Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Archiwum Q. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Archiwum Q. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 października 2013

#266/15



Boga nie ma...

To znaczy jest ale gdzieś sobie poszedł i nie powiedział nikomu gdzie ani kiedy wróci. Jak to odszedł spytacie. A tak to. Był i znikł, nie ma Go. Ale jak to, kiedy? Tego też do końca nie wiadomo. Jedni twierdzą, że zaraz po stworzeniu Ziemi. Inni twierdzą, że stało się to całkiem niedawno. Nie ma jednak konkretnej odpowiedzi. Ej, a skąd ty tak właściwie to wiesz cwaniaczku? Mam swoje źródła. Pamiętacie proroków? Takie osoby specjalnie wybrane przez siłę wyższą, żeby przekazywać dalej słowo Boga. Myślę, że teraz też są tacy i robią swoje. A wiecie o tym, że Bóg właściwie nigdy nie przemawiał do ludzi bezpośrednio? To prawie zawsze były anioły przekazujące słowo Pańskie. I patrząc na to co się dzieje wydaje mi się, że Bóg odszedł niedawno. Ale mogę się mylić. Może to tylko aniołom skończyła się cierpliwość i zaczęły sypać. Chcecie konkretów?  Zaraz je dostaniecie.

Pamiętacie średniowiecze? To były czasy. Bóg był wszędzie. Każdy o nim wiedział. A jeśli jeszcze nie wiedział to przyszli tacy którzy mu o nim powiedzieli (w ten czy inny sposób). A wcześniej, starożytność? Tam to się dopiero działy cuda. I przez cały ten czas ludzie pisali o Bogu. Jaki to on dobry i miłosierny, jaki zły i mściwy. Wyobrażali go sobie, malowali, rzeźbili. Teraz też piszą. Ale coś się zmieniło.

Lata dziewięćdziesiąte to czas w którym coś zaczęło się dziać. On odszedł. Albo też aniołom skończyły się zapasy jego wiekuistej miłości do wszelkiego stworzenia. Opuszczeni przez Niego aniołowie zaczęli się łamać i szeptać ludziom złą nowinę. Na początku nieśmiało i tylko niewielu. Ale nadszedł czas w którym wieść rozniosła się z hukiem. Ten czas jest właśnie teraz.

Czy nie wydaje wam się, że ogólnie pojęci twórcy to trochę jak by prorocy? Pisarze, filmowcy, malarze. Oni wszyscy tak jak dawniej prorocy przekazują nam wiadomość. Jednak my oduczyliśmy się ją widzieć i jej słuchać. A wiadomość jest straszna. Boga nie ma. Kiedyś przedstawiano Go jako zawsze obecny byt przyglądający się swoim pociechom. Jednak teraz ten obraz się zmienił. Wystarczy złapać pierwsze z brzegu książki popularne traktujące o bogu, filmy, seriale. Nagle okazuje się, że wszędzie tam Go nie ma. Ale był. Tylko sobie poszedł. Jestem miłośnikiem literatury która porusza tematy boskie i anielskie w ten czy inny sposób i widzę, że trend jest jednoznaczny. Pomysłów na to jak odszedł jest wiele. Taki na przykład Piekara twierdzi, że od tak do końca nie odszedł a tylko wcielił się w jakiegoś człowieka i żyje między nami nie pamiętając kim jest. Kossakowska za to twierdzi, że zebrał swoich najbliższych aniołów i świętych i oficjalnie powędrował w nieznane miejsce. Jeszcze inni twierdzą, że odszedł nagle i niespodziewanie. Ale jedno się zgadza. Bóg odszedł. I nikt nie wie czemu. Choć odpowiedzi szukają. Jedna z teorii mówi o tym, że tak jak Bóg dał ludziom wolność tak samo w końcu postąpił z Aniołami a sam usunął się w cień. Może tutaj już skończył i zajął się innym projektem. Może stworzył świat takim jakim chciał i chodzi między nami jako człowiek. Może kiedyś poznamy na to pytanie odpowiedź. Choć patrząc w wymiarze boskim to mogą być nasze dalekie prawnuki. Albo prawnuki ich prawnuków.

Chciałbym być tym jedynym który to zauważył, powiązał fakty i znalazł odpowiedź ale obawiam się, że nawet z pomocą aniołów może to być trudne.

