Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekshibicjonizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekshibicjonizm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 kwietnia 2021

#573 - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich czyli o legalnym czytaniu




Wiele lat temu kiedy jeszcze nie było ebooków, a konkretnie plików epub czy też mobi, książki były skanowane i wrzucane do pliku pdf. I tak rozprowadzane wśród znajomych czy też udostępniane w sieci. Nikt wtedy nie przejmował się prawami autorskimi. Bardziej zależało na tym by książkę mieć na własność. Faktem jest, że czytało się na komputerze, gdyż nie wszyscy mieli czytniki. 

A temat poruszam nie przypadkowo. Dzisiaj 23.04. obchodzimy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Jest to święto organizowane przez UNESCO w celu promowania czytelnictwa i ochrony własności intelektualnej za pomocą praw autorskich. 

Od lipca zeszłego roku Dominika Matuła stworzyła w mediach społecznościowych „Czytaj legalnie i pozwól legalnie czytać innym”. Celem akcji jest uświadomienie wszystkim, że nielegalne czytanie jest karalne. Bo takie jest. Na facebooku wciąż istnieje wiele grup, w których czytelnicy wymieniają się ebookami czy też audiobookami. A to jest kradzież. To jest tak jakby ktoś przyszedł do Ciebie w odwiedziny i wyniósł radio czy też telewizor. Jakbyś za swoją wykonywaną wiele miesięcy pracę, nie otrzymał wynagrodzenia. Ściągając nielegalnie książki okradamy autorów i wydawców. 

Jeśli udostępniamy własność intelektualną, mam tutaj na myśli książki, łamiemy prawo - nawet jeśli robimy to w dobrej wierze. Mówmy o tym wprost. Nośnik elektroniczny to nie to samo co papier.

Dlatego dzisiaj będzie o legalnych źródłach pozyskiwania książek. 

Na początku warto wspomnieć o Legimi czy też Empik Go. Za cenę okładkowej książki, (lub mniej) można miesięcznie mieć dostęp do ogromnej ilości książek - legalnie bez narażania twórców na straty. W niektórych abonamentach telefonicznych dostęp do legimi można mieć już za 20 złotych. Ja osobiście korzystam z obydwu platform. W Legimi płacę miesięcznie 39,99 i mam dostęp do tylu książek ile chcę. A że czytam dużo, to czasem wychodzi, że za jedną książkę płacę mniej niż za paczkę papierosów, które pali mój Mąż. I powiem, że bez Legimi nie wyobrażam sobie czytania książek. Bo są książki, które pragnę mieć na półce, i te które chcę tylko przeczytać. I właśnie Legimi i Empikgo mi to umożliwiają. Poza tym Empikgo w Empikpremium też umożliwia dostęp do ebooków i audiobooków. 

I twórcy, czyli nasi wspaniali autorzy, którzy tworzą dla nas niesamowite historie, otrzymują wynagrodzenie za ściągnięte/przeczytane ebooki. Czyli bez strat. Ale żeby nie było tylko o ebookach to mamy jeszcze Audiotekę i Storytel - aplikacje na telefon. I tam także za 19,90 lub 34,90 można słuchać książek. Audiobooki sprawdzają się w długich podróżach, lub wtedy gdy wykonujemy inne czynności, a chcemy słuchać. Ja akuratnie słuchałam książek z Empikgo podczas malowania mieszkania. 

Kolejnym źródłem legalnego czytania są nasze biblioteki, można ZA DARMO wypożyczyć książkę albo dwie albo dziesięć. Warto też podpytać panie bibliotekarki o darmowy roczny dostęp do Legimi. Legimi współpracuje z bibliotekami udostępniając im kody. Dzięki temu możemy czytać rok ZA DARMO. Poza tym dzięki funduszom „Budżetu obywatelskiego” wiele bibliotek zaopatruje się w nowości w krótkim czasie od premiery. 

Z tego co mi wiadomo iPhony mają aplikację „Książki” a tam zakładkę „Księgarnia” gdzie można kupić legalnie książki w niskich cenach. 

A jak już jesteśmy przy niskich cenach ebooków, to koniecznie należy wspomnieć o internetowych księgarniach takich jak Woblink, Virtualo, Publio, Nexto, Ebookpoint gdzie mamy możliwość kupienia książek mniej niż kawa w sieciówce. A oprócz tego istnieje jeszcze upolujebooka, gdzie możemy sobie ustalić cenę książki i jeśli w którejś księgarni ta książka będzie mieć taką cenę jaką sobie ustaliliśmy to otrzymamy mejla z informacją, że upolowano dla nas ebooka. Czyż to nie jest fajne?

No dobrze mówimy o ebookach, a co z książką papierową? 

Można brać udział w wymianach książkowych organizowanych przez Śląskich Blogerów Książkowych. Niestety przez pandemię zostały one wstrzymane, ale liczymy na to, że niebawem znów się spotkamy. 

Można także korzystać z konkursów, które są organizowane między innymi przez blogerów na feceboku, instagramie, blogach. Albo przez samych autorów. 

No i oczywiście z bibliotek w swoim mieście, bo przecież mają one ogromne zasoby. Z biblioteczek znajomych, rodziny. 

A jeśli już chcemy zaopatrzyć się w swój własny egzemplarz to warto korzystać z promocji w księgarniach internetowych, stacjonarnych lub wybrać się do antykwariatu. Poza tym powstało wiele księgarń z tanią książką jak Dedalus czy też Tak Czytam, gdzie za niewielkie pieniądze możemy kupić książki. Ostatnio także w wielkich sklepach typu Carefour, Auchan itp. można w niskich cenach zaopatrzyć się w ciekawe tytuły. 

Sama biorę udział w konkursach, gdzie można wygrać książkę. Korzystam z księgarnianych promocji, kupuję w składnicach taniej książki czy też w hipermarketach. A ebooki to zdecydowanie abonamentowo, no chyba, że mnie skusi promocja. 

Chcę z tego miejsca podziękować wszystkim Autorom i Autorkom, którzy piszą niesamowite historie. Dzięki Wam, nie zwariowałam.

czwartek, 31 grudnia 2020

#562 - Podsumowanie 2020 roku

To był dziwny rok. Dodatkowo był rokiem dość sporych zmian. 


Początek roku rozpoczęliśmy od remontu naszego mieszkania. W końcu. Przez małe perturbacje, wszystko przesunęło się w czasie. Bo plan przeprowadzki był na koniec roku zeszłego. Niestety nie wyszło. 



Później zaczęło się istne wirusowe szaleństwo. 

Kiedy w marcu zamknięto galerie i zaczął się pierwszy lockdown, my się pakowaliśmy i przeprowadzaliśmy na nowe mieszkanie. To było coś fantastycznego. Zamiana z małego na większe z ogromnym balkonem, który ma widok na drzewa. Podekscytowanie sięgało zenitu. 



