Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Feeria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Feeria. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 października 2014

#317


Droga Tachykardio!

Jak dobrze wiesz, nie przepadam za gotowaniem. Jednak raz na jakiś czas lubię przeczytać książkę w której jest mowa o gotowaniu. A jeśli dorzucę do tego jeszcze listy, wtedy satysfakcja sięga zenitu. Kiedy szarość za oknem nie pozwoliła na czytanie na świeżym powietrzu, zasiadłam na swojej kanapie, wzięłam do ręki kubek gorącej herbaty i zanurzyłam się w świat bohaterów powieści Deborah McKinlay „Cała nadzieja w Paryżu”.

Pewnego dnia Eve pisze list do Jack’a Cooper’a, amerykańskiego autora poczytnych kryminałów. W liście wspomina o jednej ze scen z jego powieści „Martwe litery”, która wywarła na niej spore wrażenie. I tak zaczyna się przyjaźń pomiędzy bohaterami. Eve jest Brytyjką, samotną matką z dorosłą córką Izzy. Przed wielu laty jej mąż Simon porzucił ją dla innej kobiety. Przez całe lata jej matka, wywierała na nią destrukcyjny wpływ i niszczyła jej poczucie własnej wartości, co odbiło się na relacji Eve z własną córką. Jack natomiast to znany pisarz. Dopiero co rozwiódł się ze swoją drugą żoną, która porzuciła go dla… innej kobiety. Przechodzi kryzys twórczy, nie potrafi zabrać się za napisanie kolejnej powieści. Obydwoje łączy pasja gotowania co jest zalążkiem przyjaźni. I to właśnie jest tematem przewodnim ich listów.

Autorka bardzo interesująco przedstawiła bohaterów powieści. To właśnie przez tradycyjną korespondencję pomiędzy bohaterami poznajemy ich życie, ich przeszłość. Eve, jak już wspominałam była wychowywana przez despotyczną matkę. Matkę, która niszczyła jej samoocenę. W pewnym momencie Eve przestała wychodzić z domu. Zamykała się w nim i oddawała pasji gotowania. Wychodzenie do ludzi sprawiało, że wpadała w panikę. To głównie zaważyło na stosunkach z córką. Izzy miała matce za złe, że nie towarzyszyła jej w najważniejszych momentach życia. Dopiero listy wymieniane z Jack’iem sprawiły, że dostrzegła problem i postanowiła coś z nim zrobić. Wiedziała, że terapia i przełamywanie lęku krok po kroku pomogą. Jack natomiast zrobić bilans zysków oraz strat w swoim życiu. Po drugim rozwodzie wpadł w ramiona kobiety, która „była po sąsiedzku”. Czuje jednak, że to nie jest to i prawie natychmiast porzuca ją dla kobiety idealnej. I znów robi rozrachunek z samym sobą. I już wie, że nadal jest coś nie tak, że mu czegoś w życiu brakuje. W końcu budzi się z letargu i zmienia swoje życie.

Brakowało mi czegoś w tej powieści – Paryża. Tytuł oraz piękna okładka sugerują, że główni bohaterowie wreszcie tam się spotkają, że Paryż jest dla nich jedyną nadzieją. Nadzieją na zmianę. Niestety Paryż dość szybko rozmywa się jak londyńska mgła i pozostaje tylko marzeniem. Miejscem, gdzie w końcu mogłoby dojść do spotkania. Ale czy do niego dojdzie? O tym musisz przeczytać już sama. Nie mogę zdradzić zakończenia. Które notabene bardzo mnie zaskoczyło.

„Cała nadzieja w Paryżu” to dobra powieść o tęsknocie, stracie, bólu, miłości oraz samotności. To także świetna historia przyjaźni, którą dzielą tysiące kilometrów, a którą łączy pasja gotowania. Polecam!!!

Pozdrawiam,
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Feeria.

środa, 17 września 2014

#313

Niebawem nakładem Wydawnictwa Feeria ukaże się książka,którą warto będzie przeczytać. Wydaje mi się, że każdy z Nas chciałby kiedyś wybrać się do Paryża - do miasta zakochanych. Dzięki tej książce myślę, że tak właśnie będzie





Z informacji zawartej na stronie Wydawnictwa czytamy:


Napisany do amerykańskiego pisarza list, w którym Eve zachwyca się wyjątkowo plastycznie oddaną przez niego sceną kulinarną, staje się początkiem znajomości, która powoli przemieni życie ich obojga.

Eve jest po czterdziestce, jej mąż mieszka z drugą żoną, córka wyprowadziła się do Londynu. Z kolei Jackson, który wydał już kilka powieści i ma grono swoich wiernych czytelników, czuje, że w jego własnym życiu wciąż wieje pustką. Oboje mają to samo hobby: gotowanie. Pasja do odkrywania smaków i aromatów ich zbliża, ale życie otwiera przed nimi więcej niespodzianek.
Pełne realizmu i ciepła postacie, narracja wolna od płaskiego sentymentalizmu, życie płynące w rytmie słodko-gorzkich rocznic i rodzinnych wydarzeń – książka, którą smakuje się z przyjemnością, bez fastfoodowego pośpiechu, z uśmiechem, refleksją, nutą optymizmu i palącym zaciekawieniem.




