Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 czerwca 2021

#579 - Ciało poniekąd ponętne

 



No dobra, powiem Wam, że jest mi smutno, bo to póki co ostatnia część z serii książek o Julii i Alicji. Polubiłam szalone panie nauczycielki oraz ich wakacyjne przygody. Kiedy dotarłam do ostatniej strony powieści pt. „Ciało poniekąd ponętne” Agnieszki Pruskiej uświadomiłam sobie, że to już koniec. Że chwilowo nie ma nic więcej. A ja ostatni miesiąc spędziłam właśnie z dziewczynami i bardzo się z nimi zaprzyjaźniłam. 

Nasze ulubione panie nauczycielki wyjeżdżają na wakacje do Władysławowa. I już na samym początku Julia wpada do ziemianki wykopanej przez wnuki gospodarzy, prosto w ramiona zmumifikowanych zwłok. No i nie byłyby sobą gdyby na własną rękę nie poprowadziły śledztwa. Co jest niestety utrudnione przez szalejącą w kraju pandemie. Oczywiście nie zrażone tym, że ludzie boją się kontaktu z drugim człowiekiem, chcą poznać prawdę o nieboszczyku. I tak trafiają na kolejne zwłoki. Nie wiem jak one to robią, ale w wyszukiwaniu zwłok są naprawdę dobre. 

Ciekawym smaczkiem tej części jest na pewno to, że Pani Agnieszka umieściła akcję w czasie teraźniejszym, kiedy to w kraju panuje pandemia. Pokazała dokładnie to jak ludzie rok temu podczas wakacji nie za bardzo brali wirusa na serio. Jestem przekonana, że wielu czytelników pamięta zdjęcia z plaż, które były pełne turystów. Owszem ludzie bali się choroby, chodzili w maseczkach, trzymali teoretyczny dystans. Natomiast na plaży leżeli obok siebie jak sardynki w puszce. 

Tym razem morderstwa dokonano w jednym z wakacyjnych kurortów. I podobnie jak we wcześniejszych częściach ważne w historii jest tło społeczne. Tutaj wszyscy się znają, mają wyrobione zdanie o innych, a wobec obcych są czasem podejrzliwi. Ale jednocześnie są chętni pomóc i dowiedzieć się kto zabija, bo przecież jak tak dalej pójdzie to wczasowicze uciekną. Bo kto chce mieszkać w miejscu gdzie dochodzi do morderstw?

Jeśli poszukujecie dobrej komedii kryminalnej, to czwarta część przygód Julii i Alicji nada się do tego idealnie. Powiem wam w sekrecie, że po przeczytaniu mam ochotę wybrać się nad morze by zjeść pieczoną flądrę. Polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Oficynka





czwartek, 27 sierpnia 2020

#556 - Złowrogie niebo



Na samym początku przyznam się Wam szczerze, że oczekiwałam właśnie takiego kryminału. I dostałam go. To był taki rollercoaster, że z ciekawością i niepokojem przewracałam kolejne strony, by dowiedzieć się, jak bardzo autorka „przeczołgała” swoich bohaterów. Alex Kavy nikomu nie trzeba przedstawiać. Myślę, że jest wiele osób, które przeczytały chociaż jedną jej książkę. Kiedy dotarłam do końca, okazało się, że „Złowrogie niebo” jest piątą częścią serii z Ryderem Creedem. Ale w sumie bez znajomości wcześniejszych też da się czytać. No i wiecie co? Obiecałam sobie, że nadrobię wcześniejsze części. Już nakarmiłam nimi mój czytnik.



Podczas wideorozmowy Francine Russo, jest świadkiem śmierci swojego współpracownika Tylera. Wydaje jej się, że ma to coś wspólnego z odkryciem przez Tylera, że znany koncern spożywczy, dodaje do swoich produktów rakotwórcze składniki. Niestety, zanim Frankie się rozłączy, zabójcy dostrzegają jej twarz na ekranie smartfona zamordowanego mężczyzny. Kobieta wie, że to tylko kwestia czasu aż ją odnajdą. Przerażona prosi o pomoc swoją przyjaciółkę Hannę. Ta po rozmowie z Ryderem proponuje by Frankie skontaktowała się z Maggie O’Dell, aby ta jej pomogła. Po piętach depczą jej tajni agenci, a sama kobieta wpada w oko szalejącego nad Alabamą tornada. Czy Frankie przeżyje? Jaką rolę odegra w tym wszystkim Ryder oraz jego czworonożna towarzyszka Grace?
Byłam przekonana, że jest to kolejna część przygód Maggie O’Dell. Okazało się, że tym razem agentka gra drugie skrzypce, gdyż akcja w większej mierze skupia się na Frankie oraz na Ryderze Creedzie. Na jego pracy ratownika z psem tropiącym. Fabuła kręci się także wokół odnalezionej siostry Creeda. Brodie i Ryder muszą odnaleźć się w nowym życiu po tym gdy jego siostra wraca po wielu latach do domu. A to niestety nie jest takie proste. Nie powiem Wam o co tam chodziło, gdyż nie chcę psuć apetytu na przeczytanie tej historii.

Zastanawiam się dlaczego napisałam na początku, że to rollercoaster? Już wiem. Na pewno miałam na myśli tornado szalejące nad Alabamą, gdzie działa się historia, a czytelnik wraz z bohaterami uciekał przed żywiołem. No i nie można zapomnieć o ucieczce Frankie. Tajni agenci deptali jej wręcz po piętach bo bez problemu zdołali ją namierzyć. Jak? Należy wspomnieć o nowoczesnej technologii, która towarzyszy nam na każdym kroku. Okazuje się bowiem, że ta nowoczesność czyli smartfon, smartwatch, dostęp mobilny do internetu sprawiają, że jesteśmy zdecydowanie łatwiejsi do namierzenia.

Jeśli zaczynacie przygodę z książkami Kavy, to serię rozpocznijcie od pierwszej części. Jednak nie jest to konieczne, gdyż w tej części wszystko co działo się w przeszłości zostaje wyjaśnione. Jestem przekonana, że nie odłożycie książki dopóki nie dotrzecie do końca. Zdecydowanie polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska.


środa, 22 lipca 2020

#554 - Zabójczy wirus


Kiedy odłożyłam książkę, już po jej przeczytaniu, zaczęłam się zastanawiać dlaczego po nią sięgnęłam? Chyba mam za mało wirusa na co dzień i musiałam o nim jeszcze poczytać. Masochizm, czy coś koło tego. Tak moi drodzy, właśnie skończyłam czytać książkę „Zabójczy wirus” Alex Kavy. Myślę, że to idealna książka na czas trwającej pandemii na świecie. Ale do brzegu, czyli opowiem Wam o samej książce. 

