Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytam z legimi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytam z legimi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 grudnia 2021

#592 - Śnieg otulił cię bielą

 




Jak bardzo ważne jest pierwsze zdanie książki? Niektórzy twierdzą, że najważniejsze, bo ono właśnie rozpoczyna całą historię. Wiem, że Katarzyna Misiołek nie tworzy przesłodzonych historii. Wręcz przeciwnie, jej książki są bolesne, jeśli wiecie co mam na myśli. A jeśli nie wiecie, to już wam tłumaczę. Jej opowiadane historie są do bólu prawdziwe, takie jak nasze życie. Jak dobrze wiemy, życie nie zawsze jest kolorowe i smakujące watą cukrową. Czasem jest mrocznie, szaro i zdecydowanie gorzko. Kiedy sięgnęłam po najnowszą książkę Kasi „Śnieg otulił Cię bielą”, to lukru nie oczekiwałam. Ale… już na samym początku solidnie oberwałam obuchem w łeb. Myślałam, że to kryminał, ale zerknęłam ponownie na okładkę i tytuł, które sugerowały opowieść zimową, chociaż trochę początek zalatywał sensacją. Kiedy czytelnik wyrusza w literacką podróż śladami bohaterów, to tytuł nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Po piętnastu latach od śmierci swojej siostry Eweliny Martyna przez zupełny przypadek poznaje prawdę dotyczącą tego wydarzenia. Przez całe życie rodzice ją okłamywali. Prawda była zdecydowanie inna. Ewelina została zamordowana, natomiast sprawca nigdy nie odnaleziony. Miejsce zbrodni otulił śnieg więc wszystkie ślady zniknęły. Martyna wraca do swojego dawnego domu w Bieszczadach, chce sama odnaleźć mordercę siostry. Nie wie, że oprócz mordercy odnajdzie miłość. 

Nigdy nie oceniaj książki po okładce, ani się nią nie sugeruj. Bo na pierwszy rzut oka na okładkę tej książki, oczekujemy świąteczno–zimowej opowieści. Dodatkowo para sugeruje romans, więc na bank coś lekkiego. Ale jak już wam wspominałam, historia wali obuchem już na samym początku. Dalej jest tak samo. Czytelnik nie może się do niej oderwać i razem z Martyną próbuje rozwiązać zagadkę śmierci Eweliny. Autorka zgrabnie myli tropy i wodzi nas za nos. Kiedy już myślimy, że poznaliśmy zabójcę, jest „myk” i wiemy, że to ślepy zaułek. Ogromnym plusem tej powieści jest to, że jej akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych. Teraźniejszą historię opowiada Martyna. Natomiast przeszłość przedstawia nam to wszystko co działo się w roku, w którym doszło do tragedii. Dzięki temu, poznajemy Ewelinę, jej strach przed przyszłością, fascynacje starszym chłopakiem czy też ostre spięcia z rodzicami. Oprócz tego, sami staramy się dowiedzieć kto zabił i dlaczego. Mamy wielu podejrzanych, bo tak naprawdę mordercą mógł być każdy. A kiedy tajemnica zostaje odkryta, nie potrafimy w to uwierzyć. Chociaż muszę przyznać, że w pewnym momencie puzzle zaczęły układać się w klarowny obraz, ale i tak do końca nie byłam pewna, czy to dobry układ. 

Kochani, ta książka was porwie od pierwszych zdań. Nie odłożycie jej dopóki nie poznacie prawdy. Będziecie wspierać Martynę w poszukiwaniach i odkryciu prawdy. Będziecie starać się zrozumieć zachowanie mordercy i powód dlaczego stało się to co się stało. A przede wszystkim będzie wam smutno z powodu śmierci Eweliny. Zostanie wam pod skórą.

Polecam bez mrugnięcia okiem i z pewnością sięgnę po inne książki Kasi. I nie tylko po te obyczajowe, ale także te pisane pod pseudonimem. 

piątek, 4 czerwca 2021

#578 - Zimne nóżki nieboszczyka




Lubię wpadać w ciąg czytelniczy. To znaczy, lubię czytać całą serię po kolei. Dlaczego? Bo wtedy nie zapominam co było we wcześniejszych częściach. Chociaż zdarzają się takie serie, których nie trzeba czytać po kolei i można je czytać wybiórczo. Jednak, jeśli mam na półce powiedzmy czwartą część, to raczej chcę przeczytać wcześniejsze by poznać lepiej bohaterów i ich perypetie życiowe. „Zimne nóżki nieboszczyka” Agnieszki Pruskiej to trzecia część serii o dwóch gdańskich nauczycielkach. 

Tym razem Julia i Alicja wyjeżdżają na ferie zimowe do Chojnic. Znając ich charaktery wiem, że będąc na tych feriach natrafią na trupa. I co? Oczywiście tak się dzieje. Chociaż w sumie mogę śmiało stwierdzić, że znajdują dwa. Nie wiem jak one to robią, chyba mają jakiś magnes. Tym razem znajdują trupa zaginionego fotografa oraz trupa kobiety. Standardowo rozpoczynają śledztwo na własną rękę. Szukają powiązań, dokopują się do tajemnic. Oczywiście policja nie jest zachwycona faktem, że dwie nauczycielki trochę im przeszkadzają w śledztwie. Ale one są uparte i koniecznie chcą wiedzieć kto za tym wszystkim stoi.

Jak to w przypadku wcześniejszych części było zabawnie. Podziwiam Julię i Alicję, że mają odwagę same rozwiązywać detektywistyczne zagadki. Ja bym się bała, że mogę narazić się mordercy i sam może mnie dopaść. Ale one twierdzą, że skoro są razem to nic im nie grozi. Zdecydowanie współczuję partnerom naszych bohaterek, bo za żadne skarby świata nie są wstanie powstrzymać detektywistycznych zapędów Julii i Alicji. Chociaż, w sumie trochę je rozumiem, bo ileż można jeździć na nartach biegowych czy też spędzać czas w hotelowym barze. Z czasem wszystko się nudzi. 

Polecam

piątek, 21 maja 2021

#577 - Wakacje z trupami

 




Nie zaprzeczę, że wpadłam w ciąg czytelniczy. I powiem Wam, że bardzo mi się on podoba. Dlaczego? Bo czytam komedie kryminalne, które u mnie ostatnio królują. I zupełnie mi to nie przeszkadza i nie mam póki co zamiaru na zmianę repertuaru literackiego. Bo bawię się świetnie rozwiązując zagadki kryminalne. A dodatkowo lubię główne bohaterki, więc ciężko mi się z nimi rozstawać. 

Tak, właśnie zakończyłam podróż do Fromborka i okolic. To tam na urlop udały się Julia i Alicja, czyli bohaterki książki „Wakacje z trupami”. Jadą w tamte okolice, gdyż dowiedziały się, że grasuje tam duch. A na miejscu okazuje się, że oprócz ducha po okolicy krąży jeszcze włamywacz. Ale to nie koniec atrakcji. Dziewczyny podczas jednego z pierwszych spacerów natrafiają na zwłoki.. Bo one nie potrafią pojechać na wakacje bez spotkania na swojej drodze nieboszczyka. Na własną rękę próbują oczywiście dowiedzieć się kto to i dlaczego go zamordowali. Bo na śmierć naturalną to na bank nie wyglądało. A żeby było jeszcze zabawniej to przez zupełny przypadek (chociaż patrząc na Julię i Alicję, to o przypadkach mowy być nie może) znajdują kolejne zwłoki. 