Dzięki tej książce początek jesieni będzie iście francuski.

wtorek, 10 czerwca 2014

#305



Droga Tachykardio! 

Kiedy odchodzi od nas ukochana osoba, nasz idealny świat rozpada się w pył. Nie potrafimy znaleźć sobie miejsca. Dobrze jest mieć wtedy wokół siebie przyjaciół, którzy będą wypełniać nasze wolne dni. Ale czasem zdarza się, że kończymy u psychoanalityka. I tak właśnie dzieje się z bohaterką (a zarazem autorką) książki o której chcę Ci dzisiaj opowiedzieć. 

Chiara, młoda i energiczna kobieta, pracująca w poczytnym rzymskim tygodniku , gdzie prowadzi małą rubrykę poświęconą „Niedzielnym obiadom” pewnego dnia za namową męża przeprowadza się do Rzymu. Zamienia małe rodzinne miasteczko, w którym mieszkała do tej pory przez całe życie, i gdzie otoczona była ze wszystkich stron opieką rodziców i przyjaciół, na wielkomiejskie lokum w stolicy Italii. I wszystko może potoczyło się dobrze, ale … pewnego dnia odbiera od swojego męża telefon ,w którym ten informuje ją, że zostaje na dłużej w Dublinie. Na jak długo ? Na bardzo długo - nie ma zamiaru wracać, bo ma dość dotychczasowego życia. Od początku nie podobała jej się ta przeprowadzka. Wolała zostać w swoim domu pod Rzymem. Tam miała blisko swoją rodzinę. Kobieta załamuje się. Na całe szczęście mogła liczyć na swoich niezawodnych przyjaciół, którzy jak tylko mogli organizowali jej wolny czas. Ale niestety kiedy tylko zamykały się za nimi drzwi, Chiara pozostawała sama ze swoją samotnością. Dodatkowo redaktor naczelny tygodnika w którym pracowała, zastąpił jej rubrykę „Niedziele obiady” poradami sercowymi. Więc nie tylko straciła męża ale także pracę. Pewnego dnia podczas kolejnego spotkania z psychoanalityczką, lekarka zaproponowała Chiarze pewną zabawę. Miała ona polegać na tym, że przez najbliższy miesiąc, przez dziesięć minut każdego dnia będzie robić coś czego nigdy nie robiła. Na początku Chiara sceptycznie do tego podchodzi, jednak godzi się na to bo przecież nie ma nic do stracenia. 

W pierwszej chwili sądziłam, że będzie to ckliwa historia jakich wiele. Jednak w pewnym momencie doszłam do wniosku, że jestem w błędzie. I to wielkim. „Przez 10 minut” to zapis wydarzeń miesiąca z życia Autorki, kiedy prowadziła grę zaproponowaną przez swoją psychoanalityk . 

Może się wydawać, że dziesięć minut to mało. Bo przecież to tylko sześćset sekund. I nawet jeśli skumulowane są przez trzydzieści dni to i tak nie ma prawa nic dobrego się przez ten czas wydarzyć. Przecież to nic nie zmieni. Nie możemy być szczęśliwi. A jednak. Autorka codziennie uczy się czegoś nowego. Jednego dnia po raz pierwszy w życiu przygotowuje pancake’i (to takie amerykańskie naleśniki, znacznie grubsze niż nasze). A innego uczy się haftu krzyżykowego i wypuszcza w świat chińskie lampiony. Po raz pierwszy rozmawia ze swoją matką, a nie tylko streszcza jej swoje życie.W końcu przekonuje się także do świętowania Bożego Narodzenia, chociaż wcześniej wraz ze swoim mężem unikali tego święta. 

„Przez 10 minut” pokazuje, że każdego dnia możemy być szczęśliwi. Pokazuje, że pomimo iż opuściła nas ukochana osoba my możemy być szczęśliwi. Tylko musimy otworzyć się na nowe doznania. Nauczyć się czegoś nowego, wcześniej dla nas niedostępnego. Bo w pewien sposób zmieni to nasze życie. A wystarczy do tego tylko zwykłe dziesięć minut wykorzystane każdego dnia do maksimum. Bo tak naprawdę wystarczy dziesięć minut by być szczęśliwym. A przecież każde z nas tego właśnie pragnie. Wystarczy wytrwałość w działaniu i konsekwencja. 

Niesamowite w tej książce jest to, że nie jest to fikcja literacka. To prawdziwe przeżycia głównej bohaterki. Dlatego jak dla mnie ta książka jest tak bardzo autentyczna. Do bólu prawdziwa. Każdy z nas został porzucony, utracił wielką, i jak mu się zdawało jedyną, miłość (swojego życia) i musiał przewartościować swoje życie. Zmienić je, czasem na lepsze. Zamknąć ból i samotność w skrzyni. I na nowo zacząć być szczęśliwym. Dzięki tej książce wiem, że do szczęścia potrzebne jest czasem tylko dziesięć minut by było lepiej. Polecam.
Pozdrawiam 
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Feeria

piątek, 16 maja 2014

#301


Droga Tachykardio!