Chyba czas odświeżyć sobie Siewcę Wiatru. Chyba, że macie inne propozycje? 

czwartek, 15 sierpnia 2013

#261/13



Leonard Cohen. Pieśniarz, bard, poeta. Jeden z najwspanialszych głosów na świecie. Głębia tekstów piosenek w połączeniu z hipnotyzującym niskim głosem tego starszego pana daje w efekcie sztukę niesamowitą. Wszyscy znają Cohena pieśniarza, jednak niewielu wie, że jest on również pisarzem i poetą. W 1956 wydał swój pierwszy tom poezji Porównajmy mitologie którym po raz pierwszy w ogóle dał znać o sobie. Jego pierwsza powieść Ulubiona gra pojawiła się w 1963 roku a dopiero cztery lata później zadebiutował wokalnie płytą Songs of Leonard Cohen
Dziś, dzięki Domu Wydawniczemu Rebis mam przyjemność opowiedzieć wam o Księdze Tęsknoty. Dziesiątym w kolejności wydania tomie poezji Cohena. Pierwszy raz wydane w 2006 teraz w dodruku. Tom ten jest wyjątkowy z dwóch powodów. Po pierwsze jest to kontynuacja wydanej w 1984 roku Księgi Miłosierdzia będąca swoistym podsumowaniem jego życia. Po drugie Księga Tęsknoty jest pierwszym tomem w którym poza tekstami dołączone są również ilustracje wykonane przez autora.
Jako wzrokowiec, esteta i czepialski muszę na początku zwrócić uwagę na dwie  rzeczy. Samo wydanie książki jest bardzo dobre. Solidny papier, twarda oprawa i obwoluta. Jednak jest coś co mi się w polskim wydaniu wyjątkowo rzuciło w oczy. Zdjęcie Autora na okładce. W oryginalnym wydaniu Amerykańskim klimatyczne swoją drogą zdjęcie Cohena zajmuje ok 1/4 okładki dzięki czemu jego kiepska jakość nie razi w oczy. Niestety ktoś kto odpowiada za polskie wydanie nie miał chyba pomysłu na wypełniacze tekstowe okładki i żeby zapełnić dziurę rozciągnął zdjęcie na prawie całą stronę co niestety sprawia, że pierwsze co widać to jedna wielka pikselowa papka. Druga sprawa to tłumacz. Daniel Wyszogrodzki odpowiadający za tłumaczenie wszystkich tekstów jako tłumacz został w książce niemal całkowicie pominięty. Gdybym się nie skupił nad tematem to przeoczyłbym na powtórzonej ilustracji okładkowej w środku książki wzmiankę o tłumaczu. Jest to o tyle irytujące, że facet który naprawdę srogo napracował się nad tą książką został niemal całkiem pominięty a gość który jedyne co zrobił to zepsuł okładkę jest ładnie wymieniony bo zrobił „opracowanie graficzne okładki”. Nieładnie. 
Ale nie o tym przecież powinienem mówić, Leonard Cohen poeta. Księgi tęsknoty nie można właściwie całkiem nazwać tomem poezji. Jest to zbiór, wierszy, tekstów piosenek i luźnych tekstów które autor pisał na przestrzeni wielu lat. Dodatkowo wszystko to okraszone jest zbiorem odręcznych notatek i grafik które przede wszystkim przedstawiają karykatury jego samego. Co do treści to widać mocno wpływy miejsc w których przebywał przez długi czas. Jednym z najwyraźniejszych jest klasztor zen na Mound Baldy w którym Cohen przez kilka lat szukał kontaktu z B-giem (pisownia oryginalna) i oświecenia. Niestety co widać w tekstach nie udało mu się. Może to i lepiej bo jeszcze stracił by ten swój erotyczno nostalgiczny klimat tekstów.
A o czym On właściwie pisze? Pisze o życiu. O tęsknocie, szczęściu, miłości, poszukiwaniu i wszystkim tym co ulotne. Wszystkim tym co przez lata sprawiało, że stawał się tym tajemniczy starszym panem z niesamowitym głosem. Niektóre teksty zawierają się dosłownie w dwóch trzech zdaniach. Niektóre rozciągają się na dwie strony. Ale wszystkie mają w sobie to specyficzne Cohenowe coś. Czasem tylko trzeba wziąć poprawkę na dwie rzeczy. Cohen w wielu tekstach pisze o zażywaniu różnych substancji i momentami je czuć. Przy niektórych tekstach musiałem się zatrzymać i zacząć od początku zastanawiając się o co mu cholera chodzi.. On to chyba pisał na jakimś kwasie. A potem dostaję teksty które sprawiają, że zatrzymujesz się i myślisz sobie, tak to jest to. To jest ważne i głębokie. Z niektórymi tekstami jest też inny problem. A może to właściwie nie jest problem tylko zaleta. Kiedy słuchamy Cohena jedną z pierwszych rzeczy które rzucają się w oczy jest tempo. Spokojne, powolne. I tak też powinno się czytać jego teksty. Nie rzucać się na całość od razu a sięgać po nie raz na jakiś czas, żeby przeczytać je sobie powoli i spokojnie poświęcając się refleksji. Sam mam to do siebie, że jak zaczynam czytać to powoli się rozpędzam i mi to nie przeszkadza. Jeśli lektura jest wciągająca to ok. Przy Księdze Tęsknoty sam się stopowałem. Nie raz wracałem do jakiegoś tekstu, żeby przeczytać go jeszcze raz powoli wyobrażając sobie w głowie jego głos. Zdecydowanie przyjemniejsze podejście do jego twórczości. Czytanie Cohena na szybko uważam za jawną zbrodnię.
Księgę Tęsknoty polecam wszystkim. Każdy potrzebuje zatrzymać się na chwilę, wyciszyć i zastanowić nad sensem życia. Cohen przekazując nam swoje słowa sprawia, że taki przystanek staję się zdecydowanie przyjemniejszy.