Powiem Wam, że pomysły na śledztwo nasze ulubione nauczycielki z Gdańska miały… hmm… intrygujące. Nie wiem czy mnie osobiście, chciałoby się polować na włamywacza siedząc pod zepsutym ciągnikiem, podczas deszczu. I zastanawiać się kiedy i z której strony oberwę. Albo łazić po terenie opuszczonego ośrodka i teoretycznie zbierać grzyby, a właściwie to włamywać się do budynków i natrafiać na kolejne zwłoki. Nie, ja to chyba jestem jednak miłośniczką spokojnych wakacji bez takich niespodzianek. Ale dziewczyny chyba jednak wolą spędzać czas bardziej aktywnie i na własną rękę śledzić ducha, włamywacza a na końcu mordercę. Bo bez detektywistycznych atrakcji to nie wakacje. 

Jeśli szukacie lekkiego kryminału to tę część także polecam bez mrugnięcia okiem. 

Wakacje były, to teraz czas na zimowisko, czyli trzecią część przygód naszych dzielnych nauczycielek.

czwartek, 11 lutego 2021

#567 - To tylko przyjaciel




Znacie mnie już jakiś czas, więc wiecie, że sceptycznie podchodzę do książek, o których mówią „Wszyscy” na około (oczywiście w samych superlatywach), bo z czasem się okazuje, że te zachwyty są na wyrost, jeśli o mnie chodzi. Przecież nie wszystkim musi podobać się to samo. Po książkę „Tylko przyjaciel” Abby Jimenez sięgnęłam z czystej ciekawości. Albo raczej skusił mnie cytat: „Ta powieść stanie się hitem nadchodzącego lata”. I wiecie co? Tak właśnie jest. Ta książka rzeczywiście jest świetna. 

Josh po nieudanym związku, przeprowadza się do nowego miejsca. Niestety ma pecha i już pierwszego dnia wjeżdża w tył stojącego przed nim samochodu, którego kierowcą jest Kristen. Jakiś czas później ich drogi snów się krzyżują. Kristen jest przyjaciółką, narzeczonej najlepszego przyjaciela Josha, Brandona. Między głównymi bohaterami iskrzy, i to bardzo. Jednak gdy przychodzi co do czego, to Kristen stawia na układ „friends with benefits”. Ale czy to dobry pomysł? Bo co się stanie, jeśli dla każdego z nich to zdecydowanie za mało?

O mamo!!! Jaka to była cudna, ciepła, romantyczna i podnosząca na duchu powieść!!! Było nawet kilka momentów, przy których się wzruszyłam. Tak więc bez chusteczek to się nie obejdzie. Nie, i koniec – chusteczki obowiązkowe!Zastanawiam się w czym tkwi urok tej książki, która serio okazała się hitem wakacji. I dochodzę do wniosku, że:
Po 1: dialogi – są urocze, to dogryzanie sobie głównych bohaterów sprawia, że czytelnik cały czas się uśmiecha, bo bez problemu może odszukać w tych bohaterach siebie. 
Po 2: bohaterowie – są z krwi i kości, są tacy jak my z wadami i zaletami, a patrząc na Josha to też są waleczni (ale nie powiem wam dlaczego on taki był, musicie o tym przeczytać sami)
Po 3: sama historia – przyjaźń między kobietą i mężczyzną. 
Po 4: autorka w tej powieści poruszyła temat choroby i śmierci, nie powiem więcej co i jak ale to także nadaje smaczku tej historii. Chociaż kiedy ją poznacie, możecie mnie zapytać: tobie to już chyba serio odbiło!!!?

Tak, to hit lata. To książka, którą pochłania się jak ulubione ciasto. Rozkoszując się jej historią. Wkurzamy się na decyzje i wybory Kristen, nie zawsze się z nią zgadzając. No i trzymamy kciuki za powiedzenie się planu Josha. 

Jeśli poszukujecie historii lekkiej, ale nie przesłodzonej, to ta książka nada się do tego idealnie. Polecam, polecam, po stokroć polecam. I pamiętajcie o chusteczkach. 

niedziela, 8 listopada 2020

#560 - Co powiesz na spotkanie?

 



Kiedy wokół dzieje się to, co się dzieje. Kiedy zamiast czytać, gapię się w telewizor, wiem, że jest źle. Bo ja przecież kocham literki. Jak już wspominałam we wcześniejszym tekście, miłość trwa nieustannie. A ja ich łaknę jak kania dżdżu. I dlatego zaczęłam ostatnio przeglądać nowości Legimi, by wybrać coś co sprawi, że zapomnę o świecie wokół i skupię się na opowiadanej historii. Niestety jestem dość wybredną czytelniczką. Gdy jakaś książka nie wciągnie mnie po pięćdziesięciu stronach, to wiecie o tym dobrze, że mówię jej „Żegnam, nie jesteś warta mojego czasu!” 

Z ogromną ciekawością sięgnęłam po książkę z serii „Mała czarna”, którą wydaje Wydawnictwo Albatros. „Co powiesz na spotkanie?” Rachel Winters, odpaliłam na czytniku, bo nagłówek „Zwariowana komedia romantyczna” sprawił, że tego właśnie zapragnęłam. Bo nie wiem czy wiecie, ale ja kocham komedie romantyczne.

Evie pracuje jako asystentka agenta talentów telewizyjnych i filmowych. Pod skrzydła ich agencji trafia Ezra Chester. Młody scenarzysta, który ma już na swoim koncie koncie Oskara. Jego zadaniem jest napisać scenariusz komedii romantycznej. Niestety jest mały problem: Ezra wierzy, że w dzisiejszym świecie ludzie nie lubią się wzruszać. I wcale nie ma zamiaru tworzyć komedii romantycznej. W pewnym sensie Evie wymusza na nim napisanie tego scenariusza, chociażby miała odgrywać wiele kultowych scen, w nieskończoność. Z pomocą swoich przyjaciół, Bena i Anette – poznanych w kawiarni, dziewczyna zrobi naprawdę wszystko by poznać mężczyznę, tak jak to robią bohaterki komedii romantycznych?. A czy to się jej uda? Musicie przekonać się sami.

Och, jak ja się cudownie bawiłam podczas czytania tej historii. Serio, dzięki niej odcięłam się całkowicie od tego co działo się wokół i skupiłam tylko na bohaterach książki.

„Co powiesz na spotkanie?” to ciepła, wzruszająca i zabawna komedia romantyczna. Taka, którą nie mogłam odłożyć na bok, bo chciałam wiedzieć co dalej. Chociaż po północy mój rozsądek wziął górę i powiedział: idź spać, skończysz jutro. Posłuchałam. Ta książka idealnie nadaje się na scenariusz filmowy i powiem wam, że aż zapragnęłam obejrzeć filmy o których wspominała Evie. No i odgrywała sceny z najbardziej znanych i rozpoznawalnych komedii romantycznych.

Jeśli poszukujecie książki, którą wciąga się jak makaron spaghetti na obiad, to ta książka taka właśnie jest. To nie tylko książka o tym, że nie wszyscy wierzą w filmową miłość. To także książka o tym, że kiedy ktoś zdeptuje naszą samoocenę, nie powinniśmy się całkowicie poddawać tylko walczyć. Nie możemy być tchórzami i czasem bardziej uwierzyć w swoje możliwości.

Polecam i to tak bardzo!!!

sobota, 11 lipca 2020

#552 - Miłość z widokiem na morze



Od razu się wam do czegoś przyznam: osobiście nie przepadam za opowiadaniami. Z kilku powodów: 
Po pierwsze: za krótkie – wciągnę się w historię a tu bach koniec, więcej nie będzie. 
Po drugie: Nie potrafię się do końca zżyć z bohaterami. Bo nie oszukujmy się, każdy czytelnik w jakimś tam sposób, zżywa się w bohaterami, kocha ich lub nienawidzi. A podczas czytania opowiadania się po prostu nie da. Nawet do końca ich lepiej nie poznajemy. 
Po trzecie: no za krótkie i już.

Ale… gdyż przecież zawsze musi być jakieś ale, bez tego jak wiemy ani rusz. Od czasu do czasu zdarza mi się po takie opowiadania sięgnąć. W szczególności jeśli autorami opowiadań są moi ukochani autorzy. A przy zbiorze „Miłość z widokiem na morze” tak właśnie jest. 

Ogromnym atutem zbioru jest zapewne to, że akcja dzieje się nad morzem. Mamy Sopot, Hel, mój ukochany Gdańsk Brzeźno. Zatapiając się w świat opowiadanych historii, czytelnik może poczuć ciepły piasek pod stopami, lekką bryzę a nawet usłyszeć krzyk mew. 

Nie wszystkie opowiadania są z gatunku romantycznych czytaj przesłodzonych. Trafiło się także jedno z nutką kryminalną, którego akcja dzieje się w moim miejscu na ziemi czyli Brzeźnie. I to w miejscu, które mijam za każdym razem w drodze na plażę, kiedy jestem na wakacjach - gdyż od kilku lat mieszkamy zupełnie niedaleko wspomnianej w opowiadaniu biblioteki. I wiecie co? Czytać takie opowiadanie to jak wrócić na stare śmieci. 

Jeśli szukacie lekkiej, wakacyjnej lektury z naszym pięknym morzem w tle, to zbiór opowiadań „Miłość z widokiem na morze” nadaje się do tego idealnie. Polecam!!!


niedziela, 5 lipca 2020

#550 - Smak nadziei. Słodkie Magnolie



Po książkę „Słodkie Magnolie. Smak nadziei” Sherryl Woods sięgnęłam gdyż Netflix zrobił serial pod tym samym tytułem. A ja mam tak (i zapewne) wiele z was, że najpierw czytam książkę a dopiero potem sięgam po ekranizację. Wiadomo, żeby porównać. 

Pewnego dnia Maddie dowiaduje się, że jej dwudziestoletnie małżeństwo się skończyło. Mąż znalazł sobie młodszą kochankę, która spodziewa się jego dziecka. Kobieta zostaje sama z trójką dzieci, bez jakiegokolwiek wsparcia finansowego. Przez dwadzieścia lat była żoną, która pomagała mężowi w karierze, porzucając jednocześnie swoją. Na szczęście Maddie może liczyć na swoje przyjaciółki, które nie zostawią jej w potrzebie. Dzięki nim zyskuje pracę. A oprócz tego na jej drodze staje pewien przystojny trener baseballu. 

Muszę powiedzieć, że przy opisywanej historii spędziłam dwa przyjemne dni. Autorce udało się stworzyć bohaterów, których lubimy od samego początku i którym kibicujemy do końca. Przyznam się szczerze, że trzymałam kciuki za Maddie i chciałam by w końcu była szczęśliwa. W szczególności po tym jak potraktował ją mąż. 

W książce poruszono dwa ważne tematy: podwójnej moralności oraz gdy partnerka jest starsza od partnera. W pierwszym przypadku, kiedy kobieta spotyka się z młodszym mężczyzną jest bardziej wytykana i szykanowana, aniżeli mężczyzna, który zdradził żonę z młodszą kobietą. To w szczególności można dostrzec w małych społecznościach. A takie właśnie jest Serenity, gdzie każdy zna każdego a plotki roznoszą się lotem błyskawicy. Mieszkańcy przymknęli oko na romans Billy’ego z Noreen, ale potępiali związek Maddie z młodszym od niej o dziesięć lat Calem. 

Teraz kiedy skończyłam książkę, mogę z czystym sumieniem zabrać się za serial. Jestem bardzo ciekawa jak bardzo będzie odbiegał od historii opowiedzianej w książce. 

Jeśli poszukujecie lekkiej książki na wakacje to książka Sherryl Woods nadaje się do tego idealnie. 


czwartek, 14 maja 2020

#542 - Układ idealny



Powieść obyczajową z nutką kryminału lubię bardzo. Kryminał bowiem, przełamuje słodycz romansu. Dlatego bez zastanowienia sięgnęłam po kontynuację książki „Niebezpieczna gra”, gdzie główną bohaterką była Weronika Kardasz, czyli „Układ idealny”. Gdy tylko książka pojawiła się na legimi, wrzuciłam ją na półkę, zasiadłam na krótkiej kanapie i zaczęłam czytać. 

Weronika Kardasz została zastępcą szefa ABW. Nową sprawą którą się zajmuje to gang motocyklowy i przemyt ludzi. Jednak ze względu na to, że związała się z celebrytą, sama nie może wziąć w akcji osobistego udziału. Dlatego do wyjazdu na akcję do Przemyśla, namawia swojego kolegę, policjanta Łukasza. Jego zadaniem jest wtopienie się w gangsterski światek w Przemyślu, by rozbić szajkę. Wszystko idzie dobrze do czasu, gdy na drodze Łuaksza staje Ewa, córka szefa. Jak potoczą się losy bohaterów? O tym musicie doczytać sami. A powiem, że było ciekawie. 

Tym razem głównymi bohaterami nie był duet Weronika i Przemek. Tym razem główne skrzypce gra Łukasz vel Loki, którego zadaniem jest infiltracja gangu motocyklowego Braci Peruna. Muszę przyznać, że brakowało mi duetu z pierwszej części, ale Loki i Bambi w sumie też dali radę. 

W „Układzie idealnym” jest dużo ryku silników motocyklowych. Jest także zakazana miłość, bo przecież serce nie sługa i Loki zakochuje się w córce szefa gangu. Jest też broń, wybuchy, podróż na Ukrainę, a na końcu porwanie. Porwanie, które zaostrzyło tylko mój apetyt na kolejną część. Tak nie można droga autorko. 

Podobnie jak przy udanym debiucie, od tej książki nie można się oderwać. Trzymamy kciuki za Łukasza, by jego przykrywka nie została spalona. Miłości też kibicujemy, chociaż dobrze wiemy, że jak tylko prawda wyjdzie na jaw… to będzie gorąco. 

Polecam, ale obowiązkowo musicie zacząć od pierwszej części. Teraz z niecierpliwością oczekuję finału tej historii. Jestem ogromnie ciekawa co też autorka wykombinuje. 

niedziela, 10 maja 2020

#541 - Niebezpieczna gra



Lubię historie, które w czytelniku wzbudzają emocje. Historie, które gdyby ktoś się uparł mogłyby się wydarzyć. Historie, które wciągają od pierwszych stron i za szybko się kończą. Taką książką była „Niebezpieczna gra” Emilii Wituszyńskiej. Kręciłam się wokół niej od dłuższego czasu. Przyciągała okładka i opis. W końcu pewnego dnia postanowiłam poznać bohaterów.

Weronika jest policjantką. W dramatycznej akcji traci swojego partnera, który był także jej najbliższym przyjacielem. Wyrzuty sumienia które ją dopadły po śmierci Michała, sprawiły, że dziewczyna stoczyła się po równi pochyłej. Zaczęła ostro pić. Jednak jej szef nie pozwolił jej tak do końca się upodlić. Otóż, jedynym świadkiem morderstwa premiera, był Przemysław Rej – znany aktor. Niestety nie pamiętał tego co się wydarzyło feralnej nocy. Gdzieś tam podświadomie czuł, że groziło mu niebezpieczeństwo. Szef Weroniki, chcąc ją przywrócić do służby, dał jej za zadanie ochronę aktora. Niechęć tych dwojga biła czytelnika mocno po oczach. Czy będą zdolni do tego by się dogadać? A może jak to mówią, od nienawiści do miłości krótka droga? I dlaczego zostają wplątani w niebezpieczną grę, w którą zamieszane jest ABW?