W maju wróciliśmy do pracy, jednak nic nie było już takie same. Strach przed podróżowaniem i bliskością drugiego człowieka się nasilił. Mieliśmy wakacyjny plan taki jak co roku. Miało być Trójmiasto, a wcześniej Kielce. Ale wszystko się pozmieniało. Wtedy wpadłam na pomysł, że zamiast urlopu to sprawmy sobie kota. Bo przecież zawsze chciałam mieć czworonoga. Myślałam o psie, ale… mieszkamy w bloku, na drugim piętrze, nie ważne jaka pogoda to trzeba z psem wyjść na spacer kilka razy dziennie. Więc podjęliśmy decyzję o kocie. To teraz jaka rasa? Bo to, że nie dachowiec to wiedzieliśmy. Mamy kilkoro przyjaciół, którzy są uczuleni. No to rozpoczęło się szukanie i wielogodzinne rozmowy o czworonogu. W okolicach końca lipca udało się wybrać rasę i hodowlę. W sierpniu pojechaliśmy na zapoznanie. 


I tak w listopadzie pojawiła się u nas Marvella, piękna kotka rasy norweskiej leśnej. Ale wiecie, to kot z którym nie mogliśmy się nudzić. Po tygodniu niestety poważnie zachorowała. I przyznam się, że rokowania były kiepskie. Na całe szczęście ma takich wspaniałych opiekunów vel kocich rodziców, którzy walczyli o nią zaciekle. Wyniki ma coraz lepsze i dokazuje jak młody zając w kapuście. Nie wyobrażam sobie tego, że miałoby jej teraz zabraknąć. To najlepszy antydepresant i poprawiacz humoru. To, że po drodze pewnie przez nią osiwieję, nie ma żadnego znaczenia. 




Niestety przez tę całą pandemię, moje czytanie i pisanie legło w gruzach. Do czytania zdecydowanie wybierałam więcej pozytywnych książek. I chyba w tym roku i tak najwięcej przeczytałam ebooków. Bo wygodniej.




To tyle. Życzę Wam i sobie, by ten 2021 był bardziej dla nas łaskawy. 

niedziela, 25 października 2020

#559 - A tak mi jakoś...

Tak, wiem. Znowu zapanowała tutaj cisza. Cisza taka dłuższa. Mam podobny spadek formy jaki miałam w marcu. Może nawet głębszy. Nie wiem, trudno mi powiedzieć. Wiem, że nie potrafię się skupić na literkach tak jakbym bardzo chciała to zrobić. Wrzesień był jeszcze trochę zaczytany, bo wciągnęłam się aż w sześć świetnych opowieści. Niestety październik jest chyba jednym z najgorszych miesięcy w czytaniu. Gdyż przeczytałam tylko dwie książki. Jedną z nich była „Wyjdź za mnie, kochanie” Krystyny Mirek. Pochłonęłam ją dosłownie w jeden dzień podczas mojego urlopu. Drugą książką była „Napraw mnie” Anny Langner. Więc jak sami widzicie czytanie idzie mi bardzo kiepsko. Z pisaniem jest dokładnie tak samo. Gdy nadchodzi niedziela obiecuję sobie, że w końcu zasiądę nad notesem z piórem i nadrobię zaległości, ale na obietnicach się kończy. Zamiast czytać, oglądam seriale. Wiecie, takie przy których nie muszę myśleć. 

I tak bez dwóch zdań pozwolę sobie polecić Wam jeden z nich. Oczywiście nie jest to najnowszy serial. Bo z tego co się orientuję to ma już kilka lat i można go oglądać na dwóch platformach. Na NETFLIXie znajdziecie 9 sezonów, a na HBO GO wszystkie. Polecam z ręką na sercu serial „Modern family”. Odcinki są krótkie, sezonów dwanaście. Ale uwierzcie mi warto. To serial o współczesnej rodzinie. A tak konkretniej to patchworkowej. Głowa rodziny rozwiedziony z pierwszą żoną, żeni się z młodszą kobietą, która ma już syna z pierwszego związku. Sam ma dwójkę dzieci z pierwszego małżeństwa. Syn – prawnik - żyje w związku partnerskim ze szkolnym trenerem futbolu, obydwaj adoptują dziewczynkę z Wietnamu. Córka zaś, wraz z mężem, który jest agentem nieruchomości wychowuje trójkę dzieci. Od tego serialu nie można się oderwać. Wciągnęłam go jak makaron. Myślę, że jest on idealny na teraz, by chociaż na chwilę oderwać myśli od tego co dzieje się wokół. Mnie pomógł. Ale przez to zaniedbałam czytanie i pisanie. 


Chociaż patrząc na to, że powstał ten wpis, to muszę powiedzieć, że chyba ma się ku dobremu. Mam taką ogromną nadzieję. Bo ja tęsknię za literkami.

wtorek, 5 maja 2020

#540 - Urodzinowe przemyślenia


Kiedy dziesięć lat temu zakładałam bloga, nie przypuszczałabym, że tyle przetrwa. Przetrwa wszystkie zawirowania i zmiany. Przecież wiele razy chciałam stąd zniknąć i przestać pisać. Doszłam jednak do wniosku, że szkoda mi tych dziesięciu lat. Poza tym, ja uwielbiam pisać. Kiedy byłam młodsza, zawsze lubiłam wymyślać historie, opowiadania. Na kilku zdjęciach z wakacji można mnie znaleźć z nieodłącznym zeszytem i ołówkiem. Kiedy byłam starsza opowiadania zamieniły się w wiersze, ukryte gdzieś głęboko w szufladzie. A potem nastał czas pisania opinii o książkach.

nic dodać nic ująć ;) 

Mój blog, mój internetowy domek. Na początku jak już wielokrotnie wspominałam miał być głównie fotograficzny. Jednak z fotografią mi się trochę rozjechało i sięgnęłam po coś co jest również moją ogromną pasją. Książki. Odkąd sięgam pamięcią czytam. W szkole podstawowej uwielbiałam odwiedzać osiedlową bibliotekę i wypożyczać książki młodzieżowe. Był to szał na serię „Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty”. W liceum czytałam kryminały Grishama, Christie, Chmielewskiej. Później nastał czas na „Władcę pierścieni” i Wiedźmina. Jednak z czasem moje gusta czytelnicze się trochę pozmieniały. I teraz sięgam po literaturę lekką. Co niestety mój Mąż mi czasem wypomina. Ale… w tym roku przełamuję się i sięgam po gatunki, które z reguły omijam szerokim łukiem. I tak udało mi się przeczytać „Pana Lodowego Ogrodu” a w planach mam kilka innych pozycji z tego gatunku. Nie mówię nie, także reportażom czy też biografiom. Jednak nie wiem czy się uda, czy się nie poddam.


Te dziesięć lat w sieci sprawiło, że poznałam masę osób. Nie tylko tych blogujących, ale także fantastycznych autorów i autorki. To niesamowite uczucie, kiedy z ulubionym autorem jesteś na ty i pijecie razem kawę w kawiarni. A najwspanialszym uczuciem jest kiedy autor dziękuje wam w książce albo za inspirację, albo za to, że tworzycie ten kawałek internetowego świata. Dziękuję Wam autorzy za to, że mogę czytać wasze wspaniałe historie, które tworzycie. Za znajomości, za rozmowy po spotkaniach, na targach i on-line. 

jak widać od najmłodszych lat ciągnęło mnie do czytania
I od siedmiu lat jestem członkiem Śląskich Blogerów Książkowych, którzy w roku 2018 stali się Stowarzyszeniem. ŚBK-i za cel obrali sobie za cel promocję literatury i czytelnictwa. Co muszę Wam po cichu powiedzieć idzie im naprawdę fenomenalnie.


