Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjne. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 listopada 2021

#591 - Kiedy się pojawiłeś

 



Na samym początku przyznam się do jednej i najważniejszej sprawy - do tej książki, o której wam za chwilę opowiem, miałam dwa podejścia. Drugie zakończyło się sukcesem, książka została przeczytana. Jednak trudno mi powiedzieć by mnie wciągnęła, zachwyciła i powaliła. No dobra, powaliła mnie tym, że miałam problem z jej przeczytaniem. Nie wiem dlaczego tak się stało. Bo historia była całkiem fajna, dla niektórych czytelników wręcz zachwycająca, dech zapierająca i łzy z oczu wyciskajaca. Z tego miejsca chcę Państwa poinformować, że jestem bez serca. Na to wychodzi, gdyż nie uroniłam ani jednej łzy podczas czytania. Owszem, w kilku miejscach opowiadanej historii zrobiło mi się smutno, miałam ochotę wstrząsnąć bohaterami. Ale to tyle. To teraz powiem o jaką książkę mi chodzi. Właśnie skończyłam czytać „Kiedy się pojawiłeś” Anny Matusiak - Rześniowieckiej.

Wiem, że niektórzy z was są tą książką zachwyceni, jednak dla mnie ona nie była powalająca jak już pisałam wyżej.

Książka opowiada historię dwóch rodzin. Małgorzata i Jacek od dawna chcą mieć dziecko. Jednak jak wiadomo życie pisze inny scenariusz niż byśmy oczekiwali. Niestety okazuje się że Małgorzata jest bezpłodna, a to znaczy, że nigdy nie będzie mogła mieć własnego dziecka. Musimy pamiętać, że bezpłodność jest zupełnie czymś innym aniżeli niepłodność. To drugie można leczyć. Małgorzata pracuje jako pielęgniarka na oddziale dziecięcym „Ośrodka ratowania małego dziecka”. Codziennie styka się z bardzo ciężko chorymi dziećmi, oraz matkami które walczą o ich życie.

Iza i Adam są młodym małżeństwem, które mają wszystko. Pieniądze, pracę, jednak do szczęścia brakuje im tylko dziecka. W końcu Izie udaje się zajść w ciążę. Ale jak to w życiu i w powieściach bywa, nie wszystko idzie tak jak należy. I w tedy zaczynamy się zastanawiać jak duża i Mocna jest miłość matki do dziecka? Czasem więzy krwi nie są potrzebne do tego by kochać dziecko.

Mamy gdzieś tam zakodowane, że matka powinna kochać swoje dziecko bezgranicznie. Owszem tak powinno być. Jednak mam wrażenie, że wiele małżeństw nie jest emocjonalnie przygotowanych do tego, by dziecko posiadać. W Polsce niewiele mówi się o adopcji dzieci. Prędzej usłyszymy o porzuconych dzieciach aniżeli o tych którym udało się odnaleźć szczęśliwy dom. Powinniśmy o tym mówić. Ponieważ każde dziecko zasługuje na miłość.

Nie wiem jak mam podsumować tą całą historię. Jedno jest pewne to książka którą powinniście przeczytać, by sami wyrobić sobie o niej zdanie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skarpa Warszawska 
 

 

wtorek, 8 czerwca 2021

#580 - Tango

 


Po książki Ewy Cielesz sięgam z ogromną przyjemnością. Wiem, że historia którą poznam będzie dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Bo każda książka, która wyjdzie spod pióra Pani Ewy to czysta uczta literacka. Język jest plastyczny i niesamowicie obrazowy. Czytelnik zanurza się w świecie bohaterów, płynie z prądem spokojnej lub bardziej rwącej rzeki opowieści. Kiedy w moje ręce wpadła książka „Tango” i na jej okładce przeczytałam zdanie: „Tango to pierwsza tak osobista książka Ewy Cielesz. Oparta została na doświadczeniach jej córki, której udało się wyzwolić z toksycznego związku.” Wiedziałam, bardzo dobrze wiedziałam, że ta opowieść przeczołga mnie emocjonalnie i nie myliłam się. 

Powiem Wam, że nie wiem jak mam ubrać w słowa to co dzieje się w moim wnętrzu. Po przeczytaniu tej historii, będziecie mieli kaca czytelniczego. Każda kolejna książka nie będzie tak dobra, nie porwie was od pierwszej strony. 

Podczas czytania miałam wiele razy ochotę wyrzucić książkę przez okno. Nie dlatego, że autorka tak brutalnie potraktowała główną bohaterkę. Ale dlatego, że ta historia bazowała na życiu córki Pani Ewy. Że osią całej powieści była historia kobiety, która uwolniła się z toksycznego związku. 