Jak dobrze wiesz lubię wracać do moich ulubionych miejsc. I Bohaterów. I książek. Często wracam do Grajdoła gdzie mieszka Stephanie Plum, i babcia Mazurowa i Komandos, ale ostatnio wraz z Inspektorem Gamache lubię wracać do Three Pines, małej wioski nieopodal Montrealu.

Tym razem z Inspektorem przybyłam do miasteczka podczas Świąt Bożego Narodzenia. I znów mieliśmy za zadanie rozwiązać zagadkę tajemniczego morderstwa. Usiądź więc wygodnie i posłuchaj historii która wydarzyła się w najnowszej powieści Louise Penny „Zabójczy spokój”. CC de Poitiers nie cieszy się dobrą opinią wśród mieszkańców Three Pines. Jest wyniosła, arogancka, pewna siebie, taka królowa śniegu. Nikt jej nie lubi. Mąż jej unika, córka olewa, sąsiedzi pogardzają. Nawet Kochanek jej nie szanuje. Po świątecznym śniadaniu, które jest tradycją wśród mieszkańców, wszyscy wybierają się na zamarznięte jezioro na coroczny turniej curlingu. To właśnie tam w niewyjaśnionych okolicznościach ginie CC.  Prawdziwa tragedia, ale… no cóż, mieszkańcy w końcu odetchnęli z ulgą. Przez cały zastanawiają jednak się kto mógł to zrobić? Kto posunął się do tego by zamordować Panią de Poitiers? I wtedy do akcji wkracza niezastąpiony Armand Gamache wraz ze swoją drużyną. I musi rozwiązać zagadkę, a jak wiadomo (chociażby z wcześniejszej książki „Martwy punkt) śledztwo wcale nie będzie takie łatwe. Dodatkowo morderstwo bezdomnej kobiety w Montrealu jeszcze bardziej skomplikuje dochodzenie. Obie zbrodnie nie mają ze sobą nic wspólnego, a może jednak … Ale do czasu, aż wszystko zacznie stopniowo się wyjaśniać. Jak cała historia się skończy, to o tym musisz doczytać już sama. Nie mogę przecież zdradzić Ci kto zabił i dlaczego. 

Louise Penny po raz kolejny skonstruowała misterny kryminał. Gdzie nic od początku nie jest pewne. Gdzie inspektor podczas śledztwa brnie przez tajemnice mieszkańców, tak samo mocno jak przez zaspy śnieżne okalające miasteczko. W kolejnej powieści powracają bohaterowie znani z wcześniejszej części. Ale także pojawiają się zupełnie nowi, którzy dorzucają smaczku całej historii. Dodatkowym smaczkiem tej historii na pewno jest aura. Tym razem mamy tutaj srogą zimę. Muszę przyznać, że za każdym razem czytając opisy przyrody miałam dreszcze z zimna. 

Tak samo jak w pierwszej części nie jest to nowoczesny kryminał, gdzie akcja leci na łeb na szyję. Tutaj wszystko jest wysublimowane. Śledztwo posuwa się w zwolnionym tempie. Smakujemy go jak najlepszą świąteczną potrawę. Razem z Inspektorem staramy się rozwiązać zagadkę. Zaglądamy do domów bohaterów, brniemy przez śniegi Quebecu i poznajemy nieznane tajemnice bohaterów.
No i przede wszystkim staramy się poznać motywy zachowania CC de Poitiers. Dlaczego była taka jaka była. Co ukrywała i dlaczego była taką osobą a nie inną. 

Wiem, że lubisz kryminały w stylu Agathy Christie, gdzie trudno jest od razu złapać mordercę. Tutaj jest tak samo. „Zabójczy punkt” jest idealny dla miłośników klasycznych kryminałów. Na początku przeraża objętość – ponad 500 stron – jednak po pewnym czasie dojdziesz do wniosku, że to wcale nie jest tak dużo jak się może wydawać. W szczególności kiedy zagadka morderstwa zostanie rozwiązana a Tobie opadnie szczęka gdy dowiesz się kto zabił. Bo ja do dzisiaj nie mogę się otrząsnąć. Polecam!
 

Pozdrawiam 
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Feeria



czwartek, 17 kwietnia 2014

#294





Droga Tachykardio!

Dom jest to miejsce w którym powinnaś czuć się bezpiecznie. To miejsce gdzie możesz ukryć się przed złem tego świata. A co się stanie jeśli ten azyl runie jak dom z kart, a to bezpieczeństwo zachwieje się? Co wtedy? Czy będziemy mogli czuć się kiedyś w nim ponownie bezpiecznie i pewnie?