Dziękuję wszystkim znajomym blogerom, których poznałam właśnie dzięki temu, że mam to swoje miejsce w sieci. Za wszystkie rozmowy na targach, po spotkaniach czy także w mediach społecznościowych. 

a tak wygląda moje miejsce pracy 
Dziękuję wszystkim znajomym i nieznajomym, którzy mimo moich zwątpień w siebie i w to co robię, nadal tutaj są.

Nie wiem na ile mi wystarczy chęci na pisanie, ale będę się starać nadal dzielić z wami moimi przemyśleniami dotyczącymi książek. A może i nie tylko. (sami pamiętacie kawową mapę)

Dziękuję za te dziesięć lat.








piątek, 24 stycznia 2020

#532 - Z cyklu: poszłam na zakupy




Z cyklu: poszłam na zakupy

Dla wyjaśnienia. Bo myślę, że należałoby to wyjaśnić na samym początku, żeby nie było żadnych zaskoczeń. Nie jestem typową kobietą, która uwielbia chodzić po sklepach i szwędać się między regałami. Sorry, mnie takie coś nie bawi. I ta myśl: może mi się coś spodoba to kupię. Nie!!! To w żadnym wypadku nie jestem ja. Pewnie wiele razy wspominałam, że na zakupy chodzę wtedy kiedy muszę. Czytaj: dżinsy przetarły się w kroku, podeszwa z butów odpadła, spodnie się w praniu zbiegły (bo Munż nastawił nie tę temperaturę co trzeba). A gdy już na te zakupy idę to wiem do jakiego sklepu wejdę. Wchodzę wtedy tylko do tego jednego i wychodzę. Szlus. Żadnego bezcelowego szukania, poszukiwania. Grzebanie to nie dla mnie. Nie jestem kurą, która przekopuje podwórko w poszukiwaniu smakołyków. Zdecydowanie wolę kopać w koszach z tanią książką. Ale to już historia na inną opowieść. 

Dzisiaj nadszedł dzień w którym postanowiłam jednak pójść do przybytku próżności. Ale wierzcie mi, miałam ogromne opory. Bo ciepło (oczywiście w środku, bo na zewnątrz to zdecydowanie wiało złem), bo za dużo ludzi, bo szkoda mi czasu. Łażenie dla samego łażenia mnie nie bawi. Lepiej połazić po stronach internetowych, człowiek mniej się zmęczy. Ale cóż zrobić, skoro mam jedyne dżinsy na dupie, to mus. Moim celem był jeden ulubiony sklep, w którym zawsze, ale to zawsze kupuję dżinsy. Bo mają w fajnych cenach, bo obsługa w nim jest świetna no i co najważniejsze zawsze na mnie pasują. A żeby na moją doopę dobrać ciuch to sztuka i kawałek. Kawałek drewna konkretniej, bo figury to ja nie mam żadnej. Taki klocek. Weszłam do sklepu. Grzecznie przywitałam się z obsługą. Bo wiem, co znaczy kiedy klient wchodzi do sklepu jak do chlewu i ani be ani me ani pocałuj mnie pani gdzieś. Podchodzę do wieszaka i przeglądam spodnie. Oczywiście, najwięcej rozmiarów tych dla szkieletorów. Bo przecież normalna dziewczyna nie wybierze spodni typu skinny. Nooo to ja wybrałam. Wzięłam kilka par różnych spodni i oczywiście rozmiarów. Bo nigdy nie wiadomo czy na tyłek wejdzie 36 czy może raczej 42. Przecież jedna para to zdecydowanie za mało. Oczywiście większa część spodni, które zabrałam, to była w rozmiarach, zdecydowanie tych największych. Bo przestałam się łudzić, że we właściwym wieku zmieszczę się do tego rozmiaru, który nosiłam sześć lat temu. I co? Okazało się, że żadne nie były dobre. Co sprawiło, że moja samoocena mimo już niskiego poziomu, wylądowała gdzieś w okolicach jądra ziemi. Halo?! Jesteś tam?! Może byś do mnie wróciła? Albo skoro ci tam dobrze, to ej weź nie zadomawiaj się tam zbytnio. I tak zmierzyłam wszystkie, ale… jedne zatrzymywały się na wysokości ud. No trochę są solidne, takie prawie jak filary z piekła, a inne nie dopinały się w pasie. A jak już się dopieły… cóż, bebol mi znad paska wisiał i te boczki baleronki. A jak już inne były prawie dobre, to kończyły się pod cyckami i dawały dla nich świetne oparcie. A inne to ciągnęły się po ziemi jak tren za panną młodą. No nic, tylko siąść i płakać, co prawie zrobiłam. Wzięłam głęboki oddech (ale już bez spodni, bo obawiam się, że guzik by wystrzelił jak z procy i wylądował przy wejściu do sklepu) i odłożyłam je z powrotem na wieszak. Kupowanie spodni zimą to chyba nie był najlepszy pomysł. Ze smutną miną powlokłam się noga za nogą do domu. I żeby poprawić sobie humor, po świetnych zakupach, zjadłam na kolację kilka liści sałaty. Bo przecież te dżinsy w końcu muszę kupić. 

Edit: 
Te wafelki w czekoladzie jednak są lepszym rozwiązaniem. Omnomnom smacznego.

niedziela, 3 listopada 2019

#526 - Kryzys




Nadeszła jesień. Piękna polska złota jesień. Liście lecą z drzew. Pewnie chcecie wiedzieć co jesień ma wspólnego z kryzysem? Otóż uświadomiłam sobie, że o tej porze roku mam kryzys czytelniczy i pisarski. Mało czytam i nie piszę. I tak jest co roku w okolicach października i listopada. Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że dni są krótsze. Może, że moje życie to rollercoaster. Nie wiem, serio. 

Staram się wziąć w garść. Chyba muszę odciąć się od Netflixa, bo to zło. 

Chciałabym więcej czytać. Ale mnie nie ciągnie. Próbuję coś tam pisać, ale po kilku zdaniach odkładam pióro i gapię się w okno, albo przeglądam internety. 

Tak samo było, gdy zaczynałam pracę jako księgarz. Przez pierwsze miesiące niewiele przeczytałam. Potem wszystko wróciło do normy. 