Przemoc psychiczna, moim zdaniem jest gorsza od tej fizycznej. Oprawca zasiewa w ofierze strach, że jest ona niewystarczająco dobra, że nie robi to tak jak robić powinna, manipuluje nią. W tej historii tak naprawdę to oprawców było dwóch. Pierwszym z nich była matka głównej bohaterki. Ktoś może powiedzieć ale jak to? Przecież każda matka swoje dziecko kocha nad życie i nie da go skrzywdzić. Ale co jeśli to matka krzywdzi dziecko? Alicja, przez większą część swojego życia była krytykowana przez matkę. Nigdy nie usłyszała od niej dobrego słowa. Dało się odczuć, że córka musi zrobić wszystko by zasłużyć na jej miłość. A przecież tak być nie powinno. Bo przecież miłość matki do dziecka jest bezwarunkowa. Ale czy na pewno? Kiedy pojawił się w życiu Alicji Feliks, dziewczyna poczuła się… wyjątkowa. Oto bowiem pojawił się przysłowiowy „książę na białym koniu”, który był kochający, zaradny, męski i stanowczy. Jednak swoim zachowaniem, swoją zaborczością, którą Alicja brała za opiekuńczość i troskę, sączył jad, który zatruwał dogłębnie dziewczynę. W jej krwi płynęła trucizna, która każdego dnia wykańczała dziewczynę psychicznie. Kochający mężczyzna z dnia na dzień stawał się niszczycielem. Zmienił się w tego okrutnego, zabierającego jej wszystko to co miała najlepsze: matkę (przecież dzisiaj masz spędzić dzień ze mną a nie z nią), przyjaźń (jak można przyjaźnić się z własnym szefem?), pracę (przecież nie musisz pracować) aż w końcu wolność wyboru. Alicja została pozbawiona poczucia własnej wartości, godności i wiary w drugiego człowieka. Kiedy wreszcie uciekła, oglądała się przez ramię czy jej oprawca nie depcze jej po piętach. Strach trzymał ją dość długo, tak samo jak brak wiary w to, że są wokół niej ludzie którzy chcą jej pomóc, którzy są jej życzliwi. 

„Tango” to nie tylko historia o toksycznym związku. To także powieść, która pokazuje, że kiedy znajdziemy w sobie chociaż zalążek siły, możemy uciec, spróbować zacząć od nowa. Możemy próbować budować swój świat na nowo - na początku z dystansem, a potem z delikatną wiarą, że nie wszyscy wokół nas są źli. 

A wiecie co boli mnie najbardziej? Że gdzieś za drzwiami sąsiednich mieszkań, może rozgrywać się taki sam dramat jak w życiu bohaterki. Boli to, że historia nie została zmyślona, że nie jest czystą fikcją literacką. 

Czy polecam? Tak, jak wszystkie inne książki Pani Ewy. Chociaż tę chyba bardziej, bo tak dobrej książki nie czytałam dawno. Pełnej różnych emocji, które wzbudza. Czytajcie, miejcie wiarę w siebie i nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Axis Mundi 

niedziela, 2 maja 2021

#574 - Ucieczka



Wiele razy wspominałam, że lubię czytać książki w których bohaterka jest moją imienniczką. Zawsze wtedy zastanawiam się, jakie cechy charakteru będzie posiadać, czy będzie podobna chociaż trochę do mnie. Tak samo było w przypadku najnowszej książki Ady Nowak „Ucieczka”. 


Marta pracuje jako psycholog na więziennym oddziale leczenia uzależnień we Wronkach. Jednym z jej pacjentów jest Adam. Podczas terapii wyznaje jej, że nie popełnił zbrodni o które jest oskarżony. Dziwnym trafem Marta mu wierzy. Może dlatego, że mężczyzna budzi w niej nieznane dotąd emocje: pożądanie, fascynację a także strach. Pewnego dnia Adam namawia Martę na ucieczkę. Kobieta zgadza się na jego plan. I tak zaczyna się ich wielka ucieczka przez Niemcy, Włochy, Tunezję do Maroka. Czy uda im się uciec przed „przyjaciółmi” którzy depczą Marcie po piętach? I jak wiele wspólnego ma Adam, ze śmiercią jej ojca, której Marta była świadkiem?

Prawdę mówiąc nie wiem co mam napisać. Serio. Chyba po raz pierwszy, nie wiem jak ubrać w słowa to co czuję. Nie jest to zachwyt, niestety. W skrócie mogłabym napisać: książka jest ok, szału nie ma. I to byłaby prawda. 

Ogólnie historia ma swój potencjał, jednak naiwność głównej bohaterki sprawiła, że z bólem doczytałam tę książkę do końca. Byłam ciekawa jaki będzie finał. Bo umówmy się, dorosła kobieta, pani psycholog, daje się wmanewrować w ucieczkę z więzienia groźnego przestępcy. Do tego ucieka razem z nim przez dwa kontynenty. Najpierw we Włoszech spotyka bandytów a konkretnie oprychów na wzór mafii sycylijskiej. Później na wielbłądach wraz z Berberami przemierza pustynię, następnie pościg na starym mieście, i koniec podróży na końskich grzbietach. Oczywiście w międzyczasie są sceny seksu, nie tylko głównych bohaterów, ale także drugoplanowych postaci, w sumie taka Sodoma i Gomora. 

Pewnie jesteście ciekawi czy książka ma jakieś plusy? Zastanówmy się. Myślę, że na duży plus można uznać opisy podróży przez pustynię i zwyczajów Berberów – chociażby przygotowywanie posiłków. Wątek polityczny związany z ojcem Marty też był interesujący. Kobieta miała przebłyski wspomnień. Ukazywały one strach małej dziewczynki, która była świadkiem morderstwa własnego ojca. Przypominały, że zawsze musi patrzeć za siebie. I nie ufać nikomu, bo nigdy nie wiadomo kim nowy znajomy może być. Może kimś z przeszłości, kto przyczynił się do śmierci ojca? Chociaż patrząc na to, że zaufała przestępcy i dała wywieść się do Afryki świadczy o jej naiwności. Domyślałam się, że Marty bywają naiwne, ale nie aż tak.