Pewnego dnia do FBI trafia pudełko pączków. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie liścik z pogróżkami. Maggie wraz z dyrektorem Cunninghanem wpadają w pułapkę zastawioną przez mordercę. Trafiają do wojskowego instytutu badawczego na kwarantannę. Okazuje się bowiem, że ktoś specjalnie rozsiewa zabójczy wirus. Rozsyła go w listach do wybranych osób. Na początku może się wydawać, że ofiary wybierane są losowo. Jednak po jakimś czasie okazuje się, że nic nie jest oddane przypadkowi. Zamknięta na kwarantannie Maggie wraz z Tullym musi rozwiązać zagadkę tajemniczego wirusa. 

Przyznam się szczerze, że bardzo dawno nie czytałam kryminału Kavy i trochę zatęskniłam za Maggie O’Dell. A u niej się dzieje. Nie biega za przestępcami, nie ściga ich, bo jest zamknięta w wojskowym intytucie badawczym, ale i tak zdalnie stara się rozwiązać zagadkę roprzestrzeniającej się zarazy. 

Jak dla mnie Kava, przy kolejnych częściach o agentce FBI, nie zaniża swojego poziomu. Nadal trzyma wysoki pułap. A same zagadki zdają się trudne do rozwiązania na własną rękę przez czytelnika. 

Myślę, że książkę powinien przeczytać każdy. Zwłaszcza gdy w tej chwili po świecie krąży koronawirus. Dlaczego? Gdyż świetnie pokazuje, że należy być rozważnym, przestrzegać zasad, bo może to się skończyć tragicznie. Tak więc: nośmy maski i rękawiczki. Polecam!!!

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska


piątek, 19 czerwca 2020

#547 - Wypocznij i zgiń





Nie będę Was okłamywać seria „Kryminał pod psem” bardzo pomaga mi w kryzysach czytelniczych. W szczególności, że to komedia kryminalna, tak bardzo teraz potrzebna w tych smutnych czasach . Po najnowszą część przygód Gucia, Szymona oraz Róży sięgnęłam z ciekawością, gdyż chciałam się dowiedzieć gdzie tym razem znajdą trupa. No i co tam u nich, jak im się układa. Bo przecież Szymon i Róża to taki Żuraw i Czapla. A ja od początku bardzo im kibicuję.

Tym razem nasza ulubiona Trójka bohaterów wybrała się na urlop do Szczawnicy. Oczywiście nie byliby sobą, gdyby na tym urlopie nie dostali śledztwa do rozwiązania. Pod wyciągiem narciarskim zostaje znalezione ciało lokalnego biznesmena Mateusza Słowika. Właściciel wyciągu prosi o pomoc w ujęciu sprawcy nasze detektywistyczne trio. No bo skoro są pod ręką, to dlaczego tego nie wykorzystać. A Szymon na to przystaje, bo przecież nic nie stoi na przeszkodzie by połączyć przyjemne z pożytecznym. Czyli znaleźć mordercę i móc szusować na nartach.

Powiem wam, że za każdym razem gdy rozpoczynam przygodę z kolejną częścią przygód Gucia & Company zastanawiam się co ich czeka i gdzie tym razem będą szukać mordercy. I zaczynam się obawiać że niebawem braknie miejsc – tych urokliwych - do których pojadą.

Tak jak we wcześniejszych częściach, tak i tutaj mamy wątek sprzed wielu lat, który przeplata się z teraźniejszą historią. I oczywiście, podobnie jak we wcześniejszych częściach, wydarzenia z przeszłości mają swój wydźwięk w obecnych czasach. 

Między głównymi bohaterami dzieje się że tak, że… ło matko. W końcu Szymon i Róża są gotowi do tego by wziąć ślub. Szymon po kryjomu zabiera się za przygotowania do tego ważnego dnia. Chce zrobić ukochanej niespodziankę. Ale oczywiście Róża nie byłaby sobą gdyby sama nie odkryła tajemnicy.

To już siódma część przygód naszej trójki i powiem wam że nadal trzyma poziom tak jak przy wcześniejszych częściach. Nadal jest zabawnie i nadal czytelnik nie może doczekać się ślubu Szymona i Róży. No i Gucio nie zatracił w sobie sarkazmu.

Jeśli nadal nie znacie przygód Gucia & Company to koniecznie musicie to nadrobić. Ostatnio poleciłam książki klientce. Tak naprawdę chciała tylko i wyłącznie pierwszą część. Ale mieliśmy tylko pakiet trzech pierwszych. Kupiła z obawą. Po jakimś czasie zadzwoniła z podziękowaniami za polecenie tych ciepłych i zabawnych kryminałów. No i oczywiście dokupiła resztę. To chyba najlepsza rekomendacja dla całej serii. Polecam!!!

wtorek, 19 maja 2020

#544 - Teściowe muszą zniknąć



Po książki Alka Rogozińskiego sięgam z dużą przyjemnością. Bo wiem, że oprócz zagmatwanej zagadki kryminalnej, będę się śmiać w głos. I tak właśnie było podczas czytania najnowszej książki Księcia Komedii Kryminalnej czyli „Teściowe muszą zniknąć”. Tym razem zasiadłam na balkonie i wciągnęłam się w opowiadaną historię. 

Janusz i Amelia mieszkają w samym centrum Warszawy. Spokojny byt zakłóca im upierdliwa sąsiadka. Pewnego dnia, odwiedza ich kuzyn Amelii, opowiadając historię o ukrytym skarbie. I tu rozpoczyna się jazda bez trzymanki. Kazimiera jest mamą Janusza. Co miesiąc wpłaca datki na bytomskie Radio Jadwiga, twierdzi, że największą zmorą kraju są tęczowi, masoni i lewactwo. Maja to mama Amelii. Żyje w konkubinacie, paraduje w marszach równości i szczerze nie przepada za Kazimierą. Z wzajemnością oczywiście. Niestety obie panie muszą połączyć siły kiedy ich dzieci wpadną w solidne tarapaty: Janusz zostanie posądzony o morderstwo a Melka zostanie porwana. Jak to się wszystko skończy? I jaką rolę w tym odegra Tygrys Złocisty, szef mafii?

