Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakup własny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakup własny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 października 2021

#588 - I ja Ciebie też!

 



Czy książki, których akcja dzieje się podczas Świąt Bożego Narodzenia, można czytać gdy za oknem żar leje się z nieba? Tak! Bo gdzie jest powiedziane, że świąteczne powieści należy czytać tylko w grudniu? 
Po książkę „I ja Ciebie też!” Katarzyny Kalicińskiej, Zuzanny Dobruckiej i Beaty Harasimowicz sięgnęłam z ciekawości. Chciałam tylko przeczytać kilka stron, naprawdę tylko kilka. Jednak nim się obejrzałam byłam już w połowie. 

Wiktoria, Laura i Agata - trzy przyjaciółki. Poznały się dwie dekady temu, gdy rozpoczynały pracę w tej samej stacji telewizyjnej. Drogi zawodowe trochę im się rozeszły, ale przyjaźń pozostała. Wiktoria jest właścicielką agencji aktorskiej, Agata reżyserką widowisk rozrywkowych natomiast Laura szefową dużej stacji telewizyjnej. Teoretycznie wszystko jest super. Jednak jak wiemy los bywa przewrotny. Świat każdej z dziewczyn wywraca się do góry nogami dokładnie w wigilię: z Agatą zrywa ukochany, kochanek Wiktorii okazuje się być oszustem i trafia do więzienia, natomiast Laura traci pracę.

„I ja Ciebie też!” to książka o kobiecej przyjaźni, o jej sile i że jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jeśli jedna potrzebuje wsparcia to pozostałe jej go dają. To niesamowita historia, która porywa od pierwszych stron. Jest zabawna, wzruszająca. Wkurzamy się na bohaterki, ale także im kibicujemy. Są tutaj też postacie drugoplanowe, które nas tak bardzo irytują, że mamy ochotę utopić ich w przysłowiowej łyżce wody. Ale to normalne. Ta książka jest tak bardzo życiowa, a jak wiemy nie wszyscy są idealni i przyjaźnie nastawieni do innych. Takie w końcu jest życie, że nie zawsze jest kolorowo. 

Trochę obawiałam się tego jak trzy autorki poradzą sobie z historią. Ale strach był zbędny, bo odwaliły kawał dobrej roboty. 

Jeśli poszukujecie lekkiej historii, to „I ja Ciebie też!” nadaje się do tego idealnie. I wcale nie musicie czekać na święta by zacząć ją czytać. Polecam!!!


P.S.
Poniżej zdjęcie ze spontanicznego spotkania na Targach Książki w Warszawie. Spontanicznego, gdyż widząc Autorki na kanapie podeszłam do nich by powiedzieć, że napisały super książki, że czyta się je rewelacyjnie, bawiłam się przy nich świetnie i czekam na kontynuację. Stąd to zdjęcie. I oczywiście nie byłam przygotowana i nie miałam książek. Ale co się odwlecze...


P.S.2
A to już zdjęcie ze spotkania autorskiego które odbyło się niedawno w Gliwicach w Księgarni Celownik. 
Ubawiłam się setnie.


środa, 24 marca 2021

#571 - Firefly Lane

 



Zdarzają się takie książki, które nas przyciągają. Które nęcą nas swoją opowieścią, kuszą i mamią, ale jednocześnie przeczuwamy, że przeczołgają nas one niczym kapral marines podczas mordeczego szkolenia na plażach Florydy.

Klika lat temu taką książką był „Słowik” Kristin Hannah. Przyznaję, że jej historia krąży w moim krwioobiegu i wciąż ją bardzo dobrze pamiętam. Chociaż akcja działa się podczas II Wojny Światowej, a jak dobrze wiecie, za literaturą wojenną nie przepadam. Czyli jednym słowem ta opowieść wywarła na mnie ogromne wrażenie. Gdy Netflix zaprezentował trailer do serialu „Firefly Lane” nakręconego na podstawie książki o tym samym tytule, wiedziałam, że ją przeczytam by porównać powieść z serialem. Bo wiadomo: najpierw książka a potem ekranizacja. 

„Firefly Lane” opowiada historię Kate i Tully. Obie poznają się będąc nastolatkami. Kate razem z bratem jest wychowywana w katolickiej rodzinie. Przez swoje ogromne okulary bywa traktowana jako dziwadło i ogólnie nie ma zbyt wielu przyjaciół. Tully jako mała dziewczynka została porzucona przez matkę. Matkę narkomankę, która o córce przypominała sobie raz na kilka lat. Pewne wydarzenie sprawia, że ich drogi Kate i Tully się przecinają. I tak zaczyna się najpiękniejsza przyjaźń. Razem wybierają się na studia, później razem pracują, są wręcz nierozłączne. W ostateczności Tully ze swoim przebojowym charakterem zostaje dziennikarką, która nie boi się wyrażać swojego zdania. Prze do przodu jak taran, ciągnąc za sobą Kate. Natomiast Kate, poświęca swoją pracę na rzecz rodziny, zostaje żoną, mamą i panią domu. Daleko jej do przebojowej przyjaciółki. Czy przyjaźń przetrwa różne zawirowania? O tym musicie przekonać się sami. 