Ktoś mi bardzo bliski powiedział ostatnio, że mam to przeczekać. Tylko mnie tak bardzo ciągnie do pisania. Ale kiedy biorę pióro do ręki, to się okazuje, że… ten nowy serial jest tak bardzo wciągający, nowe kafle do łazienki się nie znajdą, nie wspominając o sprzęcie AGD do kuchni. Tak więc… sami widzicie… 

Ale obiecuję (nie wiem po raz który) poprawę. A jak nie, to zamykam blogerski domek i przenoszę się na FB. Tylko serce mi pęka na samą myśl, że nie byłoby już Pestkowego domku.

niedziela, 6 stycznia 2019

#501 Kilka słów ode mnie


Chwilę temu stuknęło mi 500 wpisów na blogu. Wyciągam szampana i świętuję. Nie przypuszczałabym, że dotrwam do tego dnia. Od dziewięciu lat mam swój mały internetowy domek, w którym mnie odwiedzacie. 

Były momenty wahania, czy to co robię ma sens? Czy warto wciąż pisać? I nadal mam takie momenty, ale chęć pisania jest większa niż wciskanie przycisku „usuń blog”. Tak to jest, kiedy na co dzień otaczają cię ze wszystkich stron literki. 

Postanowiłam troszkę zmienić blog. Szablon się raczej nie zmieni, ponieważ od kiedy mam nowy aparat fotograficzny, znów kocham robić zdjęcia. Przypomniał mi się właśnie komentarz mojej koleżanki. Pod koniec roku byliśmy z Munżem na wyjeździe, na Zamku Grodziec. Mimo przenikliwego zimna, otaczającej świat mgły, spacerowałam z aparatem i cykałam fotki. I wtedy Magda powiedziała coś, co sprawiło, że przypomniałam sobie o tym, że ja serio kocham robić zdjęcia: „Wiesz, taką Cię właśnie znam i pamiętam. I lubię. Z aparatem i wielkim uśmiechem od ucha do ucha.” 

Ech… chyba wychodzi z tego masło maślane. Ale nic, do brzegu (to hasło też mi się podoba). Otóż od czasu do czasu podzielę się z Wami zdjęciem, tekstem nie dotyczącym przeczytanej książki i od dzisiaj oprócz numeru posta w tytule pojawi się to o czym jest. Taka mała zmiana. Może wrócę też do listów. Nie wiem, to wszystko wyjdzie w praniu. Trzymajcie tylko za mnie kciuki bym się nie poddała i nie zlikwidowała tego mojego domku. 

A na zachętę kilka zdjęć z Zamku Grodziec. 







czwartek, 3 stycznia 2019

#499

Czasem zamiast recenzji pojawi się tu na blogu coś zupełnie innego. Mam po prostu potrzebę pisania. 

Tym razem padło na postanowienia noworoczne. W sumie moje od kilku lat się nie zmieniają:
1. Dużo czytać. 
2. Dużo pisać. 
Ale w sumie to nie o tym miało być. 




Nowy Rok, Nowe Postanowienia, Nowa Ja. 


Kiedy rozpoczyna się Nowy Rok, każdy zapisuje (bądź nie, to zależy od osoby, ja spisuję co roku, taki psikus) swoje postanowienia, które bardzo, ale to bardzo chce wprowadzić w życie. Nie wiem czy zauważyliście, ale co roku postanawiamy to samo. Postanawiamy zapisać się na siłownię i chodzić na nią regularnie. W końcu trzeba o siebie zadbać, a najlepiej zacząć to na początku roku. Przecież to takie znaczące i symboliczne. Postanawiamy przejść na dietę, mniej klnąć, bardziej zająć się rodziną. Może w końcu spełnić największe marzenia o podróżach. Ewentualnie w końcu znaleźć jakieś hobby, które nas pochłonie. Niestety życie bywa mega okrutne. Okazuje się bowiem, że w połowie miesiąca spada nam całkowicie motywacja chodzenia na siłownię, tudzież ćwiczenia w domu. Bo przecież po co się męczyć. Zamiast czasu na siłowni to wolimy ten czas spędzić na oglądaniu seriali na ulubionej platformie. Dietę trafia szlag w momencie zjedzenia pizzy, wypicia trzeciego piwa i wpierdzielenia tuzina pączków. Kto by się odchudzał, grubszego trudniej porwać. To może serniczek? Hobby to tak naprawdę naparzanie w gry strategiczne bądź skakanie z kanału na kanał. A czas do spędzenia z rodziną zamienia się na czas w nadgodziny w pracy, bo przecież kredyt się nie spłaci. Nadal klniemy jak szewc, bo przecież szef nas wkurza tak bardzo, że czasem musimy rzucić mięsem dla rozluźnienia. A marzenia o podróżach przesuwamy na bliżej nieokreśloną przyszłość, bo przecież ten kredyt nam siedzi na głowie. 

Bull shit!!! Do wprowadzenia zmian w swoim życiu tak naprawdę nie potrzebujemy Nowego Roku. Owszem, to fajnie wygląda bo to takie znaczące i ważne. Nowy Rok, coś nowego. Sorry, ale Nowy Rok to Stara Ja. Nie Nowa, która przepoczwarza się w kogoś zupełnie innego. Nie, absolutnie nie. To wciąż ta sama ja, która klnie gdy wkurzy ją mąż czy też klient w pracy. Nie przejdzie na dietę tylko dlatego, że rozpoczął się Nowy Rok, a co za tym idzie TRZEBA coś w życiu zmienić. Nie zacznie nagle regularnie ćwiczyć, by wyglądać jak któraś z tych wszystkich trenerek personalnych. Bo po co się pocić i męczyć. Życie jest za krótkie by cierpieć. Poza tym, zakwasy to chyba nie jest to co tygryski lubią najbardziej. 

Tak naprawdę, by dokonać zmian (wiecie tych całkowicie znaczących) nie potrzebujemy Nowego Roku, tylko motywacji i chęci na te zmiany w dowolnym dniu roku. To może być połowa lutego albo koniec marca. Nie ma znaczenia kiedy zaczniemy. Najważniejsze w tym wszystkim jest to by wytrwać w tym, że chcemy się zmienić. Że sami w sobie widzimy taką potrzebę. A nie dlatego, że taki panuje trend. Bo wszyscy nagle chcą być fit i krzywo patrzą na kogoś kto wpierdziela pizzę. A niech to!!! Skoro mu smakuje to niech idzie w cycki!!! Co sobie będziemy żałować. 

Kochani, w Nowym Roku życzę Wam tego, byśmy dojrzeli do zmian niekoniecznie od 01.01. ale wtedy kiedy sami postanowimy wprowadzić je w życie. Bo przecież to wszystko i tak zaczyna się w naszej głowie. 

poniedziałek, 3 grudnia 2018

#497




Od razu zacznę od tego, że post nie jest sponsorowany. Po prostu miałam ochotę podzielić się z Wami wrażeniami z użytkowania Legimi. Poza tym kilka osób pytało mnie już o moje zdanie na temat abonamentu. 

Czytnik mam dopiero od kilku lat, a może powinnam napisać „już od kilku lat”.Wcześniej ebooki czytałam na iPadzie. Jednak złe samopoczucie „zmusiło mnie” do zakupu czytnika PocketBook, którego nie zamieniłabym na nic innego za żadne skarby świata. 