Muszę przyznać, że ubawiłam się przy tej książce pierwszorzędnie. Pomysł na fabułę gdzie główni bohaterowie podpadają mafii i zjeżdżają pół Polski by odnaleźć skarb, był strzałem w dziesiątkę. W szczególności jeśli dodamy do tego jeszcze dwie mamuśki z piekła rodem. Każda z nich przyprawia o ból głowy swoich najbliższych. Natomiast taki duet próbujący uratować swoje dzieci, to wręcz trąba powietrzna, siejąca spustoszenie. 

Alek nie zatracił ani sarkazmu, ani ironii, ani tym bardziej bystrego spojrzenia na to wszystko co dzieje się wokół. A wszystko ubrał w dobrze skrojony płaszczyk komedii kryminalnej. Dzięki temu czytelnik się nie nudzi i co rusz wybucha śmiechem. W szczególności gdy natrafiał na spotkania z Tygrysem Złocistym, który swoich rozmówców tytułował nazwami fauny. 

Opowiem wam pewną anegdotkę. Podczas czytania książki co rusz natrafiałam na różne zwierzęta np.: gawial gangesowy, czy też muflon śródziemnomorski. I kiedy na głos wypowiadałam te nazwy, to mój Munż od razu mówił o jakie zwierzę mi chodzi. 

Dla tych którzy jeszcze nie czytali książek Alka, myślę, że ten tytuł będzie dobrym rozpoczęciem przygody. A dla wiernych czytelników, będzie to uczta kryminalna z dodatkiem humoru, do jakiego autor nas już przyzwyczaił. Polecam!!!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

sobota, 16 maja 2020

#543 - Będziesz moja



Możliwe, że po raz pierwszy zdarzyło mi się zakupić i przeczytać książkę, o której nie wiedziałam zupełnie nic. Bo wiecie, kiedy sięgam po dany tytuł to mniej więcej wiem o czym jest książka, bo przeczytałam opis na stronie Wydawnictwa lub też księgarni internetowej. W ostatecznym rozrachunku czytałam opinię o książce na ulubionym blogu. W przypadku książki „Będziesz moja” Diany Brzezińskiej żadna z tych rzeczy nie miała miejsca. Książkę zakupiłam w ciemno. Znałam tylko okładkę gdyż gdzieś tam mignęła mi w internetach. I tyle. Nic więcej. 

Wiecie jak to u mnie jest z debiutami. Są książki które mnie zachwycają od pierwszej strony. A są też takie, które zupełnie mnie „nie biorą” i porzucam je w dowolnym momencie. W przypadku książki Brzezińskiej było zupełnie inaczej. Na początku bałam się. Serio, bałam się, że mój zakup w ciemno jest złym wyborem. Okazało się, że strach jest zupełnie nie na miejscu, a zachwyt nad stworzoną historią sprawił, że książkę pochłonęłam w trzy dni. Oczywiście chodząc do pracy. 

Nie wiem czy chcę zdradzać Wam fabułę, ani opowiadać o czym jest. Ale żeby zachęcić powiem kilka słów. 

Akcja całej historii kryminalnej (tak, to kryminał, chociaż tytuł i okładka mogą sugerować całkiem coś innego, takie zmylenie czytelnika) dzieje się w światku policyjnym i prokuratorskim w Szczecinie. Adrianna Czarnecka jest psychologiem w Komendzie Wojewódzkiej, jest leniwa (jak to mówi jej szef) ale ma głowę na karku i widzi to czego nie dostrzegają inni. Jest dokładna. Ma męża, ale gdy czytelnik poznaje całą historię dokładnie, to dochodzi do wniosku, że zdecydowanie z mężem powinna się rozwieść. Krystian Wilk jest podkomisarzem w tej samej Komendzie, jest podrywaczem i zupełnie nie jest zainteresowany by wiązać się z kimś na stałe. Ma też brata bliźniaka, Przemka, który jest prokuratorem okręgowym. Pewnego dnia Krystian otrzymuje akta sprawy pewnego mężczyzny, który zaginął wiele lat wcześniej. Tak naprawdę ma sprawić wszystko, by zamknąć w końcu akta, bo nie ma ani narzędzia zbrodni ani ciała. Jednak praca z Adą nad tą sprawą, sprawia, że postanawiają odnaleźć zaginionego mężczyznę. Jednak, okazuje się, że muszą skupić się na sprawie seryjnego mordercy, który morduje rude, młode kobiety. Czy te dwie sprawy się łączą? Sami się przekonajcie. 

Powiem Wam, że Autorka stworzyła niesamowitą, zagmatwaną historię. Serio. Ogromnym plusem jest to, że oprócz prowadzonej sprawy zaginionego mężczyzny, otrzymujemy równolegle historię tego, który morduje młode kobiety, zadając im trzydzieści trzy ciosy nożem. Czytelnik razem z policjantami stara się rozwiązać obie zagadki kryminalne. Chce poznać motyw mordercy i powiązać sprawy razem. 

Oprócz zagadek kryminalnych, mamy świetnie skrojonych bohaterów Adę i Krystiana. Między nimi rodzi się dziwna przyjaźń. On jest seryjnym podrywaczem i zalicza panienki na prawo i lewo, a Ona jest szczęśliwą mężatką, która jest odporna na jego zaloty. To wcale nie przeszkadza temu, by połączyła ich przyjaźń, która (póki co) nie zakończyła się w łóżku. Pojawił się także mąż Ady, który doprowadzał mnie do wściekłości. Dlaczego? O tym poczytajcie sami, nie mogę Wam zdradzić takich smaczków. 

Jeśli szukacie świetnego kryminału, który dodatkowo ma świetne zaplecze obyczajowe, to pierwszy tom przygód Ady i Krystiana nadaje się do tego idealnie. Polecam bez dwóch zdań i zabieram się za drugi tom, bo jestem ciekawa co dalej u ulubionych bohaterów. 



piątek, 14 lutego 2020

#536 - Nieznajomy




W ramach mojego noworocznego postanowienia: czyli czytam książki których normalnie bym nie przeczytała, sięgnęłam po jeden z kryminałów Harlana Cobena „Nieznajomy”. Tak, dobrze czytacie. Podkusiło mnie pewnie to, że Netflix wypuścił serial na podstawie tej książki. A jak wiadomo przed ekranizacją lepiej przeczytać.

Bardzo dawno żadna książka nie pochłonęła mnie do tego stopnia, że nie potrafiłam się od niej oderwać. Mogę śmiało przyznać się do tego, że zarwałam dla niej dwie nocki. A jak najbliżsi wiedzą jestem ogromnym śpiochem i zamiast czytania wybieram spanie. Tutaj było inaczej.