Dla niektórych, historia, którą stworzyła Hanna może wydać się oklepaną. Są dwie bohaterki: jedna po trupach dąży do celu, druga to typowa matka poświęcająca karierę dla rodziny. Jednak to właśnie ta ich różnorodność sprawiła, że przyjaźń która ich łączy jest niesamowita. Więź między nimi jest nierozerwalna. Nie ważne jakie kłody rzuci im pod nogi los, one dwie Tully i Kate, zawsze będą razem. To naprawdę niewiarygodna przyjaźń. 

Kristin Hannah posiada dar tworzenia opowieści, które głęboko zapadają w pamięć. Historii, które porywają czytelnika od pierwszej strony i sprawiają, że chce się je czytać ciągle. Bez odkładania na bok. Dokładnie tak właśnie jest w przypadku „Firefly Lane”. Bardzo dawno żadna książka nie sprawiła, że docierając do ostatniej strony miałam mokre oczy. I szczerze mówiąc, wcale nie chciałam by ta książka się skończyła. 

„Firefly Lane” to ciepła i wzruszająca historia o niezwykłej przyjaźni, a także trudnych relacjach matki i córki, o realizacji marzeń, które sprawiają, że poświęcamy życie prywatne dla ich realizacji. 
Polecam bez dwóch zdań!

P.S.
Obejrzałam serial, który jak już wspominałam na początku nakręcił Netflix. I powiem Wam tak: jeśli przeczytaliście książkę, to stwierdzicie, że serial jest gorszy. Bo tak się składa, że to prawda. Wiele wątków jest zmienionych, kilka jest dodanych, są dość spore rozbieżności. A szkoda, bo ta książka jest genialna. Serial również mógł taki być. Jeśli nie czytaliście książki, to serial bardzo przypadnie Wam do gustu. 

sobota, 16 lutego 2019

#509 Życie na zamówienie



Droga Tachykardio!

Jak już zauważyłaś sięgam coraz częściej po książki naszych rodzimych Autorów czy też Autorek. To wcale nie uwłacza Autorom zagranicznym, jednemu jak wiesz jestem wierna i jest to Musso. Jednak nie o tym chciałam pisać. Do długiej listy ulubionych Autorek dołączyła właśnie Karolina Wilczyńska. Mam już za sobą kilka książek tej Autorki, ale chcę ci opowiedzieć o tej którą niedawno przeczytałam. A jest to „Życie na zamówienie czyli espresso z cukrem.”

Miłka na co dzień pracuje w pensjonacie swoich rodziców w Busku Zdroju. Ogólnie wiedzie spokojne życie, dyktowane rytmem pracy i przyjazdami kuracjuszy. Niestety pewnego dnia, ukochana babcia trafia do szpitala. Przed swoją śmiercią wyjawia Miłce skrywany od wielu lat sekret. Wyjawienie go, całkowicie zmienia życie dziewczyny. Miłka, pakuje wszystkie swoje rzeczy i postanawia wyjechać do Kielc, by tam rozpocząć całkiem nowe życie. Dosłownie od zera, bez najbliższych, bez pracy i bez dachu nad głową. Przez zupełny przypadek trafia w progi małej „Kawiarni za rogiem” gdzie udaje jej się dostać pracę. Czy uda jej się tam dłużej zatrzymać? Kim jest jej prześladowca? Czy uwolni się od niego sama czy z pomocą? I czy szef, okaże się rycerzem na białym koniu?

Kiedy zabierałam się za powieść, wiedziałam, że nie dostanę przesłodzonej opowieści, tak jakby mógł sugerować tytuł czy też okładka. Poza tym, espresso z cukrem to mimo wszystko mocna dawka kofeiny i co z tego że z cukrem? Życie jest jak ta kawa, o czym przekonała się na własnej skórze główna bohaterka powieści.

Czytelnik biorąc do ręki powieść Karoliny Wilczyńskiej może być nastawiony na lekką lekturę. Jednak, jeśli już kiedyś czytał inne powieści Autorki, to wie, że Karolina w swoich książkach nie boi się poruszać trudnych tematów. Robi to z taką gracją i zupełnie nie nachalnie, że każdy będzie zadowolony. I tak na przykład został poruszony temat braku akceptacji swojego wyglądu. Miłka nie należy do grupy modelek z Victoria’s Secret. Traci wiarę we własne piękno, kiedy na każdym prawie kroku słyszy niewybredne żarty na swój temat. A przecież każdy z nas jest piękny, piękno nosimy w sobie. Jednocześnie pojawia się temat stalkingu. Widzimy i czujemy strach ofiary i jej bezradność wobec oprawcy. 