Mamy też kilka nieścisłości. Pierwszą z nich jest informacja na stronie 106, że akcja dzieje się podczas pandemii. Ot tak nagle, bohaterowie będąc na dworcu w Berlinie zakładają maseczki by ich nie rozpoznano. Wcześniej nie ma o tym ani słowa, potem także nie. Co więcej? Telefony komórkowe. Z tego co pamiętam wyrzucili je na początku ucieczki aby nie można było ich namierzyć, ale w pewnym momencie pojawiają się one jakby nigdy się ich nie pozbyli (ona przegląda się w aparacie w trybie selfie albo znajduje esemesa w jego telefonie, który wypadł z kieszeni). Skoro ich się pozbyli to skąd nagle smartfony? 

Czy polecam? Trudno powiedzieć. Myślę, że można przeczytać by samemu stwierdzić co się w tej książce podoba a co nie. Czytałam lepsze miksy gatunkowe. I to nie jest debiut autorki. Myślę, że przy debiucie można byłoby wiele wybaczyć. Jednak w tym przypadku, szanse są nikłe. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Lipstick Books


 

środa, 10 marca 2021

#569 - Kaprys gangstera - recenzja premierowa

 




Lubię od czasu do czasu sięgnąć po literaturę przez niektórych nazywaną erotyczną. Ale w niektórych kręgach jest ona nazywana literaturą romansową. Dla mnie jest to miks erotyki z romansem. Taki całkiem do zniesienia. Gdzie gorące sceny seksu nie wylewają się z każdej strony i nie przyprawiają czytelnika o odruch wymiotny. Bo widzicie, z takimi powieściami jest różnie. Jedne po przeczytaniu pierwszej strony sprawiają, że czytelnik ma ochotę wyprać sobie mózg, a inne sprawiają, że dreszczyk podniecenia nie opuszcza nas do ostatniej strony. I tak właśnie było w przypadku najnowszej książki Katarzyny Mak „Kaprys gangstera”. Nie mogłam się od niej oderwać. 

Elena pracuje dla głównego prokuratora. Mieszka z narzeczonym, z którym planuje wspólną przyszłość. Pewnego wieczoru, robi za koło ratunkowe swojej przyjaciółki Dolores. W pubie spotyka pewnego tajemniczego mężczyznę, który z kolei pomaga jej wrócić do domu, po tym jak wymieszała tabletki nasenne z alkoholem. Następnego dnia okazuje się, że to ważny klient jej szefa. Po raz kolejny drogi Eleny oraz Marcella przecinają się w Miami. Marcello to szycha na Sardynii, a może lepiej brzmi gangster, który ma wszystko, od pieniędzy po każdą kobietę, która stanie na jego drodze. Czy tych dwoje może połączyć gorący romans? Czy może na przeszkodzie stanie włoskie życie Marcella?

Powiem wam, że autorka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła tą historią. Owszem są sceny seksu, ale nie są aż tak bardzo wyuzdane i pojawiają się od czasu do czasu. Są wręcz dosadne, ale nie obrzydzają w żaden sposób czytelnika. Wręcz przeciwnie. Bardzo spodobało mi się połączenie romansu, obyczaju i lekkiego kryminału, bo przecież Marcello to gangster. Bardzo spodobała mi się jego postać, gdyż przy tej swojej włoskiej stanowczości i stawianiu na swoim, miękł przy ukochanej kobiecie. Poza tym, Elena przeszła metamorfozę, z cichej kobitki stała się stanowcza i zdeterminowana. 

Dla niektórych czytelników historia Eleny i Marcella może wydawać się momentami znajoma. Wiecie gangster porywa młodą dziewczynę do Włoch. Tak, brzmi znajomo prawda? Ale przecież jest sporo takich historii, gdzie bad boy porywa naiwną dziewczynę, więzi i od czasu do czasu bzyka. Tę historię czytało mi się z przyjemnością, nie odrzucało mnie, nie miałam odruchów wymiotnych podczas opisywanych scen miłosnych. Bo widzicie, o tym trzeba umieć pisać, mimo że opisywany jest ostry seks na toaletce w garderobie. Czytelnik ma sobie to wyobrażać, a nie krzywić się podczas czytania i szybko przerzucać strony by ominąć te opisy. I ja podczas tej książki właśnie tak miałam. 

Przyznam się szczerze, że zupełnie takiego zakończenia się nie spodziewałam. Ale Katarzyna Mak w swoich wcześniejszych książkach (tych które udało mi się przeczytać) zawsze zaskakuje czytelnika. Nie skłamię mówiąc, że chciałabym więcej tej historii i tych bohaterów, których polubiłam i to bardzo.