Pewnego dnia Adam Price zostaje zaczepiony przez nieznajomego mężczyznę. Podczas rozmowy dowiaduje się, że przed kilkoma laty, jego żona oszukała go udając, że jest w ciąży. Na początku Adam nie bardzo chce uwierzyć w słowa nieznajomego. Otrzymuje jednak kilka dowodów, które świadczą o tym, że jest to prawda. Potem rozmowa z żoną Corinne wywołuję lawinę wydarzeń, które przeplatają się ze sobą, mimo pozornego braku związku.

Kiedy ktoś nieznajomy wyjawia prawdę o ukochanej osobie, to myślę, że ciężko jest nam w to wszystko uwierzyć. Przecież to nie może być prawda?! Jak to się dzieje, że zachwianie wiary w drugiego człowieka może być takie proste i łatwe? Nie powinno być. Przecież zaufanie to w dużej mierze fundament związku podobnie jak miłość.

Historia od samego początku trzyma czytelnika w napięciu. Jest bardzo misternie skonstruowana i nie wiemy do końca co będzie dalej? Jak potoczą się losy bohaterów i jakie podejmą decyzję. Ta książka fascynuje i nie pozwala się od siebie oderwać. Czytelnik sam stara się rozwiązać zagadkę. A kiedy wydaje mu się, że jest już na dobrej drodze do ujawnienia prawdy, autor zwinne miesza wszystko i nadal nie wiemy „kto zabił?”.

Jak już wspominałam na platformie Netflix można obejrzeć serial. Dodano do niego kilka nowych wątków, które nie pojawiają się w książce. Myślę, że to dobry zabieg, w końcu to serial a nie film. Jest kilka różnic, ale nie są one aż tak bardzo rażące. Poza tym każdy odcinek kończy cliffhanger, co sprawia, że widz koniecznie chce dowiedzieć się co wydarzy się dalej.

Polecam bez dwóch zdań


środa, 17 lipca 2019

#521 - Kredziarz




Zdarza mi się sięgać po książki, po które zapewne nigdy bym nie sięgnęła. Ale sięgam też po takie, które mnie zafascynują chociażby samym opisem fabuły. Albo chociażby rekomendacjami innych czytelników. Wiecie, chcę sobie wyrobić opinię. Przekonać się czy wszystkie zachwyty nad daną pozycją są słuszne. W przypadku książki „Kredziarz” C.J.Tudor było dokładnie tak samo. 

Jest rok 1986. Piątka zgranych przyjaciół mieszka w małym, sennym, angielskim miasteczku. Wolny czas spędzają jeżdżąc na rowerach, na wygłupach. Ich spokój zostaje przerwany wypadkiem w wesołym miasteczku. W tym samym czasie do miasteczka przyjeżdża nowy nauczyciel. Dzieciaki porozumiewają się między sobą kolorowymi rysunkami ludzików z kredy. Pewnego dnia jeden rysunek doprowadza ich do ludzkich zwłok. To całkowicie zmienia ich życie. Po trzydziestu latach Eddie wraz z przyjaciółmi otrzymuje tajemnicze koperty z kredą i symbolem sprzed lat. Nie biorą ich na poważnie, do czasu aż jeden z nich ginie. To nie przelewki. Eddie postanawia dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się te trzydzieści lat temu. 

„Kredziarz” nie jest typowym kryminałem. Owszem mamy tutaj morderstwo i poszukiwanie winnego. Ale to także studium dzieciństwa w małym miasteczku i to jak wyglądało życie w latach osiemdziesiątych, kiedy nie było telefonów komórkowych, tabletów ani komputerów. To dzieciństwo, które nie było wcale takie beztroskie jakby się mogło wydawać. To pokazanie problemów ówczesnego świata. A także, że nasze czyny i to co robimy mogą odnieść inne skutki niż tego oczekiwaliśmy. 

Akcja „Kredziarza” snuje się powoli jak życie w Anderbury. Jednak cała historia sprawia, że czytelnik wczuwa się w mroczny klimat. Dodatkowym plusem jest retrospekcja – to co działo się trzydzieści lat temu i to co dzieje się współcześnie. Dzięki temu zabiegowi czytelnik poznaje życie bohaterów, ich charaktery i to co ich ukształtowało. Trzeba przyznać, że Autorka potrafi wyprowadzić czytelnika na manowce. Kiedy już łapiemy trop i domyślamy się, kto co i jak, następuje zwrot akcji i mamy totalny mętlik w głowie. Szukamy dalej by znów znaleźć się w ślepym zaułku. 

Jeśli chodzi o bohaterów to wiodący jest tutaj Eddie. To właśnie z jego punktu widzenia poznajemy całą historię. To on przedstawia swoich przyjaciół, ich życie codzienne, relacje z rówieśnikami. Każdy z nich ukrywa jakiś sekret, mimo iż są przyjaciółmi, nie dzielą się wszystkim między sobą. Są zgrani, bo żaden z nich nie ma normalnego domu. A odnalezienie zwłok całkowicie ich odmienia. To ich łączy na całe życie. 

„Kredziarz” to inteligentny kryminał z zaskakującym zakończeniem, gdyż nic nie jest takie jakie się wydaje podczas rozwiązywania przez czytelnika zagadki. Książka angażuje od samego początku i nie pozwala na odłożenie do samego końca. 

Polecam



środa, 27 marca 2019

#514 Śmierć w blasku fleszy




Myślicie, że jubileuszowe książki (na przykład dziesiąta) ulubionych Autorów powinny być szczególne? Albo na przykład zupełnie inne niż te wcześniejsze? Myślicie, że Autor przy takiej książce może nas zaskoczyć? Chcecie znać moje zdanie? Tak, zdarzają się książki jubileuszowe, które zaskakują. Które sprawiają, że zastanawiam się czy to na pewno ten sam Autor który napisał wcześniejsze. Ale to nie musi być regułą. Bo czasem się zdarzy, że siódma książka Autora jest inna niż pozostałe, a ósma będzie taka jak wcześniejsze. Zaskoczeniem dla mnie była właśnie dziesiąta książka Alka Rogozińskiego „Śmierć w blasku fleszy”. 

Tym razem Książę Komedii Kryminalnej zabrał Nas na pokaz mody. Mario oraz Dominika prowadzą wspólnie agencję eventową. Organizują pokaz mody jednego z czołowych projektantów. Olimpus – bo to o nim mowa ma nietypowe wymagania. Dwójka bohaterów robi wszystko by te wymagania spełnić. W finale pokazu ma odbyć się udawane morderstwo najbardziej znanej i rozpoznawalnej modelki. Niestety, finał jest zupełnie inny niż wszyscy oczekują. Otóż, modelka ginie naprawdę. Śledztwem zajmuje się komisarz Darski. I trzeba przyznać, że ma ciężki orzech do zgryzienia, bo podejrzanych jest wielu. Ale tylko jedna z nich miała prawdziwy motyw. 

