Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Współpraca ŚBKów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Współpraca ŚBKów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 kwietnia 2021

#572 - Flying High

 


Serie książek, nie ważne czy to dylogia, trylogia, mają to do siebie, że się kończą. Wtedy nasza literacka podróż z bohaterami dobiega końca. Moja podróż z Hailee i Chasem także się zakończyła. Odłożyłam na półkę książkę „Flying high” Bianci Iosivoni i powiem Wam, że… wciąż mi mało. Wiem, że to już koniec, że więcej nie będzie, ale tak bardzo się z nimi zżyłam, że pragnę wiedzieć co dalej? Co z nimi? Co z pozostałymi bohaterami tej dylogii?

Jak już wspominałam przy pierwszej części (albo i nie?) Hailee ukrywała pewien mroczny sekret. W końcu, dzieli się nim z Chasem. Jednak nie robi tego w tradycyjny sposób, tylko listownie. Dziewczyna ma plan, ale na szczęście zostaje on zniweczony, a do Fairwood przyjeżdżają jej rodzice, którzy otrzymali także list. Po długich rozmowach, Hailee wraca wraz z nimi do rodzinnego domu. Nie jest to jednak dobra decyzja, gdyż jej serce zostało w małym miasteczku wśród przyjaciół. Chase natomiast wraca na studia do Bostonu. Nie odnajduje się na nich, tęskni także za dziewczyną. W końcu podejmuje decyzję w sprawie studiów, co wcale nie zachwyca jego rodziców. Czy drogi Chase’a i Hailee znów się przetną? A może Hailee wróci do Fairwood?

Ta część w porównaniu do pierwszej nie rozjechała mnie tak emocjonalnie. Owszem było sporo różnych emocji, ale… no właśnie, zdecydowanie trudno ubrać to w słowa. Nie walnęła mnie w splot słoneczny jak wcześniejsza. No cóż, zdarza się. Ale jest tak samo świetna jak jej poprzedniczka. 

Bohaterowie zostają rozdzieleni. Hailee wraz z rodzicami uczęszcza na spotkania z psychologiem i walczy z demonami przeszłości. Niestety, wśród najbliższych nie czuje się dobrze. Próbuje dogadać się z rodzicami, ale argumenty każdej ze stron uderzają w próżnię. Rodzice nie potrafią zrozumieć, że pozostawieni w Fairwood przyjaciele, są dla ich córki ważni i byli przy niej, gdy potrzebowała pomocy. Natomiast Chase uświadamia sobie po raz kolejny, że studia a potem praca w rodzinnej firmie, to nie jest to co chciałby robić. To nie daje mu satysfakcji i nie chce temu poświęcać swojego życia. On również musi zmierzyć się z rodziną i znaleźć mocne argumenty by przekonać ich, że rodzinny biznes, to nie jest miejsce dla niego. 

W tej części autorka skupiła się na temacie depresji oraz po raz kolejny na stracie bliskiej osoby. Nie będę wchodziła w szczegóły, gdyż każdy sam musi przemyśleć tematy poruszone w książce. Jedno jest pewne, wraz ze wsparciem najbliższych i ukochanych osób, trochę łatwiej walczyć z depresją. Należy skorzystać z pomocy specjalistów, bo samemu sobie nie pomożemy. 

Wszyscy którzy przeczytali tom pierwszy, muszą doczytać dalsze losy Hailee i Chase’a. I tak jak w przypadku tomu pierwszego, tak i tutaj, po przeczytaniu ksiązki tytuł nabiera dosłownego znaczenia, oczywiście dla każdego co innego. Polecam! 

Dziękuję Wydawnictwu Jaguar za możliwość przeczytania tej książki. 

poniedziałek, 15 marca 2021

#570 - Las i ciemność

 




„Ach co to był za ślub…” 
Myślę, że na ten moment czekali wierni czytelnicy serii „Kryminał pod psem”. Bo o tej książce będę Wam dzisiaj opowiadać. A konkretniej o ósmej już części przygód Gucio & Company, czyli „Las i ciemność” Marty Matyszczak. 

Róża i Szymon planują ślub, albo raczej to Szymon planował, oczywiście bez pomocy Róży. Bo jak to on chciał jej zrobić niespodziankę. Ale jak to z naszymi ulubieńcami bywa, wszystko układa się nie tak jak powinno. Okazuje się bowiem, że impreza ma zostać zorganizowana w Puszczy Augustowskiej. W miejscu gdzie Róża, będąc nastolatką spędzała swoje młodzieńcze, niekoniecznie szczęśliwe wakacje. Nasza ulubiona dziennikarka będąc nastolatką, niestety nie należała do grupy osób, które wszyscy uwielbiają i zapraszają na imprezy. Jak dobrze wiemy, tam gdzie pojawiają się Gucio & Company, musi być trup. No i oczywiście do tej trójki należy rozwiązanie zagadki śmierci. I co z tego, że ślub za pasem?!

Hmm… powiem Wam, że tym razem nie było aż tak zabawnie jak przy innych częściach. Zastanawia mnie, dlaczego tak się wydarzyło? Ale nie znajduję żadnej jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. 

Ogromnym plusem tej historii jest to, że wreszcie poznajemy przeszłość Róży, która do tych kolorowych nie należała. Nie była lubianą osobą w szkole. Wręcz przeciwnie. Przez swoją tuszę i miłość do Szymona (tak, ta dwójka zna się już bardzo długo) była wyszydzana. Myślę, że niektóre osoby w postaci Róży sprzed lat odnajdą siebie. Jestem pewna, że nie każdy był przebojowy i nie każdy miał wianuszek przyjaciół, z którymi spędzał wszystkie szkolne przerwy. 

W tej części brakowało mi sarkazmu Gucia. Mam wrażenie, że te złośliwości i cynizm psiaka, są nieodłączną częścią tej serii. Szkoda, że tym razem nie było ich za wiele. 