Tytuł, podobnie jak ciemniejsza okładka mogą sugerować, że czytelnik otrzymuje kryminał. Owszem trochę dreszczyku jest, jednak autorka bardziej skupiła się na wątku miłosnym. A walka z przestępcami to takie całkiem przyjemne tło dla opowiadanej historii. 

To bardzo udany debiut (zauważyłam, że ostatnio co rusz trafiam na dobre debiuty). Tempo utrzymane jest od samego początku. Czytelnik chce poznać losy bohaterów i dowiedzieć się czy początkowa antypatia pomiędzy nimi będzie trwała cały czas. 

Nie jest to wymagająca książka, myślę, że raczej idealna na jeden wieczór. Bo czytelnik nie odłoży jej nawet na chwilę, tylko z zapartym tchem będzie chciał wiedzieć co dalej. A trzeba przyznać, że się dzieje do samego końca. Autorka ma lekki styl pisania, co sprawia, że książkę się połyka.

Jeśli ktoś lubi szybką akcję, romanse, to „Niebezpieczna gra” jest zdecydowanie dla Was. 
Polecam!!!

niedziela, 3 maja 2020

#539 - Na lodzie




Droga Autorko, tak być nie może. Zgłaszam sprzeciw, nie zgadzam się na takie zakończenie tej historii. Naprawdę liczyłam, że będzie zupełnie inaczej. Że ta historia będzie miała taki piękny szczęśliwy koniec... Ale zacznijmy od początku.

Pewnego dnia przeglądałam nowości na moim ulubionym legimi (tak, nie wyobrażam sobie życia bez tej aplikacji) i w oczy rzuciła mi się książka Małgorzaty Falkowskiej „Na lodzie”. Dorzuciłam ją do rosnącej biblioteczki z zamiarem przeczytania jej w nieokreślonej przyszłości. Jednak, ta przyszłość okazała się być bardziej określoną i pewnego dnia, zanurzyłam się w lodowy świat bohaterów.

Lena jest młodą, utalentowaną łyżwiarką figurową. Od małego każdą wolną chwilę poświęcała na treningi. Łyżwiarstwo to całe jej życie, któremu podporządkowała swoją codzienność. Niestety los bywa bardzo przewrotny. Nieszczęśliwy wypadek na lodzie, sprawił, że dziewczyna musiała zrezygnować z udziału w igrzyskach olimpijskich. Krzysiek był całkiem dobrym hokeistą. Niestety kontuzje, których nabawił się po napadzie, sprawiły że stracił motywację do treningów i chęć do życia. Pewnego dnia drogi tych dwojga się przecinają. Pierwsze spotkanie jest dość niefortunne, ale kolejne sprawiają, że między tym dwojgiem zaczyna iskrzyć. Ale jak potoczą się ich losy, oraz o tym co się wydarzy w ich życiu musicie doczytać sami.

Jak na całkowicie pierwsze spotkanie z twórczością autorki, to jestem miło zaskoczona. Historia zwarta, dość sporo szczegółów związanych z jazdą figurową sprawiło, że zatęskniłam za pokazami transmitowanymi w telewizji, które oglądałam będąc dzieckiem. Na początku jednak sceny łóżkowe mnie trochę zniechęciły. Nie pytajcie tylko dlaczego, bo nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. I od razu dodam, że nie zapałałam miłością do głównej bohaterki. Nie wiem, może wkurzał mnie jej perfekcjonizm i to, że czasem traktowała innych z góry. Oczywiście jak to bohaterowie powieści, przeszła metamorfozę. I tu należy się duży plus, bo wyszło jej to tylko na dobre.

No i docieram do zakończenia, które mnie zmiażdżyło. Nie wiem dlaczego autorka postanowiła zakończyć całą historię w ten sposób. Na początku myślałam, że nie miało być happy endu a potem, że może bohaterowie namieszali i nie wiedziała jak tę historię skończyć. Nie wiem, serio.

„Na lodzie” to historia miłości do sportu i rozwijania swoich pasji. Porusza też trochę problem depresji i tego co dzieje się, kiedy marzenia zamiast się spełniać, zostają zakopane głęboko w nas.

Polecam na wolne popołudnie.

czwartek, 6 lutego 2020

#534 - Ciebie szukam



Annę Kasiuk oraz jej książki odkryłam całkiem niedawno. Za mną jedna z jej książek o której pisałam tutaj: http://archer81.blogspot.com/2019/02/511-kwiaciarka.html Obiecałam sobie poznać inne tytuły i tak na czytniku znalazła się książka „Ciebie szukam”. Sięgnęłam po nią także dlatego, gdyż główna bohaterka jest moją imienniczką. A jak już wspominałam wielokrotnie, lubię książki w których bohaterka ma tak samo na imię jak ja. 

Marta większą część swojego życia poświęciła rodzinie. Opiekowała się mężem alkoholikiem oraz dorastającą córką, która nie doceniała tego, co robi dla niej matka. W końcu kobieta mówi dość. Odchodzi od męża by rozpocząć zupełnie nowe życie. Za namową swojej przyjaciółki chodzi na randki, które jednak nie spełniają jej oczekiwań. Pewnego dnia na jej drodze staje Mikołaj. Uczucie między tym dwojgiem wybucha bardzo gwałtownie. Do czasu aż mężczyzna nie znika bez śladu. Wtedy w jej życiu pojawia się inny mężczyzna. Ale jak to bywa, kobieta nie potrafi zapomnieć Mikołaja. 

Do Kazimierza wraca marnotrawna siostra bliźniaczka Marty. Początki są trudne, ale po jakimś czasie siostry odnawiają sklepik z pamiątkami, odziedziczony po rodzicach. Wraca również Mikołaj, który postanawia wyjawić swój mroczny sekret. Czy Marta będzie wreszcie szczęśliwa?

Podobnie jak przy wcześniejszej książce autorki, tętno mi przyspieszało. Może dlatego, że i tu autorka do wątku obyczajowo romansowego, dorzuciła ten lekko kryminalny. Takie urozmaicenie dodaje historii smaczku. Poza tym, czytelnik zastanawia się którego z mężczyzn wybierze Marta? Czy pójdzie za głosem serca czy rozumu? Autorka wplotła tutaj jeszcze trochę czarów i magii, wpływu księżyca na nasze życie i oczyszczania aury szałwią. 

Tej książki nie da się odłożyć nawet na chwilę, bo jeśli to zrobimy, będziemy ciągle zastanawiać się co dzieje się u Marty? Czy wreszcie dogada się z córką? Czy miłość zagości w jej życiu? Marta wzbudza zaufanie od samego początku. Czytelnik ją lubi. Owszem może nie zgadzać się z jej wyborami, ale przecież sami nie wiemy jak zachowalibyśmy się w sytuacjach w jakich znalazła się ona. 