Przeczytałam wcześniejsze książki Alka. Nie tylko te które napisał sam, ale także te w duecie z Magdaleną Witkiewicz. Kiedy dotarłam do końca Jego jubileuszowej książki poczułam się… oszukana. I nie krzywcie się tak, nie zapowietrzajcie. Bo mnie także zapowietrzyło. Otóż, oświadczam wszem i wobec, że „Śmierć w blasku fleszy” jest bardziej dojrzała aniżeli pozostałe komedie kryminalne napisane przez Autora. Nie, to wcale nie jest zarzut. Bo pomimo iż powieść jest poważniejsza, trafiają się gagi, zabawne sceny i dowcipne dialogi tak dobrze znane czytelnikom z wcześniejszych książek. I taki Alek też Wam się spodoba. Pomimo braku masy zabawnych scen, Autor nadal potrafi tworzyć niebanalnych bohaterów, których kochamy od samego początku. Zaprzyjaźniamy się z nimi i z miłą chęcią wyskoczylibyśmy z nimi na piwo. Ale powiem Wam w sekrecie, że nie wiem czy chciałabym przeczytać książkę Alka w wydaniu takim stricte poważnym. Bo znając Autora nie od dziś i bywając na spotkaniach autorskich, dochodzę do wniosku, że na poważne kryminały jeszcze przyjdzie czas. Może tak za trzydzieści lat. Chociaż wątpię by Alkowi przytępił się dowcip. Obawiam się, że się bardziej wyostrzy. 

„Śmierć w blasku fleszy” to zaskoczenie dla fanów Alka. Oczywiście pozytywne. Nadal jest zabawnie, ale z większą powagą. Nadal do końca nie wiemy kto zabił. Chociaż sami mamy kilka tropów, to Autor skutecznie miesza w głowach czytelników. Więc jeśli szukacie dobrego kryminału z nutką dowcipu, to bez dwóch zdań musicie sięgnąć po tę książkę. Jeśli natomiast, jak ja, jesteście fanami książek Alka to sięgnąć musicie bez dwóch zdań. Polecam i czekam na kolejną książkę Księcia Kryminału.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora oraz Wydawnictwa Edipresse. 

czwartek, 14 lutego 2019

#508 Martwe dusze



Znów wróciłam do nadmorskiego miasteczka, w którym spokoju pilnuje młodszy aspirant Krzysztof Bugaj i jego kumple z komisariatu. Tym razem było mniej drastycznie niż w części pierwszej. Chodźcie posłuchać co myślę o książce „Martwe dusze” Darii Orlicz. 

Kiedy kończą się wakacje, miasteczko popada w letarg. Turyści wracają do domów i znów jest spokojnie. Do czasu, bo przecież wszystko co piękne szybko się kończy. W wypadku ginie kobieta. W trakcie śledztwa okazuje się, że nie był to przypadek. Ktoś umyślnie spowodował jej śmierć. Wychodzi także na jaw, że miała większą ilość wrogów aniżeli przyjaciół. Ktoś ewidentnie życzył jej śmierci. Jak zakończy się śledztwo? Czy Krzysztof będzie potrafił powstrzymać się przed kolejnymi skokami w bok?

„Martwe dusze” to kontynuacja wielu wątków rozpoczętych w pierwszej części jaką jest „Diabelski młyn”. I powiem szczerze, że jak dla mnie jest mniej brutalna aniżeli pierwsza część. Od tej nie potrafiłam się oderwać, a jak wiecie pierwszą musiałam odkładać na bok by zaczerpnąć tchu. 

Plusem tej powieści jest tło społeczne. Autorka wraz z czytelnikiem nie tylko skupia się na rozwiązaniu zagadki morderstwa, ale także na życiu mieszkańców. I znów razem z Bugajem wikłamy się w kolejne romanse. Serio? Czasem się zastanawiam czy on nie może żadnej przepuścić? Przyznaję, że tym swoim zachowaniem zaczyna mnie wkurzać. Powinien zdecydowanie zapisać się na jakąś terapię. Czy on musi być aż tak uzależniony od seksu? Dodatkowym smaczkiem jest tajemnicza postać byłego księdza i jego spotkania z wiernymi w starej stodole. Czy to on zabił ? Nie powiem. Darii Orlicz tak pięknie lawirowała pomiędzy podejrzanymi, że do prawie samego końca czytelnik nie wie kto zabił i dlaczego? 

Zakończenie książki wcisnęło mnie w fotel. Serio, tego co tam się wydarzyło się nie spodziewałam. Autorka niezły los zgotowała głównemu bohaterowi. Ale przyznaję, że… chyba sobie zasłużył. Czekam zatem na kontynuację. Oczywiście jeśli będzie. To znaczy powinna, bo historia nie mogła się tak skończyć.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska


poniedziałek, 12 listopada 2018

#495



Kiedy nadchodzi jesień, lubię sięgnąć po dobry kryminał. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Może chodzi o to, że dzień staje się krótszy a jesienna słota sprawia, że popadam w mroczny stan. Dlatego 
z ogromną przyjemnością sięgnęłam po książkę Darii Orlicz „Diabelski młyn”. Ciężko napisać opinię 
o kryminale by nie zdradzić zbyt wiele, a przede wszystkim tego „kto zabił?”

W nadmorskim miasteczku czas płynie wolno, ale nie do końca spokojnie. Młodszy aspirant Krzysztof Bugaj będzie musiał rozwiązać kilka spraw: śmierci młodej ciężarnej Litwinki, gwałtu na młodej letniczce oraz porwania małej dziewczynki. Będzie także rozdarty pomiędzy zaborczą kochankę i żonę, która ukrywała mroczny sekret z przeszłości.

Przyznam, że tej książki nie mogłam czytać jednym ciągiem. Musiałam ją co jakiś czas odkładać by wziąć głęboki oddech i się uspokoić. Autorka w bardzo realistyczny sposób przedstawiła brutalność otaczającego świata. Opisała sytuacje, które mają miejsce za zamkniętymi drzwiami niektórych domów. I to przeraża najbardziej. Bo czytając ten kryminał uświadamiamy sobie, że gdzieś – może zupełnie niedaleko nas – dochodzi do porwań młodych kobiet, które kończą wywiezione do domów publicznych za granicą. Że małe dzieci są wywożone i sprzedawane za grube pieniądze, albo w najgorszym wypadku molestowane i wykorzystywane seksualnie. 