Okładka z przyczepą może sugerować lekką wakacyjną przygodę. Ale jak dobrze wiemy z tymi bohaterami to tak do końca nigdy lekko nie ma. Bo zawsze tam gdzie pojawia się nasze śledcze trio jest zagadka morderstwa do rozwiązania. 

Powiem Wam, że takiego zakończenia się nie spodziewałam. Autorka walnęła takiego splot twista, że wypadłam z butów. Nigdy wcześniej aż tak nie waliła obuchem w czerep czytelnika. No może raz, ale nie z takim impetem. 

Ponieważ mam już przed sobą kolejną część, to dowiem się jak potoczyły się losy naszej trójki. Jak zwykle polecam nie tylko fanom komedii kryminalnych. Gucio & Company rządzi!!! 

czwartek, 7 stycznia 2021

#564 - Falling fast

 


Od czasu do czasu, jak wiecie, sięgam po książki z gatunku Young Adult. Lubię wiedzieć, co w trawie piszczy. Poza tym dzięki temu mogę z czystym sumieniem polecać klientom te powieści, które uważam za dobre. A wierzcie mi, że to fajne uczucie, kiedy klient wraca po tym jak poleciłam mu książkę, która mu się podobała. Dlatego z ciekawością sięgnęłam po książkę Bianci Iosivoni „Falling fast”. Zaintrygowała mnie okładka oraz tytuł. Tytuł, który po przeczytani już książki, dla każdego czytelnika będzie mieć inny wydźwięk. 

Haillee wsiada w swój samochód i wyrusza przed siebie. Jednak nie jest to przypadkowa trasa. Dziewczyna ma dwa cele. Jednym z nich jest miasteczko, w którym żył jej przyjaciel – Jasper, a drugim latarnia morska, w okolicach San Diego. Niestety los krzyżuje jej plany. Samochód odmawia jej posłuszeństwa w Fairwood. Chcąc nie chcąc, Haillee musi znaleźć dach nad głową i pracę, by zapłacić za naprawę. I tak poznaje Chase’a Whittakera. Przyjaciela Jespera, który nie był obecny w jego życiu w ciężkich dla niego momentach. Pokłócił się z nim i wyjechał. Drogi Haillee i Chase’a przecinają się już pierwszego dnia pobytu dziewczyny w Fairwood. I to miało być tylko tyle. Jedno spotkanie i nic więcej. Ale jak wiadomo życie dla każdego z nas ma inny plan. Zaczyna ich łączyć coraz więcej. Niestety Haillee ukrywa mroczny sekret, który nie może ujrzeć światła dziennego. 

Kiedy dotarłam do końca książki czułam szybsze bicie serca. Czułam krew tętniącą w skroniach. Pomyślałam sobie: o nie, tak być nie może, chcę wiedzieć co dalej? Dlaczego akurat takie zakończenie? Ono serio wbija w fotel. Chociaż muszę przyznać, że po przeczytaniu trzech czwartych książki zaczęłam układać w głowie puzzle, które wpadały na swoje miejsce. I prawie się nie pomyliłam. Nie powiem Wam dlaczego prawie, bo o tym musicie poczytać sami. 

Całą opowiedzianą historię poznajemy z punktu widzenia Haille oraz Chase’a. Muszę przyznać, że bohaterowie tej powieści nie są wyidealizowani: mają swoje wady i zalety, oraz pewną przeszłość, która ich ukształtowała. 

Autorka bardzo umiejętnie wplotła w tę historię ważne tematy. Jak chociażby umiejętność radzenie sobie ze śmiercią przyjaciela. Pokazała jak ludzie, którzy utracili kogoś bliskiego radzą sobie z żałobą. Dodatkowo nie można zapomnieć o lęku społecznym, który dopada Haillee. Dziewczyna nie potrafi nawiązać relacji z nowo poznanym chłopakiem. Chce uciec, chce być sama. Co w małym miasteczku nie ma zupełnie racji bytu. Haillee chciała pozbyć się tego strachu, chciała wyjść do ludzi, być tak odważną jak jej siostra bliźniaczka, o której wspominała cały czas. Dzwoniła do niej co chwilę. Dało się odczuć, że siostra jest dla niej bardzo ważna i bliska. 

Powiem Wam, że historia opisana w „Falling fast” wciąga od samego początku. Czytelnik z ogromną ciekawością przewraca strony, by dowiedzieć się czy Haillee i Chase będą razem szczęśliwi? Czy w ogóle będą razem? 

Jeśli poszukujecie książki, od której się nie oderwiecie, to pozycja Bianci Iosivoni nadaje się do tego idealnie. To niesamowita historia niezwykłej miłości i przyjaźni, której zakończenie wbija fotel, a czytelnik ze stresu obgryza paznokcie. Polecam bez dwóch zdań.


Dziękuję Wydawnictwu Jaguar za możliwość przeczytania tej rewelacyjnej książki. 

wtorek, 8 września 2020

#558 - Powiem Ci coś

 




Są książki, po które sięgają wszyscy wokół. Gdzie się nie obrócisz tam albo fotka albo opinia, albo i zachwyty. Tylko, jak już zdążyłam zauważyć, nie każdemu podoba się to samo. Po książkę Piotra Adamczyka „Powiem Ci coś” sięgnęłam, ponieważ moja koleżanka zachwycała się powieściami autora. Mnie jednak nie zafascynowała. Wręcz przeciwnie. Nie potrafiłam przez nią przebrnąć. Przykładałam się do tego kilka razy, ale nie poczułam tej chemii.

Wiecie, ta książka pewnie jest dobra. Gdyż czytając opinie gdzieś w sieci, doczytałam, że wielu osobom się podobała. Ale ja, podczas czytania, gubiłam się w opowiadanej historii. Tak, zaczęłam ją czytać, ale po jakimś czasie się poddałam. A gdy ją odłożyłam na półkę zaczęłam się zastanawiać czy ja przypadkiem nie jestem za głupia do tej książki?

