niedziela, 16 lipca 2017

#433



Przyjaźń w naszym życiu podobnie jak miłość odgrywa bardzo dużą rolę. To nasi przyjaciele są z nami, kiedy kończy się miłość. Wspierają nas w trudnych momentach, świętują razem z nami, gdy jesteśmy szczęśliwi. To nasze pokrewne dusze. Tak było w przypadku bohaterek najnowszej książki Anna McPartlin „To, co nas dzieli”. 

Eve i Lily przyjaźnią się od najmłodszych lat. Jednak po ukończeniu szkoły, ich drogi rozchodzą się na… dwadzieścia lat. Kontakt się urywa. Lily wyjeżdża do Cork, wychodzi za mąż za Declana, młodzieńczą miłość i zostaje pielęgniarką. Eve kończy studia w Londynie, wyprowadza się do Nowego Jorku i zostaje projektantką biżuterii. Po śmierci Ojca, Eve wraca na stałe do Dublina i bardzo pragnie odnaleźć przyjaciółkę. Niestety nie jest to takie łatwe, wygląda tak jakby Lily zapadła się pod ziemię. Pewnego dnia, Eve ma wypadek, trafia do szpitala, w którym pracuje przyjaciółka. Dzięki zupełnemu przypadkowi dochodzi do spotkania. Teraz mają możliwość by wyjaśnić wszelkie nieporozumienia z przeszłości, które doprowadziły do rozpadu ich przyjaźni. Tylko czy odbudowa tego co było jest znów możliwa? Czy można wybaczyć grzechy przeszłości?

To moje drugie spotkanie z twórczością tej Autorki. Sięgnęłam po jej najnowszą powieść, ponieważ byłam ciekawa czy zawiera ona historię pełną emocji, taką samą jak poprzednia. Owszem, posiada. 

Od samego początku czytelnik zastanawia się, co takiego wydarzyło się dwadzieścia lat wcześniej, że kontakt pomiędzy Lilly a Eve się urwał. Bo przecież pomimo tego, że studiowały w różnych miejscach, skoro były przyjaciółkami to kontakt nie powinien się urwać. Ale jak dobrze wiemy, życie zaskakuje nas na każdym kroku i weryfikuje przyjaźnie. 

Autorka i tym razem porusza w swojej powieści temat z życia wzięty: toksyczny związek małżeński. Lily od nastoletnich lat była zakochana w Declanie. Od zawsze wiedziała, że w przyszłości zostanie jej mężem. Szybko się pobrali i założyli rodzinę. Odseparowali się od przyjaciół, nie utrzymywali z nimi żadnego kontaktu. Nie wiedzieli co się u nich dzieje. Lily cały czas była przy mężu, wspierała go, opiekowała się dziećmi. Swoje marzenia i cele odłożyła na bok. Najważniejsza była rodzina i to by funkcjonowała prawidłowo. Można śmiało powiedzieć, że poświęciła się im bez zająknięcia. W końcu zorientowała się, że nie może być ciągle służącą, sprzątaczką i kucharką gotującą dla każdego domownika inne danie. I tu właśnie Autorka świetnie pokazała zależność od siebie rodziny. O tym jak Żona zależna jest od Męża, który żąda posiłków o stałych porach dnia, sprawdza żonę na każdym kroku i nie wspiera jej w wychowywaniu dzieci. Ale w końcu przyszedł taki moment, że to przestało się sprawdzać. Declan nie radził sobie z emocjami, łatwo wpadał w gniew, który wyładowywał na żonie. Zachowywał się dokładnie tak jak jego ojciec. To powrót Eve, ukradkowe spotkania, uświadomiły Lily, że to nie jest normalne życie, które powinna wieść i które sobie wymarzyła. Odeszła od niego i rozpoczęła całkiem nowe życie. W końcu musimy sobie uświadomić, że my też musimy być szczęśliwi w związku i nie podporządkowywać się drugiej osobie całkowicie i bezwolnie. 

Bardzo podobało mi się w książce to, że cała historia była przeplatana listami, które Lily i Eve wysyłały do siebie dwadzieścia lat wcześniej. Dzięki temu można poznać przeszłość bohaterek i rozwiązać zagadkę końca przyjaźni. 

Fani książek McPartlin i nie tylko będą zachwyceni. „To, co nas dzieli” to niesamowita opowieść o sile przyjaźni, która pomimo upływu lat i braku jakiegokolwiek kontaktu znów może rozkwitnąć. Tylko trzeba dać jej szansę. To także historia o wyborach, o tym co dla nas ważne. Przygotujcie się na emocje i na kilka łez które mogą pojawić się w kąciku oka. Polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska


poniedziałek, 10 lipca 2017

#432



Po książki Agnieszki Lingas – Łoniewskiej sięgam od kilku lat. Za każdym razem wywołują burzę emocji. Zdarzało się, że podczas czytania rzucałam książką, gdyż nie zgadzałam się na los jaki zgotowała bohaterom Autorka. Mówi się, że jeśli książka nie wzbudza emocji, to jest słaba. Chyba coś w tym jest. Ponieważ dawno nie czytałam nic co wyszło spod pióra Agnieszki, sięgnęłam po jej najnowszą dwudziestą piątą powieść, która nie tak dawno pojawiła się na księgarskich półkach. Jak było z książką „Wszystko wina kota!”? Już opowiadam. 

Lidka to trzydziestoparoletnia singielka mieszkająca na obrzeżach Wrocławia. Pod pseudonimem Róża Mak pisze bestsellerowe powieści. Jednak unika rozgłosu i nie jeździ na spotkania autorskie i nie udziela się w światku literackim. Swój czas dzieli pomiędzy spotkania z przyjaciółkami oraz pisanie książek. Pewnego dnia dowiaduje się, że wydawca postanawia zdradzić ukrywaną dotychczas tożsamość autorki. Chcą zorganizować wywiad w telewizji. W przypływie szaleństwa, Lidia się zgadza na ten coming out. Jednak zastrzega, że przeprowadzić go może tylko i wyłącznie Jack Sparrow. Bloger który od wielu już lat, recenzuje jej książki, a który także ukrywa się pod pseudonimem. A co do tego wszystkiego ma kot? O tym musicie przekonać się sami. 

Autorka w swojej najnowszej powieści skupiła się na światku blogersko – literackim. I tak się właśnie zastanawiam nad tym, ile cech samej Autorki otrzymała Lidka? Patrząc na profil na fb Agnieszki i przypominając sobie jej gust muzyczny, można śmiało stwierdzić, że wiele. No i ogromną miłość do kotów. Bo przecież wszystko zaczęło się od uciekającego kota. 

Po raz kolejny nie zawiodłam się na książce Agnieszki. W najnowszej pozycji czytelnik znajdzie wątek miłosny, trochę komedii i dramatu. Bo przecież książki „dealerki emocji” to zawsze najlepsza mieszanka wybuchowa. Plusem jest to, że cała powieść nie tylko skupiła się na głównej bohaterce, ale także na jej przyjaciółkach, sąsiedzie, co dodatkowo ubarwiło powieść. 

Jeśli poszukujecie czegoś lekkiego, zabawnego to „Wszystko wina kota!” wam to zapewni. Polecam.