„Diabelski młyn” to wielowątkowy kryminał, który wciąga czytelnika w swój świat i nie wypuszcza go do samego końca. Mimo iż większa część akcji skupia się na młodym aspirancie, jakoś nie zaprzyjaźniłam się z nim zbytnio. Nie wzbudził mojej sympatii. Mam nadzieję, że w kolejnej części, choć trochę się zrehabilituje. Ale patrząc na dotychczasowe jego zachowania, szczerze w to wątpię. 

Autorka skrupulatnie przeplatała wszystkie wątki, by w ostateczności wyjaśnić „co i jak”. Jednak ja osobiście miałam małe zastrzeżenia co do wyjaśnienia niektórych sytuacji. Jak dla mnie za szybko zostało to przedstawione. Tak jakby brakowało pomysłu jak to w ostateczności rozwiązać. Ale chyba tak miało być. 

Jeśli poszukujecie dobry kryminał o którym długo nie zapomnicie, to „Diabelski młyn” jest dla was. Polecam i czekam na kolejną część. 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska

środa, 5 września 2018

#491



Za każdym razem kiedy sięgam po kolejną część serii „Kryminał pod psem”, wiem, że zabawa będzie przednia. To znaczy, że będzie zagadka do rozwikłania, no i wyśmienity humor - obowiązkowy. 
I wiecie co? Znów się nie zawiodłam. Moje napady śmiechu było słychać na pół Zakopanego, bo tak się złożyło, że najnowszy kryminał Marty Matyszczak „Zło czai się na szczycie” czytałam u podnóża samiusieńkich Tater. 

Szymon Solański wraz ze swoim wiernym kompanem Guciem wyjeżdżają na wesele pani prokurator do Zdrojowic. Tam oczywiście spotykają Różę z nowym absztyfikantem i żeby nie było za spokojnie, podczas wesela Szymon odnajduje całkiem „świeże” zwłoki. Od tej pory spokój w miasteczku zostaje zakłócony. A nasi dzielni bohaterowie zabiorą się za rozwiązywanie zagadki morderstwa. Pobyt w Zdrojowicach jest dla Szymona powrotem do przeszłości. To właśnie tam wiele lat temu, w pożarze zginęła jego żona. 

Ale się działo!!! Od pierwszych stron nie mogłam się oderwać. Ale to przy książkach Matyszczak zupełnie zrozumiałe. Przy czwartej książce Autorka nie zatraciła umiejętności połączenia misternie utkanej intrygi kryminalnej i dobrej komedii. Wybuchy śmiechu są na porządku dziennym. Wpadki bohaterów sprawiają, że czytelnik śmieje się do rozpuku, chociaż nie zawsze sytuacje, w których się znajdują, są na pierwszy rzut oka zabawne. Gucio – towarzysz Szymona, nadal ma cięty język i cyniczno – sarkastyczne spojrzenie na zachowanie swojego właściciela i Róży. Muszę jeszcze dodać, że pomiędzy Różą i Szymonem nadal iskrzy. Tak bardzo, że jak tak dalej pójdzie, to pożar może strawić miejsce, w których się znajdą. A zakończenie książki jest tak wielkim uderzeniem obuchem w łeb czytelnika, że po zamknięciu ma się ochotę chwycić za telefon, zadzwonić do Autorki i zażądać natychmiastowego dostarczenia dalszych losów ukochanych bohaterów. 

Tak jak przy wcześniejszych częściach powtórzę: czytajcie Matyszczak. To wyśmienite kryminały nie tylko dla miłośników tego gatunku. Nie zawiedziecie się!!!

środa, 23 maja 2018

#483



Droga Tachykardio!

Czasem zastanawiam się czym kieruję się przy wyborze książek? Na pewno sympatią do Autora (bo dobrze wiedzieć, co nowego napisał), opisem książki, czasem okładką, a czasem tym, że wcześniejsza ksiażka powaliła mnie na kolana, bądź podobała mi się tak bardzo, że miałam ochotę na inną pozycję tego Autora. Tak właśnie było z książką Anny Snoekstra „Laleczki”. Jej debiut literacki „Córeczka” był świetny. A jak było z tą?

Colmstock to małe miasteczko, gdzie każdy zna każdego. Młodzi ludzie albo uciekają w lepszy świat albo parają się handlem narkotykami. Podczas pożaru, który strawił budynek sądu zginął nastolatek, który był ulubieńcem mieszkańców. Jednak mieszkańcami zawrzało gdy pewnego dnia na progach kilku domów znaleziono porcelanowe laleczki, łudząco podobne do dziewczynek mieszkających w tym miejscu. Ambitna Rose, która chce zostać dziennikarką postanawia sama rozwiązać zagadkę lalek. Chce napisać artykuł, który sprawi, że wyrwie się z tego miasta i zacznie lepsze życie. Czy to się jej uda?

Muszę przyznać, że po zachwycającym debiucie, kolejna powieść Autorki, nie sprostała chyba zadaniu bycia świetną. Owszem historia miała potencjał, jednak coś tu nie zagrało. Było czasem mrocznie, groźnie. Autorka dobrze pokazała ciemną stronę miasteczka, w którym szerzy się bezrobocie, każdy mieszkaniec zna tajemnice innych mieszkańców. Dobrze była wykreowana postać Rose, która ambitnie i prawie po trupach dążyła do wyrwania się z tego miasta. Miasta które swoimi szponami trzymało ją w miejscu. Ale czegoś zabrakło.

Autorka prowadziła kilka wątków jednocześnie, co mogło przyprawić czytelnika o lekki zawrót głowy. Pojawiały się postacie, które w ostatecznym rozrachunku niewiele wniosły do akcji. I zakończenie jest tak jakby zupełnie oderwane od całości. 

Książka napisana jest przystępnym językiem, a akcja trzyma momentami w napięciu – co jest jak najbardziej na plus. Można było jednak rozwinąć kilka wątków, wyjaśnić nieścisłości, by czytelnik czuł się w pełni usatysfakcjonowany. 

Czy książkę polecam? Tak polecam, bo jestem przekonana, że niektórym może się spodobać. Pewnie powiecie, że wyolbrzymiam. Ale… nie każdy lubi to samo. 

Pozdrawiam serdecznie
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska

wtorek, 8 maja 2018

#481



Dwa lata temu wpadła w moje ręce książka Marty Obuch „Łopatą do serca”. Przyznam, że ubawiłam się przy niej przednio. Postanowiłam poznać dalsze losy bohaterów, więc sięgnęłam po książkę Marty „Francuski piesek”. A czy było zabawnie? Oj było!!!