piątek, 14 czerwca 2013

#254/10


Moje drogie Blogerki!

Duużo czas minęło od spotkania Śląskich Blogerek Książkowych na którym dzięki uprzejmości waszej i Wydawnictwa M stałem się posiadaczem książki Ciotki Anny Drzewieckiej. Trochę mi zeszło ale to wszystko wina kota. Zuza stwierdziła, że ma pierwszeństwo i przywłaszczyła sobie książkę. Ale ta w końcu trafiła do mnie i śpieszę z relacją.

Anna Drzewicka jako dorosła kobieta i autorka pozostaje dla mnie tajemnicą. Po trzech minutach intensywnego googlowania nie znalazłem nic konkretnego na jej temat. Jednak Anna Drzewiecka jako dziecko i młoda kobieta to już inna historia. Książka powstała jako zbiór wspomnień małej dziewczynki opowiadany już jako dorosła kobieta. Ciotki to w dużej części opowieść o dziewczynce dorastającej w dość sporej rodzinie z długą historią. A jest o czym opowiadać. Początek książki w przystępny sposób opowiada historię trzech pokoleń rodziny. Historie którą udało się uzbierać i zapamiętać autorce kiedy była jeszcze młodą i ciekawą świata dziewczyną. Gdy docieramy do opowieści o tytułowych Ciotkach zaczyna się robić jeszcze ciekawiej. Ciotek było osiem i to nie byle jakich. Każdą z nich poznajemy w osobnym rozdziale taką jaką widziała je autorka w swoich młodych latach. Opowieści te mogą wydawać się czasem infantylne ale o to częściowo autorce chodziło. O pokazanie świata jaki widziała wychowująca się w zupełnie jeszcze innym świecie. Ostatnia część książki to wspomnienia o przyjaźniach, zwierzętach i miejscach szczególnych dla jej serca.

Za Ciotki zabrałem się z dużą dawką rezerwy, bo w końcu to miało być babskie czytadło. No ale jako oficjalna blogerka nie mogę się wymigiwać takim argumentem. Sto pięćdziesiąt stron to dość niewiele i czytanie poszło szybko. Tym bardziej, że jest ona napisana przyjemnym językiem. Historia jest opowiedziana w taki sposób, że mimo iż nie jest to coś szczególnie odkrywczego to każdy z nas odnajdzie w niej trochę siebie. Siebie z przed lat. Młodego dzieciaka zafascynowanego światem. Autorka dzieli się z nami cząstką siebie i dzięki temu skłania do refleksji nad swoim dzieciństwem. Czytając tę książkę łatwo uciec do własnych wspomnień i to chyba jest najmocniejszą stroną tej opowieści.

Książkę polecam wszystkim (nie tylko Blogerkom). Myślę, że najlepiej wybrać ciepłe popołudnie, usiąść na balkonie, w ogródku czy ulubionym fotelu, przygotować kieliszek wina i udać się w przyjemną i odprężającą podróż do świata wspomnień autorki (a zapewne i swoich). Polecam też przygotować notes lub ołówek do zaznaczania bo myśli do zapamiętania w książce jest sporo.

Pozdrawiam,
Osobisty Mężczyzna. 

p.s.
Tu miało stać zdjęcie okładki ale kot usilnie twierdzi, że to jednak jej książka i niebedzie zdjęcia. 


niedziela, 17 marca 2013

#239/8




(Once Upon a Time...) Dawno, dawno temu a dokładnie w 2004 roku w głowach dwóch scenarzystów Edwarda Kitsisa i Adama Horowitza (odpowiedzialnych za takie hity jak Zagubieni czy Tron: Dziedzictwo) zrodził się niesamowity pomysł na serial opowiadający o podróżach między baśniowymi światami. Niestety, nie trafił on na podatny grunt i został schowany do szuflady, a twórcy zajęli się innymi sprawami. Po latach odkurzyli pomysł i z pomocą amerykańskiej stacji ABC w 2011 zrealizowali jedną ze swoich najbardziej szalonych wizji.