Wspominałam, że przed śmiercią babcia wyjawiła Miłce tajemnice. Niestety do samego końca nie dowiadujemy się co też usłyszała główna bohaterka. I nie wiemy dlaczego odcięła się od swojej rodziny. Owszem, możemy się domyślać, ale przecież nie mamy pewności czy to o czym myślimy to prawda. 

Dlatego z niecierpliwością oczekuję kontynuacji by dowiedzieć się co u Miłki? Czy uwolni się od prześladowcy i znajdzie miłość?

Polecam bez dwóch zdań
Archer

niedziela, 20 stycznia 2019

#504 Jeden dzień w grudniu



Zdecydowanie lubię sięgać po powieści obyczajowe. Myślę, że przyjemniej się je czyta aniżeli horrory, thrillery czy fantastykę. Po książkę Josie Silver „Jeden dzień w grudniu” sięgnęłam z czystej ciekawości. Kusiła mnie na stole nowości. Kręciłam się koło niej, bo przyciągała mnie jej okładka. Przeczytałam opis „Powieściowy odpowiednik filmowych hitów To właśnie miłość i Dziennik Bridget Jones” i już wiedziałam, że ta książka jest właśnie dla mnie. 

Pewnego grudniowego dnia, Laurie wracając autobusem do domu, na jednym z przystanków dostrzega pewnego chłopaka. Wymieniają spojrzenia i dziewczyna nie może przestać o nim myśleć. Przez cały kolejny rok próbuje go odnaleźć. Aż pewnego dnia staje na jej progu, okazując się facetem jej najlepszej przyjaciółki. Laurie wie, że powinna o nim zapomnieć. Niestety nie jest to takie proste, w szczególności, gdy mieszka się z przyjaciółką a jej facet jest nieodłącznym elementem codzienności. Wszystko zmienia się gdy Sarah się wyprowadza a Laurie wylatuje do Tajlandi. Tam poznaje Oscara. Czy związek z Oscarem okaże się plasterkiem na zauroczenie mężczyzną z przystanku? A może przeznaczenie wygra, bo przecież z nim się nie walczy?

Chyba bardzo dawno żadna książka nie doprowadziła mnie do łez. Tak, dobrze czytacie. Było kilka takich sytuacji, że literki rozmywały mi się i musiałam odkładać książkę by się uspokoić i wysiąkać zapchany nos oraz wytrzeć załzawione oczka. 

Wielkim plusem tej powieści jest to, że wiele momentów historii poznajemy z punktu widzenia Laurie oraz Jack’a tajemniczego mężczyzny z przystanku. Poza tym jest ona napisana gładko, nie jest przesłodzona. I mimo, iż takiego zakończenia możemy się spodziewać, to niesamowite jest to jak bardzo zmieniają się przez ten czas bohaterowie. Jak dojrzewają do podejmowanych decyzji. I nie zgadzam się z opisem, jakoby akcja powieści rozgrywała się podczas dziesięciu kolejnych świąt Bożego Narodzenia. Owszem, bohaterów poznajemy przez kolejne dziesięć lat, ale tylko w ciągu kilku wybranych dni w roku. 

To książka nie tylko o zauroczeniu od pierwszego wejrzenia. To także książka o prawdziwej przyjaźni. O przyjaźni, która mimo kłód rzucanych pod nogi jest w stanie przetrwać największą burzę z piorunami. A także o tym, że z przeznaczeniem nie wygramy. Bo ono ma większą siłę rażenia niż nam się wydaje. 

„Jeden dzień w grudniu” to świetna lektura, dla tych którym podobała się powieść „Love, Rosie”. Nie wiem dlaczego, ktoś porównał ją do „Bridget Jones”. Może sugerowano się tym, że historia toczy się wybranymi dniami w roku, opowiadana jest w pierwszej osobie głównej bohaterki, która co roku robi postanowienia noworoczne. 

Jeśli poszukujecie książki, która pozwoli wam oderwać się od codzienności, wzruszyć a czasem pośmiać, to „Jeden dzień w grudniu” nadaje się do tego idealnie. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ktoś ją sfilmował. Polecam bez dwóch zdań. Nie zawiedziecie się. Wręcz przeciwnie, będzie mi dziękować za to, że Wam ją poleciłam. 



piątek, 13 lipca 2018

#487



I co?! Kolejna książka z gatunku Young Adult za mną. Przyznam się, że wcześniejsza pozycja Agaty Czykierdy – Grabowskiej nie rozłożyła mnie na łopatki. Dlatego miałam obawy co do książki „Wszystkie twoje marzenia”. Nie wiedziałam czy mi się spodoba, czy może po setnej stronie ją porzucę. Nie porzuciłam. Wręcz przeciwnie, historia pochłonęła mnie tak bardzo, że nie potrafiłam się od niej oderwać. 