Fabułę powieści tworzą dwa przeplatające się wątki. Pierwszy z nich to historia pisarza, wynajmującego pokój młodej malarce, i piszącego jednocześnie kryminał, o ciemnych sprawkach dziejących się wokół mieszczącego się po sąsiedzku domu, i jego lokatorów. Drugi wątek to historia o mieszkających w domu obok gangsterów, którzy porywają i wykorzystują kobiety.

Całość jest tak pocięta i wymieszana, że się w tym gubiłam. I pewnie właśnie dlatego nie udało mi się ją dokończyć.

Tak więc „Powiem Ci coś” trafiło u mnie na listę książek niedokończonych. Jedno jest pewne, nie wrócę do niej za jakiś czas by dowiedzieć się co, gdzie i jak.


 



czwartek, 25 czerwca 2020

#549 - Zapomnij, że istniałem




Lubię odkrywać nowych autorów. To znaczy dla mnie nowych, bo inni przecież znają ich książki. A ja zawsze chciałam poznać książki Beaty Majewskiej. Dzięki współpracy Stowarzyszenia Śląskich Blogerów Książkowych z Wydawnictwem Jaguar, mogłam przeczytać powieść, którą objęliśmy naszym patronatem medialny: „Zapomnij, że istniałem”. Przyznam, że na początku trochę obawiałam się tej historii. Zupełnie niepotrzebnie, gdyż pochłonęła mnie ona od samego początku. 

Luiza jest bardzo młodą panią sołtys, małego Milikowa. Jest strasznie pewną siebie osóbką, można nawet śmiało stwierdzić, że sprawia wrażenie, jakby uważała siebie za kogoś lepszego od innych. Rafał jest samotnikiem, byłym bokserem, który jakiś czas temu stracił rodzinę. Pewnego dnia ich drogi się przecinają. Jednak to spotkanie nie należy do udanych. Dopiero wspólna troska o pasiekę i ule, które stoją na posesji Rafała, zbliża ich do siebie. Mężczyzna jednak stawia sprawę jasno: żadnego związku, czasem tylko seks, zupełnie bez zobowiązań. Niestety, przeszłość Rafała upomina się o niego. Życie tych dwojga zmieni się całkowicie. 

Muszę przyznać, że momentami było gorąco. Ta powieść obyczajowa była przeplatana scenami ognistego seksu. Uwierzcie mi, skutecznie oddziaływało to na wyobraźnię czytelnika. Myślę, że Rafał niektórym paniom może bardzo wpaść w oko. 

Cała ta historia, to taka mieszanka wybuchowa. Bo oprócz romansu, scen seksu, jest jeszcze odrobina kryminału. Czyli to co lubię w książkach. Bo ja proszę państwa lubię w książkach emocje. A tutaj jest ich naprawdę sporo. 

No i zakończenie, które sprawia, że chce się pogonić autorkę, do wydania kontynuacji natentychmiast. Bo czytelnik koniecznie chce wiedzieć co będzie dalej. Tak, zdecydowanie polecam. 






wtorek, 19 listopada 2019

#528 - Pochyłe niebo. Pajęczyna



Są książki, które długo po zakończeniu w nas siedzą. Gdzieś tam pod skórą, wciąż żyją. Emocje po ich odłożeniu wciąż buzują w krwioobiegu. Jest niewiele takich książek i niewiele takich autorek, które to wszystko potrafią. Potrafią w poetycki sposób opowiedzieć niezwykłą historię. Od dłuższego czasu, wśród takich autorek prym wiedzie Ewa Cielesz. I myślę, że prędko to się nie zmieni. Powiem Wam, że jest niewiele autorek, które tak pięknie czarują słowem. Gdzie wszystko jest tak zobrazowane, że wyobraźnia nie musi aż tak bardzo pracować, gdyż wszystko maluje się nam pod powiekami. 

Anita i Michał muszą zmierzyć się z nowym życiem. Odziedziczony dom to ich nowa przystań. Luksusów tam nie ma. Anita z wielkim trudem stara się doprowadzić dom do porządku. Michał postanawia poddać się operacji przywrócenia wzroku, Sonia rozpoczyna szkołę, a Anita stara się stanąć z codziennymi problemami twarzą w twarz. Z Michałem żyją razem, a jakby osobno. Na jej drodze znów stają dawni znajomi. Czy pajęczyna miłości, która ich oplotła, będzie na tyle silna by przetrwać każdą burzę?

Nie potrafię czarować słowem, tak jak zrobiła to autorka. Nie potrafię tak pięknie opisać własnych wrażeń, po przeczytaniu tej książki. Bo nieważne co bym napisała, to wydaje mi się za bardzo oklepane i płytkie. 

„Pajęczyna” to książka opisująca życie w małych miastach. W miastach gdzie każdy każdego zna. Gdzie w razie kryzysu możemy liczyć na sąsiedzką pomoc i nikt nie obróci się do nas plecami tylko wyciągnie pomocną dłoń. No i gdzie plotki roznoszą się lotem błyskawicy. 

W pierwszej części, trzymałam kciuki za Anitę, za to by była szczęśliwa. Tym razem kibicowałam także Michałowi. By trud wspólnego życia nie zaważył na miłości, która zrodziła się między nimi. By utkana pajęczyna miłości, zrozumienia, wsparcia, nie została zerwana niedomówieniami i zazdrością. 

Niebawem sięgnę po trzecią część historii Anity, Michała i małej Sonii. Jestem ciekawa, jak bardzo autorka zagmatwa ich losy. Polecam bez dwóch zdań.



piątek, 8 listopada 2019

#527 - Trup w sanatorium




Jak dobrze wiecie uwielbiam serię kryminałów Marty Matyszczak, z dzielnym Guciem, Szymonem i Różą. Rozwiązuję wraz z nimi zagadki kryminalne i podróżuję wraz z nimi w różne zakątki Polski, a raz nawet byłam w Irlandii. 