Jeśli szukacie dobrego romansu, to „Kaprys gangstera” nadaje się do tego idealnie. Polecam

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B / Lipstick Books 

czwartek, 7 stycznia 2021

#564 - Falling fast

 


Od czasu do czasu, jak wiecie, sięgam po książki z gatunku Young Adult. Lubię wiedzieć, co w trawie piszczy. Poza tym dzięki temu mogę z czystym sumieniem polecać klientom te powieści, które uważam za dobre. A wierzcie mi, że to fajne uczucie, kiedy klient wraca po tym jak poleciłam mu książkę, która mu się podobała. Dlatego z ciekawością sięgnęłam po książkę Bianci Iosivoni „Falling fast”. Zaintrygowała mnie okładka oraz tytuł. Tytuł, który po przeczytani już książki, dla każdego czytelnika będzie mieć inny wydźwięk. 

Haillee wsiada w swój samochód i wyrusza przed siebie. Jednak nie jest to przypadkowa trasa. Dziewczyna ma dwa cele. Jednym z nich jest miasteczko, w którym żył jej przyjaciel – Jasper, a drugim latarnia morska, w okolicach San Diego. Niestety los krzyżuje jej plany. Samochód odmawia jej posłuszeństwa w Fairwood. Chcąc nie chcąc, Haillee musi znaleźć dach nad głową i pracę, by zapłacić za naprawę. I tak poznaje Chase’a Whittakera. Przyjaciela Jespera, który nie był obecny w jego życiu w ciężkich dla niego momentach. Pokłócił się z nim i wyjechał. Drogi Haillee i Chase’a przecinają się już pierwszego dnia pobytu dziewczyny w Fairwood. I to miało być tylko tyle. Jedno spotkanie i nic więcej. Ale jak wiadomo życie dla każdego z nas ma inny plan. Zaczyna ich łączyć coraz więcej. Niestety Haillee ukrywa mroczny sekret, który nie może ujrzeć światła dziennego. 

Kiedy dotarłam do końca książki czułam szybsze bicie serca. Czułam krew tętniącą w skroniach. Pomyślałam sobie: o nie, tak być nie może, chcę wiedzieć co dalej? Dlaczego akurat takie zakończenie? Ono serio wbija w fotel. Chociaż muszę przyznać, że po przeczytaniu trzech czwartych książki zaczęłam układać w głowie puzzle, które wpadały na swoje miejsce. I prawie się nie pomyliłam. Nie powiem Wam dlaczego prawie, bo o tym musicie poczytać sami. 

Całą opowiedzianą historię poznajemy z punktu widzenia Haille oraz Chase’a. Muszę przyznać, że bohaterowie tej powieści nie są wyidealizowani: mają swoje wady i zalety, oraz pewną przeszłość, która ich ukształtowała. 

Autorka bardzo umiejętnie wplotła w tę historię ważne tematy. Jak chociażby umiejętność radzenie sobie ze śmiercią przyjaciela. Pokazała jak ludzie, którzy utracili kogoś bliskiego radzą sobie z żałobą. Dodatkowo nie można zapomnieć o lęku społecznym, który dopada Haillee. Dziewczyna nie potrafi nawiązać relacji z nowo poznanym chłopakiem. Chce uciec, chce być sama. Co w małym miasteczku nie ma zupełnie racji bytu. Haillee chciała pozbyć się tego strachu, chciała wyjść do ludzi, być tak odważną jak jej siostra bliźniaczka, o której wspominała cały czas. Dzwoniła do niej co chwilę. Dało się odczuć, że siostra jest dla niej bardzo ważna i bliska. 

Powiem Wam, że historia opisana w „Falling fast” wciąga od samego początku. Czytelnik z ogromną ciekawością przewraca strony, by dowiedzieć się czy Haillee i Chase będą razem szczęśliwi? Czy w ogóle będą razem? 

Jeśli poszukujecie książki, od której się nie oderwiecie, to pozycja Bianci Iosivoni nadaje się do tego idealnie. To niesamowita historia niezwykłej miłości i przyjaźni, której zakończenie wbija fotel, a czytelnik ze stresu obgryza paznokcie. Polecam bez dwóch zdań.


Dziękuję Wydawnictwu Jaguar za możliwość przeczytania tej rewelacyjnej książki. 

niedziela, 30 sierpnia 2020

#557 - Dżinsy i koronki




Tak się właśnie zastanawiam, czy czytałam kiedykolwiek książkę Diany Palmer. I wiecie co? Nie mogę sobie przypomnieć. Więc albo było to bardzo dawno, albo faktycznie nic z jej dorobku nie wpadło mi do tej pory w ręce. Dlatego z miłą chęcią sięgnęłam po książkę „Dżinsy i koronki”. 

Bess ma wszystko: duży dom, pieniądze, piękne suknie, jednak żyje pod ogromną presją matki. Robi to co ona chce. Od wielu lat podkochuje się w synu sąsiadów. Cade jest jej zupełnym przeciwieństwem: do wszystkiego doszedł sam. Mężczyzna wiele razy, nieświadomie, a może z premedytacją zranił Bess. Ale ona nadal nie potrafi przestać go kochać. A przecież dziewczyna z dobrego domu nie może zadawać się ze zwykłym kowbojem. Wszystko zmienia się w momencie śmierci ojca Bess. Okazuje się bowiem, że źle zainwestował pieniądze, co doprowadziło go do samobójstwa. Bess wraz z matką zostają bez grosza przy duszy. Muszą się wyprowadzić i rozpocząć nowe życie, w nowym miejscu. Dzięki przeprowadzce i rozpoczęciu pracy, Bess odcina pępowinę od matki. Ale czy Cadet otworzy się na miłość? Czy pójdzie po rozum do głowy?