Pisałem niedawno, że twórcom coraz częściej brak pomysłów i sięgają po stare sprawdzone historie aby odrobinę je odświeżyć i zaprezentować w bardziej nowoczesnej formie. Czasem wychodzi to fatalnie, czasem nieźle, ale oryginalności w tym niewiele. Zdarzają się jednak wyjątki. Zazwyczaj jest tak, że scenarzysta bierze jakąś sprawdzoną baśń i przenosi ją w nowsze realia. Nie w tym przypadku. Przynajmniej nie do końca. Twórcy Dawno, dawno temu zerwali z tym szablonem i sięgnęli nie po jedną, nie po dwie a po niemal wszystkie baśniowe opowieści. I nie, nie przenieśli ich do naszych czasów. A właściwie to przenieśli, jednak nie tak jak wszystkim by się wydawało. Nie jest to luźna adaptacja zachowująca tytuł i wybrane motywy oryginału.

Pamiętacie Królewnę Śnieżkę? No jasne, że pamiętacie. To chyba najbardziej znana baśniowa postać. No i oczywiście jej konflikt ze Złą Królową w wyniku którego Królewna ucieka do lasu i zamieszkuje w towarzystwie krasnoludków. To wszystko pojawia się w serialu i to w prawdziwie baśniowym świecie. A co powiecie na to, że Śnieżka może mieć jako sojusznika Czerwonego Kapturka? I Wróżkę Chrzestną. I Gepetto. I Mulan. Twórcy tego serialu w przebłysku szaleństwa, połączyli ze sobą niesamowitą ilość baśniowych światów i postaci. A jak by komuś było mało to mniej baśniowe światy też się pojawiają. Nie chcę wam za wiele zdradzać ale wiedzcie, że on żyje! Żyje! Żeby jednak nie było, musi być do tego wszystkiego bardziej nowoczesne podejście. Jak się okazuje w pierwszym odcinku, historia jest prowadzona dwutorowo. Główna historia dzieje się w ustronnym miasteczku Storybrooke znajdującym się w naszym realnym, pozbawionym magii świecie. W świecie baśni zaś trafiamy w ramach retrospekcji.

Ale zaraz, zaraz zapytacie. Jak to świat realny i retrospekcje w świecie baśni? Dokładnie tak. Serial zaczyna się od sceny w której jedenastoletni Henry Mills puka do drzwi dwudziestoośmioletniej Emmy Swan. Chłopiec oznajmia, że jest jej oddanym do adopcji synem. Zaraz potem pokazuje jej swoją starą księgę baśni i próbuje przekazać, że mieszka w miasteczku w którym wszystkie postaci bajkowe zostały uwięzione przez klątwę Złej Królowej. Emma ma być - według niego, oczywiście - jedyną nadzieją dla wszystkich, aby zerwać klątwę ponieważ jak twierdzi jest ona zaginioną córką Królewny Śnieżki. W ten sposób trafia ona do Storybrooke. Pierwotnie aby oddać Henrego jego obecnej matce, jednak na miejscu postanawia zachować kontakt z chłopcem i pozostać w miasteczku na dłużej. W ten sposób rozpoczyna się ciąg wydarzeń który pokazuje jej, że miasteczko i jego mieszkańcy nie są tak do końca zwyczajni.

W każdym odcinku zobaczymy losy bohaterów dążących do rozwiązania tajemnicy miasteczka i zerwania klątwy. Poznajemy także historię postaci którymi mieszkańcy byli w czasach z przed klątwy. Dowiadujemy się jak doszło do powstania klątwy i jakie są powiązania między naprawdę godną podziwu kawalkadą postaci baśniowych. Główna historia toczy się wokół losów Królewny Śnieżki, Księcia Uroczego, Emmy, Henrego, Złej Królowej i moim zdaniem najlepszej postaci w całej serii Rumpelstiltskina. Serial jest wart obejrzenia chociażby tylko dla jego postaci. Ale jak zaczniecie oglądać to uwierzcie, że tak jak ja będziecie ciekawi w jaki sposób twórcy połączą losy poszczególnych baśniowych bohaterów. I kto się jeszcze pojawi. Twórcy zdają się nie znać ograniczeń a niektóre postaci jak i połączenia ich z główną historią bywają sporym zaskoczeniem. W serialu można znaleźć naprawdę wiele smaczków które są mocnym nawiązaniem do oryginalnych historii. Największą kopalnią odniesień jest antykwariat Pana Golda w którym można zobaczyć całą masę przedmiotów mogących zapowiadać kolejne postaci. Serial polecam gorąco a jeśli pierwszy sezon nie był dla was wystarczająco dobry to uwierzcie, że drugi przebija go we wszystkim.

wtorek, 22 stycznia 2013

232/6


-  Po krótkiej przerwie znowu wracam :) Żeby nie było, w tym czasie przeczytałem kilka książek. Kilka też zacząłem. Kto by się tam ograniczał do jednej.

