdrawiam cieplutko
Archer


P.S.
Pamiętasz, w moim ostatnim liście do Ciebie wspominałam o wygranej kolejnej książki Włóczykijki. Właśnie do mnie dotarła. Przybyła prosto od Tajemnicy. A w środku była świąteczna kartka, tradycyjnie piękne zakładki (mam dylemat którą wybrać) oraz kawa (zastanawiam się skąd Tajemnica wiedziała, że z tą kawą Strong strzeli w dziesiątkę?) oraz coś na słodko. Oto zawartość paczuszki.
Tutaj piękne zakładki...
oraz autograf z pozdrowieniami od Autora:
P.S.2.
To powiem Ci jeszcze, że czekam na kolejną pozycję z akcji Włóczykijka, którą również wygrałam. Mam nadzieję, że niebawem do mnie dotrze.

piątek, 1 kwietnia 2011

#068

Droga Espi!

Jakiś czas temu przedstawiałam Ci fotorelację z przybycia do mnie książki "Sezon na cuda". Dzisiaj chciałabym przedstawić Ci kolejną fotorelację.
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak pięknego zakończenia dzisiejszego dnia. Cały dzień spędziłam w pracy. Po powrocie do domu czekała na mnie niespodzianka. Otóż przybyła dzisiaj do mnie kolejna pozycja z akcji Włóczykijka. Tym razem to książka Pani Magdaleny Zarębskiej "Życie teoretycznie". Pamiętam, że na blogu u Tajemnicy napisałam komentarz pod recenzją: "bardzo interesujący temat, jeśli uda mi się "dopaść" książkę to przeczytam". Tak więc Espi informuję Cię, że książkę "dopadłam" albo raczej Ona dopadła mnie, chociaż lepiej brzmi "przywłóczyła się" do mnie. Poniżej zdjęcia książeczki, zakładek które były dołączone oraz piękna dedykacja od Autorki.



A tutaj jeszcze zaprezentuję mój stosik biblioteczno - zakupowy:


P.S.
Powiem Ci jeszcze w sekrecie, że udało mi się wygrać książkę na blogu Leny i Tajemnicy a konkretniej „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia.” Marka Tomalika. Jak to dziewczyny napisały: zwycięzca w konkursie dostanie tę książkę poza kolejnością, bez względu na to, czy akurat ma jakąś włóczykijkę u siebie, czy nie.

Tak więc oprócz książki "Życie teoretyczne" do recenzji, niebawem dotrze do mnie „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia.” także do recenzji. Fantastyczny piątek :)

Pozdrawiam cieplutko
Archer