Tym razem nasze dzielne trio wyjechał ona urlop nad polskie morze, a konkretniej zawitało w Świnoujściu. Prawdę mówiąc, pojechali tam aby odpocząć. Ale przecież od dawna już wiadomo, że tam gdzie pojawiają się Gucio, Solański i Róża, to od razu znajduje się trup. A jeśli trup, to zagadka do rozwiązania. Oczywiście zawsze przez całą trójkę. Bo tak naprawdę to oni Nie mogą wypoczywać, bo jestem przekonana, że umarliby z nudów. 

Róża marzyła o wakacjach all inclusive gdzieś w ciepłych krajach, ale jak to mówią: darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. No tak… A jak z Szymonem, to wiadomo, że ekskluzywnie nie będzie, ale przecież chodzi o to żeby byli razem, prawda?

I tak zamieszkują w sanatorium, które już dawno temu przestało cieszyć się świetnością. Dodatkowo zaraz po przybyciu okazuje się, że w jednym z basenów solankowych, zostaje znaleziona martwa kuracjuszka. I tak zamiast, słodkiego nic nierobienia i leżenia plackiem na plaży, nasi bohaterowie rozpoczynają śledztwo. Kto zabił kobietę? Czy uda im się rozwiązać zagadkę morderstwa?

Muszę przyznać, że dzięki książkom Marty Matyszczak mogę dotrzeć do miejsc, do których pewnie sama bym nie dotarła. Autorka bardzo dokładnie opisuje miejsca w których umieszcza akcję swoich kryminałów. Czytelnik ma wrażenie jakby towarzyszył bohaterom w eksploracji tych zakątków. 

W najnowszej książce mamy dwa wątki, które nadają bieg historii. Pierwszy jest współczesny, czyli nieboszczyk w solance i nasze trio starające się dowiedzieć kto zabił? Drugi to powrót w przeszłość ,do lat 70, kiedy cała Polska nuciła przeboje Maryli Rodowicz i bawiła się na festiwalu FAMA. I oba te wątki w pewnym momencie się zazębiają. Ale jak i dlaczego nie mogę Wam zdradzić. 

Jak dla mnie tym razem było za mało dowcipu. Za mało śmiałam się pod nosem. Brakowało mi takiego rechotu aż do bólu brzucha. Mimo, że tego mi brakowało, gorąco polecam i czekam na kolejny tom przygód Gucio & Company. 

środa, 20 lutego 2019

#510 W malinowym chruśniaku






To już moje trzecie spotkanie z twórczością Haliny Kowalczuk. Jej powieści mają w sobie to coś, co sprawia, że czyta się je z ogromną przyjemnością. Tym razem opowiem Wam o ostatniej książce Autorki czyli „Dom w malinowym chruśniaku”.

Alicja tuż przed startem w dorosłe życie, traci swoją wielką miłość Michała. Zostaje sama z małym dzieckiem. Na szczęście może liczyć na swoją matkę oraz babkę. Dzięki nim udaje jej się ukończyć studia prawnicze i rozpocząć karierę adwokacką. Pewnego dnia jej przyjaciółka namawia ją na zakup domu w malowniczej Malinówce, niedaleko Krakowa. Przeprowadza się tam z Warszawy. Jednak jej szczęście nie trwa zbyt długo. Jej córka Gabriela ma poważny wypadek samochodowy. Wtedy to też, zakopana przeszłość daje o sobie znać. Znów na jej drodze staje Michał oraz jego rodzice. Czy zapomniane uczucie wybuchnie ze zdwojoną siłą? Czy Alicja będzie w stanie wybaczyć Michałowi i jego rodzicom przewinienia z dawnych lat? 

Autorce trzeba przyznać jedno - potrafi czarować i malować słowem. Samo miejsce do którego przeprowadziła się Alicja jest opisane… bardzo obrazowo. Czytelnik, ma ochotę wsiąść w samochód i pojechać do Malinówki, by podziwiać widoki roztaczające się z okien domu Alicji. Podobnie przy opisywaniu drogi oraz miejsca w którym znajduje się klinika Michała w Szwajcarii zachwyca swoim opisem. 

Plusem powieści które wychodzą spod pióra Haliny Kowalczuk na pewno jest to, że wplata w nie legendy. W tej książce jest dokładnie tak samo. Króluje w niej przede wszystkim legenda o niedźwiedzicy, która pomaga zagrożonym kobietom. I tak właśnie niedźwiedzica Mila, ratuje Alicję – jak i przed czym doczytajcie sami. 

W całej książce była tylko jedna jedyna rzecz, która tak bardzo mnie uwierała, że miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno. Było to zdrobnienie imienia głównej bohaterki. Wiem, że Ala (oraz jego odmiany) to zdrobnienie imienia Alicja. Jednak nie to było użyte przez Autorkę. Bohaterka była nazywana: Ali. Zupełnie mi to nie pasowało, w szczególności, że miałam do czynienia z dorosłą kobietą i dodatkowo nie pasowało do odmiany tego zdrobnienia. 

Jeśli poszukujecie książki magicznej, z pięknymi opisami przyrody, miejskimi legendami czy też nutką dreszczyku, to „Dom w malinowym chruśniaku” nadaje się do tego idealnie. Idę sprawdzić, czy na półce nie mam jeszcze innych książek Autorki. Polecam

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości serwisu granice.pl




niedziela, 10 lutego 2019

#506 Pochyłe niebo. Ćma




Po książki Ewy Cielesz sięgnęłam chyba trzy lata temu. Przyznaję, że miałam małe obawy, ale zniknęły one tuż po przeczytaniu pierwszej i kolejnych książek Autorki. Co o nich sądzę, już wiecie bo ich opinie pojawiały się na blogu. Tym razem, postaram się opowiedzieć Wam o najnowszym literackim dziecku Autorki „Pochyłe niebo. Ćma.” To pierwsza część trzytomowej serii. 