            Wydana nakładem Znaku Na krawędzi: Moja opowieść Richarda Hammonda, a właściwie Richarda i Mindy Hammond to opowieść która mocno mnie zaskoczyła i poruszyła. Znając życiowe poczynania Hammonda (zwanego też Chomikiem ze względu na swój wzrost i często bujną czuprynę) spodziewałem się historii o kolejnych jego podbojach i przygodach. Pełnych adrenaliny wariactwach których finałem była przejażdżka jednym z najszybszych pojazdów lądowych na świecie. Pojazdem w którym przy prędkości ponad 400 km/h pękła opona doprowadzając do tragicznego wypadku z którego jakimś cudem uszedł żywy.

            Hammonda większość ludzi zna z bardzo specyficznych programów, motoryzacyjnego Top Gear oraz naukowego Brainiac. Książka którą dostałem do rąk dzięki Archer związana jest mocno z tym pierwszym, motoryzacyjnym. Na początku poznajemy szybką historię jego dzieciństwa, rodzącej się pasji do motoryzacji i adrenaliny. Dowiadujemy się jak wyglądała droga do sławy (czyli jak to się stało, że znalazł się w Top Gear). O jego najlepszej pracy na świecie w której może spełniać niemal wszystkie swoje chłopięce marzenia, szalone pomysły. Jak jego uzależnienie od adrenaliny znajduje swoje ujście. Aż w końcu trafiamy do głównego dania.

            20.9.2006 roku. To w tym dniu Hammond dostaje szansę zrobienia jednej z najbardziej szalonych rzeczy w programie oraz własnym życiu. Dostaje do testów jeden z najszybszych pojazdów lądowych. Konstrukcja którą tylko szaleńcy mogli wymyślić a jeszcze więksi szaleńcy odważą się do niej wejść. Pojazd który w zdecydowanej większości składa się z ogromnego silnika odrzutowego. Dobudowana kabina składająca się z klatki bezpieczeństwa, fotela, kierownicy i kilku przełączników wyzwalających moc bestii. Pojazd który w ciągu kilku sekund rozpędza się do prędkości 200 km/h.
            20.9.2006 17:30 i 33,08. Dokładnie w tym momencie Richard godzi się z tym, że właśnie w tej chwili poznał odpowiedź na pytanie jak umrze. 

            Znajdujemy się w około jednej trzeciej książki i właśnie tu, w chwili kiedy świadomość Richarda gaśnie, prowadzenie przejmuje osoba którą poza Chomikiem wypadek dotknął najbardziej. Mindy, żona Richarda i matka jego dwójki dzieci dostaje telefon o wypadku jej męża, że powinna jak najszybciej dotrzeć do szpitala. Poznajemy niesamowicie przejmującą historię kobiety której mąż i ukochany ojciec jej dwóch córek otarł się o śmierć. Historię walki o jego życie i zachowanie jego osobowości która mogła zostać zniszczona w wyniku uszkodzeń mózgu jakich doznał w wypadku. Opowieść Mindy jest niezwykle szczera i pokazuje nam co się dzieje z człowiekiem który przeżył tak straszne wydarzenia i co wtedy dzieje się z jego najbliższymi. Jak nierówna jest walka z chorobą i ciężki powrót do zdrowia i normalnego życia. Pobyt w szpitalach, ograniczone kontakty z córkami, długa rehabilitacja.

            Pod koniec do głosu wraca również Hammond który opisuje czas rehabilitacji swoimi oczami i opowieść prowadzona jest na dwa głosy co dodatkowo wzmacnia przedstawiany obraz i pokazuje niesamowitą więź jaka łączy tą parę.