Lisa mieszka wraz ze swoją pięcioletnią córką Anouk w domu, który stoi zdecydowanie na uboczu. Pewnego poranka podczas wywieszania prania na podwórku dostrzega mężczyznę. Coś jej podpowiada, że on nie pojawił się tutaj w celach towarzyskich. Rzuca pranie i ucieka do domu. Niestety mężczyzna podąża za nią. Wpada do kuchni i od razu zabiera się za jedzenie leżące na stole. Okazuje się, że jest to zbiegły z przepustki przestępca, który ma na swoim koncie kilka zabójstw. Lisa stara się uciec. Zdaje sobie sprawę z tego, że mężczyzna jest niebezpieczny. Jednak wszystkie jej próby okazują się być nieudane. Kobieta poddaje się, stara „współpracować” i liczy na cud, że może ktoś uratuje ją i jej córkę. W tym samym czasie Senta, dziennikarka, gubi się w okolicy gdzie mieszka Lisa. Trafia do jej domu i dzwoni do drzwi. Na brak odzewu ze strony domowników reaguje i zerka przez okno. Dostrzega siedzącą na kanapie, przerażoną kobietę oraz mężczyznę z nożem. Lisa na migi daje jej znać, że ma wezwać pomoc. Przerażona Senta wsiada w samochód i odjeżdża. W drodze stara się wykonać telefon na policję, jednak gubi aparat, traci panowanie nad kierownicą i wpada do kanału…

I co? I jak? Bo jak dla mnie bomba!. Fakt, że na początku miałam małe obawy co do tej historii, jednak z każdą kolejną stroną coraz bardziej zatapiałam się w nią..

Autorka nie robi długiego wstępu na rozwinięcie fabuły. Od razu wali obuchem w łeb, aż dudni. A potem gna z akcją jak pędzące na wyścigach konie. I nie pozwala ani na moment zwolnić. Stworzyła świetnych bohaterów i dokładnie przedstawiła ich profil psychologiczny.

Historia zawarta w książce przebiega dwutorowo. Pierwsza z nich to opowieść o Lisie i jej córce. Są zakładniczkami we własnym domu. Poznajemy ich strach. Widzimy walkę o przetrwanie. Dowiadujemy się także, do czego jesteśmy zdolni w momencie kiedy grozi nam niebezpieczeństwo. Druga, to historia Senty, dziennikarki. Kobiety, która chcąc pomóc zakładniczce, sama tej pomocy potrzebuje. Po wypadku zapada w śpiączkę. Tutaj poznajemy punkt widzenia Senty. Jej walkę o przebudzenie i przypomnienie sobie tego co wydarzyło się przed wypadkiem,

„Bezpiecznie jak w domu” to doskonały thriller psychologiczny ukazujący to co dzieje się w psychice ofiary oraz oprawcy. To książka od której nie da się oderwać. To książka która sprawi, że inaczej spojrzysz na bezpieczeństwo swoich czterech ścian. Polecam.


Pozdrawiam serdecznie
Archer


P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Feeria



wtorek, 15 kwietnia 2014

#293

Jeszcze nie tak dawno wspominałam o świetnym kryminale z Wydawnictwa Feeria "Martwy punkt" Louise Penny. Była to pierwsza część serii o przygodach inspektora Gamache. I właśnie się dowiedziałam, że już pod koniec tego miesiąca pojawi się kolejna część z tej serii "Zabójczy spokój".



30 kwietnia wydawnictwo Feeria zapewni możliwość ponownego spotkania z Inspektorem Gamachem w drugim tomie bestsellerowej serii jego przygód, pt. „Zabójczy spokój”.


W malowniczym kanadyjskim miasteczku Three Pines w okresie świątecznym dochodzi do morderstwa na CC de Poitiers, nielubianej, a nawet nienawidzonej autorce poradników o życiu duchowym i samooświeceniu. Morderstwo ma miejsce podczas corocznego, tradycyjnego meczu curlingu na zamarzniętym jeziorze. CC de Poitiers zostaje śmiertelnie porażona prądem, lecz pozostaje wielką zagadką, jak do tego doszło w takim miejscu, w obecności ponad trzydziestu świadków, widzów meczu. Do miasteczka przybywa inspektor Armand Gamache, który próbuje rozwikłać tajemniczą i jak się wydaje, niemożliwą do popełnienia zbrodnię. Krąg podejrzanych jest szeroki, ponieważ ofiara podpadała każdemu, komu się da - sąsiadom i rodzinie - okrutnymi komentarzami i antypatycznym stylem bycia

środa, 9 kwietnia 2014

#291







Czasem trzeba zmienić rodzaj czytanej literatury. Dlatego raz na jakiś czas porzucam obyczaj oraz literaturę kobiecą i sięgam po dobry kryminał, ewentualnie sensację. Tym razem wybrałam tę pierwszą opcję, kryminał.