Zwykle ebooki kupowałam w różnych księgarniach internetowych. Zawsze szukałam tych najtańszych. Jednak po jakimś czasie, czytnik wylądował w szufladzie i czytałam na nim zdecydowanie sporadycznie. Wszystko zmieniło się pod koniec zeszłego roku. U jednego z blogerów pojawił się link do darmowego miesiąca na Legimi. Postanowiłam skorzystać. Zainstalowałam na czytniku aplikację, potem przy pomocy konsultantów udało mi się wszystko sprawnie uruchomić. I tak rozpoczęła się moja przygoda, która trwa do dnia dzisiejszego i nie zakończy się tak szybko.


Dlaczego? Co miesiąc płacę za abonament 39,99 zł (można mniej, ale nie szukałam) „ebooki bez limitu” i czytam tyle ile potrzebuję. A muszę przyznać, że dzięki Legimi czytam znacznie więcej książek elektronicznych. A był taki moment, że mój mąż także sięgnął po czytnik. Nowości pojawiają się w miarę szybko i w ramach abonamentu mogę je sobie wrzucić na półkę by w dogodnej chwili je przeczytać. Niektóre tytuły są płatne, ale z tego co się orientuję, to dzięki punktom zbieranym podczas użytkowania, można je kupić nawet 50% taniej. 


Wiem, że niektórzy operatorzy sieci komórkowych mają w swojej ofercie promocje na abonament. Korzystajcie, bo warto. W każdej chwili można zrezygnować ze subskrypcji. 

Jeśli lubicie audiobooki, to jest także oferta łączona na ebooki i audiobooki. 


I powiem Wam, że obliczałam ostatnio ile zapłaciłabym za książkę i wyszło mi, że ok 12 złotych. A jak dobrze wiecie, w takiej cenie nowości nie zakupicie. 

Polecam



niedziela, 8 lipca 2018

#484




Wiele już razy wracałam do mojego blogowego domku. Do mojego kawałka internetu. Wiele razy także go porzucałam, ale wiernie jak ten syn marnotrawny powracałam. Chyba nie potrafię tak do końca rozstać się z tym miejscem. Porzucić go, albo co gorsza wybrać opcję: usuń blog. 

Przez ostatnie zawirowania życiowe, nie mam głowy do pisania. Staram się od czasu do czasu napisać parę zdań. Nie jest to może to czego sama od siebie oczekuję, ale… No właśnie, zawsze jest to ale. 

Mój magiczny czarny stary kalendarz, za chwilę zostanie zapełniony. Już nie będę mogła w nim pisać ręcznie piórem. Bo skończą się puste strony. Przeglądam swoje notesy i zastanawiam się, który mam wybrać na kolejną literacką podróż. Żaden jednak nie szepcze do mnie „Weź mnie!!!” A może to właśnie ten czas kiedy powinnam zaprzestać pisania w notesie i wyleczyć mój syndrom „pustej kartki worda”? Może. Jedno jest pewne, niebawem podrzucę Wam kilka tekstów. Nie wiem czy zaglądacie i czytacie teksty które tutaj się pojawiają. Po tylu latach jeszcze nie mówię: ŻEGNAM.

Stay tuned.

niedziela, 31 grudnia 2017

#463


Większość osób, na zakończenie roku robi podsumowanie. Przyznam się Wam szczerze, że też taki miałam plan. Ale ponieważ ostatnio mam problem z pisaniem, postanowiłam wrzucić post „Czytelnicze fakty”. Już jakiś czas temu Ela zaprosiła mnie do zabawy, ale u mnie musiało upłynąć wiele wody zanim tekst pojawił się w moim internetowym domku. Tak więc jeśli ktoś jest ciekawy, oto 10 czytelniczych faktów o mnie 


1. Książka, która sprawiła, że polubiłam czytanie.

To było tak dawno temu, że nie pamiętam, czytam od małego. Pewnie to była jakaś lektura szkolna, chociaż znając moją niechęć do lektur, zapewne była to książka nadprogramowa. 


2. Z którym ze swoich ulubionych autorów chciałabyś spotkać się w kawiarni?

Jest ich za dużo, więc to pewnie musiałaby być wielka sala. Ale na pierwszym miejscu pewnie Guillaume Musso, by zapytać skąd czerpie pomysły na swoje książki. 


3. Książka tradycyjna, ebook czy audiobook – które wybierasz i dlaczego?

Nie ma znaczenia, Ważna historia. 


4. Czy przywiązujesz się do książek i lubisz je mieć, czy raczej po przeczytaniu chętnie wymieniasz, oddajesz, by i inni mogli przeczytać?

Wszystko zależy od książki. Jeśli historia w niej zawarta mnie nie powali oddaję na wymianie. Ale ogólnie uwielbiam otaczać się książkami. 


5. Czy masz jakiś system układania książek na regałach?

Chwilowo nie, gdyż książki są wszędzie. Dosłownie. Ale kiedy dorobię się porządnej biblioteczki to będzie to system układania według autorów. 


6. Do którego działu w bibliotece lub księgarni kierujesz najpierw swoje kroki?

Nowości. Zawsze jestem ciekawa tego co się dopiero pojawiło.


7. Czy tworzysz listę przeczytanych książek?

Tak, na portalu lubimyczytac.pl i goodreads. Chciałam w tym roku mieć notes z tytułami i szczegółami książek ale przy piątej się poddałam. To nie dla mnie. 


8. Czy książki kupujesz spontanicznie, czy to raczej przemyślany i zaplanowany zakup?

Patrząc na ilość moich książek to raczej spontanicznie, czasem kupuje książkę bo spodobała mi się okładka. Ale czasem długo się zastanawiam czy na pewno chcę tę książkę mieć. Jeśli nie chcę, to idę po nią do biblioteki oczywiście jeśli już się w niej znajduje. 


9. Co sądzisz o czytelniczych wyzwaniach (np. przeczytam x książek w danym roku)?

Czytanie ma sprawiać przyjemność a nie być wyścigiem kto, ile przeczyta. Ale biorę w nich udział, gdyż jestem ciekawa, ile tych książek przeczytam. A ponieważ jestem od nich uzależniona to pewnie będzie ich dużo.


10.Jak ważne miejsce zajmuje czytanie w Twoim życiu?

Nie wyobrażam sobie by w moim życiu nie było książek. Nie ma dnia bym nie przeczytała chociaż kilku stron. 

No to wiecie już coś więcej o mnie. Życzę Wam zaczytanego Nowego Roku 2018



czwartek, 9 marca 2017

#415

Czujecie? To już chyba wiosna. Za oknami świeci piękne słońce, ptaszki cudnie śpiewają, drzewa powoli zaczynają się zielenić i od razu chce się żyć. Tylko patrząc na ciuchy wiosenne zaczynam dochodzić do wniosku, że po zimie to chyba raczej się do nich nie zmieszczę. No cóż, jak to mówią: „Samo się nie zrobi”. Stanęłam przed biblioteczką i zaczęłam się zastanawiać, czy znajdę w niej jakieś książki z dietami, przepisami, ćwiczeniami. Okazało się, że mam kilka tytułów. Przejrzałam je dokładnie i doszłam do wniosku, że czas wySTARTować z wyzwaniem: mniejsze ubranie. Nie myślcie sobie, że zamienię ten blog na taki sportowy albo z dietami, przepisami. O nie!!! Takich lifestylowych blogów jest masa i powstają jak grzyby po deszczu. Więc nie chcę dublować, powielać innych. Po prostu postanowiłam podzielić się z Wami moimi ulubionymi książkami z przepisami dietetycznymi i nie tylko.