Anita ma siedemnaście lat, mieszka wraz z matką i babką. Ma starszą siostrę, która już dawno temu wyprowadziła się z domu. Pewnego dnia, dziewczyna odkrywa, że jest w ciąży. Kiedy wyznaje prawdę matce, ta wyrzuca ją z domu. Anita pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża do Wrocławia. Tam znajduje kąt u ciotki. Siostra matki pomaga jej jak tylko może. Dziewczyna by zarobić na swoje utrzymanie zatrudnia się przy opiece nad starszą panią. Kobieta mieszka w słynnym wrocławskim trójkącie bermudzkim. Anita poznaje tam młodych ludzi, którzy mieszkają razem „na kwadracie” i nie należą do tych układnych i grzecznych. Tam spotyka Wilka, którym jest zafascynowana. Jak potoczą się jej losy? Nie zdradzę. Czy wybierze ustawionego, na wysokim stanowisku mężczyznę, za którego na siłę stara się wydać jej ciotka? A może na jej drodze stanie ktoś zupełnie inny? Ktoś kto zaopiekuje się Anitą oraz jej córeczką?

Powiem Wam, że książka mną… wstrząsnęła. Tak… pozytywnie. Anita mimo tego, że matka wyrzuciła ją z domu (która matka robi coś takiego własnemu dziecku?), nie poddaje się i szuka swojego miejsca na ziemi. Jednak nie jest sama. Musi myśleć o swoim dziecku. Musi walczyć o siebie i córeczkę. 

Cała opowieść rozgrywa się w szarych czasach lat 70 i 80tych. W czasach w których tylko nielicznych było stać na zakupy w kolorowych Pewexach, gdzie głównie płacono dolarami. Sama taki Pewex w moim mieście pamiętam. Pamiętam lalki Barbie, które były wystawione na półkach. I ten ból w oczach dziecka, że nie dostanie ukochanej i upragnionej zabawki. W czasach, w których wprowadzono stan wojenny, a na ulicach można było spotkać czołgi. Czasach Solidarności, Zomo, kartek na żywność i długich kolejek. 

Chylę czoła przed Autorką. Język jakim jest napisana powieść zdecydowanie jest poetycki. Bardzo obrazowy. Czytając widziałam wszystko przed swoimi oczami. Widziałam podróż Anity do Ciotki, ulice Wrocławia pełne czołgów i walczących ludzi. 

Przez całą powieść trzymałam kciuki i podziwiałam bohaterkę. Bo jej nie można nie podziwiać. Mimo tego co przeżyła, nie poddawała się. Walczyła. Nie z wszystkimi jej wyborami się zgadzałam, ale to Ona podejmowała decyzje… tylko czy liczyła się z ich konsekwencjami?

Z niecierpliwością oczekuję kolejnej części by towarzyszyć Anicie w podróży, w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. 

Pani Ewo, jest Pani niesamowitą malarką słów i emocji.


wtorek, 29 stycznia 2019

#505 Morderstwo w Hotelu Kattowitz



Literacki duet moich ulubionych bohaterów czyli Gucio i Solański znowu na tropie. Oczywiście towarzyszy im nieodłącznie Róża. W swojej najnowszej powieści „Morderstwo w Hotelu Kattowitz” Marta Matyszczak zaprasza czytelników do tropienia mordercy. Książka będzie miała swoją premierę już pod koniec stycznia. Tak więc moi drodzy przed Wami opinia przedpremierowa. 

Pewnej grudniowej nocy, na siódmym piętrze hotelu Kattowitz dochodzi do morderstwa. Ofiarą pada gwiazda muzyki pop DJ Dzidzia. Na prośbę swojej matki, która porzuciła kardiochirurgię na rzecz szefowania ochronie hotelu, Róża wraz z Guciem i Solańskim rozpoczynają śledztwo. Jednak odnalezienie sprawcy nie będzie takie łatwe. Tropy będą się mylić i co chwila ktoś inny będzie podejrzany o tę zbrodnię. Dodatkowo będą musieli uporać się z problemami sercowymi. Bo przecież od samego początku była między nimi chemia. Czy w końcu zostaną parą? Czy nadal będą się zachowywać jak Żuraw i Czapla? No i najważniejsze, kto okaże się winny? 

W piątej już części serii „Kryminał pod psem” bohaterowie powrócili ze Zdrojowic i przemierzają ulice Katowic. I tak wrazz Solańskim tracimy pieniądze w Szlagier Kasynie, spędzamy sporo czasu w Teatrze Ateneum razem z Alojzem i pijemy rozpuszczalną kawę w Cafe Katowice (tylko kto idąc do kawiarni, gdzie jest wypasiony ekspres, zamawia rozpuszczalną kawę z dużą ilością cukru tak, że łyżeczka staje? Tylko Solański)

Wiele miejsc istnieje naprawdę: Hotel Kattowitz to nic innego jak Hotel Katowice, który mieści się zaraz przy Altusie, ale od książkowego różni się tym, że w prawdziwym nie morduje się gości – jak wspomina na początku Autorka. A jeśli chodzi o kawiarnię do której bohaterowie zaglądali, to myślę, że to nic innego jak Cafe Kattowitz. Chyba Ameryki nie odkryłam? 

Nadal swoje trzy grosze wtrynia Gucio. Jego celne uwagi, sarkazm wciąż bawią czytelnika. No a dodatkowym smaczkiem są rozmowy Alojza i Pejtera w śląskiej gwarze. Muszę przyznać, że troszkę mi tego brakowało w poprzednich częściach. Ale to zrozumiałe, przecież w Irlandii, w Barlinku czy też w Zdrojowicach po śląsku się nie godo. Ale nie martwcie się, jeśli nie znacie gwary, na dole strony jest słowniczek. Wszystko zostaje pięknie przetłumaczone. 