Polecam bez mrugnięcia okiem. 

wtorek, 14 stycznia 2020

#531 - Niedaleko pada trup od denata


 

Czym kierujecie się przy wyborze lektury? Popularnością autora? Recenzjami w sieci? Czy może kusi was okładka i opis wydawcy? U mnie bywa różnie. Zdarza się, że czytam daną książkę, bo polecali ją moi znajomi. Czasem zachwyci mnie okładka i nie czytam opisu, tylko zagłębiam się w świat bohaterów. Przyznaję się bez bicia, że nie mam pojęcia dlaczego sięgnęłam po najnowszą książkę Iwony Banach „Niedaleko pada trup od denata”. Wiem tylko jedno: to była bardzo dobra decyzja. 

Chociaż na samym początku nie potrafiłam się wciągnąć w historię i chciałam ją porzucić. To jednak wracając z targów z Krakowa, postanowiłam dać jej szansę i… nie żałuję. Tylko współczułam współpasażerom, którzy dziwnie patrzyli na mnie, kiedy usilnie starałam się powstrzymać wybuchy śmiechu. 

Pewnego dnia w bibliotece w małej miejscowości, podczas spotkania autorskiego, pewien mężczyzna próbuje udusić autora. Żona mężczyzny bowiem zamiast zajmować się domem zaczytuje się w książkach i nic nie robi sobie z obowiązków domowych. Jakiś czas później w domu Emilii, czekającej na koniec świata prepperki, zostają odnalezione zwłoki pisarza, który notabene był kiedyś jej mężem. Po kilku dniach w miejscowym pensjonacie, znalezione zostają zwłoki poczytnej pisarki. Oprócz lokalnej policji, śledztwo rozpoczyna siostrzenica pani Emilii – Magda, jej były chłopak Paweł, który jest dziennikarzem, oraz trzy starsze panie które twierdzą, że morderstw dokonuje demon. 

Ta książka to jedna wielka komedia pomyłek, w której jedna zabawna historia, wydarzenie i dialog goni następne. Jest i trup, i dowcip. Ale wiecie – dowcip taki zupełnie nie wymuszony, bardziej sytuacyjny. Jak dobrze pamiętacie, komedie kryminalne kocham od czasu kiedy zaczytywałam się w książkach Joanny Chmielewskiej. I nadal kocham, chociaż nie zawsze trafiają się dobre powieści tego typu. Czasem mam wrażenie, że niektórzy autorzy na siłę próbują napisać coś zabawnego i kiepsko im to wychodzi. Iwona Banach ma lekkie pióro i dryg do wciągania czytelnika w opowiadaną historię. Chociaż jak wspominałam na początku, ja sama miałam z tym mały problem. No cóż… bywa tak, że kiedy zaczynamy nową książkę, to nie jest akurat ten moment. Trzeba przeczekać i ewentualnie dać jej kolejną szansę. Ja dałam i nie żałuję. 

Owszem niektórzy mogą nie ubawić się tak jak ja, ale nie raz wspominałam, że o gustach się nie dyskutuje. Każdy lubi coś innego. Czasem warto dawać książkom drugą szansę. A jeśli po pięćdziesięciu stronach nas nie wciągnie to spokojnie odłóżmy ją na półkę. Przecież jest tyle książek czekających w kolejce na przeczytanie. 

Tę akurat Wam polecam z całego serca. Tylko nie czytajcie książki w komunikacji miejskiej, bo wybuchy niepohamowanego śmiechu mogą sprawić, że w pewnym momencie do autobusu wejdą panowie z białym kaftanem. A przecież nie chcemy skończyć w pokoju z miękkimi ścianami, prawda?

niedziela, 24 listopada 2019

#529 - Jeszcze jedno marzenie




Ostatnio sięgam po książki, których pewnie sama od siebie bym nie przeczytała. Tak właśnie było z książką Magdaleny Zeist „Jeszcze jedno marzenie”. Przeglądając instagrama wpadło mi zdjęcie Bajkowelove z tą właśnie książką oraz opinią. Poczułam się zaintrygowana i zachęcona do tego by tę książkę przeczytać. Nie czekając długo, odpaliłam Legimi, wrzuciłam książkę na półkę, zsynchronizowałam czytnik i oddałam się lekturze. 

Gaja i Igor to młodzi ludzie, prowadzący własną firmę. Poznali się kilka lat wcześniej. Pewnego zimowego dnia Gaja była świadkiem wypadku starszego pana. Odprowadziła go do domu. Okazało się, że ten pan był właśnie dziadkiem Igora. I tak zaczęła się miłość. Miłość, która do łatwych nie należy. Igor bowiem poważnie choruje na serce. Z każdym dniem, jego stan się pogarsza. Konieczny jest przeszczep serca. Po jednej z rozmów z dziadkiem Luckiem, młodzi tworzą listę rzeczy, które chcą zrealizować w najbliższym czasie. Czy im się uda zrealizować plan? Czy może życie pokrzyżuje im plany? Tego nie zdradzę, doczytajcie sami. 

Powiem Wam, że jak na debiut to książka jest naprawdę dobrze napisana. Serio. W szczególności, że autorka nie bała się poruszyć bardzo ważnego tematu, jakim jest dawstwo narządów. Mam wrażenie, że niewiele się o tym mówi. Nie ma zbyt wielu autorów, którzy o tym piszą. Ja osobiście w chwili obecnej nie potrafię sobie przypomnieć żadnego tytułu, w którym bym o tym czytała. Myślę, że głośniej było o dawcach szpiku. Jeśli chodzi o temat dawstwa narządów, to autorka przygotowała się bardzo dobrze. 

Książkę przeczytałam z jeszcze większą przyjemnością, bo akcja rozgrywała się w miastach bliskich memu sercu. A konkretnie w Zabrzu (tam się urodziłam) w Śląskim Centrum Chorób Serca, w którym nie tak dawno temu bywałam codziennie (na kardiologii). A także w Gliwicach w mieście w którym mieszkam. Brakowało mi tylko szczegółów miejsc, w których bywali i mieszkali bohaterowie. No nie oszukujmy się, ciekawość moja wzięła górę i chciałam wiedzieć, gdzie dokładnie mieściło się mieszkanie Gai oraz Igora. Ale umówmy się, nie można mieć wszystkiego. 

Jeśli poszukujecie książki, która jest pełna miłości, tej prawdziwej, najczystszej, która jest sensem naszego życia, to ta właśnie książka jest dla Was. 

Powiem Wam jeszcze na ucho, że jak dotrzecie do końca to złapiecie się za głowę. Bo jest twist i czytelnik zbiera szczękę z podłogi. Acha i jeszcze jedno! Nie zapomnijcie o chusteczkach, myślę, że będą Wam potrzebne. 
Polecam. 

niedziela, 21 lipca 2019

#522 - Światło o poranku



Droga Tachykardiio!

Chyba znowu wracam na właściwe tory czyli do pisania listów do Ciebie. I powiem ci, że mi tego bardzo brakowało. A tobie? Czy też Ci tego brakowało? Tych moich listów, takich rozmów przez Polskę? Bo przecież mieszkasz w centrum, a ja prawie na południu.

Postanowiłam zaklinać wiosnę. To znaczy zabrać się za książki pełne słońca i miłości. Bo przecież miłość, podobnie jak kwiaty, kwitnie właśnie wiosną. Dlatego postanowiłam wrzucić na czytnik książkę Krystyny Mirek „Światło o poranku”.

Święta odeszły w zapomnienie. Magda stara się pozbierać po rozstaniu z Konstantym, który zostawił ją dla swojej szefowej Luizy. Michał nie przyznaje się, przed światem do swoich uczuć, twierdząc, że jest ono zupełnie nieodwzajemnione. Bartek by nie sprawiać najstarszemu bratu zmartwień, stara się dobrze pracować. Natomiast Bianka wraca do Warszawy, do matki, myśląc, że uczucie do Michała jest nieodwzajemnione. Szara codzienność stolicy i prawda o przeszłości przytłacza ją tak bardzo, że ucieka. Jak potoczą się losy bohaterów? Na pewno zaskakująco. Ale ty wiesz, że o szczegółach musisz poczytać sama.