„Zielone koktajle” przepisy z bloga
Tę książkę kupiłam na promocji w jednej z sieci księgarskich, za całkiem niezłą cenę. Pomyślałam sobie, że pewnie coś znajdę dla siebie. Znalazłam. Książka wydana bardzo ładnie, z masą zdjęć i przepisów a konkretnie 365 więc każdego dnia możecie zrobić inny koktajl. Idealnie - prawda?



„Koktajle” Katarzyna Błażejewska-Stuhr
Tutaj znajdziemy przepisy na koktajle na wszystkie okazje: przed treningiem, po treningu. Łatwe i szybkie do wykonania.



„Zostań fit w 180 dni” oraz „Dieta fit” Natalia Gacka
W wypadku tych książek muszę przyznać, że sięgnęłam po nie ze względu na treningi. Jednak... nie korzystam z tych treningów z książki... sama sobie wybieram ćwiczenia, ale niektóre przepisy są zacne i godne polecenia. Poza tym Natalia Gacka do mnie bardziej przemawia niż Chodakowska czy Lewandowska. Tylko nie pytajcie dlaczego. Natomiast niektóre przepisy z diety... wykorzystuję dość często.



„Lekkość” Anna Starmach
Anna Starmach wydała wyśmienite książki z serii „Pyszne”. Z przepisów korzystam dość często i z wielką przyjemnością sięgam po „Lekkość”. Tutaj również, prócz przepisów znajdziemy ćwiczenia.

Tak więc, porzucam słodycze, fast foody, ograniczam makarony, dodaję ćwiczenia i liczę, że uda mi się wcisnąć w ulubione dżinsy.

P.S. Pamiętajcie, że powyższy post jest postem konkursowym, w nim można szukać słowa z hasła w konkursie z "Był sobie pies".



czwartek, 10 listopada 2016

#398



Kiedyś wywołała się przez zupełny przypadek dyskusja o książkach. A konkretniej o tym co książką jest a co nie jest. Muszę przyznać, że była to bardzo interesująca dyskusja. W szczególności, że osoba z którą rozmawiałam była uparta i żadne argumenty jej nie przekonywały. Jakby to ONA miała rację i nikt więcej, a TY… nic nie wiesz o życiu. 

Otóż toczyła się dyskusja nad wyższością książki papierowej nad ebookami oraz audiobookami. Mojego rozmówcy nie dało się w żaden sposób przekonać, że ebook i audiobook to także książka. Że teraz, w dobie najnowszych technologii, każdy sięga po to co mu pasuje. Rozmówca upierał się, że papier i tylko papier, a reszta to tylko substytuty książek. Bo on musi czuć fakturę papieru, okładki i czuć zapach, słyszeć szelest przewracanych stron. Ależ oczywiście, że to jest ważne. Że książkę trzeba czuć, postawić na półce i napawać się jej widokiem. Jednak książka do książka i nie jest to ważne w jakiej formie: elektronicznej, papierowej czy do słuchania. Przede wszystkim liczy się treść.  

Przyznam się, że jeszcze do niedawna wyznawałam teorię mojego rozmówcy. Zgadzałam się w tym o czym mówił i argumentach. Jednak to życie zweryfikowało moje poglądy na nowe technologie. Kiedyś nie myślałam o tym by czytać ebooki. Od kiedy mieszkam tam gdzie mieszkam, czyli w kawalerce i nie mam miejsca na nowe regały, musiałam się przekonać do czytnika. Tam wejdzie więcej książek. Owszem jeśli chcę jakąś książkę w papierze to ją kupię i miejsce znajdę. Jednak jest wiele książek które chcę tylko przeczytać, wtedy kupuję ebook gdzieś w promocyjnej cenie. Poza tym mam złudne wrażenie, że książkę na czytniku czyta mi się szybciej. Poza tym jadąc na urlop czytnik jest najlepszym rozwiązaniem, bo zmieści się na nim masa książek. 

A co do adiobooków. Cóż… też nie byłam przekonana, do czasu gdy nie przesłuchałam „Uratuj mnie” Musso w świetnej interpretacji Anny Dereszowskiej. Potem były następne. Nie każdego lektora można jednak słuchać. Kilku książek w wersji audio nie dokończyłam właśnie ze względu na kiepskiego lektora. Bo to jego głos najistotniejszy. Niektórzy mogą twierdzić, że nie lubią kiedy im się czyta, bo wolą robić to sami. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy nie możesz czytać papierowej książki: gotowanie, sprzątanie, mycie naczyć czy chociażby prowadzenie samochodu. Wtedy audiobook jest najlepszym rozwiązaniem. I tak, wiem o czym jest książka i nie przeszkadza mi to, że ktoś mi czyta.

I jak sami widzicie, nie jest ważne w jakiej formie, książka to książka. Przecież każda ma tę samą historię i wartość. 



niedziela, 31 stycznia 2016

#366


Dzisiaj recenzji nie będzie. Raz na jakiś czas trzeba od nich odpocząć. Pozwoliłam sobie popełnić pewien tekst, który zrodził się całkiem niedawno. Zapraszam



MŁODZI CZYTAJĄ KLASYKÓW

Przyznam się, że kiedy byłam młodsza i chodziłam do liceum nie czytałam lektur. Nie przepadałam za nimi. Poza tym nie lubię gdy ktoś mnie zmusza do czegoś. A tu, polonistka zmuszała do czytania lektur i to jeszcze „na czas”. Podawany był termin i chcąc nie chcąc książkę trzeba było przeczytać. Nie zapomnę tej mordęgi podczas czytania klasyków. Obstawiam, że to właśnie był powód, że do dnia dzisiejszego klasyków omijam wielkim łukiem. To chyba uraz, tak jak z literaturą z historią i wojną w tle. Omijam, unikam i prawie uciekam z krzykiem.

Pewnie jesteście ciekawi czy jednak kiedyś coś udało mi się przeczytać? Otóż tak. Ale były to pozycje spoza kanonu lektur szkolnych. Bo przeczytałam je dla siebie. Bo chciałam i nikt mi tego nie kazał.

A jak to jest dzisiaj? Odkąd pracuję w księgarni mam znów kontakt z młodzieżą. I zdarza mi się ich obserwować. Czasem zamienić z nimi kilka słów. Dzisiaj młodzież idzie na większą łatwiznę a może wydawnictwa również?

W każdym razie, dzisiaj lektury wydawane są najczęściej z opracowaniem. A co za tym idzie, dzieciaki mają czarno na białym napisane i wytłumaczone do czego dany fragment nawiązuje i jak ważny jest na tle całej treści. Wygoda? Owszem, ale także nie zmuszanie dzieciaków do myślenia.