Kamil poznaje Maję w dniu, gdy dziewczyna mając dość wciąż psującego się samochodu próbuje zepchnąć starego grata z mostu – wprost w odmęty Wisły. Okazuje się, że będą mieszkać w tym samym akademiku. Dziewczyna od razu wpada mu w oko. Jednak na samym początku, zastrzega żeby się w niej nie zakochał. Zostają przyjaciółmi. Można się nawet pokusić o stwierdzenie „przyjaciele od seksu”. Tylko czy taka przyjaźń w ogóle jest możliwa? Jaką tajemnicę ukrywa Maja, że nie potrafi zaangażować się w związek?

Może się niektórym czytelnikom wydawać, że historia Kamila i Maji to typowy romans jakich wiele na półkach. Możliwe i pewnie też tak jest, ale ta książka podobnie jak „Uratuj mnie” o której pisałam niedawno, ma w sobie to coś. Lekkość to jedna z cech twórczości Autorki, która tworzy świetne książki nurtu New Adult. Poza tym bohaterowie są z krwi i kości. Nie są wymyśleni, mają normalne cechy, mogą być tak naprawdę każdym z nas. Takich Kamilów chodzi trochę po tym świecie. Facetów, dla których kobieta jest ważna, dbają o nią i troszczą się.

Podobnie w swojej wcześniejszej książce „Jak powietrze” mamy tu trochę erotyki. Jednak w porównaniu z tamtą książką, tutaj jest to przedstawione w bardzo delikatny sposób. Nie mówię, że w „Jak powietrze” jest wulgarnie, ale tutaj było to subtelne, z uczuciem i wyczuciem. Nagość i seks nie wylewały się z kart powieści. To jest w tej historii zdecydowanie na plus. 

„Wszystkie twoje marzenia” nie zawiedzie fanów pani Agaty. Chociaż doszły mnie słuchy, że jest słabsza. Ja mam odmienne zdanie. Polecam miłośnikom lekkich historii, które pochłaniają od pierwszej strony. I tak, idealnie nadaje się na lato. 

środa, 11 lipca 2018

#486



Droga Tachykardio!

Myślisz, że czytanie książek zimowych, a co za tym idzie tych świątecznych, w okresie letnim to dobry pomysł? Bo wiesz, tu żar leje się z nieba a ty czytasz o śniegu po kolana, kolędach i ubieraniu drzewka. Mnie się wydaje, że czas tutaj nie gra roli, bo tak samo odbierzesz ją w listopadzie czy też w lipcu. Chociaż w listopadzie będziesz oczekiwać zbliżających się Świąt, a w lipcu ochłodzisz się podczas upałów. I ja tak właśnie miałam podczas czytania książki Gabrieli Gargaś „Wieczór taki jak ten”.

W małej miejscowości Złotkowo w samiusieńkich Bieszczadach mieszka z babcią i młodszym bratem Michalina. Dziewczyna po śmierci swojej mamy musi zaopiekować się bratem i zadbać o swoją przyszłość. Babcia prowadzi kawiarenkę, ale przydałoby im się dodatkowe źródło utrzymania. Michalina wpada na pomysł otwarcia pensjonatu, miejsca gdzie można odpocząć i zregenerować siły. A przecież święta to najlepszy czas na takie inwestycje. W szczególności w małym miasteczku w sercu Bieszczad. Pierwszy przyjeżdża Artur. Rozwodnik, ojciec dwójki dzieci, pracoholik, który ma ochotę popracować nad projektami w spokoju. A jak wiemy los bywa przewrotny i zamiast spokoju Artur się zakochuje. Przyjeżdża także pani Wiktoria, która pragnie odzyskać wspomnienia i pogodzić się z synową. Dociera także Lena z córką, która po śmierci męża nie potrafi się odnaleźć, a święta to dla nich obu ból i tęsknota. Natomiast w samą Wigilię dociera najważniejszy gość, który bardzo namiesza w życiu Michaliny.

Gabrysia, jak to ma w zwyczaju w swoich książkach, tka historię z najważniejszej nici uczuć jaką jest Miłość, nie tylko ta do mężczyzny, ale także matki do dziecka i tej pomiędzy rodzeństwem. Ale najbardziej skupia się na rodzinie, pokazuje jak ważna jest naszym życiu i jak bardzo potrzebujemy jej wsparcia gdy upadamy, oraz na tym, że powinniśmy dawać drugą szansę, kochać i przebaczać. Bo przecież czas Bożego Narodzenia to czas przebaczania i nadziei. Nadziei, że błędy przeszłości zostaną wybaczone. 