Powiem ci, że brakowało mi tej czwórki. Tęskniłam za Willą pod Kasztanem gdzie pachniało domowym ciastem a każdy gość był ciepło przyjmowany. Dom Babci Kaliny to taka przystań, w której każdy zbłąkany wędrowiec znajdzie swoje miejsce. I tak właśnie jest z Antkiem oraz Bianką. 

W tej części poznajemy matkę Bianki, oraz jej historię. Dowiemy się co działo się w młodości Patrycji i jak bardzo duży miała wpływ na jej późniejsze życie. Autorka oczywiście nie zapomniała o rodzicach Konstantego, którzy przeżywali kryzys małżeński. Wszystko jest idealnie wplecione w losy pozostałych bohaterów. 

Bardzo lubię książki Krystyny Mirek. To historie pełne rodzinnego ciepła, miłości, szczęścia i nadziei, że z każdego upadku podniesiemy się silniejszy. Polecam



Pozdrawiam serdecznie
Archer

sobota, 13 lipca 2019

#520 - Stało się



Droga Tachykardio!

Chyba znów weszło mi w nawyk pisanie listów do Ciebie. Dzięki temu wiesz co warto czytać, a co omijać szerokim łukiem. Dzisiaj będzie o tych które można przeczytać, ale…
Sięgam po różne książki, debiuty, nowości znanych i lubianych przeze mnie autorów, ale także po takie o których nie jest głośno. Ewentualnie ktoś gdzieś polecił, a ja postanowiłam wyrobić sobie własne zdanie na ich temat. I tak właśnie było w przypadku książki „Stało się” Magdaleny Kuydowicz.

W tajemniczych okolicznościach ginie kochanek Matyldy, dziennikarki telewizyjnej. Dodatkowo w jej otoczeniu dzieją się niepokojące rzeczy dlatego wraz z przyjaciółką Natalią i porucznikiem Kudełką, postanawia wszcząć własne śledztwo. I tak, lądują w nadmorskim miasteczku, gdzie zaginiony miał dom. Śledztwo dzielą pomiędzy wczasami na turnusie odchudzającym a odnajdywaniem kolejnych trupów.

No cóż… nie jest to do końca komedia kryminalna jak może sugerować opis na okładce. Prawdę mówiąc, to nawet koło takowej nie leżało. I jeszcze porównanie książki do twórczości Joanny Chmielewskiej jak dla mnie jest nad wyrost. Chmielewska miała swój styl i owszem swoich następców. Chociażby świetne kryminały Olgi Rudnickiej gdzie komizm wylewa się ze stron powieści, a czytelnik co rusz wybucha śmiechem. Podobnie w przypadku książek Marty Obuch czy też Alka Rogozińskiego. Tu tego niestety nie ma. Owszem uśmiechnęłam się pod nosem kilka razy, ale to tylko tyle. Nic więcej. A sama zagadka kryminalna jest jak dla mnie trochę niedopracowana i chaotyczna. Brakuje w niej czegoś spójnego. Mam wrażenie jakby się rozjeżdżała.

Nie wiem czy sięgnę po coś innego pióra Magdaleny Kuydowicz. Może kiedyś z ciekawości by się przekonać czy jest lepiej.

Ale póki co, tej ci nie polecam.

Pozdrawiam Archer

niedziela, 7 lipca 2019

#519 - Trup na plaży i inne sekrety rodzinne




Powiem Wam, że kryminał na wesoło plasuje się u mnie dość wysoko. To znaczy, że jeśli miałabym wybrać kryminał gdzie krew kapie z każdej strony lub gdzie co stronę wybucham niekontrolowanym śmiechem, to wierzcie mi zdecydowanie wybieram to drugie. Tak, to tygryski, albo raczej Archer lubi najbardziej. Kiedy dowiedziałam się, że Aneta Jadowska (tak, dokładnie ta sama co pisała o Dorze Wilk) popełniła kryminał, złapałam się za głowę. Ale jak to? Tak to i to całkiem nieźle. Gdy tylko „Trup na plaży i inne sekrety rodzinne” pojawił się na Legimi, odpaliłam czytnik i wylądowałam w Ustce. 

Magda Garstka po zakończeniu studiów w Łodzi, powraca wraz z babcią do rodzinnej Ustki. Pewnego dnia będąc na porannym spacerze, odnajduje trupa. Nie byłaby sobą, gdyby nie przeprowadziła śledztwa na własna rękę. W końcu niedaleko pada jabłko od jabłoni, jej ojciec był policjantem. Dodatkowo odkrywa tajemnice babci i poznaje jej przeszłość. Dowie się także kim są dziewczyny pracujące w prowadzonym przez babcię pensjonacie. 

Jak na pierwsze spotkanie z twórczością Anety Jadowskiej to jestem zachwycona. Nie wiem czy z ciekawości sięgnę po jej cykle fantastyczne, ale po kolejną część przygód Magdy Garstki na pewno. 

Nie jest to taki bardzo kryminalny kryminał. Chodzi o to, że oprócz śledztwa i trupa, mamy wyśmienite tło społeczno-rodzinne. Bo to dzięki swojemu śledztwu Magda odkrywa tajemnice babki. Autorce udało się przemycić do swojej powieści, i to całkiem zgrabnie wątek przemocy domowej. 

Jeśli poszukujecie lekkiego kryminału to „Trup…” nadaje się do tego idealnie. Zastanawia mnie jedna sprawa: jak fani Jadowskiej – tej od Dory Wilk, odbiorą Jadowską od Garstki? Czy się zawiedli? Chyba podrzucę „Trupa…” mojemu Mężowi, bo on czytał pozostałe książki Autorki i będzie miał porównanie. 

A ja, jak zwykle polecam. 




niedziela, 5 maja 2019

#516 Trylogia o Matyldzie i Kosmie



Lubię serie. Ale o tym już wiecie, bo wspominam to za każdym razem, kiedy nie czytam jednotomowej historii. Staram się czytać takie serie ciągiem, czyli czekam do momentu ukazania się wszystkich książek na księgarnianych półkach. Niestety, czas oczekiwania często się wydłuża, a czasem chęć przeczytania dobrej historii bierze górę nad oczekiwaniem. Tak właśnie było w przypadku - i tu wcale nie skłamię pisząc – fenomenalnej trylogii jaka wyszła spod pióra duetu Lidii Liszewskiej i Roberta Kornackiego. 

Jak słusznie zauważyliście, po przeczytaniu każdej części nie pojawiła się opinia. Było to celowe, bo chciałabym się odnieść do całości, a nie do każdej części z osobna. 

Po pierwszą część sięgnęłam pod wpływem innych czytelników. Wiecie dobrze jaką moc mają social media i nie będę się w to zagłębiać. Po prostu, instagram został „zalany” zdjęciami książki „Napisz do mnie” i postanowiłam książkę przeczytać. Ze względu na małą przestrzeń życiową, sięgnęłam po ebooka z niezawodnego legimi. Pamiętam to jak dziś, żadna historia tak bardzo mnie nie poruszyła jak początek znajomości Matyldy i Kosmy. Ich przeżycia, przemyślenia, perypetie i listy którymi się wymieniali w kawiarence. Wbito mnie w fotel, przemielono i porzucono. Bo przecież to był dopiero pierwszy tom. Na kolejny niestety trzeba czekać. 