Muszę powiedzieć, że na początku miałam mały problem by wgryźć się w tę historię. Chyba do końca nie byłam pewna czego się spodziewać. I na pewno nie jest to historia współczesna – mam na myśli to, że nikt tam nie ma telefonów komórkowych, social mediów. I to akurat było bardzo urokliwe. 

Co do bohaterów, to… główna bohaterka wkurzała mnie niemiłosiernie. Chyba najbardziej irytowało mnie w niej to, że nie potrafiła przeciwstawić się na początku matce. Potem irytowało mnie to, że leciała na każde kiwnięcie Cade’a. Lgnęła do niego jak ćma do światła. Sam mężczyzna też nie był święty. Był gburowaty i od samego początku chciał zniechęcić Bess do siebie. Ale jak to wśród bohaterów książkowych bywa, każde z nich przeszło pozytywną metamorfozę. Chociaż, miałam ochotę ukatrupić Cade’a (i to parę razy). 

„Dżinsy i koronki” nie są wymagającą lekturą. Ot historia na jedno popołudnie. Polecam 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska


czwartek, 27 sierpnia 2020

#556 - Złowrogie niebo



Na samym początku przyznam się Wam szczerze, że oczekiwałam właśnie takiego kryminału. I dostałam go. To był taki rollercoaster, że z ciekawością i niepokojem przewracałam kolejne strony, by dowiedzieć się, jak bardzo autorka „przeczołgała” swoich bohaterów. Alex Kavy nikomu nie trzeba przedstawiać. Myślę, że jest wiele osób, które przeczytały chociaż jedną jej książkę. Kiedy dotarłam do końca, okazało się, że „Złowrogie niebo” jest piątą częścią serii z Ryderem Creedem. Ale w sumie bez znajomości wcześniejszych też da się czytać. No i wiecie co? Obiecałam sobie, że nadrobię wcześniejsze części. Już nakarmiłam nimi mój czytnik.



Podczas wideorozmowy Francine Russo, jest świadkiem śmierci swojego współpracownika Tylera. Wydaje jej się, że ma to coś wspólnego z odkryciem przez Tylera, że znany koncern spożywczy, dodaje do swoich produktów rakotwórcze składniki. Niestety, zanim Frankie się rozłączy, zabójcy dostrzegają jej twarz na ekranie smartfona zamordowanego mężczyzny. Kobieta wie, że to tylko kwestia czasu aż ją odnajdą. Przerażona prosi o pomoc swoją przyjaciółkę Hannę. Ta po rozmowie z Ryderem proponuje by Frankie skontaktowała się z Maggie O’Dell, aby ta jej pomogła. Po piętach depczą jej tajni agenci, a sama kobieta wpada w oko szalejącego nad Alabamą tornada. Czy Frankie przeżyje? Jaką rolę odegra w tym wszystkim Ryder oraz jego czworonożna towarzyszka Grace?
Byłam przekonana, że jest to kolejna część przygód Maggie O’Dell. Okazało się, że tym razem agentka gra drugie skrzypce, gdyż akcja w większej mierze skupia się na Frankie oraz na Ryderze Creedzie. Na jego pracy ratownika z psem tropiącym. Fabuła kręci się także wokół odnalezionej siostry Creeda. Brodie i Ryder muszą odnaleźć się w nowym życiu po tym gdy jego siostra wraca po wielu latach do domu. A to niestety nie jest takie proste. Nie powiem Wam o co tam chodziło, gdyż nie chcę psuć apetytu na przeczytanie tej historii.

Zastanawiam się dlaczego napisałam na początku, że to rollercoaster? Już wiem. Na pewno miałam na myśli tornado szalejące nad Alabamą, gdzie działa się historia, a czytelnik wraz z bohaterami uciekał przed żywiołem. No i nie można zapomnieć o ucieczce Frankie. Tajni agenci deptali jej wręcz po piętach bo bez problemu zdołali ją namierzyć. Jak? Należy wspomnieć o nowoczesnej technologii, która towarzyszy nam na każdym kroku. Okazuje się bowiem, że ta nowoczesność czyli smartfon, smartwatch, dostęp mobilny do internetu sprawiają, że jesteśmy zdecydowanie łatwiejsi do namierzenia.

Jeśli zaczynacie przygodę z książkami Kavy, to serię rozpocznijcie od pierwszej części. Jednak nie jest to konieczne, gdyż w tej części wszystko co działo się w przeszłości zostaje wyjaśnione. Jestem przekonana, że nie odłożycie książki dopóki nie dotrzecie do końca. Zdecydowanie polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska.


wtorek, 19 maja 2020

#544 - Teściowe muszą zniknąć



Po książki Alka Rogozińskiego sięgam z dużą przyjemnością. Bo wiem, że oprócz zagmatwanej zagadki kryminalnej, będę się śmiać w głos. I tak właśnie było podczas czytania najnowszej książki Księcia Komedii Kryminalnej czyli „Teściowe muszą zniknąć”. Tym razem zasiadłam na balkonie i wciągnęłam się w opowiadaną historię. 