Tylko skąd mieć pewność że książka po którą sięgam jest tego warta ? Nie wiem co mnie skusiło do tego, by przeczytać „Martwy punkt” Louise Penny. Myślę, że zachęciły mnie informacje o książce ,na które natykałam się co rusz w sieci i nie tylko. Powieść zdobywała raz za razem kolejne nagrody (The New Blood (Creasey) Dagger (2006) of the Crimewriters Association (UK) The Arthur Ellis Award (2006) of the Crime Writers of Canada (Canada) ), czyli teoretycznie nie jest byle czym, tylko pozostaje jeszcze pytanie : Czy przypadnie mi do gustu?
Ale o tym później…

    Three Pines, małe miasteczko we francuskiej części Kanady Quebecu, niedaleko Montrealu. Wszyscy mieszkańcy są ze sobą bardzo zżyci i jak to bywa w takich społecznościach wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich.Ale pewnego jesiennego dnia…
     Pewnego jesiennego dnia na leśnej ścieżce zostaje znalezione ciało starszej kobiety. Ofiarą jest Jane Neal, niezamężna emerytowana nauczycielka, uwielbiana przez wszystkich w okolicy. Mieszkańcy miasteczka są zaskoczeni jej nagłą i niespodziewaną śmiercią. W szczególności, że Jane nie zmarła w sposób naturalny.
     Śledztwo prowadzi Armande Gamache wraz ze swoim zespołem. Mieszkańcy nie są skłonni do współpracy i do ujawniania swoich sekretów, ale jednocześnie są wstrząśnięci faktem, że Jane została postrzelona z łuku. Przecież w miasteczku położonym pośród quebeckich lasów każdy potrafi naciągnąć cięciwę i wypuścić strzałę wprost do celu. Po mału uświadamiają sobie, że mordercą może być ktoś spośród nich. Tylko komu przeszkadzała nauczycielka? Kto był zdolny do morderstwa i dlaczego ?

Czytając powieść mamy okazję poznać tajemnice wszystkich mieszkańców i odkrywamy ich mroczne sekrety. Podobnie jak życie zamordowanej Jane Neal. Śledztwo, które mozolnie prowadzi Gamache nie posuwa się do przodu, choć co rusz na jaw wychodzą nowe fakty, a na celowniku pojawiają się coraz to inni podejrzani. Na domiar wszystkiego, nowy nabytek w grupy śledczej, agentka Nichol nie do końca skłonna jest wykonywać wszystkie polecenia służbowe i co chwila sprawia kłopoty swojemu przełożonemu.

„Martwy punkt” to lektura na kilka wieczorów. Oczywiście, że można ją przeczytać w jeden, ale po co? To kryminał wysmakowany którym należy się delektować jak najlepszym daniem, więc miłośnikom „książkowych fastfood’ow” pozycji tej nie polecam. Najlepsza zabawa to prowadzić śledztwo z inspektorem Gamache i szukać mordercy. A jak już go znajdziemy to może się jednak okazać że postać wytypowana przez nas na mordercę jest jednak niewinna. Ja tak miałam.

Lousie Penny napisała znakomity kryminał. Zgodzę się z opisem na okładce, że jest to kryminał w starym dobrym stylu Agathy Christie. Akcja powieści może i nie jest wartka, a wszystko dzieje się powoli i sennie, ale przez to idealnie oddaje atmosferę małego miasteczka .

Samo zakończenie sprawy i rozwiązanie śledztwa zaskakuje, aż wierzyć się nie chce że mordercą jest... nie tego nie zdradzę oczywiście, przekonajcie się sami. Gwarantuję dobrą zagadkę kryminalną. Polecam.



wtorek, 4 marca 2014

#287

Wydawnictwo Feeria proponuje świetny kryminał


„Martwy punkt” to pierwszy tom bestsellerowej serii Louise Penny o Armandzie Gamache’u, niezwykłym detektywie z Surêté du Québec. Gamache, - elegancki, wyrazisty bohater – rozprawia się ze złem z wdziękiem i klasą Sherlocka Holmesa, a powieści o nim są prawdziwą gratką dla wielbicieli klasycznego kryminału!

Nadinspektor Armand Gamache z Surêté du Québec i jego zespół śledczych przybywa do Three Pines, maleńkiej wioski na południe od Montrealu. Rozpoczynają dochodzenie w sprawie tajemniczej śmierci Jane Neal, którą znaleziono w lesie z raną po strzałach z… łuku. Mieszkańcy Three Pines są pewni, że kobieta zmarła w wyniku nieszczęśliwego wypadku, Gamache ma jednak przeczucie, że w leśnych ostępach czai się coś o wiele bardziej złowieszczego…




Nagrody zdobyte przez książkę:
The New Blood (Creasey) Dagger (2006) of the Crimewriters Association (UK)
The Arthur Ellis Award (2006) of the Crime Writers of Canada (Canada)
The Dilys Award (2007) of the Independent Mystery Bookstore Association (USA)
The Anthony Award (2007) (USA)
The Barry Award (2007) (USA)
Kirkus Review: a Top Ten Mystery of 2007
DorothyL Best Mystery Novel of 2007
Bestseller lists in Canada and the IMBA
Finalist for The Barry Award for Best Mystery Book of the Decade
I-Tunes (Canada): Top AudioBook of 2011
Sama jestem ciekawa tej książki. Bo muszę przyznać, że ostatnio łaknę takiej literatury




niedziela, 9 lutego 2014

#282



Miłość nigdy nie pyta o pozwolenie, czy zawładnąć naszym sercem, czy rozumem. Dość często zjawia się niespodziewanie i wali prosto, jak grom z jasnego nieba. Spada na nas nieoczekiwanie - czasem chcemy walczyć z tym uczuciem. Jednak zdarza się, że nie mamy siły i poddajemy się. Zdarza się też, że mur, który wokół siebie wybudowaliśmy, zaczyna się kruszyć aż w końcu zostaje całkowicie zburzony. Stajemy się wtedy bezbronni mimo, iż chcieliśmy być odbierani jako osoby silne oraz pewne siebie. 