Zagadka śmierci jest trudna do rozwiązania, bo Autorka co rusz myli tropy. Gdy czytelnik już prawie wita się z gąską, bach… zwrot akcji i znów nie wiadomo kto jest winny. 

Tęskniłam za tą trójką. Nie powiem, że nie czekam na dalsze perypetie Gucia, Róży i Szymona. Bo czekam. I liczę, że w końcu Róża i Szymon zmądrzeją, podejmą słuszne decyzje. No i że zabrzmią kościelne dzwony, i Gucio poniesie obrączki. 

Polecam, jak zwykle bez mrugnięcia okiem.

sobota, 5 stycznia 2019

#500




W okresie zimowym najbardziej lubię czytać książki w klimacie świątecznym. Czytam by nastroić się na święta, by wczućsię w ich magię. Tak, nie przepadam zbytnio za tym okresem. Na szczęście jest on już za nami, ale takie książki będą mi jeszcze przez chwilę towarzyszyć. Ostatnio dzięki współpracy Śląskich Blogerów Książkowych z Księgarnią Tak Czytam w Katowicach, udało mi się sięgnąć po debiutancką powieść Cassandry Rocca „Wszystko przez ten Nowy Jork”.

Clover O’Brien mieszka sama w Nowym Jorku. Pracuje jako „personal shopper”. Ma ognisto rude włosy, taki sam temperament oraz niewyparzony język. Wyprowadza z równowagi matkę, nie przepada za bratową, a stosunki z bratem uległy ochłodzeniu. Uwielbia atmosferę świąt, ich magię oraz całą otoczkę z nimi związaną. Cade Harrison to gwiazda kina. Po burzliwym związku i rozstaniu, ukrywa się w willi swojego przyjaciela w Nowym Jorku. Bardzo chce odpocząć od szumu wokół swojej osoby. Niestety los bywa przewrotny i pewnego dnia wpada na niego pewna, urocza ruda dziewczyna. Czy z tej mąki może powstać chleb?

Przyznam się Wam szczerze, że książkę wchłonęłam jak makaron na obiad. Zasiadłam i skończyłam. Oczywiście z przerwą na sen, jedzenie i kilka odcinków serialu. 

Powieść Rocci należy do tych z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. Owszem jest bardzo przewidywalna, ale czasem moża po taką pozycję sięgnąć. By oderwać się od codzienności i zanurzyć się w magiczny świat bohaterów. Biegać po śniegu w Central Parku, uciekać przd paparazzji czy zjeść kolację w towarzystwie bożyszcza kobiet. 

Bawiłam się świetnie podczas czytania. Dopingowałam Clover od samego początku. Trzymałam kciuki by w końcu znalazł się ktoś kto ją uszczęśliwi. Myślę, że każda chciałaby się znaleźć na jej miejscu. 

Jeśli szukacie książki idealnej na zimę, to właśnie ta do takich się zalicza. Wzruszycie się, pośmiejecie i zachwycicie zaśnieżonym Nowym Jorkiem. Polecam.

środa, 5 września 2018

#491



Za każdym razem kiedy sięgam po kolejną część serii „Kryminał pod psem”, wiem, że zabawa będzie przednia. To znaczy, że będzie zagadka do rozwikłania, no i wyśmienity humor - obowiązkowy. 
I wiecie co? Znów się nie zawiodłam. Moje napady śmiechu było słychać na pół Zakopanego, bo tak się złożyło, że najnowszy kryminał Marty Matyszczak „Zło czai się na szczycie” czytałam u podnóża samiusieńkich Tater. 

Szymon Solański wraz ze swoim wiernym kompanem Guciem wyjeżdżają na wesele pani prokurator do Zdrojowic. Tam oczywiście spotykają Różę z nowym absztyfikantem i żeby nie było za spokojnie, podczas wesela Szymon odnajduje całkiem „świeże” zwłoki. Od tej pory spokój w miasteczku zostaje zakłócony. A nasi dzielni bohaterowie zabiorą się za rozwiązywanie zagadki morderstwa. Pobyt w Zdrojowicach jest dla Szymona powrotem do przeszłości. To właśnie tam wiele lat temu, w pożarze zginęła jego żona. 

Ale się działo!!! Od pierwszych stron nie mogłam się oderwać. Ale to przy książkach Matyszczak zupełnie zrozumiałe. Przy czwartej książce Autorka nie zatraciła umiejętności połączenia misternie utkanej intrygi kryminalnej i dobrej komedii. Wybuchy śmiechu są na porządku dziennym. Wpadki bohaterów sprawiają, że czytelnik śmieje się do rozpuku, chociaż nie zawsze sytuacje, w których się znajdują, są na pierwszy rzut oka zabawne. Gucio – towarzysz Szymona, nadal ma cięty język i cyniczno – sarkastyczne spojrzenie na zachowanie swojego właściciela i Róży. Muszę jeszcze dodać, że pomiędzy Różą i Szymonem nadal iskrzy. Tak bardzo, że jak tak dalej pójdzie, to pożar może strawić miejsce, w których się znajdą. A zakończenie książki jest tak wielkim uderzeniem obuchem w łeb czytelnika, że po zamknięciu ma się ochotę chwycić za telefon, zadzwonić do Autorki i zażądać natychmiastowego dostarczenia dalszych losów ukochanych bohaterów. 

Tak jak przy wcześniejszych częściach powtórzę: czytajcie Matyszczak. To wyśmienite kryminały nie tylko dla miłośników tego gatunku. Nie zawiedziecie się!!!

niedziela, 18 marca 2018

#474




Droga Tachykardio!

Nie wiem czy pamiętasz, ale jakiś czas temu pisałam o powieści „Słońce umiera i tańczy” Ewy Cielesz. Po prawie ośmiu miesiącach doczekałam się jej kontynuacji. „Szepty stepowe” to dalsze losy Jagody i Dymitra. 