Janusz i Amelia mieszkają w samym centrum Warszawy. Spokojny byt zakłóca im upierdliwa sąsiadka. Pewnego dnia, odwiedza ich kuzyn Amelii, opowiadając historię o ukrytym skarbie. I tu rozpoczyna się jazda bez trzymanki. Kazimiera jest mamą Janusza. Co miesiąc wpłaca datki na bytomskie Radio Jadwiga, twierdzi, że największą zmorą kraju są tęczowi, masoni i lewactwo. Maja to mama Amelii. Żyje w konkubinacie, paraduje w marszach równości i szczerze nie przepada za Kazimierą. Z wzajemnością oczywiście. Niestety obie panie muszą połączyć siły kiedy ich dzieci wpadną w solidne tarapaty: Janusz zostanie posądzony o morderstwo a Melka zostanie porwana. Jak to się wszystko skończy? I jaką rolę w tym odegra Tygrys Złocisty, szef mafii?

Muszę przyznać, że ubawiłam się przy tej książce pierwszorzędnie. Pomysł na fabułę gdzie główni bohaterowie podpadają mafii i zjeżdżają pół Polski by odnaleźć skarb, był strzałem w dziesiątkę. W szczególności jeśli dodamy do tego jeszcze dwie mamuśki z piekła rodem. Każda z nich przyprawia o ból głowy swoich najbliższych. Natomiast taki duet próbujący uratować swoje dzieci, to wręcz trąba powietrzna, siejąca spustoszenie. 

Alek nie zatracił ani sarkazmu, ani ironii, ani tym bardziej bystrego spojrzenia na to wszystko co dzieje się wokół. A wszystko ubrał w dobrze skrojony płaszczyk komedii kryminalnej. Dzięki temu czytelnik się nie nudzi i co rusz wybucha śmiechem. W szczególności gdy natrafiał na spotkania z Tygrysem Złocistym, który swoich rozmówców tytułował nazwami fauny. 

Opowiem wam pewną anegdotkę. Podczas czytania książki co rusz natrafiałam na różne zwierzęta np.: gawial gangesowy, czy też muflon śródziemnomorski. I kiedy na głos wypowiadałam te nazwy, to mój Munż od razu mówił o jakie zwierzę mi chodzi. 

Dla tych którzy jeszcze nie czytali książek Alka, myślę, że ten tytuł będzie dobrym rozpoczęciem przygody. A dla wiernych czytelników, będzie to uczta kryminalna z dodatkiem humoru, do jakiego autor nas już przyzwyczaił. Polecam!!!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

środa, 17 lipca 2019

#521 - Kredziarz




Zdarza mi się sięgać po książki, po które zapewne nigdy bym nie sięgnęła. Ale sięgam też po takie, które mnie zafascynują chociażby samym opisem fabuły. Albo chociażby rekomendacjami innych czytelników. Wiecie, chcę sobie wyrobić opinię. Przekonać się czy wszystkie zachwyty nad daną pozycją są słuszne. W przypadku książki „Kredziarz” C.J.Tudor było dokładnie tak samo. 

Jest rok 1986. Piątka zgranych przyjaciół mieszka w małym, sennym, angielskim miasteczku. Wolny czas spędzają jeżdżąc na rowerach, na wygłupach. Ich spokój zostaje przerwany wypadkiem w wesołym miasteczku. W tym samym czasie do miasteczka przyjeżdża nowy nauczyciel. Dzieciaki porozumiewają się między sobą kolorowymi rysunkami ludzików z kredy. Pewnego dnia jeden rysunek doprowadza ich do ludzkich zwłok. To całkowicie zmienia ich życie. Po trzydziestu latach Eddie wraz z przyjaciółmi otrzymuje tajemnicze koperty z kredą i symbolem sprzed lat. Nie biorą ich na poważnie, do czasu aż jeden z nich ginie. To nie przelewki. Eddie postanawia dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się te trzydzieści lat temu. 

„Kredziarz” nie jest typowym kryminałem. Owszem mamy tutaj morderstwo i poszukiwanie winnego. Ale to także studium dzieciństwa w małym miasteczku i to jak wyglądało życie w latach osiemdziesiątych, kiedy nie było telefonów komórkowych, tabletów ani komputerów. To dzieciństwo, które nie było wcale takie beztroskie jakby się mogło wydawać. To pokazanie problemów ówczesnego świata. A także, że nasze czyny i to co robimy mogą odnieść inne skutki niż tego oczekiwaliśmy. 

Akcja „Kredziarza” snuje się powoli jak życie w Anderbury. Jednak cała historia sprawia, że czytelnik wczuwa się w mroczny klimat. Dodatkowym plusem jest retrospekcja – to co działo się trzydzieści lat temu i to co dzieje się współcześnie. Dzięki temu zabiegowi czytelnik poznaje życie bohaterów, ich charaktery i to co ich ukształtowało. Trzeba przyznać, że Autorka potrafi wyprowadzić czytelnika na manowce. Kiedy już łapiemy trop i domyślamy się, kto co i jak, następuje zwrot akcji i mamy totalny mętlik w głowie. Szukamy dalej by znów znaleźć się w ślepym zaułku. 