Angelika Niemirska wraca do rodzinnego Krakowa, żeby podpisać lukratywny kontrakt z jedną z tamtejszych firm. Dziewczyna na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie pewnej siebie kobiety. Jednak to tylko pozory, bo Angelika wybudowała wokół siebie mur i nie pozwala nikomu przejść na jego drugą stronę. A wszystko to przez swoją przeszłość, którą chciałaby zostawić daleko za sobą. Powrót do Krakowa uniemożliwia jej to i sprawia, że wszystko powróciło ze zdwojoną siłą. Daniel Jakubowski jest prezesem w firmie informatycznej. Dla niego najważniejsza jest praca. Wychuchany, wydmuchany i otoczony troską jedynak nie ma czasu ani chęci na to, by się wiązać z kimkolwiek. I nie chce angażować się w żadną stałą relację. Całkowicie odpowiada mu zycie singla. Los bywa dość przewrotny. Pewnego pięknego lutowego dnia w jego biurze pojawia się Angelika, z którą ma podpisać kontrakt, który ustawi jego firmę na najbliższe lata. Oby dwoje nie dochodzą jednak do żadnego porozumienia. Dzień później – w Walentynki – na gruncie, można by rzec prywatnym, dochodzi do kolejnego spotkania pary. Każde z nich ma przygotowaną swoją wersję umowy. Czy wspólnie spędzony wieczór, sprawi, że miłość powali ich jak grom z jasnego nieba? Czy Angelika rozliczy się z przeszłością? Czy podpisana umowa będzie korzystna dla obu stron?

Czytając przygody Angeliki i Daniela w książce Krystyny Mirek „Miłość z jasnego nieba” może się wydawać, że to typowy i banalny romans. Jednak wcale tak nie jest. Od samego początku losy bohaterów urzekają i wciągają. Cały czas zastanawia, jak potoczą się ich losy. Trzymamy kciuki za Angelikę żeby stanęła ze swoją przeszłością twarzą w twarz i wybaczyła matce. Mam nadzieję, że w końcu Daniel przestanie być playboyem i ustatkuje się.

Autorka nie tylko przedstawia nam historię miłosną. Pokazuje także, jak nasze dzieciństwo kształtuje nas i jak bardzo widoczne są jego echa w naszym dorosłym życiu. Angelika wychowywała się z matką i dwójką młodszego rodzeństwa. Matka co rusz przyprowadzała do mieszkania kolejnych mężczyzn. Dziewczyna nie zaznała w swoim dzieciństwie czułości, troski, opieki, miłości, szczęścia. Tak naprawdę, nie miała dzieciństwa, bo gdy na świecie pojawili się Piotrek i Małgosia, Angelika starała się zastąpić im matkę. Nie zawsze jej się to udawało. W pewnym momencie postanowiła zawalczyć o siebie. Dzięki wykorzystanej szansy, uzyskała stypendium i mogła wyjechać do Monachium, na studia. 
Mimo wyrzutów sumienia uciekła od matki i od rodzeństwa. Bała się o przyszłość dzieci, jednak dla siebie chciała czegoś innego. Do wszystkiego doszła samodzielnie, ciężką pracą. Wybudowała wokół siebie mur. Nie chciała by, ktoś, kto się do niej zbliży, poznał jej przeszłość. Dlatego ubrała maskę z pozoru twardej kobiety, która jest pewna siebie i zna swoją wartość. Tak naprawdę, pod tą skorupą, kryła się krucha, bezbronna kobieta potrzebująca wsparcia, miłości, czułości. Kiedy na jej drodze stanął Daniel i powoli zaczął kruszyć twierdzę którą wokół siebie zbudowała, nie spodobało jej się to. Przerażało ją to, że nie potrafi zapanować na kiełkującym uczuciem do mężczyzny. Bo przecież ona tego wcześniej nie doświadczyła, to wszystko zdarzało się wszystkim tylko nie jej. Bała się, że to tylko złudzenia. Że to wszystko to bańka mydlana która pęknie w najmniej oczekiwanym momencie.