Kiedy pojawiła się druga część, nie zabrałam się za nią od razu. Musiała chwilę odczekać na swoją kolej. I co? Znów mnie wbiło w fotel, emocjonalnie wyżęto jak ścierkę, przeczołgano tak samo jak bohaterów. Zaostrzono apetyt, dano nadzieję i znów porzucono w takim momencie, że miałam ochotę rzucać czym popadnie. A na koniec napisać do Autorów by pospieszyli się z kolejną częścią. 

I tak dotarłam do początku kwietnia, kiedy na stołach nowości w księgarniach pojawił się finał trylogii. Chodziłam wokół tego stołu delikatnie, cichutko, trącałam palcem i… serio, nie chciałam jej czytać. Naprawdę nie chciałam rozstawać się z bohaterami. Nie chciałam opuszczać ulic Łodzi i mazurskiego spokoju. Pragnęłam nadal tworzyć z Matyldą, czy nagrywać kolejne programy z Kosmą. Chciałam z nimi pić wino na werandzie siedliska, bawić się i spacerować z Helmutem. Tak bardzo nie chciałam zakończenia tej historii. 

Ale jak dobrze wiecie, tak się nie da i wszystko co dobre kiedyś się kończy. I ta historia także musiała mieć swój finał. To co bohaterom zgotowali Autorzy… jest nie do przyjęcia. Tak!!! Jak się nie zgadzam, to tak bardzo boli. Jeśli wcześniejsze części wbijały mnie w fotel, to ostatnia część rozwaliła mnie w drobny mak. Roztrzaskała i sponiewierała. Tego się nie spodziewałam. Na początku nic nie wskazywało na to co nastąpiło potem, a tak naprawdę wcześniej. Gdyż akcja finału dzieje się kilka lat po końcu części drugiej. 

Chyba dawno żadna seria książek nie sprawiła, że mam książkowego kaca. Boję się sięgnąć po inne książki bo, będę porównywać je do tych dopiero przeczytanych. Autorzy chapeu bas! Odwaliliście kawał dobrej roboty. Oprócz niebanalnej historii o miłości potrafiliście przemycić w książkach ważne tematy. Mam tu na myśli głównych bohaterów. Poza tym główny bohater przeszedł ogromną metamorfozę. Patrząc na to jaki był w pierwszej części a jaki był w finale, to trzeba przyznać, że bardzo się zmienił. Na szczęście na lepsze. 

Jak sami widzicie, po raz pierwszy nie zdradzam Wam zbyt wielu szczegółów dotyczących kolejnych części. Chcę byście sami poznali Matyldę i Kosmę i towarzyszyli im we wspólnej drodze i zostali tak samo przeczołgani emocjonalnie jak ja. 

Polecam po tysiąckroć!!!

piątek, 1 marca 2019

#513 Anioły do wynajęcia



Tak, nadal cieszę się, że mam legimi i mogę bez żadnego problemu sięgnąć po książkę, bez wychodzenia z domu. Tym razem przyznam się, że bardzo wahałam się nad tym czy przeczytać najnowszą książkę Malwiny Ferenz „Anioły do wynajęcia”. Dlaczego? 
Otóż debiut Autorki „Pora na miłość”, który czytałam w zeszłym roku nie zachwycił mnie. Były to cztery opowiadania na każdą porę roku, które w jakiś sposób łączyły się ze sobą. Ale, kurczę, nie porwały mnie. Dlatego do Aniołów podchodziłam jak do jeża. Ale kiedy powiedziało się „A” i pobrało książkę na czytnik, to należało powiedzieć „B” i przeczytać. 

I znów trafiłam do mojego ukochanego Wrocławia. Elena do Polski przybyła za miłością swojego życia, Romeczkiem. Romeczek Słowacki (nazwisko zobowiązuje!) jest niespełnionym pisarzem, dlatego też na koncie pary milionów nie ma. Pewnego dnia, Elena, wpada na szalony pomysł. Postanawia założyć agencję eventową, która będzie organizować imprezy. I tak w szeregi agencji trafia Dorota, porzucona czterdziestoletnia tłumaczka w ciąży. Marta, młoda dziewczyna, która od kilku lat próbuje dostać się do szkoły teatralnej oraz siedemdziesięcioletnia Barbara, która dopiero co pochowała męża. Zdecydowanie mieszanka wybuchowa. W szczególności, że żadne z nich nie miało nigdy doświadczenia w organizowaniu i prowadzeniu imprez. Ale od czego jest wyobraźnia i kreatywność. A trzeba przyznać, że pomysły, Anioły będą miały zacne. 

No dobra, mój strach przed książką okazał się… niepotrzebny. Bo muszę Wam zdradzić, że czytając książkę bawiłam się przednie. Wiele razy śmiałam się pod nosem z szalonych pomysłów, jakie Anioły wdrażały w życie. Bal z okazji Halloween czy też urodziny w domu spokojnej starości, to naprawdę nic w porównaniu z prowadzeniem… imprezy studenckiej jaką są Juwenalia. A te wszystkie zbiegi okoliczności, wpadki, wypadki nie jednego czytelnika przyprawiły o ból głowy i niepohamowany wybuch śmiechu. Dodatkowym smaczkiem tej całej historii jest pięknie opisany Wrocław. Miasto, które kocham od wielu lat. Dzięki bohaterom, mogłam bez opuszczania własnego fotela wybrać się na spacer uliczkami urokliwego miasta. A powiem Wam, że Autorka ma niebywały talent w opisywaniu miejsc, aury czy też emocji. 

Książkę polecam wszystkim tym, którzy mają dość ponurej zimy za oknem. A także tym, którzy mają ochotę na zwariowaną historię, pisaną… życiem. Napisaną z humorem, gdzie czytelnik nie raz zaśmieje się w głos. 

sobota, 23 lutego 2019

#511 Kwiaciarka




Właśnie się zastanawiam co mną kierowało by sięgnąć po najnowszą książkę Anny Kasiuk p.t. „Kwiaciarka”? Chyba to, że nasza stała klientka, stwierdziła, że książka jej się nie podobała i nie doczytała jej do końca. Coś nie zaiskrzyło. Wtedy w mojej głowie pojawiła się lampka: przeczytaj!!! Wróciłam do domu, wrzuciłam książkę na półkę w legimi i zasiadłam z czytnikiem. 

Judyta wraz z przyjaciółką Małgosią, prowadzi na rynku w Przemyślu małą kwiaciarnię. Kwiaty to jej pasja. O ile w pracy idzie jej całkiem nieźle, to życiu prywatnym już nie do końca. Kobieta od ośmiu lat związana jest z Piotrem. Ich związek przechodzi poważny kryzys. Piotr coraz bardziej jej unika, a Ona uświadamia sobie, że ją zdradza. Na szczęście zawsze może liczyć na swoje przyjaciółki Oliwkę i Małgosię. Za ich namową kończy toksyczny związek. Nie przychodzi jej to jednak tak łatwo, ale w końcu pakuje Piotra i rozpoczyna nowe życie jako singielka. Wtedy na jej drodze staje Szymon, dawna miłość ze szkolnych lat. Ich spotkanie tak naprawdę nie jest przypadkowe. Szymon bowiem, mimo małżeństwa i wyprowadzki do Anglii, wciąż kocha Judytę. To dla niej powrócił do Przemyśla. Jednak powrót Szymona sprawia, że przeszłość od której tak bardzo chcieli się odciąć przypomina o sobie w postaci liścików z pogróżkami, które Judyta znajduje w listowniku. Czy Judyta wreszcie uwierzy w miłość? Jak bardzo pogróżki wpłyną na ich życie?