Z ogromną przyjemnością powrócę do Złotkowa w najnowszej książce Gabrysi „Lato utkane z marzeń”, która niebawem pojawi się na księgarskich półkach.

Jeśli nie znasz twórczości Gabrieli Gargaś to musisz to zmienić. To Czarodziejka emocji. Potwierdzam! A książkę "Wieczór taki jak ten" Polecam!!!

Gabrysiu, dziękuję za kolejną piękną historię. 

Pozdrawiam Archer 







poniedziałek, 9 lipca 2018

#485



Macie tak, że czytacie książkę, na początku Wam się podoba, ale w pewnym momencie nie dajecie rady i ją porzucacie? Zdarza się Wam nie skończyć książki? Osobiście staram się dotrzeć do ostatniej strony. Dochodzę jednak do wniosku, że szkoda marnować czasu na słabe książki i trzeba zabrać się za takie, które pochłoniemy bez reszty (albo to one pochłoną Nas). Kiedy okazało się, że powstała książka o dalszych losach Magdy Miłowicz, znanej z serialu „Magda M.” postanowiłam się w nią zaopatrzyć i dowiedzieć co działo się dalej. I tak w drodze powrotnej z Zakopanego towarzyszyła mi książka „Magda M. Ciąg dalszy nastąpił” Radosława Figury. 

Nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego co otrzymałam. Sorry, ale Magda mnie strasznie irytowała. Myślałam, że z wiekiem zrobi się mniej infantylna. Dojrzeje. Nie wiem, może gdzieś pod koniec bohaterka się zmieniła. Niestety nie dałam książce szansy by się o tym przekonać. Porzuciłam ją, gdyż jak dla mnie była za bardzo przegadana. 

Ci którzy wiele lat temu oglądali serial nie muszą sobie przypominać odcinków, gdyż wszystko jest ładnie wyjaśnione. Jest masa powrotów i przemyśleń. Byłam wielką fanką tego serialu. Czekałam z niecierpliwością na każdy kolejny odcinek, czekałam na to jak rozwinie się wątek Magdy i Piotra. Nie wiem czy fanom spodoba się to jak Autor rozwinął wątek głównych bohaterów. Mnie oczywiście się to nie spodobało, ale cóż…przecież nasze życie nie zawsze musi być tak bardzo kolorowe. Poza tym czułam niedosyt pozostałych postaci. Wiem, że tu chodziło głównie o Magdę, ale… tak bardzo mało było Sebastiana, Agaty, Karoliny. Całość skupiła się na traumie Magdy i jej ciężkiego powrotu, do życia, do kancelarii. 

Czy się zawiodłam? Na pewno tym, że w ostateczności Magda i Piotr nie mieli takiego happy endu na jaki zasługiwali. 

Jedynym plusem po porzuceniu tej książki jest to, że z ogromną przyjemnością powróciłam do serialu. Do przystojnego i młodego Pawła Małaszyńskiego i Joanny Brodzik uwielbiającej grochy. Chyba jednak serial mi wystarczy. 




wtorek, 8 maja 2018

#481



Dwa lata temu wpadła w moje ręce książka Marty Obuch „Łopatą do serca”. Przyznam, że ubawiłam się przy niej przednio. Postanowiłam poznać dalsze losy bohaterów, więc sięgnęłam po książkę Marty „Francuski piesek”. A czy było zabawnie? Oj było!!!

Misia i Zuzia cieszą się chwilowym spokojem. Mąż tej pierwszej, szef grupy przestępczej siedzi w więzieniu. Dziewczyny są szczęśliwe u boku swoich katowickich policjantów. Misia remontuje dom, który kupiła, ale jej chłopak nie jest chętny do tego, by się do niej przeprowadzić. Zuzia natomiast narzeka na zbytnie zaangażowanie swojego faceta. Pojawia się także Ryszarda, której komornik zajął mieszkanie. A żeby dziewczyny nie zanudziły się na śmierć… Zuza znajduje trupa. I wtedy się zaczyna… A co? O tym poczytajcie sami. Nie będę przecież psuć wam apetytu. A powiem, że jest smacznie. 

Ubawiłam się setnie czytając tę książkę. Dawno nie czytałam tak świetnego kryminału okraszonego dowcipem. Uwierzcie mi, kiedy czytałam tę książkę w pociągu bardzo broniłam się przed wybuchami śmiechu, żeby pasażerowie nie zaczęli dzwonić po karetkę. Bo muszę przyznać, że Autorka zaserwowała nietuzinkowe pomysły swoim bohaterkom, które to skwapliwie wprowadzały w czyn. Jak dla mnie na prowadzenie wysuwają się zwłaszcza dwa: konserwacja trupa w cynamonie oraz użycie „broni biologicznej” w ZUS-ie. Uwierzcie mi, była to strasznie „gówniana” sprawa. 