Misia i Zuzia cieszą się chwilowym spokojem. Mąż tej pierwszej, szef grupy przestępczej siedzi w więzieniu. Dziewczyny są szczęśliwe u boku swoich katowickich policjantów. Misia remontuje dom, który kupiła, ale jej chłopak nie jest chętny do tego, by się do niej przeprowadzić. Zuzia natomiast narzeka na zbytnie zaangażowanie swojego faceta. Pojawia się także Ryszarda, której komornik zajął mieszkanie. A żeby dziewczyny nie zanudziły się na śmierć… Zuza znajduje trupa. I wtedy się zaczyna… A co? O tym poczytajcie sami. Nie będę przecież psuć wam apetytu. A powiem, że jest smacznie. 

Ubawiłam się setnie czytając tę książkę. Dawno nie czytałam tak świetnego kryminału okraszonego dowcipem. Uwierzcie mi, kiedy czytałam tę książkę w pociągu bardzo broniłam się przed wybuchami śmiechu, żeby pasażerowie nie zaczęli dzwonić po karetkę. Bo muszę przyznać, że Autorka zaserwowała nietuzinkowe pomysły swoim bohaterkom, które to skwapliwie wprowadzały w czyn. Jak dla mnie na prowadzenie wysuwają się zwłaszcza dwa: konserwacja trupa w cynamonie oraz użycie „broni biologicznej” w ZUS-ie. Uwierzcie mi, była to strasznie „gówniana” sprawa. 

I jedno wiem na pewno: Pani Marto, kocham Panią, za dowcip i barwne postacie, za inteligencję, którą wplata Pani w swoje powieści, za lekki styl oraz przede wszystkim za Śląsk. I zdecydowanie po przeczytaniu książki, do głowy przychodzi jedna myśl: gdzie diabeł nie może tam babę pośle. 

Kryminały Marty Obuch, powinny być przepisywane na receptę zamiast leków antydepresyjnych. Idealnie poprawiają humor. Pewnie niebawem doczytam pozostałe książki Autorki. Tylko niech ktoś rozciągnie dobę. 

niedziela, 6 maja 2018

#480



Kiedy byłam dużo młodsza, nie czytywałam kryminałów Agathy Christie. Powód był zupełnie prosty: bałam się, że w nocy będą śniły mi się koszmary. Jednak w pewnym momencie, doszłam do wniosku, że czas dorosnąć. I tak zaczęła się moja przygoda z książkami Królowej Kryminału. Lubię ten gatunek i raz na jakiś czas po niego sięgam. Nie zawsze mam ochotę na coś obyczajowego czy też przesłodzonego. Dlatego sięgnęłam po „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” Magdaleny Knedler, które idealnie wpasowało się w klimat kryminałów pisanych przez Agathę Christie. 

W małym pensjonacie Mścigniew mieszkają goście, którzy uciekli od zgiełku by świętować w spokoju Boże Narodzenie. Niestety nie dane im długo cieszyć się względnym spokojem, gdyż pewnego ranka, Olga mieszkanka pensjonatu, wybierając się na poranny trening znajduje w łazience utopionego Niemca. Wszystko wskazuje na to, że nie umarł on w sposób naturalny. Ktoś pomógł mu opuścić ten ziemski padół i ten ktoś wciąż mieszka w pensjonacie. Oficjalne śledztwo nie wchodzi w grę, gdyż może odstraszyć mordercę. Podinspektor Grzegorz Romanowski, wraz ze swoim przyjacielem detektywem Wojtkiem, postanawiają pod przykrywką rozwiązać sprawę morderstwa. Niestety kolejnego dnia Olga znów znajduje zwłoki. 

Tytuł może sugerować świąteczną opowieść, ciepłą i rodzinną. Jednak to zmyłka, a o kryminalnym „duchu” książki podpowiadają trupie czaszki na okładce. Owszem mamy w tle kolędy, zapach świąt, względny spokój miejsca, jednak motywem przewodnim jest trup i masa podejrzanych. Możemy się poczuć jakbyśmy trafili na karty dobrych i sprawdzonych kryminałów Agathy Christie. Magdalena Knedler oprócz wątku kryminalnego wplotła tu wątki obyczajowe i dodała sporo dowcipu. Przez całą powieść czytelnik zastanawia się kto zabił a kto jest podejrzany. A trzeba przyznać, że mieszkańcy pensjonatu to istna mieszanka: mamy tutaj nauczyciela, który jest miłośnikiem kryminałów Christie, też jest wspomniana na początku Olga - była uczestniczka talent show, która pomaga podinspektorowi w śledztwie; młode małżeństwo, w którym mąż żyje pod psychicznym terrorem żony. Jest również była znana aktorka, ojciec lekarz i syn informatyk, którzy uciekli od zgiełku miasta, i były alkoholik. 

Jeśli poszukujecie kryminału w którym akcja i tajemnica rozwiązywane są w „sennym stylu” królowej Kryminału, to najnowsza książka Magdaleny Knedler nadaje się do tego idealnie. Zastanawiam dlaczego tak późno sięgnęłam po książki tej autorki, skoro kilka stoi na mojej półce. No nic, lepiej późno niż wcale. Polecam

P.S.
Pewnie niebawem sięgnę po inne tytuły i chętnie o nich wam opowiem
P.S.2.
Nie miałabym nic przeciwko gdyby powstały kolejne części przygód tria Olgi, Grzegorza i Wojtka.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

#478





Droga Tachykardio!

Lubię sięgać po kryminały, w których ciężko mi na początku wytypować zabójcę. Gdzie całe śledztwo i poszukiwania zabójcy trwają, trwają, i trwają. Aż do samego końca. A gdy w końcu tajemnica zostaje wyjaśniona, pojawia się okrzyk: ”No tak, przecież to było oczywiste”. Właśnie tak miałam podczas czytania kryminału „Spacer na krawędzi” Sherri Smith. 

Pewnego dnia Mia otrzymuje telefon od szeryfa informujący ją, że zaginął jej brat mieszkający wciąż w małym, rodzinnym miasteczku. Mało tego, okazuje się, że Lucas jest oskarżony o morderstwo swojej uczennicy. Mia nie wierzy, że jej brat byłby do tego zdolny. Na własną rękę postanawia przeprowadzić śledztwo. To co odkryje wzburzy życiem małego miasteczka i jego mieszkańcami. A prawda okaże się szokująca. 