Jeśli chodzi o bohaterów to wiodący jest tutaj Eddie. To właśnie z jego punktu widzenia poznajemy całą historię. To on przedstawia swoich przyjaciół, ich życie codzienne, relacje z rówieśnikami. Każdy z nich ukrywa jakiś sekret, mimo iż są przyjaciółmi, nie dzielą się wszystkim między sobą. Są zgrani, bo żaden z nich nie ma normalnego domu. A odnalezienie zwłok całkowicie ich odmienia. To ich łączy na całe życie. 

„Kredziarz” to inteligentny kryminał z zaskakującym zakończeniem, gdyż nic nie jest takie jakie się wydaje podczas rozwiązywania przez czytelnika zagadki. Książka angażuje od samego początku i nie pozwala na odłożenie do samego końca. 

Polecam



wtorek, 26 lutego 2019

#512 Tam gdzie jesteś



Współczesna polska literatura obyczajowa jest jedną z moich ulubionych. Ale to przecież wiecie bardzo dobrze, bo dość sporo na blogu moich opinii. Przyznam, że po książkę „Tam gdzie jesteś” Tomasza Betchera, sięgnęłam po troszku w ciemno. Zachwyciłam się okładką oraz rekomendacją napisaną przez mojego ulubionego Autora Janusza Leona Wiśniewskiego. Nie wiedziałam czego się można po tej książce spodziewać. Czy mnie zachwyci czy może rozczaruje? Czy cisnę ją w kąt czy może będę polecać innym znajomym? Biorąc pod uwagę fakt, że o książce wspominała Agnieszka Tatera (a jak niektórzy zauważyli ani razu nie zawiodłam się na książce przez nią polecanej) to nie było chyba innego wyjścia… książka musiała mi się spodobać. I tak też było. 

Niektórym może się wydawać, że jest to typowa historia o miłości. Owszem, tak może być. Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. Ich ścieżki pewnego, nieoczekiwanego dnia przecinają się. Może to być zrządzenie losu, bądź przeznaczenie. Albo zwyczajny przypadek, że bezdomny mężczyzna jakim jest Adam włamał się do domku letniskowego Anny. To historia miłości, ale nie takiej pięknej prostej, szybkiej, od pierwszego wejrzenia. Raczej takiej gdzie zaufanie do drugiego człowieka buduje się stopniowo. Najpierw jest strach, chęć ucieczki, potem akceptacja i zaufanie. Tak to odebrałam ja, w momencie dotarcia do ostatniej strony. Wtedy wszystkie zawiłości i niedopowiedzenia zostały wyjaśnione. 

Kiedy poznajemy bohaterów, najwięcej dowiadujemy się o Annie. Że ma dorosłego syna, że odchodzi od męża tyrana i pracuje w banku. W miejscu, którego nie lubi. Wolałaby pracować w swoim zawodzie, być psychologiem. Stara się rozgryźć Adama. Jednak jej to zupełnie nie wychodzi. O samym Adamie na początku nie wiemy zbyt wiele. Jest bezdomnym, tuła się po Polsce, bo nie może nigdzie zagrzać dłużej miejsca. Autor celowo dawkuje nam informacje o nim. W końcu poznajemy prawdę. O tym jak wielka tragedia wydarzyła się w jego życiu. O tym, że była zapłonem do tego kim jest teraz. Nie jest już jednak sam, jest Anna, która pomaga mu stanąć na nogi. Ale bez jego chęci zmiany do niczego by nie doszło. 

W książce Autor przybliża czytelnikom problem osób bezdomnych. Tego jak społeczeństwo reaguje na osoby nie posiadające dachu nad głową. Nie owija w bawełnę, wali prosto z mostu. Uświadamia nam czytelnikom, że Ci ludzie, to też ludzie tacy sami jak my. Tylko w ich życiu mogła wydarzyć się tragedia, która sprawiła, że się poddali bez walki. A może to ich pokuta? Nigdy tak do końca nie znamy prawdy ani historii ludzi których mijamy na ulicy. 

„Tam gdzie jesteś” to historia o miłości, o dostawaniu od życia kolejnej szansy. Także o tym, że nie powinniśmy oceniać ludzi po wyglądzie ani po statusie majątkowym. Każdy ma swoją historię, którą przeżył, która go zaprowadziła do miejsca w którym się znajduje. 
Polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.





niedziela, 10 lutego 2019

#506 Pochyłe niebo. Ćma




Po książki Ewy Cielesz sięgnęłam chyba trzy lata temu. Przyznaję, że miałam małe obawy, ale zniknęły one tuż po przeczytaniu pierwszej i kolejnych książek Autorki. Co o nich sądzę, już wiecie bo ich opinie pojawiały się na blogu. Tym razem, postaram się opowiedzieć Wam o najnowszym literackim dziecku Autorki „Pochyłe niebo. Ćma.” To pierwsza część trzytomowej serii. 