I jedno wiem na pewno: Pani Marto, kocham Panią, za dowcip i barwne postacie, za inteligencję, którą wplata Pani w swoje powieści, za lekki styl oraz przede wszystkim za Śląsk. I zdecydowanie po przeczytaniu książki, do głowy przychodzi jedna myśl: gdzie diabeł nie może tam babę pośle. 

Kryminały Marty Obuch, powinny być przepisywane na receptę zamiast leków antydepresyjnych. Idealnie poprawiają humor. Pewnie niebawem doczytam pozostałe książki Autorki. Tylko niech ktoś rozciągnie dobę. 

niedziela, 6 maja 2018

#480



Kiedy byłam dużo młodsza, nie czytywałam kryminałów Agathy Christie. Powód był zupełnie prosty: bałam się, że w nocy będą śniły mi się koszmary. Jednak w pewnym momencie, doszłam do wniosku, że czas dorosnąć. I tak zaczęła się moja przygoda z książkami Królowej Kryminału. Lubię ten gatunek i raz na jakiś czas po niego sięgam. Nie zawsze mam ochotę na coś obyczajowego czy też przesłodzonego. Dlatego sięgnęłam po „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” Magdaleny Knedler, które idealnie wpasowało się w klimat kryminałów pisanych przez Agathę Christie. 

W małym pensjonacie Mścigniew mieszkają goście, którzy uciekli od zgiełku by świętować w spokoju Boże Narodzenie. Niestety nie dane im długo cieszyć się względnym spokojem, gdyż pewnego ranka, Olga mieszkanka pensjonatu, wybierając się na poranny trening znajduje w łazience utopionego Niemca. Wszystko wskazuje na to, że nie umarł on w sposób naturalny. Ktoś pomógł mu opuścić ten ziemski padół i ten ktoś wciąż mieszka w pensjonacie. Oficjalne śledztwo nie wchodzi w grę, gdyż może odstraszyć mordercę. Podinspektor Grzegorz Romanowski, wraz ze swoim przyjacielem detektywem Wojtkiem, postanawiają pod przykrywką rozwiązać sprawę morderstwa. Niestety kolejnego dnia Olga znów znajduje zwłoki. 

Tytuł może sugerować świąteczną opowieść, ciepłą i rodzinną. Jednak to zmyłka, a o kryminalnym „duchu” książki podpowiadają trupie czaszki na okładce. Owszem mamy w tle kolędy, zapach świąt, względny spokój miejsca, jednak motywem przewodnim jest trup i masa podejrzanych. Możemy się poczuć jakbyśmy trafili na karty dobrych i sprawdzonych kryminałów Agathy Christie. Magdalena Knedler oprócz wątku kryminalnego wplotła tu wątki obyczajowe i dodała sporo dowcipu. Przez całą powieść czytelnik zastanawia się kto zabił a kto jest podejrzany. A trzeba przyznać, że mieszkańcy pensjonatu to istna mieszanka: mamy tutaj nauczyciela, który jest miłośnikiem kryminałów Christie, też jest wspomniana na początku Olga - była uczestniczka talent show, która pomaga podinspektorowi w śledztwie; młode małżeństwo, w którym mąż żyje pod psychicznym terrorem żony. Jest również była znana aktorka, ojciec lekarz i syn informatyk, którzy uciekli od zgiełku miasta, i były alkoholik. 

Jeśli poszukujecie kryminału w którym akcja i tajemnica rozwiązywane są w „sennym stylu” królowej Kryminału, to najnowsza książka Magdaleny Knedler nadaje się do tego idealnie. Zastanawiam dlaczego tak późno sięgnęłam po książki tej autorki, skoro kilka stoi na mojej półce. No nic, lepiej późno niż wcale. Polecam

P.S.
Pewnie niebawem sięgnę po inne tytuły i chętnie o nich wam opowiem
P.S.2.
Nie miałabym nic przeciwko gdyby powstały kolejne części przygód tria Olgi, Grzegorza i Wojtka.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

#475



Książek o sile przyjaźni i jak ważna jest ona w naszym życiu powstało wiele. Jednak takiej książki jaką napisały wspólnie Agata Przybyłek i Natalia Sońska jeszcze nie było. I choć może jest podobna do innych powieści traktujących o przyjaźni toczytelnicy, którzy znają książki autorek wiedzą, że są one wyjątkowe. Tak samo jak młode autorki. 