            Książka napisana jest bardzo fajnym językiem i naprawdę mocno rozbudza emocje. Sam byłem naprawdę pod wielkim wrażeniem, ile uczuć i emocji może wywołać książka która w sumie miała być czytadłem od faceta dla facetów. Jak już do niej zasiadłem to ciężko było się oderwać. Ze spokojem serca mogę polecić ją właściwie każdemu. Od razu jednak ostrzegam tych z was którzy mają miękkie serca - przygotujcie sobie chusteczki na opowieść Mindy. Mogą wam się przydać a nie będziecie chcieli przerywać lektury.

niedziela, 16 grudnia 2012

#227/5




k2 37rhwejkflc09843iflksdjf 8ouj sd

Ekhem.. Troszkę mi się zakurzyła klawiatura od ostatniego razu. Wszystko przez Brylantowy Miecz Drewniany Miecz Nika Pierumowa. W trakcie czytania stała się rzecz straszna, dostałem więcej książek które bardzo chciałem przeczytać. To było złe bo Miecze z książki którą chcę przeczytać stały się książką którą przeczytać muszę... Jak się później okazało nie był to jedyny problem. Książkę kupiłem jako fajnie zapowiadające  się czytadło fantasy na jedno podejście. Nie udało się... Jak się okazuje Pierumow zrobił co najmniej siedem części (przełożonych na język angielski).

Nik Pierumow to jeden z najbardziej znanych fantastów Europy który zasłynął pisząc książki, których akcja działa się w Tolkienowskim Śródziemiu. Ma na swoim koncie kilka serii na potrzeby których stworzył swoje własne uniwersa. Jedną z nich są Kroniki Przełomu których pierwszy tom to wspomniany wcześniej Brylantowy Miecz Drewniany Miecz.

Autor ma talent do budowania niezwykłych i złożonych światów z bogatą historią oraz mnóstwem istot. W tym konkretnym trafiamy w sam środek intrygi mogącej całkowicie odmienić losy wszystkich ras. A jest ich tu sporo. Słyszymy o klasycznych elfach, spotykamy krasnoludy i ludzi oraz całą gamę wymyślonych przez Pierumowa istot takich jak leśni Danu czy wojowniczy i honorowi Tavi.

Trzon historii opiera się o cztery niezależne postaci które w, skutek niefortunnych kolei losu trafiają w sam środek wydarzeń powoli poznając szczegóły intrygi która doprowadzić ma do przełomu. Wszędzie panoszą się magowie siedmiu zakonów którzy mają władzę absolutną. Jest młody Imperator, marionetka w rękach magów który dość już ma bycia poniżanym przez magów. Spotykamy dziewczynę Danu która musi sobie radzić jako niewolnik w świecie zdominowanym przez ludzi. Poznajemy Fesa, niedoszłego adepta magii który ostatecznie stał się jednym z najlepszych członków Szarej Ligi. Trafiamy na Tavi która para się zakazaną dla większości magią. Pojawia się też postać Zamkniętego który z lochów obserwuje i popycha wydarzenia w odpowiednim kierunku. Każdy z nich ma mocno zarysowaną osobowość i bogatą historię która ostatecznie stawia bohatera na ścieżkach prowadzących do Przełomu. No może poza Zamkniętym o którym dowiadujemy się naprawdę niewiele. Ale też on najbardziej przypadł mi do gustu ze swoją tajemniczością i Mocą.

Każdy z bohaterów podąża swoją ścieżką niezależnie, nie wiedząc o istnieniu pozostałych a z ich przygód powoli dowiadujemy się jak wyglądała brutalna historia świata w którym ludzie w wieloletnich krwawych wojnach przejęli panowanie nad prawie całym światem tępiąc i niemal całkowicie wyniszczając pozostałe rasy. Poznajemy plan Imperatora jak z pomocą Szarej Ligii pozbyć się magów. Dowiadujemy się jak magowie chcą zdobyć władzę absolutną. Poznajemy też legendy o dwóch mieczach. Immelstron - drewniany miecz który rodzi się z wnętrza magicznego drzewa. Dragnir - brylantowy miecz wydobywany z najgłębszego dna krasnoludzkich kopalń. Według legend raz na sto lat miecze te pojawiają się na świecie pozwalając na odwrócenie jego losów. I właśnie teraz jest ten czas kiedy oba z nich się pojawiają.