Wiele osób buduje wokół siebie mur, zamykając się na uczucia i wypierają je. Nie przyznają się nawet przed samymi sobą, że wiedzą, co to znaczy kochać kogoś. Bo przecież nikt ich tego nie nauczył. A nawet jeśli dawno temu kogoś kochali, to po czasie wszystko się zatarło. I kiedy trafia ich miłość, która spada na nich jak grom z jasnego nieba. Kiedy nagle zjawia się ktoś kto cegła po cegle burzy mur, który wokół siebie wybudowali przez całe lata, czują się totalnie bezbronni i nie zawsze potrafią się czasem w tym odnaleźć. Boją się, ale w końcu przekonują, że także mogą kochać i być szczęśliwi. 

„Miłość wymaga zaufania. Jeżeli ma być prawdziwa, trzeba się otworzyć i wpuścić drugą osobę bardzo głęboko we własne życie. Można dzięki temu bardzo wiele zyskać, ale tyleż samo stracić. Dlatego ludzie, którzy się boją, nie potrafią naprawdę kochać” (cyt. str. 166)

Jeśli macie ochotę na nietypową i trochę magiczną książkę, to ze szczerego serca polecam najnowszą książkę Krystyny Mirek „Miłość z jasnego nieba”. Myślę, że się nie zawiedziecie. Ja się nie zawiodłam. I powiem Wam w sekrecie, że z niecierpliwością czekam na kolejną powieść Pani Krystyny. Polecam!!!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Feeria 




poniedziałek, 27 stycznia 2014

#280




Niekiedy zdarza się tak, że w pewnym momencie naszego życia staje na naszej drodze ktoś, kto wywraca je do góry nogami. I nagle - nasz poukładany i idealny (oczywiście według nas) – świat nie wydaje nam się już taki, jakim był dotychczas. Dochodzi się do wniosku, że życie było puste, nieciekawe i samotne. A teraz nabrało barw, zostało wypełnione szczęściem i drugim człowiekiem. 

Sabina jest samotną kobietą po trzydziestce. Nie posiada instynktu macierzyńskiego, a co z tym związane, nie przepada za dziećmi. Mieszka w dwupokojowym mieszkaniu. Uwielbia czytać książki - głównie romanse, bo podczas czytania ich marzy. Lubi kryminały, bo akurat przy nich odpoczywa. Ma dość nietypową pracę. Otóż Sabina jest przyjacielem do wynajęcia. Wiadomo, że przyjaźni się nie kupi, jednak Sabina na przekór próbuje udowodnić, że jednak tak można. Kobieta wpadła na ten pomysł w momencie przeglądania ogłoszeń o pracę. Ludzie poszukiwali osoby, która wysłucha ich lub pomilczy z nimi - stąd ten pomysł. Pewnego dnia, podczas przerwy obiadowej (którą Sabina jak zwykle spędzała w parku) podeszła do niej dziewczynka, Marysia. Dziewczynka poprosiła ją, aby Sabina namalowała jej słońce. Właśnie od tej prośby rozpoczyna się dość nietypowa przyjaźń. Nagle okazuje się, że Sabina łaknie spotkań z siedmiolatką. Dziewczynka krok po kroku burzy mur, który wybudowała wokół siebie kobieta. To właśnie Marysia wprowadza do jej życia kolory i wywraca je do góry nogami.

Było to moje drugie spotkanie z twórczością Autorki. Powiem szczerze, że z każdą kolejną książką Gabriela Gargaś zaskakuje mnie coraz bardziej. Pozytywnie, oczywiście.

„Namaluj mi słońce” to powieść pełna emocji, która potrafi rozbawić i równocześnie doprowadzić do łez. A o to chyba chodzi, żeby książka wzbudzała emocje. Bo jeśli ich nie wzbudza, to albo z czytającym jest coś nie tak, albo historia nie porywa. W tym wypadku książka pochłonęła mnie od samego początku. Już wraz z pierwszymi literami, po przedstawieniu sylwetki głównej bohaterki, chcemy wiedzieć, jak potoczy się przyjaźń Sabiny – singielki nie przepadającej za dziećmi - z samotną siedmiolatką bez przyjaciół, od której dość wcześnie odeszła matka.

Autorka w swojej powieści poruszyła ważny temat samotności. Po pierwsze, jest tutaj samotność osoby dorosłej. Czasem jest to nasz wybór, a czasem życie weryfikuje nas i w konsekwencji pozostajemy sami. Tylko czy bycie samemu jest adekwatne do bycia samotnym? Czy miedzy byciem samemu i byciem samotnym można postawić znak równości? Już w książce „Mały Książę” można było dowiedzieć się, że „równie samotnym jest się wśród ludzi”. Sabina jest – jak sama mówi – osobą samotną. Myślę, że została przyjacielem do wynajęcia właśnie dla takich ludzi jak ona sama. Przecież na świecie (albo całkiem blisko nas, czego czasem nie zauważamy) jest wiele osób, które nie mają nikogo z kim mogłyby podzielić się radością czy smutkiem. I właśnie od tego jest Sabina, od bycia wtedy, kiedy ktoś jej potrzebuje. 