Anna i Ludmiła przyjaźnią się ze sobą od pierwszego dnia studiów. Miłka wyszła za mąż za Piotra, który przejął rodzinną restaurację. Jednak praca w gastronomii nie jestem tym o czym marzy kobieta. Pasjonuje się fotografią i tak naprawdę chciałaby się tym zajmować. Swoją szansę dostaje od Jana, podróżnika i blogera, których poszukuje fotografa, który zrobi zdjęcia do jego najnowszej książki o Toskanii. Ten wyjazd bardzo źle wpływa na małżeństwo Miłki i Piotra. Anna natomiast wychowuje małą córeczkę. Jej mąż Kamil pływa na statkach. Pewnego dnia na jego statek napadają piraci, a Kamilowi cudem udaje się ujść z życiem. Wraca do domu. Jednak przeżycia odciskają na nim niewyobrażalne piętno. Życie jego i Anny zmienia się diametralnie. W ich małżeństwie również pojawia się kryzys. Ale Anna i Ludmiła mogą liczyć na siebie. Czy aby na pewno?

Przybyłek i Sońska osobno piszą świetnie, razem- cóż, także znakomicie. Podczas czytania czytelnik zastanawia się, którą część napisała ,która z autorek. Do niektórych rzeczy można się przyczepić. Ale to literatura „rozrywkowa” mająca na celu rozluźnić czytelnika, przynieść mu radość z czytania i oderwać od codzienności. A nie kazać mu wyszukiwać błędów, przyczepiać się do nich jak rzep do psiego ogona. Chyba tylko do jednej sprawy mogę się bardzo przyczepić. Otóż od samego początku Ludmiła i Anna łączy przyjaźni. Taka na dobre i na złe. Mogą na siebie liczyć, wspierają się bardzo. Wyraźnie widać pokrewieństwo dusz. Rysa pojawia się gdy Ludmiła popełnia błąd. Zdaje sobie z tego sprawę, że zrobiła źle. Anna nie wspiera, wręcz przeciwnie, robi karczemną awanturę i pozostawia ją z problemem samą. Czy tak zachowują się prawdziwi przyjaciele? Odpowiedź jest tylko jedna: nie. Myślałam, że nie należy nikogo potępiać, lecz należy wspierać i pomagać. Wysłuchać i ewentualnie, jeśli jest możliwość, pomóc rozwiązać problem. Przecież czasem łatwiej zrobić to z przyjacielem. A przyjaciele są nie tylko od tego by się z nami śmiać, ale także płakać. 

Jeśli przymkniemy oko na błędy to „Przyjaciółki” okażą się świetną obyczajówką. 

środa, 14 marca 2018

#472



Cóż ja Wam na to poradzę, że lubię czytać powieści obyczajowe, które dobrze się czyta, i które tchną w czytelnika nadzieją albo przywrócą wiarę w drugiego człowieka. Książki Asi Szarańskiej uwielbiam. Pewnie dlatego, że są napisane z jajem i mają w sobie to coś, że mogę brać je w ciemno. Po trylogii o Kalinie, Asia napisała książkę w świątecznym klimacie „Cztery płatki śniegu”, którą pochłonęłam w święta. Nie jest to kolorowa historia o idealnym świętowaniu, ale taka słodko – gorzka opowieść o codzienności każdego z nas. 

W bloku przy ulicy Weiss’a, mieszkańcy znają się tylko z widzenia. Każdy zabiegany, nie ma czasu na integrację z sąsiadami. Zbliżają się święta, Pani Michalska, starsza sąsiadka, która mianowała się dozorczynią, postanawia wprowadzić atmosferę świąt. Na podwórku postawić pięknie ozdobioną choinkę. Do pomocy chciałaby zaangażować wszystkich mieszkańców, jednak oni bardziej skupiają się na swoich problemach aniżeli na przygotowaniach. A problemy… no cóż całą ich gama: podejrzenia o zdradę, skąpy Małżonek, który wylicza żonie każdy grosz, teściowa która wtrąca się w wychowanie wnuka, czy też wyobcowanie i brak przyjaciół. Czy niespodziewane wydarzenie coś zmieni w mieszkańcach kalwaryjskiego domu? O tym poczytajcie sami.

„Cztery płatki śniegu” to książka magiczna, ale nie przesłodzona. To historia jakich wiele, tocząca się za zamkniętymi drzwiami mieszkań, opisana jednak w nadzwyczjny sposób.

Asia ma świetny zmysł obserwacji codzienności, który przeplata humorem. Podczas czytania wybuchy śmiechu gwarantowane. Jednak nie wszystkich bohaterów da się polubić. Niektórych ma się ochotę utopić w przysłowiowej łyżce wody.

Fani Kaliny (trylogia Kalina w malinach) będą zachwyceni gdyż pani detektyw pojawi się i tutaj by rozwiązać pewną zagadkę.

Polecam nie tylko na świąteczny czas.


piątek, 24 listopada 2017

#458



Nadal nie zaprzeczam, że sięgam po książki, gdyż spodobała mi się okładka tudzież opis. Bo czyż, nie sięgnęlibyście po książkę z morzem na okładce? Przecież od razu kojarzy się to z wakacjami i urlopem. Idealnym czasem na czytanie. I tak właśnie było z książką o której chcę Wam opowiedzieć. Pensjonat pod Meduzą” Hanny Kowalczuk wynalazłam na jakiejś stronie księgarni internetowej. Zachwyciłam się okładką i wiedziałam, że ją kupię i przeczytam.