Przez całą niemal książkę buduje i zawiązuje się akcja. Poznajemy bohaterów i świat, żeby dosłownie na ostatnich stronach, na ulicach stolicy Imperium zaczęła się walka mogąca zmienić wszystko. I właśnie wtedy opowieść się przerywa. Tak. Nie poznajemy rozwiązania. Książka ma 493 strony na może dziesięciu zaczyna się porządna akcja i koniec... Koniec pierwszego tomu. I wszystko było by ok gdyby nie fakt, że kolejny tom w Polsce nie ma jeszcze nawet zapowiedzi... A tomów jest co najmniej siedem... To straszne bo mimo niezbyt wartkiej akcji książka niesamowicie wciąga a do bohaterów naprawdę można się przywiązać. I co do cholery jasnej robią te miecze?! Chyba najwyższy czas zacząć czytać książki w języku angielskim bo ta ciekawość mnie zeżre. Jeśli lubicie historie zamknięte to w najbliższym czasie nie jest to pozycja dla was. No chyba, że znacie języki. 

sobota, 24 listopada 2012

niedziela, 18 listopada 2012

#223/3




Steve Jobs to niezaprzeczalnie jedna z największych ikon popkultury, legenda marketingu i niezwykły wizjoner. Przez lata przekonywał ludzi, że można zrobić więcej i lepiej niż ktokolwiek mógł by przypuszczać. Stojąc za sterami firmy Apple osiągnął w biznesie niemal wszystko. Historia jego życia dla wielu jest ciekawym tematem i wiele też powstało książek firmowanych jego nazwiskiem. Niestety, zdecydowana większość z Jobsem związku ma tyle, że na okładce zostało użyte jego nazwisko w celu podniesienia sprzedaży losowego gniota z dziedziny marketingu czy IT. Osobiście przeczytałem lub chociaż przejrzałem wiele z nich i z czystym sercem mogę polecić tylko dwie. iCon. Steve Jobs: najbardziej niezwykły akt drugi w historii biznesu oraz Steve Jobs by Walter Isaacson to pozycje z których każdy (nie tylko fan Apple) powinien przeczytać chociaż jedną.

iCon to książka prawie legenda. Nieautoryzowana biografia obejmująca okres od młodości do wyrzucenia Go z własnej firmy a potem wielkiego powrotu do Apple. Zawierała wiele wypowiedzi ludzi związanych z Jobsem i jego pracowników. Ukazany został obraz niezwykle inteligentnego wizjonera twardego negocjatora i niezwykłego tyrana. Obraz przedstawiał Jobsa jako osobę równie dobrą jak złą co wyjątkowo mu się nie spodobało. Zapałał tak wielką nienawiścią do tej książki, że w pewnym momencie została ona absolutnie zakazana w kreowanym przez niego świecie Apple. Żaden oficjalny sprzedawca nie mógł posiadać tego tytułu w swojej ofercie. Krążą legendy, że gdzieś w Europie jedna z sieci sprzedawała iCon co tak rozgniewało Jobsa, że skazał firmę na banicję i całkowicie odciął ją od dostaw sprzętu a to finalnie doprowadziło do ich upadku.

Steve Jobs by Walter Isaacson to już inna historia. Pod koniec swojego życia Jobs męczony chorobą starał się doprowadzić do stanu w którym jego największe osiągnięcie, firma Apple mogła działać w pełni sprawnie bez niego. W tym samym czasie stwierdził, że nadszedł czas pozostawić po sobie coś jeszcze. Wybrał Waltera Isaacsona na swojego niemalże spowiednika. Był to pierwszy raz kiedy Jobs dał komukolwiek z zewnątrz możliwość opisania jego życia i co jeszcze ciekawsze autor dostał wolną rękę w tym jak przedstawi jego osobę. Steve w żaden sposób nie chciał nawet ingerować w proces twórczy. Choć jak opisuje sam Isaacson często musiał wyciągać z niego informacje prawie na siłę lub długo negocjując.

Jobs był osobą która miała niesamowity talent w dobieraniu odpowiednich słów do sytuacji. Zmysł marketingowy którego zazdroszczą mu niemal wszyscy. Potrafił wytwarzać wokół siebie swego rodzaju bańkę po wejściu do której nie dało się już wyjść. Każdy zatapiał się w wizji Steva.

W tym miejscu miałem napisać kilka słów o jego życiu ale to jest niewykonalne. Po trzech próbach napisania skrótu musiałem zaczynać od nowa bo rozrastał się niesamowicie. Jobs to człowiek o którym nie da się powiedzieć w krótkiej notce na blogu. Dlatego polecam wszystkim przeczytanie jednej z wymienionych wyżej książek. Na zachętę przytoczę więc tekst który Jobs napisał do pierwszej reklamy Apple po swoim powrocie do firmy w 1996 roku.