Kiedy zabierałam się za powieść, byłam przekonana, że oto przede mną historia miłosna na drodze której rzucono kłody pod nogi. Do pewnego momentu myślałam, że tak będzie. Jednak nastąpił niezapowiedziany zwrot akcji i przyznaję, że moje tętno przyspieszyło. Czytając miałam nieodparte wrażenie, że kiedyś już coś podobnego (nie to samo, co to to nie) czytałam. Anna Kasiuk podobnie jak w swoich powieściach Agnieszka Lingas – Łoniewska, do historii miłosnej dorzuciła półświatek przestępczy, który upomina się o swoje. Przeszłość, wcale nie taka chlubna, powróciła jak bumerang i uderzyła w bohaterów ze zdwojoną siłą. 

Powiem Wam, że główna bohaterka doprowadzała mnie swoim zachowaniem do szewskiej pasji. Nie wiem, może działo się tak dlatego, że Judyta była bardzo słaba psychicznie, co silniejsi wykorzystywali. Poza tym, mam wrażenie, że miała problemy z komunikacją. Nie potrafiła powiedzieć co ją gniecie, co jej przeszkadza i co czuje. Może było to wywołane stanami depresyjnymi, które miewała w przeszłości i ogólnie leczeniem psychologicznym. Nie wiem. Faktem jest, że mnie Judyta czasem wkurzała swoim zachowaniem. Denerwujące w niej było to, że mimo iż wiedziała, że związek z Piotrem nie ma przyszłości, nie miała dość siły by go zostawić. Dopiero niekończące się rozmowy z Oliwką i Małgosią, zmobilizowały ją do ostatecznego kroku. Jak dla mnie, takiego typa jak Piotr wyrzuca się od razu. Jednak domyślam się, że po tylu latach było jej ciężko podjąć taką decyzję. Kiedy opisana w książce historia czy sami bohaterowie wkurzają to bardzo dobrze, znaczy to wtedy, że książka jest dobra.

Kiedy byłam w połowie okazało się, że „Kwiaciarka” to kontynuacja książki „Andromeda”. Przyznam, że poczułam się zawiedziona, bo nigdzie nie znalazłam informacji, że to druga część. Moim zdaniem, bez znajomości części pierwszej można czytać część drugą. Ale jedno wiem na pewno, w najbliższym czasie doczytam początek znajomości Szymona i Judyty. 

„Kwiaciarka” to powieść o przyjaźni, o tym, że stara miłość nie rdzewieje, o dawaniu drugiej szansy, o cierpieniu i bólu o utracie najbliższych. Od tej książki nie można się oderwać, a kiedy się już oderwiemy to niecierpliwie na nią spoglądamy gdyż ciekawość „co będzie dalej?” bierze górę. Gorąco polecam

wtorek, 12 lutego 2019

#507 Nasze własne piekło. Przedpremierowo




Miewacie coś takiego jak kac książkowy? Bo ja mam, od czasu do czasu. Nie zawsze, ale bywa. U mnie objawia się to tym, że kiedy kończę dobrą książkę, czyli taką która mną wstrząśnie, miotam się, i nie mam pojęcia co czytać dalej. Bo wiem, że historia dopiero co zakończona jeszcze będzie we mnie żyć, i to za co się wezmę nie zachwyci mnie tak jak to co dopiero przeczytałam. I tak właśnie mam po skończeniu najnowszej książki Natalii Nowak-Lewandowskiej „Nasze własne piekło”. To ta książka sprawiła, że nie wiem co z sobą zrobić, bo wciąż siedzi mi pod skórą.

W tym miejscu mogłabym Wam opowiedzieć fabułę, czyli mniej więcej o czym ta książka jest. Jak przeprowadzona jest akcja, co się dzieje i dlaczego. Jakie są skutki wyborów bohaterów. 
Ale, chyba po raz pierwszy doszłam do wniosku, że tego nie zrobię. Bowiem każdy może wejść sobie na dowolny portal i dowiedzieć się z czym to się je. Powiem Wam, że okładka, jest dość myląca. I myślę, że gdybym miała sugerować się okładką, to nigdy w życiu bym po tę książkę nie sięgnęła. A dlaczego ją przeczytałam? Przede wszystkim z ciekawości.

Tak naprawdę to czytałam (jak na razie) tylko dwie książki Natalii. I powiem Wam, że między debiutem „Pozorność” a najnowszą powieścią jest tak wielka przepaść, że... Tak, Natalia dojrzała. Jej książki ewaluowały. Stały się inne. Owszem nadal nie jest słodko pierdząco. 
Ale Autorka taka właśnie jest. Ona nie owija w bawełnę i nie cacka się z czytelnikiem. Wali od razu między oczy. I to jest świetne. Bo czytelnik na początku swojej przygody z najnowszą książką, spodziewa się przesłodzonego romansu bad boy z ułożoną kobietą. I kiedy rzeczywiście gdzieś tam pod kopułą czai się myśl „ale to słodkie” Ona wali obuchem w łeb. Nie tylko czytelnika. Zapewnia rollercoaster bohaterom. Ta książka łudząco przypomina książki Lingas - Łoniewskiej. Ale tylko przypomina. To zmyłka jest. Natalia z głównej bohaterki nie zrobiła grzecznej dziewczynki. Nie no dobrze, na początku tak jest, ale potem Nina zmienia się pod wpływem Artura. Staje się bardziej bojownicza, pyskata i... pewna siebie. Poza tym, pokazuje jak bardzo niespełnione ambicje rodziców zmieniają dzieci. Jak bardzo, staramy się ich zadowolić. Czasem kosztem naszego własnego życia czy też szczęścia. 

„Nasze własne piekło” to historia o miłości, która – jak mogą niektórzy twierdzić – nie miała prawa się wydarzyć. I teraz nasuwa się pytanie: dlaczego? Czy mężczyzna jakim jest Artur nie może porzucić swojego dotychczasowego życia i założyć rodzinę? Czy taka kobieta jaką jest Nina nie może w końcu przeciwstawić się matce i zawalczyć o swoje? Oczywiście, że tak. 
Po stokroć tak. Owszem Nina może irytować, drażnić swoim zachowaniem, podporządkowaniem despotycznej matce. Ale jeśli dobrze się rozejrzymy, wokół nas są takie kobiety. Poza tym nie zapominajmy, że Matka Niny miała niespełnione muzyczne ambicje i przez wypadek w przeszłości nie mogła grać na skrzypcach. Dodatkowo nie potrafiła obdarzyć córki należytym uczuciem i ciepłem matczynej miłości. 

Przyznaję, że książkę czytałam na bezdechu. Bo emocje zawarte w historii zawładnęły mną tak bardzo, że kiedy przeczytałam ostatnie zdanie i napis „KONIEC” zaczęłam się zastanawiać, czy to jakiś żart? Chodzi mi o to, że… ja chcę więcej. Dużo więcej. Zakończenie jest jak dla mnie otwarte. Może gdyby pomęczyć Natalię to byłaby kontynuacja. Co ty na to Autorko?

Chyba dawno, nie rozpisałam się tak bardzo o książce. 

Podsumowując. Jeśli poszukujecie świetnej książki, która Was wymieli emocjonalnie, wzruszy i tak bardzo zaskoczy, to najnowsza książka Natalii Nowak – Lewandowskiej taka właśnie jest. To nie tylko historia o miłości. To także opowieść o wyborach, pokonywaniu słabości i walce o swoje szczęście. Polecam