Gabrysia jednego dnia traci pracę oraz męża, który odchodzi do młodszej. Przechodzi krótkie załamanie. Na dłuższe nie pozwala rodzinka, która bierze szczęście Gabrysi w swoje ręce. Jej matka postanawia zabrać ją nad morze do ciotki Hortensji. Gabriela nie wie, że ciotka ma na jej nowe życie plan, który natychmiast wprowadza w życie. I nie będzie to leżenie brzuchem do góry, tylko ciężka praca przy rozkręcaniu pensjonatu, który otwiera Olek dawny kolega Gabrieli.

Kiedy czytelnik rozpoczyna przygodę z książką, może dojść do wniosku, że pomysł na porzuconą kobietę jest oklepany. I książkę porzuci po kilku stronach. Jednak gdy się zagłębimy w świat Gabrysi, ciotki Hortensji, zorientujemy się, że warto jednak było dać książce szansę. Bo książka wzbudza emocje: te pozytywne i negatywne. Czytelnik poniekąd wczuwa się w postać Gabrysi, wścieka się na niewiernego męża, na jego zachowanie i usilną chęć odzyskania głównej bohaterki. Na szczęście Gabrysia nie daje się zmanipulować słodkim słówkom niewiernego.

Autorka stworzyła fantastycznych bohaterów. Gabrysia na początku jest cicha, spokojna i stoi tam, gdzie się ją postawi. Jednak z czasem pokazuje pazurki i staje się bardziej stanowcza. Olek kolega z dzieciństwa to dość ciekawa postać, profesor UG, który pasjonuje się łowieniem ryb i ma dryg do interesów. Nie można zapomnieć od ciotce Hortensji. To dość barwna postać, stanowcza, surowa i potrafiąca wtrącać się życie innych.

Jak widzicie ta książka idealne nadaje się na letni czas, na czytanie pod chmurką. „Pensjonat pod Meduzą” to powieść dająca nadzieję na to, że w każdym wieku można zacząć swoje życie od nowa. Pokazuje, że jeśli weźmiemy sprawy swoje ręce uda nam się dotrzeć do celu. Fakt, że może być ciężko. Ale przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Polecam i z miłą chęcią przeczytam inne książki autorki. Pani Halino zyskała pani kolejną czytelniczkę.

sobota, 11 listopada 2017

#455



Erica Spindler to Autorka znana z thrillerów i całkiem niezłych kryminałów. Sama kilka z nich przeczytałam jakiś czas temu. Nie mogłam się oczywiście od nich oderwać. Nie tak dawno na stole nowości pojawił się jej nowy tytuł „Siódemka”. Opis był bardzo obiecujący, więc bez wahania po nią sięgnęłam. 

Micki Dare to doświadczona nowoorleańska policjantka. Zostaje przydzielona do nowo powstałej grupy mającej walczyć z przestępczością. Jej partnerem zostaje Zach Harris, nowy policyjny nabytek, który ukończył specjalny program o nazwie „Szóstki”. Program skupiał się na ludziach, którzy mają dobrze rozwinięty szósty zmysł i potrafiący go wykorzystać, bardziej niż przeciętni ludzie. Mick ma pilnować Zach’a, gdy ten podczas dochodzenia będzie wykorzystywał swój zmysł. Po jakimś czasie okazuje się, że tu wcale nie chodzi o łapanie przestępców. Tu chodzi o większe zło, z którym Micki się jeszcze nie spotkała. Kiedy dochodzi do zniknięcia kolejnej dziewczyny, okazuje się, że z siłą ciemności mogą nie wygrać. Czy Micki przeżyje ostatnie starcie?

Kiedy sięgałam po książkę Spindler oczekiwałam dobrej i mocnej sensacji, dreszczy na plecach i pytania kto zabił? A dostałam sensację z suspensem, który nijak ma się do wcześniejszych kryminałów Autorki. Główny bohater czytający w myślach, reagujący na złą siłę i tu wcale nie mam na myśli złych i niebezpiecznych ludzi, tylko „mroczny cień”. Mroczny cień będący bezkształtną postacią. 

Ogólnie nie czyta się źle. Większą część powieści stanowią dialogi i krótkie rozdziały. Więc książkę połyka się raz dwa. Irytowali mnie tylko bohaterowie. W szczególności Zach, który dość często podczas śledztwa działał na własną rękę. Nie konsultował się przed swoim działaniem z partnerem tylko informował go po wykonanej akcji. A tak chyba nie powinno być prawda?

„Siódemka” to jednak dobry kryminał, a do nadprzyrodzonej siły można się w ostateczności przyzwyczaić.