Anita ma siedemnaście lat, mieszka wraz z matką i babką. Ma starszą siostrę, która już dawno temu wyprowadziła się z domu. Pewnego dnia, dziewczyna odkrywa, że jest w ciąży. Kiedy wyznaje prawdę matce, ta wyrzuca ją z domu. Anita pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża do Wrocławia. Tam znajduje kąt u ciotki. Siostra matki pomaga jej jak tylko może. Dziewczyna by zarobić na swoje utrzymanie zatrudnia się przy opiece nad starszą panią. Kobieta mieszka w słynnym wrocławskim trójkącie bermudzkim. Anita poznaje tam młodych ludzi, którzy mieszkają razem „na kwadracie” i nie należą do tych układnych i grzecznych. Tam spotyka Wilka, którym jest zafascynowana. Jak potoczą się jej losy? Nie zdradzę. Czy wybierze ustawionego, na wysokim stanowisku mężczyznę, za którego na siłę stara się wydać jej ciotka? A może na jej drodze stanie ktoś zupełnie inny? Ktoś kto zaopiekuje się Anitą oraz jej córeczką?

Powiem Wam, że książka mną… wstrząsnęła. Tak… pozytywnie. Anita mimo tego, że matka wyrzuciła ją z domu (która matka robi coś takiego własnemu dziecku?), nie poddaje się i szuka swojego miejsca na ziemi. Jednak nie jest sama. Musi myśleć o swoim dziecku. Musi walczyć o siebie i córeczkę. 

Cała opowieść rozgrywa się w szarych czasach lat 70 i 80tych. W czasach w których tylko nielicznych było stać na zakupy w kolorowych Pewexach, gdzie głównie płacono dolarami. Sama taki Pewex w moim mieście pamiętam. Pamiętam lalki Barbie, które były wystawione na półkach. I ten ból w oczach dziecka, że nie dostanie ukochanej i upragnionej zabawki. W czasach, w których wprowadzono stan wojenny, a na ulicach można było spotkać czołgi. Czasach Solidarności, Zomo, kartek na żywność i długich kolejek. 

Chylę czoła przed Autorką. Język jakim jest napisana powieść zdecydowanie jest poetycki. Bardzo obrazowy. Czytając widziałam wszystko przed swoimi oczami. Widziałam podróż Anity do Ciotki, ulice Wrocławia pełne czołgów i walczących ludzi. 

Przez całą powieść trzymałam kciuki i podziwiałam bohaterkę. Bo jej nie można nie podziwiać. Mimo tego co przeżyła, nie poddawała się. Walczyła. Nie z wszystkimi jej wyborami się zgadzałam, ale to Ona podejmowała decyzje… tylko czy liczyła się z ich konsekwencjami?

Z niecierpliwością oczekuję kolejnej części by towarzyszyć Anicie w podróży, w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. 

Pani Ewo, jest Pani niesamowitą malarką słów i emocji.


wtorek, 8 stycznia 2019

#502 Szczęście za horyzontem


Jak już zdążyliście zauważyć (oczywiście jeśli jeszcze ktoś tu zagląda) lubię polską literaturę. Bardzo rzadko sięgam po zagranicznych autorów, ale zdarza mi się. Ale tym razem znów Wam opowiem o powieści napisanej przez jedną z moich ulubionych polskich Autorek. Twórczość Krystyny Mirek znam chyba od początku jej przygody pisarskiej. Jeśli nie od pierwszej książki to na pewno pierwszej, jaką wydała w Wydawnictwie Feeria. Od tamtego czasu z ogromną przyjemnością sięgam po Jej powieści, które są pełne ciepła i każdego czytelnika wypełniają nadzieją. I taka też jest książka „Szczęście za horyzontem”. 

Jedna nierozważna decyzja doprowadza do tragedii. W ułamku sekundy świat Justyny zostaje wywrócony do góry nogami. Podczas wypadku samochodowego traci swoje nienarodzone bliźniaki. Jej związek z ojcem dzieci, nie przetrwał tego nieszczęścia. Kobieta pozostaje z tym bólem sama, dodatkowo skłócona z rodziną nie wie co robić. Stawia wszystko na jedną kartę i wyjeżdża do swojej ukochanej babci. Opowiada jej o ostatnich wydarzeniach. Starsza Pani podpowiada jej co mogłaby zrobić, by sumienie przestało ją tak bardzo gryźć. I w ten sposób Justyna trafia pod dach Jana i jego rodziny. Jan sam wychowuje trójkę dzieci, które podczas jego nieobecności są zdane same na siebie. Do czasu, gdy na ich progu staje Justyna. Jak bardzo zmieni się życie ich wszystkich musicie przeczytać sami. 

Po raz kolejny udało się Krysi stworzyć historię, która porusza serca czytelników. Która wzrusza, każe się zatrzymać i przemyśleć swoje życie. Pokazuje, że niestety w dzisiejszych czasach ludzie oceniają po pozorach. Nie zagłębiając się w szczegóły oceniamy to co widzimy. A przecież nie wiemy dlaczego ktoś znalazł się w takiej sytuacji. Dopóki nie założymy czyiś butów, nie jesteśmy w stanie stwierdzić, ile w życiu przeszedł. 

Autorka w powieści pokazuje, że ktoś zupełnie obcy jest nam czasem bardziej pomocny aniżeli ktoś z bliskich. Tylko musimy temu komuś zaufać, pozwolić się zbliżyć, dostrzec dobro. Poza tym historia pokazuje, że czasem trzeba przejść długą drogę by być szczęśliwym. 

Pewnie się powtórzę, mówiąc, że Autorka w swoich powieściach snuje realistyczne historie a jej bohaterowie są nam bardzo bliscy. