wtorek, 8 maja 2018

#481



Dwa lata temu wpadła w moje ręce książka Marty Obuch „Łopatą do serca”. Przyznam, że ubawiłam się przy niej przednio. Postanowiłam poznać dalsze losy bohaterów, więc sięgnęłam po książkę Marty „Francuski piesek”. A czy było zabawnie? Oj było!!!

Misia i Zuzia cieszą się chwilowym spokojem. Mąż tej pierwszej, szef grupy przestępczej siedzi w więzieniu. Dziewczyny są szczęśliwe u boku swoich katowickich policjantów. Misia remontuje dom, który kupiła, ale jej chłopak nie jest chętny do tego, by się do niej przeprowadzić. Zuzia natomiast narzeka na zbytnie zaangażowanie swojego faceta. Pojawia się także Ryszarda, której komornik zajął mieszkanie. A żeby dziewczyny nie zanudziły się na śmierć… Zuza znajduje trupa. I wtedy się zaczyna… A co? O tym poczytajcie sami. Nie będę przecież psuć wam apetytu. A powiem, że jest smacznie. 

Ubawiłam się setnie czytając tę książkę. Dawno nie czytałam tak świetnego kryminału okraszonego dowcipem. Uwierzcie mi, kiedy czytałam tę książkę w pociągu bardzo broniłam się przed wybuchami śmiechu, żeby pasażerowie nie zaczęli dzwonić po karetkę. Bo muszę przyznać, że Autorka zaserwowała nietuzinkowe pomysły swoim bohaterkom, które to skwapliwie wprowadzały w czyn. Jak dla mnie na prowadzenie wysuwają się zwłaszcza dwa: konserwacja trupa w cynamonie oraz użycie „broni biologicznej” w ZUS-ie. Uwierzcie mi, była to strasznie „gówniana” sprawa. 

I jedno wiem na pewno: Pani Marto, kocham Panią, za dowcip i barwne postacie, za inteligencję, którą wplata Pani w swoje powieści, za lekki styl oraz przede wszystkim za Śląsk. I zdecydowanie po przeczytaniu książki, do głowy przychodzi jedna myśl: gdzie diabeł nie może tam babę pośle. 

Kryminały Marty Obuch, powinny być przepisywane na receptę zamiast leków antydepresyjnych. Idealnie poprawiają humor. Pewnie niebawem doczytam pozostałe książki Autorki. Tylko niech ktoś rozciągnie dobę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz