wtorek, 20 września 2016

#387


Prawdopodobnie każdy z nas ma takie miejsce do którego może uciec. Miejsce, gdzie może się ukryć przed złem tego świata. Miejsce gdzie możemy się uspokoić, pobyć samemu ze sobą i ze swoimi myślami. Takie miejsce ma także bohater książki „Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu” Anny McPartlin o którym teraz opowiem.

Maise Bean wraz z dwójką dzieci ucieka od męża kata po tym, jak pobił ją do nieprzytomności. Maise pracuje na dwa etaty by utrzymać siebie, matkę oraz dwójkę dzieci - Valerie i Jeremy’ego. Różnie radzi sobie z wychowaniem dzieci i opieką nad matką cierpiącą na demencję. W Nowy Rok umawia się na randkę z Fredem Brenannem, policjantem, który wiele razy pomagał jej wtedy gdy bił ją mąż. Dwa dni później okazuje się, że kiedy ona jadła kolację z Fredem, jej syn, Jeremy, wyszedł z domu i dotychczas nie wrócił. Tak rozpoczynają się rozpaczliwe poszukiwania chłopca, który zaginął wraz z najlepszym przyjacielem Rave’m.

Po książkę sięgnęłam z ciekawości. Jakiś czas temu moja koleżanka z pracy zachwycała się inną pozycją tej Autorki „Ostatnie dni królika” i pomyślałam sobie, że może warto zapoznać się z najnowszą książką. Skoro tamta była dobra ta nie mogła być inna. I tak też było. Ta książka zaskakuje i uświadamia kilka rzeczy. Ale o tym za chwilę.

Maise po dwudziestu latach od tragicznych wydarzeń postanowiła napisać książkę. Zrobiła to,
by pokazać światu co się jej wtedy przydarzyło. Całą historię poznajemy z punktu widzenia każdego
z bohaterów, wydarzenia z ich perspektywy oraz ich przemyślenia. To ułatwia czytelnikowi zrozumieć każdą z postaci. Ta spisana historia to nie tylko ból zrozpaczonej matki, która nagle traci kontakt z dzieckiem. To także przeżycia wszystkich osób pośrednio powiązanych z Maise i jej rodziną. W końcu też strach Jeremy’ego przed odrzuceniem po przyznaniu się do odmienności.

Autorka w swojej powieści pokazała jak łatwo jest nam oceniać innych. Jak łatwo nam szufladkować ludzi przez pryzmat ich odmienności. A przecież tak naprawdę to każdy z nas jest inny, więc w zasadzie nie mamy prawa nikogo oceniać.

W książce temat homoseksualizmu został poruszony ze zrozumieniem. Muszę przyznać, że Autorka bardzo dokładnie pokazała jak bardzo ten temat jest delikatny i jak bardzo młodzi ludzie boją się przyznać do własnej odmienności. Boją się odrzucenia, potępienia. Paraliżuje ich strach, boją się, że zostaną wyśmiani.

„Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu” to książka obok której nie można przejść obojętnie. Nie można się od niej oderwać, gdyż jesteśmy cały czas ciekawi dalszego rozwoju akcji. Jestem pewna, że teraz sięgnę po książkę „Ostatnie dni królika”, by znów dać się porwać historii która sprawi, że tak łatwo o takiej książce nie zapomnę.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins






piątek, 19 sierpnia 2016

#386




Dość często zdarza mi się sięgać po książkę, która została zekranizowana. Dlaczego? Przed obejrzeniem filmu chcę zapoznać się z literackim pierwowzorem, by porównać oba i wybrać, co jest lepsze. Odpowiedź prawie zawsze to: książka, ale może się zdarzyć, że film też będzie dobry. Tak właśnie było w przypadku książki Jojo Moyes „Zanim się pojawiłeś”. Mój egzemplarz stał długo na półce, ale skoro nakręcono film, dobrze by było zapoznać się i z książką. Tak oto pewnego dnia zabrałam się za lekturę. 

Lou wraz z rodzicami, dziadkiem oraz siostrą i siostrzeńcem mieszka w domu w Stortfold. Pewnego dnia kawiarnia w której pracowała zostaje zamknięta i Lou zostaje bezrobotna. Jej chłopak Patrick namawia bohaterkę, by ta wraz z nim pracowała jako trener osobisty, jednak Lou nie za bardzo jest do tego pomysłu przekonana. Wie, że musi znaleźć pracę, bo w domu potrzebne są pieniądze na życie. W ostateczności decyduje się na pracę jako opiekunka Willa Traynora, sparaliżowanego w wypadku mężczyzny. Jak zakończy się ta znajomość? Nie zdradzę, bo do końca miałam nadzieję, że nie skończy się tak jak się skończyła.

Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Jojo Moyes. Dawno temu przeczytałam powieść „Srebrna zatoka” i z tego co pamiętam tamta historia mnie zachwyciła. A jak było w przypadku „Zanim się pojawiłeś”? Cóż nie zaprzeczę, że podobała mi się, ale ta historia mnie aż tak bardzo nie porwała. Fakt, że kibicowałam Willowi i Lou, jednak czegoś mi brakowało. Nie mam pojęcia tylko czego? 