Praca w księgarni jest pasjonująca i… daje wiarę w młodych ludzi. Że co? – pewnie chcecie zapytać. Otóż już spieszę z wyjaśnieniami. Pewnego dnia odwiedził mnie młodszy brat mojego znajomego. Na początku zapytał mnie czy posiadamy książki Murakamiego. Zatkało mnie. Bo przecież młodzi bardziej czytają King’a, Pratchett’a itd.itp. zapytałam czy to dla niego czy na prezent. Powiedział, że dla niego. No to szczęka w dół i zaczęła toczyć się w kierunku pasażu. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że lubi styl Murakamiego i poleca. Zaczął swoją przygodę z tym Autorem od jego opowiadań. Ale osobiście nie poleca rozpoczynania znajomości z Murakamim od opowiadań.

Później zaczęliśmy rozmawiać o literaturze i o książkach które chce on przeczytać w najbliższym czasie. Franz Kafka „Przemiana” to jeden z tytułów, które wtedy padły (było ich znacznie więcej, ale dzisiaj ich już niestety nie pamiętam, tak, wiek robi swoje). W pewnym momencie zapytałam o wiek, bo nie mogłam uwierzyć, że młody człowiek sam z siebie czyta klasyków i mu się dodatkowo podobają. Okazało się, że ma 26 lat. Tak, byłam w szoku. Do dzisiaj jestem. Na koniec usłyszałam, że Jego ulubioną książką jest „Hrabia Monte Christo” Aleksandra Dumas.

Marek, dajesz nadzieję, że młodzi jeszcze wyjdą na ludzi.

Zdjęcie powyżej pochodzi z tej strony

czwartek, 12 listopada 2015

#353

Ostatnio jak już zauważyliście (oczywiście, wszyscy ci którzy jeszcze tutaj zaglądają), że zamilkłam i to na dobre. Nie wiem dlaczego i co się dzieje, ale jakoś łapię się na tym, że pisanie listów do Tachykardii idzie mi kiepsko. Stąd brak wpisów. Dużo myślałam, nad tym moim wirtualnym domkiem i na tym co powinnam z nim zrobić. Pierwszą myślą było zlikwidowanie go. I uwierzcie mi miałam taki zamiar. Jednak gdy tak w końcu się zastanowiłam to doszłam do wniosku, że szkoda byłoby przekreślić tyle lat pisania. I gdy spojrzałam na "archiwum bloga" zorientowałam się, że to już ponad pięć lat kiedy istnieję tutaj jako Archer i piszę listy. Na początku miały być zdjęcia... ale tę historię już znacie. 

Do czego dążę... Hm... chyba czas wrócić do pisania. Bo przecież ja bez pisania nie istnieję, nie potrafię oddychać tak samo jak bez czytania. Nie wiem jak często będą pojawiać się listy, wszystko będzie zależało od tego jaką dyscyplinę sobie nałożę. Wiem, że mogę liczyć na Tachykardię (tak ONA naprawdę istnieje, nie jest wymysłem mojej wyobraźni) i na Jej kopy w cztery litery. Mimo iż mieszka w Centralnej Polsce to wiem, że czasem kopnie mnie i zmobilizuje. Nie wiem jak zrobiła to teraz, ale... podziałało. Czego dowodem jest ten wpis. 

Znów zasiadam z piórem i notesem w ręce. Nie zawsze w ukochanej kawiarni Cafe & Collation, do której mogę wpadać w przysłowiowych kapciach, ale częściej na Krótkiej Sofie. Z muzyką która mnie napędza do pisania w głośnikach. Nadrabiam zaległości, które niebawem pojawią się w moim internetowym domku. 

Dziękuję tym wytrwałym, którzy czasem tutaj zerkają i sprawdzają jak mój domek zarastał pajęczyną i kurzem. Właśnie wpadłam tutaj z odkurzaczem i wodą z pachnącym płynem do podłogi. Czas posprzątać i zaprowadzić małe zmiany. Jakie będą? Sama nie wiem. Ale na pewno coś wymyślę ;)





niedziela, 21 czerwca 2015

#347

Jak pewnie już zdążyliście zauważyć 21 dnia każdego miesiąca znów pojawiają się posty tematyczne Śląskich Blogerów Książkowych, których jestem członkiem. W tym miesiącu temat jest jak najbardziej urlopowy: Wakacyjne czytanie.

Mój wakacyjny wyjazd już za mną. Tegoroczny urlop tak naprawdę był tripem Łódź – Warszawa – Gdańsk, gdzie miejscem docelowym na odpoczynek było właśnie ostatnie miasto. Przyznam się Wam szczerze, że przeczytałam tylko jedną książkę podczas prawie dziesięciu dni wolnych od pracy.


 Mimo iż czytnik pękał w szwach ja nie przeczytałam w Gdańsku ani jednej strony. Może to było spowodowane tym, że poza urlopem nie rozstaję się ani z książką ani z czytnikiem. Może po raz pierwszy chciałam całkowicie odpocząć od czytania. Ale zamiast czytania pisałam, na przykład podczas oczekiwania na obiad w "Manekinie"


Powstało kilka tekstów, które gdzieś kiedyś pewnie pojawią się w sieci. Nie czytałam mimo iż miałam piękne miejsca do czytania. Chociażby tutaj na Molo w Sopocie.

Mój kolejny krótki urlop mam zaplanowany na początek lipca i już wiem, że wtedy zabiorę się za „Obcą” Diany Gabaldon. Dlaczego ta pozycja? Bo oglądam serial i jestem nim zachwycona. Poza tym listę książek „do przeczytania” mam naprawdę długą i nie wiem co będzie następne.

Jeśli chodzi o miejsca do czytania, to nie mam jakiś specjalnych. Kocham moją kawiarnię, do której zaglądam gdy Jorx śpi po nocce. Siadam przy stoliku zamawiam ulubioną kawę i oddalam się w świat bohaterów czytanej powieści. Towarzyszę im w różnych miejscach na świecie. Ostatnio byłam we Włoszech.

W sumie, to nie mam miejsca ani lektur które stricte czytam podczas urlopu. Z reguły biorę to co leci. Niektórzy pewnie podczas wakacji czytają literaturę lekką, łatwą i przyjemną. Ja niekoniecznie. Teraz na przykład czytam wyśmienity kryminał Kasi Puzyńskiej „Motylek”. Wiem, że na jednym tomie nie poprzestanę.

W plenerze też lubię czytać na przykład na ogródku u Szwagierki lub na ogródku u Jorx'a



A czy wy macie swoją własną listę książek do przeczytania tylko w wakacje? Czy może podczas urlopu robicie sobie urlop także od czytania? Jestem ciekawa jak jest u Was.

wtorek, 19 maja 2015

#344

W sumie miała być dzisiaj recenzja książki ewentualnie relacja z targów. Jednak będzie o pewnym spotkaniu, którego się nie spodziewałam.