Oprócz tego Autorka pokazała nam drugi rodzaj samotności. Mam na myśli samotność dziecka. Mimo że Marysia ma babcię i ojca, którzy kochają ją nad życie, nie ma matki ani żadnej przyjaciółki. Dziewczynki w jej klasie wyśmiewają ją za to, że nie ma mamy. To też pewien rodzaj samotności, wychowywanie się w bez jednego z rodziców. Niestety, bywa tak że takie życie odbija się na psychice dziecka. Kiedy na horyzoncie pojawia się Sabina, dziewczynka postanowiła, że zostanie jej przyjaciółką. A kiedy Sabina zaczyna się spotykać z Maksem, ojcem małej, dziewczynka zaczyna nazywać kobietę, mimochodem, mamą. Wyraźnie daje się odczuć tą samotność Marysi i strach, że pewnego dnia Sabina, podobnie jak Magda – mama Marysi – odejdzie z jej życia. Przecież my także (nie tylko małe dzieci) boimy się, że ci których kochamy najbardziej znikną. 

Dawno żadna Autorka ani historia nie sprawiły, że czytana przeze mnie książka pełna jest kolorowych znaczników.

Mimo iż opowieść może wydać się banalna, historia w niej zawarta jest jak najbardziej życiowa. Pani Gabrielo, czekam na kolejną, pełną emocji książkę. POLECAM!!!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Feeria


poniedziałek, 28 października 2013

#268



Droga Tachykardio!

Z marzeniami jest tak, że każdy je ma i dąży do ich spełnienia. Czasem jest tak, że jednym łatwiej przychodzi ich spełnianie, gdyż zasobne konto pozwala kupić wszystko – nawet miłość. Jednak są też tacy, którzy dzięki swojej własnej pracy do tych marzeń dążą. 

Konstancja ma prosty plan na życie: wyjść bogato za mąż, nie musieć pracować i niczym się nie przejmować. Sama pochodzi z zamożnej rodziny i nie wie co to znaczy ciężka praca. Obraca się w elitarnym środowisku. Ojciec spełnia jej wszystkie zachcianki. Konstancja dobrze wie, że złota karta otwiera drogę do wszystkiego. Ale wszystko do czasu. Pewnego dnia jej ojciec – znany przedsiębiorca – zostaje aresztowany,  po matce ginie słuch, dom zostaje zamknięty na cztery spusty. Dodatkowo dostęp do wszystkich kont zostaje zablokowany przez prokuratora. Konstancja jest w tak wielkim szoku, że kurek do pieniędzy ojca zostaje zamknięty, że nie wie co zrobić. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że odwracają się od niej wszyscy znajomi. Zostaje sama. Wyczerpana ląduje w ostateczności na dworcu. Wtedy z pomocą przychodzi Rafał, nieznajomy który także jak ona musi noc spędzić na dworcu. Dziewczyna musi radzić sobie sama, bez pieniędzy, wsparcia rodziny i bez dachu nad głową. Jak dużą rolę odegra w jej życiu Rafał? Czy w końcu zrozumie, że pieniądze tak naprawdę szczęścia nie dają? 

To było moje drugie spotkanie z twórczością Krystyny Mirek i wiem, że na pewno nie ostatnie. Autorka w swoich powieściach porusza wiele istotnych tematów. Tym razem umieściła w swojej powieści dość istotny temat: utratę dziecka. Anna, mieszka w Krakowie, jest matką trójki dzieci. Nigdy nie pogodziła się ze śmiercią swojej córeczki Amelki. Duch dziewczynki wciąż towarzyszy rodzinie. Nie wie jednak, że ponad dwadzieścia lat temu doszło do „przekrętu“ i dziecko zostało oddane rodzinie która pragnęła mieć dziecko, jednak wszystkie metody zawodziły. Dopiero po wielu latach poznaje całą brutalną prawdę. Kiedy wszystko zostało wyjaśnione w mojej głowy pojawiło się pytanie: kto mógł być na tyle nieludzki by odebrać matce upragnione dziecko i wmówić jej że zmarło zaraz po porodzie?

Przyznaję, że na samym początku główna bohaterka Konstancja doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Była pustą, rozpieszczoną córeczką tatusia, liczyła się dla niej tylko i wyłącznie kasa oraz bogaci przyjaciele. Zmiana nastąpiła w momencie kiedy wszystko straciła. Nie, nie było mi jej żal. Jednak zaczęłam jej kibicować. Chciałam się przekonać czy faktycznie jest silna, czy nie załamie się przy najbliższej nadarzającej się okazji. na szczęście okazało się, że zmiany jakie zaszły w życiu głównej bohaterki zmieniły ją na lepsze. 

„Droga do marzeń“ pokazuje, że kiedy tracimy wszystko i zostajemy sami, nie możemy się załamywać. Musimy wziąć się garść i brnąć do przodu mimo przeciwności losu. Mimo iż do wszystkiego będziemy musieli dojść własnymi rękoma. Pokazuje także, że małe kroczki przybliżają nas do naszych marzeń, z których nigdy nie powinniśmy rezygnować. Tylko walczyć by wreszcie się spełniły. Polecam!!!

Pozdrawiam Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Feeria