Nie jest to banalny romans jakby mogło się wydawać. To historia o miłości, która mogłaby mieć piękny happy end. Gdyby nie stało się to co się stało. Gdyby Will podjął inną decyzję. W sumie po części go rozumiałam, nie chciał być ciężarem dla bliskich. Paraliż sprawił, że stracił chęć do życia i nawet rozgadana Lou nie była wstanie sprawić by znów nabrał do niego chęci. Bo on nie chciał życia na wózku. Chciał znów czuć i robić to co robił wcześniej. Nie dało się go przekonać do tego, że ludzie sparaliżowani też mogą skakać na spadochronie, jeździć na nartach czy nurkować. Poza tym, nie chciał wzbudzać u ludzi litości i nie znosił, gdy nie potrafili od niego oderwać wzroku. 

Jojo Moyes w swojej powieści „Zanim się pojawiłeś” uświadamia nam, że każdy ma prawo wyboru i decydowania o własnym życiu. Nie ważne, o czym zadecydujemy; to jest nasze życie i to my ponosimy za nie odpowiedzialność. Tylko i wyłącznie my. 

Myślę, że teraz czas by dowiedzieć się co działo się dalej z Lou Clark. Zabieram się za drugą część tej historii. 

Stay tuned!!!

środa, 10 sierpnia 2016

#385



Raz na jakiś czas w moje ręce wpadają perełki. Książki z gatunku tych, po które rzadko sięgam. Rzadko, bo mam wrażenie, że coś co nie jest lekkie, łatwe i przyjemne nie jest dla mnie. Oj jak ja się mylę!!! A wracając do perełek. Ostatnia książka, która mnie zachwyciła, powaliła i sprawiła, że chcę więcej. Na książkę „Tego lata w Zawrociu” Hanny Kowalewskiej chorowałam bardzo długo. Mniej więcej od momentu kiedy zachwyciłam się inną powieścią tej autorki - „Tam gdzie nie sięga już cień”. 

Matylda otrzymuje w spadku po swojej babci dom w Zawrociu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że widziała babkę tylko i wyłącznie raz. Nie odwiedzała jej podczas świąt ani podczas wakacji. Nie utrzymywały ze sobą żadnych kontaktów. Podczas przeglądania zawartości domu, w gabinecie dziadka Maurycego, Matylda znajduje pamiętnik. Pamiętnik, który na początku prowadził dziadek, a po jego śmierci zapiski przejęła babcia. Dzięki niemu lepiej pozna starszą kobietę. Lepiej pozna także swoją rodzinę która, mieszka niedaleko. 

Bardzo podoba mi się pierwszoplanowa narracja. Matylda zwraca się do nieżyjącej babci, tak jakby Ona siedziała tuż obok i rozmawiały ze Brzmiało to prawie jak monolog, który wciąga tak bardzo, że nie potrafimy się od niego oderwać. Oprócz tego powieść napisana jest barwnym językiem, można wręcz powiedzieć, zawiera poetyckie opisy. Właśnie to porywa mnie w książkach Hanny Kowalewskiej. I nie ważne co bym jeszcze napisała, nie odda to klimatu Zawrocia, którego nie można z niczym porównać.

Książką Kowalewskiej należy się delektować i chłonąć niespiesznie historię w niej opowiedzianą. Razem z Matyldą wędrować po ogrodzie i zachwycać się wszystkim dookoła. Ta powieść czaruje od pierwszej strony. Lecę po kolejną część gdyż chcę się dowiedzieć co dalej u Matyldy. Polecam!!!

środa, 3 sierpnia 2016

#384



Czasem przy wyborze książki kierujemy się okładką, czasem tym, że już wcześniej czytaliśmy książki danego autora. W przypadku książki „Moje miejsce na ziemi” wszystkie te czynniki przyczyniły się do tego, że zapragnęłam ją przeczytać. Okładka zasugerowała mi powieść lekką, a nazwisko autorki cyklu Miłośniczek czekolady miało gwarantować dobrą zabawę. Jednak ta powieść Carole Matthews jest troszkę inna niż wcześniejsze. 

Pod osłoną nocy Ayesha wraz z córką Sabiną ucieka z domu. Ucieka od męża który ją bije i poniża. Liczy na to, że w Londynie uda jej się ukryć i rozpocząć nowe życie z dala od tyrana. Tak trafia do domu Haydena Daniellsa, muzyka, który od kilku lat ukrywa się przed światem. Po osobistej tragedii jaka wydarzyła się życiu Haydena, mężczyzna zamknął się w domu. W domu, w którym schronienie znalazła także Crystal, tancerka z nocnego klubu oraz emerytka Joy - była sąsiadka Haydena która zajmuje się ogrodem mężczyzny. Ayesha stara się za wszelką cenę być szczęśliwą i całkowicie odciąć się od przeszłości. Jednak Suresh, jej mąż, nie daje za wygraną, chce ją odnaleźć i ukarać. Wierzy, że w końcu mu się to uda. 