Przyznam Ci się, chociaż sama wiesz i to bardzo dobrze, że nie często sięgam po kryminały. Wynika to z tego, że boję się bać i nocnych szmerów mieszkania. Bo wiesz wyobraźnia działa. Ale to właśnie jest piękne w czytaniu - pod powiekami tworzymy obrazy tego o czym właśnie przeczytaliśmy. Tak było także w tym przypadku. I bałam się nie na żarty. 

Powiem Ci jeszcze, że główna bohaterka przypominała mi trochę tę z książki „Dziewczyna z pociągu”. Mia nie była uzależniona od alkoholu, ale od leków. Leków, które trzymały ją przy życiu, nakręcały do działania. 

Autorka akcję powieści osadziła w małej miejscowości. A jak dobrze wiemy małe społeczności mają to do siebie, że wszyscy o wszystkich wiedzą. Jednak nie zawsze jest to pomocne. Każdy ruch jest obserwowany i nic nie da się ukryć. Ale czy na pewno? Przecież osoba która zabiła dziewczynę, nie została złapana od razu. Śledztwo posuwało się do przodu w ślimaczym tempie. 

Nie jest to krwawy kryminał, ale intryga dobrze jest poprowadzona i do prawie samego końca nie wiemy kto zabił. 

Polecam i pozdrawiam serdecznie
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska


środa, 28 lutego 2018

#470



Och jak się stęskniłam za tym czworonogiem. Za jego dowcipem oraz ciętym językiem. Celnymi spostrzeżeniami i sarkazmem. Tak moi Kochani, za mną kolejna lektura z Guciem w roli głównej czyli „Strzały nad jeziorem”. I powiem Wam, że uśmiałam się przy niej podobnie jak przy pierwszej części. 

Róża po powrocie z Irlandii postanowiła wziąć się za siebie. Wyjechała do Barlinka na wczasy odchudzające. Jednak nie byłaby sobą gdyby nie wpadła w tarapaty. Została bowiem oskarżona o morderstwo. Ofiarą jest profesor archeologii, który prowadził badania na Jeziorze Barlinieckim. Róża o pomoc, jak zwykle prosi Szymona. Solański wraz z Guciem ruszają na ratunek przyjaciółce, lecz zanim jednak dotrą na miejsce cudem unikną śmierci. A kiedy się już spotkają to cała trójka, jak za dawnych czasów, poprowadzi śledztwo i poszukają mordercy. Czy im się to uda? O tym musicie standardowo przeczytać sami. Przecież nie mogę Wam zdradzić kto zabił. 

To była fantastyczna podróż i przygoda. No i przede wszystkim metamorfoza Róży. Przyznaję bez bicia, że Autorka pozytywnie mnie zaskoczyła nowym wyglądem bohaterki. Ale czego się nie robi kiedy kobieta zakochana. Jednak zmienił się tylko wygląd, charakter pozostał ten sam. I całe szczęście, w innym wypadku byłoby nudno. A tak to można jak zwykle dobrze się bawić. A przygody Autorka im zgotowała pierwsza klasa. Były nie tylko te mrożące krew w żyłach: wypadek Szymona z Guciem, ale także te zabawne, gdzie czytelnik zaśmiewał się do łez, jak na przykład gówniany wypadek Róży. Ubawiłam się przednio i trzeba przyznać, że pomysł był świetny, a wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, co sprawiło, że „aromat” można było wyczuć na kilometr. 

Powiem Wam, że najbardziej interesowały mnie jednak stosunki pomiędzy Szymonem a Różą, aniżeli poszukiwanie mordercy profesora. Bo między tym dwojgiem iskrzy bez dwóch zdań. Ale zachowują się jak Żuraw i Czapla, niby chcą, niby podchody, ale przyznać się nie potrafią przed sobą, że coś jest na rzeczy. Liczę, że w kolejnej części Szymon w końcu przejrzy na oczy, a Róża nie zmieni swojego obiektu westchnień. 

Czy będzie kolejna część? Wszystko na to wskazuje, gdyż Szymon przez cały pobyt w Barlinku otrzymywał tajemnicze telefony dotyczące śmierci Jego żony. Więc liczę, że przed nim i Guciem kolejna zagadka do rozwiązania. Już nie mogę się jej doczekać. 





sobota, 11 listopada 2017

#455



Erica Spindler to Autorka znana z thrillerów i całkiem niezłych kryminałów. Sama kilka z nich przeczytałam jakiś czas temu. Nie mogłam się oczywiście od nich oderwać. Nie tak dawno na stole nowości pojawił się jej nowy tytuł „Siódemka”. Opis był bardzo obiecujący, więc bez wahania po nią sięgnęłam. 

Micki Dare to doświadczona nowoorleańska policjantka. Zostaje przydzielona do nowo powstałej grupy mającej walczyć z przestępczością. Jej partnerem zostaje Zach Harris, nowy policyjny nabytek, który ukończył specjalny program o nazwie „Szóstki”. Program skupiał się na ludziach, którzy mają dobrze rozwinięty szósty zmysł i potrafiący go wykorzystać, bardziej niż przeciętni ludzie. Mick ma pilnować Zach’a, gdy ten podczas dochodzenia będzie wykorzystywał swój zmysł. Po jakimś czasie okazuje się, że tu wcale nie chodzi o łapanie przestępców. Tu chodzi o większe zło, z którym Micki się jeszcze nie spotkała. Kiedy dochodzi do zniknięcia kolejnej dziewczyny, okazuje się, że z siłą ciemności mogą nie wygrać. Czy Micki przeżyje ostatnie starcie?

Kiedy sięgałam po książkę Spindler oczekiwałam dobrej i mocnej sensacji, dreszczy na plecach i pytania kto zabił? A dostałam sensację z suspensem, który nijak ma się do wcześniejszych kryminałów Autorki. Główny bohater czytający w myślach, reagujący na złą siłę i tu wcale nie mam na myśli złych i niebezpiecznych ludzi, tylko „mroczny cień”. Mroczny cień będący bezkształtną postacią. 

Ogólnie nie czyta się źle. Większą część powieści stanowią dialogi i krótkie rozdziały. Więc książkę połyka się raz dwa. Irytowali mnie tylko bohaterowie. W szczególności Zach, który dość często podczas śledztwa działał na własną rękę. Nie konsultował się przed swoim działaniem z partnerem tylko informował go po wykonanej akcji. A tak chyba nie powinno być prawda?

„Siódemka” to jednak dobry kryminał, a do nadprzyrodzonej siły można się w ostateczności przyzwyczaić.