Po spakowaniu swoich rzeczy, Jagoda wraz z Dymitrem wyjeżdża do Mongolii. Niestety nie jest to podróż marzeń. Zamiast dwóch miesięcy, Jagoda spędza znacznie więcej czasu w kraju swojego narzeczonego. Jest tym faktem załamana gdyż, to nie tak miało wyglądać. Dziewczyna nie potrafi się odnaleźć w nowym miejscu, a bariery językowej nie da się tak łatwo przeskoczyć. Dodatkowo Ochir (Dymitr) ujawnia swoje prawdziwe oblicze. Jagoda pragnie wrócić do Polski, ale Ochir jest temu przeciwny. Dochodzi do wypadku, który przyspiesza jej ucieczkę. Nie jest to jednak do końca tak łatwe jakby się wydawało. 

Powiem Ci Tachykardio, że bardzo bałam się tego drugiego tomu. Bo jak wiesz, część pierwsza nie bardzo przypadła mi do gustu. Wiele wątków było poucinanych i niedokończonych. Jeśli chodzi o tę część, to przyznam ci się, że bardziej mi się podobała.

Jest tu więcej akcji i przygód. Zdumiewa także przygotowanie Autorki. Opisy stepów mongolskich i życia rodziny Ochira jest tak wiarygodne, że czasem zastanawiałam się czy sama Autorka nie przeżyła takiej podróży. Co jest bardzo prawdopodobne. Zaskakuje także metamorfoza głównej bohaterki. Z początku odbieramy ją jako tę która kocha za mocno i jest w stanie wybaczyć bardzo wiele ukochanemu mężczyźnie. Trzeba przyznać, że wiele kobiet jest zaślepionych miłością, i kiedy ukochany je krzywdzi - one mu wybaczają od ręki. Ba, nawet same go usprawiedliwiają. Niestety jak to czasem bywa. Każdy z nas ma pewną granicę do której musi dotrzeć, aby powiedzieć dość. I właśnie do tej granicy dotarła Jagoda. Powiedziała dość. Pokazała, że mimo strachu jest silną kobietą, która jest wstanie uciec od ukochanego Ochira i jego rodziny. Uciekła bez grosza przy duszy. Gdy dotarła do Ułan Bator znalazła pracę w hotelu by móc zarobić na bilet powrotny do Polski. Wykazała się determinacją i wolą przetrwania w obcym miejscu. Nie poddała się i nie zawróciła z raz obranej drogi. 

Ewa Cielesz tą powieścią podniosła sobie poprzeczkę. „Szepty stepowe” są zaskakujące. Jestem bardzo ciekawa czy będzie część trzecia. A jeśli tak, to zastanawiam się jakie przygody tym razem zaserwuje swojej głównej bohaterce. 
Polecam. 

Pozdrawiam serdecznie 
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Axis Mundi



środa, 28 lutego 2018

#470



Och jak się stęskniłam za tym czworonogiem. Za jego dowcipem oraz ciętym językiem. Celnymi spostrzeżeniami i sarkazmem. Tak moi Kochani, za mną kolejna lektura z Guciem w roli głównej czyli „Strzały nad jeziorem”. I powiem Wam, że uśmiałam się przy niej podobnie jak przy pierwszej części. 

Róża po powrocie z Irlandii postanowiła wziąć się za siebie. Wyjechała do Barlinka na wczasy odchudzające. Jednak nie byłaby sobą gdyby nie wpadła w tarapaty. Została bowiem oskarżona o morderstwo. Ofiarą jest profesor archeologii, który prowadził badania na Jeziorze Barlinieckim. Róża o pomoc, jak zwykle prosi Szymona. Solański wraz z Guciem ruszają na ratunek przyjaciółce, lecz zanim jednak dotrą na miejsce cudem unikną śmierci. A kiedy się już spotkają to cała trójka, jak za dawnych czasów, poprowadzi śledztwo i poszukają mordercy. Czy im się to uda? O tym musicie standardowo przeczytać sami. Przecież nie mogę Wam zdradzić kto zabił. 

To była fantastyczna podróż i przygoda. No i przede wszystkim metamorfoza Róży. Przyznaję bez bicia, że Autorka pozytywnie mnie zaskoczyła nowym wyglądem bohaterki. Ale czego się nie robi kiedy kobieta zakochana. Jednak zmienił się tylko wygląd, charakter pozostał ten sam. I całe szczęście, w innym wypadku byłoby nudno. A tak to można jak zwykle dobrze się bawić. A przygody Autorka im zgotowała pierwsza klasa. Były nie tylko te mrożące krew w żyłach: wypadek Szymona z Guciem, ale także te zabawne, gdzie czytelnik zaśmiewał się do łez, jak na przykład gówniany wypadek Róży. Ubawiłam się przednio i trzeba przyznać, że pomysł był świetny, a wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, co sprawiło, że „aromat” można było wyczuć na kilometr. 

Powiem Wam, że najbardziej interesowały mnie jednak stosunki pomiędzy Szymonem a Różą, aniżeli poszukiwanie mordercy profesora. Bo między tym dwojgiem iskrzy bez dwóch zdań. Ale zachowują się jak Żuraw i Czapla, niby chcą, niby podchody, ale przyznać się nie potrafią przed sobą, że coś jest na rzeczy. Liczę, że w kolejnej części Szymon w końcu przejrzy na oczy, a Róża nie zmieni swojego obiektu westchnień. 

Czy będzie kolejna część? Wszystko na to wskazuje, gdyż Szymon przez cały pobyt w Barlinku otrzymywał tajemnicze telefony dotyczące śmierci Jego żony. Więc liczę, że przed nim i Guciem kolejna zagadka do rozwiązania. Już nie mogę się jej doczekać. 





wtorek, 30 stycznia 2018

#468



Miłoszewskich jest dwóch. Razem napisali scenariusz do serialu „Prokurator”. Najbardziej rozpoznawalnym z braci jest Zygmunt, a to pewnie dlatego, że wydał sporą ilość książek. Wojciech, postanowił pójść w ślady starszego brata i chwilowo zamiast scenariuszy, napisał całkiem dobrą powieść „political-fiction” wpisującą się w obecną sytuację geopolityczną „Inwazja”. 