Jak niektórzy wiedzą jestem od zeszłej środy na urlopie. Najpierw Łódź, potem Warszawa a teraz Gdańsk. Dzisiaj rano zaplanowaliśmy sobie z Jorxem wypad do Sopotu. Pogoda idealna na spacer Monciakiem i zwiedzanie najdłuższego molo. Zanim jednak wybraliśmy się na plażę postanowiliśmy pójść na kawę. Zaintrygowała mnie nazwa „Cafe Zaścianek”. I tam się też udaliśmy. Kawiarnia mała i przytulna. Idealnie nadawała się do odpoczynku z kawą, notesem i piórem. Rozglądałam się po lokalu i chłonęłam atmosferę. Niedaleko nas przy stoliku siedziała dwójka dziewczyn rozmawiających na różne tematy. W pewnym momencie – przyznaję się bez bicia, za co przepraszam – podsłuchałam, że rozmawiają o książkach. No tak, mol mola książkowego wyczuje na kilometr. Co chwila zerkałam w ich stronę i zastanawiałam się o czym rozmawiają. Uwagę moją zwróciła dziewczyna siedząca bokiem do mnie. Zastanawiałam się skąd ja znam tę twarz. Zerkam na profil, włosy i… już wiem. Przecież dzisiaj rano oglądałam filmik z dziewczyną łudzącą podobną do tej co siedziała dwa stoliki ode mnie. Nie, to nie może być prawda. Zaczęłam nerwowo przeglądać facebook bo za żadne skarby świata nie mogłam przypomnieć sobie nazwy profilu ani tym bardziej imienia dziewczyny. Jorx starał się mnie uspokoić, bo ja nerwowo grzebałam w telefonie. W sumie trochę głupio mi było podchodzić do dziewczyn. Ale wiedziałam, że jeśli nie zaryzykuję to będę potem sobie pluć w brodę, że tego w ostateczności nie zrobiłam. Wreszcie udało mi się znaleźć poszukiwany filmik, włączyłam go i podeszłam do dziewczyn.

- Przepraszam najmocniej, że przeszkadzam. Ale… bo widzisz, jesteś bardzo podobna do dziewczyny z tego filmiku – zapodałam taki tekst. I wyobraźcie sobie, że…
- Ale to jestem właśnie ja – padła odpowiedź.

I tak to przypadkowym trafem udało mi się poznać osobiście, jedną z niewielu booktuberek Olgę z Wielkiego Buka. Jakie było jej zaskoczenie, gdy ktoś ją rozpoznał. No, ale nie oszukujmy się, prowadzi vloga więc wiele osób ją rozpoznaje.

Nie spodziewałam się, że wypad na kawę do małej kawiarenki zakończy się wspólnym zdjęciem z Olgą. Na dowód poniżej zdjęcie.


Bardzo Ci dziękuję za chwilę rozmowy i najmocniej przepraszam, że przerwałam spotkanie i na bezczelnego zaczepiłam. Ale nie darowałabym sobie gdybym się nie odważyła i nie podeszła.


niedziela, 17 maja 2015

#343

Lubię czytać. Kocham książki. Nie ważne, czy to papier, ebook czy audiobook. Fakt, że nie czytam wszystkiego. Mam swoje ulubione gatunki literackie po które sięgam najczęściej. Oczywiście jestem otwarta na nowe, ale do tego to ja muszę mieć tzw. wenę. Czyli jednym słowem musi mnie natchnąć na poznanie tego nowego. Czasem, tylko zdarza mi się, że książka mnie nie zachwyci, nie porwie. Wtedy co? Wtedy koniec, kaplica… z bólem serca ją odkładam na bliżej nieokreślone potem.

Wiem, że powinnam ją skończyć, dać jej szansę. Tylko mam wtedy przeświadczenie, że czytając coś, co mi się nie podoba marnuję czas. Dlaczego? Bo w tym czasie mogłabym przeczytać coś co odbierze mi dech w piersiach i rozwali mnie całkowicie.

I faktycznie zdarzyło mi się ostatnio nie dokończyć kilku pozycji, bo nie byłam w stanie przez nie przebrnąć. Nie wiem dlaczego. Może to nie mój klimat, może to nie ten czas na ten konkretny tytuł. Długo się zastanawiałam, czy podzielić się z Wami tytułami i małymi przemyśleniami na temat tych książek. Doszłam do wniosku, że pewnie jesteście ciekawi co mną nie zawładnęło i co mnie nie porwało.


1. „Mistrz i Małgorzata” Michaił Bułchakow
Książkę miałam przeczytać w ramach klubu dyskusyjnego o którym Wam wspominałam jakiś czas temu. Niestety ‒ dotrwałam tylko do setnej strony. Próbowałam, starałam się zrozumieć. Świat absurdu mną nie szarpnął, oddechu też nie straciłam i nie pokochałam tej książki. Wiem, że to klasyk nad klasykami, ale chyba jednak nie dla mnie. Na spotkanie oczywiście poszłam, chciałam posłuchać co inni mają na jej temat do powiedzenia. I jak? No cóż, częściowo mnie przekonali. Myślę, że kiedyś ją dokończę. Mówiłam, że to ukochana książka Jorx’a? 


2. „My” David Nichols
Hm… przyznaję, że na początku książka wciągnęła mnie i to bardzo. Historia rzeczywiście wydała mi się warta przeczytania. Poległam w połowie. Więc nie wiem czy na końcu rzeczywiście się rozstali czy nie? Czy ktoś może mi przybliżyć zakończenie? 


3. „Zaklinacz słów” Shirin Kader
Książką zachwycała się moja znajoma. Mówiła, że to jej ukochana książka. Mnie troszkę zmęczyła. Może dlatego, że dialogów w niej jak na lekarstwo. Dużo opisów i opowieści. Jeśli ktoś lubi klimat „Baśni 1001 nocy” to książka dla niego idealna. Orient. Ja wiem, że to nie moje klimaty, sorry. Ale i tak jestem ciekawa skąd Zaklinacz tyle wiedział o głównej bohaterce mimo iż Ona niewiele mu wspominała o sobie. Asia ‒ uchylisz rąbka tajemnicy? Jak skończyła się ta historia? 


4. „Ulica marzycieli” Robert McLiam Wilson
Podobnie jak w przypadku „Mistrza i Małgorzaty” książkę polecił mi Jorx. Bo to kolejna jego ulubiona pozycja. Skoro poleca to trzeba przeczytać. Przysnęłam na 30 stronie. Opowiadania to chyba jednak nie dla mnie. W ogóle cała ta historia do mnie nie przemówiła a bohaterowie doprowadzali mnie do szewskiej pasji.


5. „Ani słowa prawdy” Jacek Piekara
Gdy powiem, że książkę polecił mi Jorx to nikogo nie zdziwi. Podobnie jak fakt, że poddałam się po dwóch rozdziałach. Chyba z tą fantastyką to mi nie po drodze.


Więcej grzechów czytelniczych nie pamiętam. W sumie jestem pewna, że jest tego więcej. Jeśli nadal takowe książki będą się pojawiać z miłą chęcią (lub też bólem) będę się z tym dzielić.