Powieść czyta się dość szybko. Całą historię poznajemy z punktu widzenia Ayeshi, Haydena i Suresha. Dzięki temu poznajemy lepiej bohaterów oraz ich odczucia. Każdy z nich przeżył w swoim życiu jakąś traumę. Żyją codziennością i nie mają sił ani ochoty na to by zmienić swoje życie. Nie chcą go ani naprawiać ani nadawać życiu nowego sensu. Kiedy w ich domu pojawiła się Ayesha z córką, obie wnoszą w ich życie radość oraz zmiany. Otworzyli się na świat, dokonali przemian w swoim życiu. Zaczęli żyć od nowa, czując, że te zmiany są lepsze.

Od samego początku kibicowałam Ayeshi, by mąż tyran jej nie dopadł. Trzymałam także kciuki za Sabinkę, która po traumatycznych przeżyciach w domu całkowicie przestała mówić. 

Dla wielu czytelników książka może wydawać się przesłodzona. Owszem, zgodzę się, bo momentami tak jest. Jednak ta słodycz przeplatana jest goryczą, samotnością i strachem. Uczuciami, które towarzyszą nam w życiu i czasem o nim decydują. Tylko od nas będzie zależało czy im się poddamy czy zawalczymy o szczęście. To także powieść o przyjaźni, bezgranicznej miłości matki do córki oraz poszukiwaniu nowego celu w życiu. 

To książka którą się pochłania w zastraszającym tempie, gdyż chcemy wiedzieć co będzie dalej, jak potoczą się losy bohaterów. To także książka poruszająca temat przemocy domowej, samotności po utracie ukochanej osoby i strachu przed całkowitą zmianą swojego życia. Pokazuje, że trzeba mieć w sobie odwagę by zacząć wszystko od nowa. Bo przecież nowe życie możemy zacząć w każdej chwili. Polecam!!!

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins


sobota, 30 lipca 2016

#383



Droga Tachykardio!

Jak już pewnie zauważyłaś, znów czytam polską literaturę. Wyznaję zasadę, że mamy wielu nieodkrytych polskich Autorów, których należy przedstawić szerszemu gronu. Dlatego sięgam po rodzime książki. I po raz kolejny chwyciłam za polską książkę, bo zafascynował mnie opis na jej okładce. Pewnego dnia w pracy, wpadła mi w oko książka, która leżała na regale: „Trawa bardziej zielona” Magdaleny Kołosowskiej. Opis mnie zaciekawił, więc powiedziałam sobie, że nic nie stoi na przeszkodzie by ją kupić i przeczytać. 

Maja to trzydziestolatka która straciła pracę. Bohaterkę poznajemy w momencie, gdy jej mąż wyjeżdża do Szwecji do pracy i nie ma zamiaru wracać. Pewnego dnia przyjaciółka postanawia zabrać ją na tygodniowy wypad na Mazury. To właśnie tam dociera do Mai, że jej małżeństwo trwa już tylko na papierze, a Ona marzy o tym by napisać i wydać książkę. Podczas pobytu dziewczyny nawiązują znajomości, które na dłużej zagoszczą w ich życiu i sercu. 

Kiedy sięgałam po książkę Magdaleny Kołosowskiej nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Nie czytałam nic wcześniej tej Autorki, więc nie znałam jej stylu. Nie wiedziałam jak pisze i czy spodoba mi się jej propozycja. Teraz wiem, że Autorka ma lekkie pióro, a historia zawarta w książce wcale nie brzmi jak fikcja literacka. To naprawdę mogło się przydarzyć każdej z nas. Przecież jest wiele papierowych małżeństw, które istnieją tylko teoretycznie. Są małżeństwa na odległość, gdzie miłość już dawno się wypaliła. Jest także wiele osób, które marzą o tym by napisać i wydać swoją powieść. Właśnie w tej książce główna bohaterka udowadnia, że marzenia są po to by je spełniać. Że nie należy pisać wyłącznie do szuflady, bo wtedy nikt nas nie dostrzeże. A nasza książka na półce w księgarni się nie znajdzie. 

Tak wiem, co chcesz powiedzieć, że powinnam zakasać rękawy i pisać. Ech… fajnie by było znaleźć swoją powieść na księgarskich półkach. 

W powieści podobało mi się to, że historia jest przedstawiona z punktu widzenia każdego z bohaterów. Dzięki temu mamy możliwość lepiej poznać Maję, Kubę, Monikę oraz Pawła. Muszę przyznać, że to świetne zagranie. 

Tachykardio, jeśli masz ochotę na książkę lekką, od której nie możesz się oderwać, to „Trawa bardziej zielona" nadaje się do tego idealnie. Nie zawiedziesz się. 

Pozdrawiam
Archer