Pewien mieszkaniec Katowic traci pracę, odmawiają mu przedłużenia terminu spłaty kredytu, a do tego żona informuje go, że spodziewają się kolejnego dziecka. W odległym Egipcie były komandos, który zarabiał na nurkowaniu, postanawia wrócić do kraju, by dowiedzieć się co u ukochanej kobiety, która ułożyła sobie życie z innym. A pewna bizneswoman nie cofnie się przed niczym by nie dopuścić do upadku firmy, którą prowadzi wraz z niepełnosprawnym ojcem. Wszyscy oni prowadzą swoje spokojne życie, ale gdy do kraju wkroczy wojsko, padną strzały i zaczną walić się budynki, to także ich świat zatrzęsie się w posadach. Ogłoszona zostaje mobilizacja, bo rozpoczyna się wojna. 

Muszę Wam przyznać, że jest to mocny i wyśmienity debiut. Jednocześnie tak bardzo realistyczny, że aż przechodzą ciarki. W szczególności, że Autor opisuje najazd wojsk nieprzyjaciela na Katowice. Na miasto, które znam, i w którym bywam. Wierzcie mi wyobraźnia robi swoje. Dodatkowo akcja dzieje się współcześnie, więc tym bardziej jest o czym myśleć. W szczególności, że Autor wspomina w swojej powieści konkretne postaci ze sceny politycznej i przedstawia je w bardzo karykaturalny sposób. 

W powieści mamy przedstawiony chaos, który dotyka społeczeństwo, zaskoczone najazdem obcego wojska. Ukazuje do czego są zdolni ludzie w ekstremalnych warunkach by przetrwać. 

Jeśli poszukujecie powieści political fiction to „Inwazja”, debiut młodszego z braci Miłoszewskich, nadaje się do tego idealnie. Polecam.


niedziela, 28 stycznia 2018

#467


Duet Paulina Płatkowska i Agnieszka Jeż wydał już trzy książki. Przyznam się szczerze, że jedna z nich wciąż czeka na swoją kolej. Ale wiecie jakoś się nie składało. Może czas to zmienić? W szczególności, że przeczytałam ich najnowszą książkę „Marzena M.”

Marzena jest fotoedytorką w „Być kobietą”, ma nastoletnią córkę Dominikę oraz Męża artystę. A jak mąż artysta to wolna dusza. Tak wolna, że… ma na boku kilka kochanek. Marzena dowiaduje się o tym zupełnie przypadkiem i postanawia poszukać szczęścia na portalu randkowym. Bo skoro mąż nie uszczęśliwia żony, to należy to zmienić, czyż nie? Ewentualnie podjąć się wyzwania jakim jest budowa nowego domu. Nagle się okazuje, że zdradzona kobieta ma więcej siły niż się na początku wydawało. 

Trudno mi wypowiedzieć się o książce, bo takich historii było już sporo. A ja przyznaję się bez bicia chyba chciałabym już czegoś innego, nie powielanego. Może wreszcie ktoś napisze o mężczyźnie porzuconym przez kobietę i rozpoczynającym życie od samego początku z dziećmi. Chociaż… mężczyzna w takiej roli nie będzie wiarygodny, przecież oni są twardsi i to raczej oni odchodzą od kobiet a nie na odwrót. 

Ale jednak ta książka ma coś co ją wyróżnia: inteligentny humor i to w sporej dawce. Autorki „eksploatują” bohaterkę na wszelkie możliwe sposoby, ale Ona się nie poddaje. Spada jak kot na cztery łapy. Kibicujemy jej od samego początku, trzymamy kciuki by się jej udało. 

Jeśli poszukujecie książki z humorem, chcecie się odprężyć to ta książka jest dla was. 



piątek, 26 stycznia 2018

#466



Po książkę Niny Majewskiej – Brown pt.: „Anka. Inne oblicza szczęścia” sięgnęłam z ciekawości. Może dlatego, że zaintrygował mnie opis. A może dlatego by wreszcie się zmobilizować i sięgnąć po inną książkę tej Autorki, stojącą na mojej półce. 

Główną bohaterką jest czterdziestoletnia Anka. Ma męża, syna, stałą pracę. Na pierwszy rzut oka wszystko jest idealne i takie jakie powinno być. Ale… no właśnie. W pracy jest gnębiona przez wymagającą szefową, w domu syn zamiast pójść na studia czy też do pracy, gra non stop w gry, a mąż jest ale jakby go nie było, bo pochłania go własna firma. Poza tym, sama Anka ma dość swojego wyglądu. Za namową koleżanki, zakłada sobie konto na portalu randkowym. Chyba zaczyna szukać szczęścia poza domem. I tak poznaje mężczyznę, który pokaże jej, że istnieją inne oblicza szczęścia. 

Przyznam się szczerze, że główna bohaterka irytowała mnie bardzo, a co za tym idzie nie polubiłam jej. Ewidentnie nie ma swojego zdania, nie potrafi postawić na swoim ani o siebie zawalczyć. Daje się odczuć, że sama za sobą nie przepada. Mąż też mnie wkurzał. Chciał by wszystko było tak jak on tego chce, nie liczył się ze zdaniem żony, decyzje podejmował za nią. Między małżonkami brakowało komunikacji i stanowczości co do przyszłości syna, który też wcale nie był najlepszy. Leń totalny, wykorzystujący fakt bycia jedynakiem. Od rodziców oczekiwał wszystkiego od siebie nie dając nic. Dopiero gdy życie wywinęło mu numer, wziął się w garść. 

To dopiero pierwsza część. Sama nie wiem czy chcę poznać dalsze losy Anki. Ale pewnie będzie tak, że przeczytam z ciekawości by dowiedzieć się czy zmądrzała.