„Oto ludzie szaleni. Niedopasowani. Buntownicy. Twórcy kłopotów. Okrągłe kołki w kwadratowych dziurach. Ci, którzy widzą rzeczy inaczej. Nie lubią zasad. I nie mają respektu dla obecnego stanu rzeczy. Możesz ich chwalić, nie zgadzać się z nimi, cytować ich, nie wierzyć im, wychwalać, albo oczerniać ich. Jedyną rzeczą, której nie możesz zrobić to ignorować ich. Ponieważ oni zmieniają rzeczy. Wynajdują. Wymyślają. Leczą. Odkrywają. Tworzą. Inspirują. Pchają rasę ludzką do przodu. Może oni muszą być szaleni. Jak inaczej mógłbyś wpatrywać się w puste płótno i widzieć dzieło sztuki? Albo siedzieć w ciszy i słyszeć piosenkę, która nigdy nie została napisana? Albo spoglądać na czerwoną planetę i widzieć 'laboratorium na kołach'? Podczas gdy niektórzy widzą ich jako szalonych, my widzimy geniuszy. Ponieważ ludzie którzy są wystarczająco szaleni aby myśleć, że są w stanie zmienić świat, są tymi, którzy to robią.”

wtorek, 30 października 2012

#221/2


Osobisty Mężczyzna wita ponownie. Dziś mam dla Was coś bliższego Waszym sercom - Literaturę! Andrzej Pilipiuk jest obecnie jednym z najpłodniejszych Polskich autorów. Jak sam zwykł mówić pisanie jednej książki na rok jest zwykłym lenistwem (szczególnie mówi tak kiedy przypomni sobie o hipotece ;) ). Przy okazji jednego z ostatnich spotkań autorskich, wspomniał o możliwej kontynuacji przygód kuzynek Kruszewskich o których wam teraz opowiem. Tryb recenzencki włącz.

Trójksiąg Kuzynki, Księżniczka, Dziedziczki to opowieść przygodowa z lekkim zabarwieniem fantasy. Poznajemy tu Katarzynę Kruszewską która jako genialny informatyk z sukcesem odnajduje się w strukturach CBŚ. Pewnego dnia decyduje się poznać historię jednej ze ze swoich krewnych o której krążą rodzinne legendy. Ciekawie staje się kiedy odkrywa, że Stanisława Kruszewska urodzona kilka pokoleń wcześniej wciąż żyje i ma się całkiem nieźle. Odległa kuzynka okazuje się pracować jako nauczycielka w prywatnym, żeńskim liceum w Krakowie.

Po spotkaniu głównych bohaterek ruszamy w niezwykłą i tajemniczą podroż po pięknie opisanym Krakowie. Poznajemy niezwykłe istoty, sekrety miasta i spiski istniejące od wieków. Poznajemy tajemnicę tynktury, substancji odkrytej przez Sędziwoja z Sanoka wybitnego alchemika urodzonego na przełomie XVI/XVII wieku. Jego uczennica Stanisława wraz ze swoją odnalezioną krewną poszukują go aby uzupełnić zapas tynktury, swoistego eliksiru długowieczności podczas powstawania którego efektem ubocznym jest spora ilość złota. W między czasie wpadają na młodziutką wampirzycę Monikę Stiepankowić, młodziutką przynajmniej z wyglądu bo w rzeczywistości jest ona księżniczką urodzoną w 886 roku.

Przez wszystkie trzy tomy Pilipiuk prowadzi nas lekko, niezwykle łatwo wplatając w opowieść mnóstwo historycznych ciekawostek. Dzięki opisom dawnych dziejów i przedmiotów czy receptur możemy poczuć jeszcze większą bliskość z wiekowymi postaciami. Znajomość miasta jak i jego historii pozwala autorowi przedstawić nam naprawdę świetny obraz uliczek i zakątków które jak żywe pojawiają się przed oczami czytającego. Lekkie pióro autora sprawia, że wprawny bibliofil przebrnie przez każdy tom dosłownie w jeden wieczór. Nie jest to szczególnie wymagająca historia. Dzięki dużej wiedzy autora, precyzji szczegółów oraz elementów tła, mamy wrażenie jak byśmy oglądali film a nie czytali książki. Osobiście przez cały czas miałem obrazy z powieści przed oczami i nawet nie zauważyłem kiedy przebrnąłem przez poszczególne tomy.

Mam nadzieję, że zgodnie z obietnicą autora w przyszłym roku dostaniemy kolejne przygody Kuzynek. Ich niezwykła opowieść, klimat tajemnicy i przywiązanie do przeszłości jest czymś co spokojnie mogę polecić wszystkim czytelnikom - nawet zatwardziałym przeciwnikom fantastyki.

W osobistej skali oceniam to na 8,5/10. Pół punktu daję za smakowite kąski w których Autor puszcza oko do czytelnika stosując auto ironię (Stanisława krytykuje książkę o przygodach Jakuba Wędrowycza) a także luźne nawiązania do innych polskich autorów Fantasty.