poniedziałek, 12 listopada 2018

#495



Kiedy nadchodzi jesień, lubię sięgnąć po dobry kryminał. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Może chodzi o to, że dzień staje się krótszy a jesienna słota sprawia, że popadam w mroczny stan. Dlatego 
z ogromną przyjemnością sięgnęłam po książkę Darii Orlicz „Diabelski młyn”. Ciężko napisać opinię 
o kryminale by nie zdradzić zbyt wiele, a przede wszystkim tego „kto zabił?”

W nadmorskim miasteczku czas płynie wolno, ale nie do końca spokojnie. Młodszy aspirant Krzysztof Bugaj będzie musiał rozwiązać kilka spraw: śmierci młodej ciężarnej Litwinki, gwałtu na młodej letniczce oraz porwania małej dziewczynki. Będzie także rozdarty pomiędzy zaborczą kochankę i żonę, która ukrywała mroczny sekret z przeszłości.

Przyznam, że tej książki nie mogłam czytać jednym ciągiem. Musiałam ją co jakiś czas odkładać by wziąć głęboki oddech i się uspokoić. Autorka w bardzo realistyczny sposób przedstawiła brutalność otaczającego świata. Opisała sytuacje, które mają miejsce za zamkniętymi drzwiami niektórych domów. I to przeraża najbardziej. Bo czytając ten kryminał uświadamiamy sobie, że gdzieś – może zupełnie niedaleko nas – dochodzi do porwań młodych kobiet, które kończą wywiezione do domów publicznych za granicą. Że małe dzieci są wywożone i sprzedawane za grube pieniądze, albo w najgorszym wypadku molestowane i wykorzystywane seksualnie. 

„Diabelski młyn” to wielowątkowy kryminał, który wciąga czytelnika w swój świat i nie wypuszcza go do samego końca. Mimo iż większa część akcji skupia się na młodym aspirancie, jakoś nie zaprzyjaźniłam się z nim zbytnio. Nie wzbudził mojej sympatii. Mam nadzieję, że w kolejnej części, choć trochę się zrehabilituje. Ale patrząc na dotychczasowe jego zachowania, szczerze w to wątpię. 

Autorka skrupulatnie przeplatała wszystkie wątki, by w ostateczności wyjaśnić „co i jak”. Jednak ja osobiście miałam małe zastrzeżenia co do wyjaśnienia niektórych sytuacji. Jak dla mnie za szybko zostało to przedstawione. Tak jakby brakowało pomysłu jak to w ostateczności rozwiązać. Ale chyba tak miało być. 

Jeśli poszukujecie dobry kryminał o którym długo nie zapomnicie, to „Diabelski młyn” jest dla was. Polecam i czekam na kolejną część. 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska

poniedziałek, 15 października 2018

#494



Mój mąż zarzucił mi ostatnio, że zaczytuję się głównie w powieściach obyczajowych. A i owszem. W okresie kiedy dni są długie, lubię dobre obyczajówki, po kryminały sięgnę gdy nastanie jesień. Pewnie chcecie widzieć, co mam na myśli dobre powieści obyczajowe? Otóż historie w nich zawarte są… z życia wzięte, a czasem wręcz dosłownie. Bo takie piękne historie, które urzekają pisze samo życie. Nie trzeba wysilać wyobraźni by stworzyć fikcję. Taką opowieścią podzieliła się ostatnio Anna H. Niemczynow w swojej najnowszej książce „Zostań ile chcesz”. 

Alicja to kobieta, która samotnie wychowuje córkę. Pracuje na dwa etaty, by pewnego dnia spełnić marzenie o domu z białymi filarami oraz o miłości takiej prawdziwej. Ojciec jej córeczki, złamał jej serce oraz sprawił, że straciła wiarę w miłość. Jej przyjaciółka namawia ją by założyła sobie konto na portalu randkowym. Ma wielką nadzieję, że dzięki temu Alicja znajdzie kogoś wartościowego i właściwego. Maciej mieszka sam w wielkim, nie do końca wyremontowanym domu. Dochodzi do siebie po rozwodzie. Korzysta z tego samego portalu randkowego. Pewnego dnia Maciej natrafia na zdjęcie Ali, które go intryguje podobnie jak dziewczyna. Nawiązuje z nią kontakt. Tylko czy taka znajomość ma w ogóle racje bytu? Czy dwoje ludzi tak bardzo pokiereszowanych przez życie będzie potrafiło kochać, wspierać się a czasem nawet walczyć o uczucia? 

Uwielbiam historie inspirowane życiem. Dlaczego? Ponieważ nigdy nie są przesłodzone i nie są kolorowe. Gdyby takie były, zdecydowanie nie byłyby… szczere. „Zostań ile chcesz” to powieść inspirowana życiem Autorki oraz Jej męża Przemysława. Ania przedstawia całą gamę uczuć, która towarzyszyła im od pierwszego momentu. Opisuje strach, jaki dopada ludzi po przejściach, kiedy na ich drodze staje ktoś nowy. Ale także radość i euforia, jaka im towarzyszy. Oni uczą się na nowo ufać i kochać. A to wcale nie jest takie proste. Przecież gdzieś tam z tyłu głowy tłucze się wielka obawa, że przecież to nie może się udać, bo jest za piękne by mogło być prawdziwe. A może lepiej dać szansę starej miłości, bo przecież ją znamy, wiemy czego można się po niej spodziewać. Tylko po co? Czasem warto zaryzykować i wypłynąć łódeczką na rozszalałe morze. Bo może się okazać, że osoba, która nam w tej podróży towarzyszy, może okazać się tą, która z nami zostanie ile zechcemy. Poza tym Nowa Miłość, ta właściwa, piękna, sprawi, że wyrosną nam skrzydła. Będziemy szczęśliwi. Nowa Miłość pokaże nam, że związek to nie tylko awantury, fochy, ale przede wszystkim wzajemna miłość, szacunek, partnerstwo i rozmowy, dzięki którym będziemy mogli rozwiązać konflikty. 

Książka Anny H. Niemczynow pokazuje, że wszyscy potrzebujemy i zasługujemy na miłość. 

Myślę, że wiele czytelniczek będzie utożsamiać się z bohaterką. Alicja jest taka jak każda z nas. Pełna wątpliwości, strachu przed wejściem w nowy związek. Dodatkowo, Alicja nie może myśleć tylko o sobie. Ma przecież córeczkę, która jest dla niej całym światem. 

Jeśli poszukujecie miłości, bądź już ją posiadacie, to ta książka jest dla Was. W niej znajdziecie wszystko to co poszukujecie w dobrych historiach. 

P.S.
Aniu, dziękuję za wspaniałą historię i czekam na kolejne Twoje powieści, pełne Miłości, Prawdy, samego Życia. Dziękuję

P.S.2
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki oraz Wydawnictwa Filia. Za co dziękuję po stokroć.


czwartek, 11 października 2018

#493



O książce Małgorzaty Kursy „Wiedźmy na gigancie” pierwszy raz usłyszałam pewnego czerwcowego wieczoru. Już wtedy wiedziałam, że po tę książkę sięgnę prędzej czy później. Było później. Kolejny głos w sprawie książki pojawił się pewnego dnia w internecie na jednym z portali literackich. W sieci zawrzało, światłowody jarzyły się mocnym światłem, a moja chęć przeczytania rosła z każdą chwilą jeszcze bardziej. W ostateczności udało mi się przeczytać tę książkę i… no cóż. Sami się przekonajcie. 

Redaktorki agencji literackiej „Tercet”, popadają w konflikt z autorem kryminałów Adamem Grandzikiem, który postanawia się na nich zemścić. Podczas imprezy jaką są Imieniny Jana Kochanowskiego dochodzi do podejrzanych zgonów kilku znanych i poczytnych pisarek. Na środowisko literackie pada blady strach. Czy śmierć Autorek była przypadkowa, czy może ktoś pozbywa się konkurencji? Redaktorki, zwane Wiedźmami, na własną rękę starają się rozwiązać zagadkę kryminalną. Czy im się to uda?

Na jednym z portali książkę skategoryzowano jako kryminał i jestem przekonana, że w zamyśle Autorki było podobnie. No dobrze, mamy trupy, ale to tyle. Nic więcej. I te trupy nie pojawiają się od razu na początku tylko gdzieś tak grubo po połowie. Czytelnik na początku zastanawia się kiedy będzie ten kryminał a jak już go ma to… no cóż. Przemilczę. Napisali także, że to komedia. Serio??? Przyznaję się bez bicia, że żadnych wybuchów śmiechu nie było. Nawet kącik ust mi nie drgnął podczas czytania. Dlaczego, skoro wielu czytelników zachwyca się historią opowiedzianą przez Autorkę. 

Obawiam się, że mnie nie porwało, nie zachwyciło. No cóż… myślę, że przede wszystkim chodzi o to, że Autorka usilnie upiera się przy tym, że bohaterowie to „czysta fikcja literacka”. Osoby, które światka literacko – blogowego nie znają, mogą się na to nabrać. Jednak ktoś kto, chociaż trochę w tym świecie „siedzi” bez problemu będzie potrafił w postaciach rozpoznać prawdziwych Autorów, blogerów, czy też redaktorów z Wydawnictw. Nieładnie, Pani Autorko, nieładnie. Nie podoba mi się to i nie akceptuję tego by wyśmiewać się z innych np.: za to jak wyglądają (tu chociażby można wspomnieć o orce), porównywać kogoś do narcyza o mentalności czterolatka czy też wyśmiewać blogerkę za styl w jaki pisze swoje recenzje (tak, znam osobiście i jestem ciekawa czy w tej postaci odnalazła siebie, wstyd Pani Autorko, wstyd). Ponoć miało to być karykaturalne przedstawienie światka literackiego. Świetnie, mogłoby tak być gdyby nie to, że stworzenie „fikcyjnych postaci” i nadanie im określonych rysów sprawiło, że Autorzy bez problemu odnaleźli w nich siebie. 

Miało być zabawnie, a wyszło smutno i żałośnie. Mam wrażenie, że szambo wylało i wszyscy w nim toną. A wiecie co boli najbardziej? Że niektórzy nie widzą w tym problemu, iż ktoś w ten sposób przedstawił kolegów po piórze. 

Ta wojenka jeszcze pewnie potrwa. Bo przecież nie wszyscy się w tym światku kochają. Ok, nie musimy się kochać, ale kurczę, szanujmy się nawzajem i nie zapierajmy, że to fikcja literacka. 

Nieładnie Pani Autorko, nieładnie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 

niedziela, 16 września 2018

#492



Jak dobrze wiecie, częściej sięgam po powieści obyczajowe aniżeli thrillery czy też kryminały. Po najnowszą książkę Maxa Czornyja „Najszczęśliwsza” sięgnęłam, gdyż moja Siostra czytała „Grzech” i namawiała mnie na przeczytanie. Jednak sama wybrałam nowość.

I jestem zachwycona. Bardzo dawno żadna książka nie pochłonęła mnie do tego stopnia, że nie mogłam się od niej oderwać. Z każdą stroną byłam ciekawa jak to wszystko się rozwiąże. Owszem miałam kilka tropów, ale Autor tak bardzo poprowadził całą akcję, że jak dotarłam do końca to jedyne co cisnęło mi się na usta to: o kurde, tego się nie spodziewałam. 

Czytajcie, nie wahajcie się, to zdecydowanie najlepsza książka jaką w tym roku przeczytałam. Chylę czoła i wiem, że sięgnę po inne tytuły tego Autora. 


środa, 5 września 2018

#491



Za każdym razem kiedy sięgam po kolejną część serii „Kryminał pod psem”, wiem, że zabawa będzie przednia. To znaczy, że będzie zagadka do rozwikłania, no i wyśmienity humor - obowiązkowy. 
I wiecie co? Znów się nie zawiodłam. Moje napady śmiechu było słychać na pół Zakopanego, bo tak się złożyło, że najnowszy kryminał Marty Matyszczak „Zło czai się na szczycie” czytałam u podnóża samiusieńkich Tater. 

Szymon Solański wraz ze swoim wiernym kompanem Guciem wyjeżdżają na wesele pani prokurator do Zdrojowic. Tam oczywiście spotykają Różę z nowym absztyfikantem i żeby nie było za spokojnie, podczas wesela Szymon odnajduje całkiem „świeże” zwłoki. Od tej pory spokój w miasteczku zostaje zakłócony. A nasi dzielni bohaterowie zabiorą się za rozwiązywanie zagadki morderstwa. Pobyt w Zdrojowicach jest dla Szymona powrotem do przeszłości. To właśnie tam wiele lat temu, w pożarze zginęła jego żona. 

Ale się działo!!! Od pierwszych stron nie mogłam się oderwać. Ale to przy książkach Matyszczak zupełnie zrozumiałe. Przy czwartej książce Autorka nie zatraciła umiejętności połączenia misternie utkanej intrygi kryminalnej i dobrej komedii. Wybuchy śmiechu są na porządku dziennym. Wpadki bohaterów sprawiają, że czytelnik śmieje się do rozpuku, chociaż nie zawsze sytuacje, w których się znajdują, są na pierwszy rzut oka zabawne. Gucio – towarzysz Szymona, nadal ma cięty język i cyniczno – sarkastyczne spojrzenie na zachowanie swojego właściciela i Róży. Muszę jeszcze dodać, że pomiędzy Różą i Szymonem nadal iskrzy. Tak bardzo, że jak tak dalej pójdzie, to pożar może strawić miejsce, w których się znajdą. A zakończenie książki jest tak wielkim uderzeniem obuchem w łeb czytelnika, że po zamknięciu ma się ochotę chwycić za telefon, zadzwonić do Autorki i zażądać natychmiastowego dostarczenia dalszych losów ukochanych bohaterów. 

Tak jak przy wcześniejszych częściach powtórzę: czytajcie Matyszczak. To wyśmienite kryminały nie tylko dla miłośników tego gatunku. Nie zawiedziecie się!!!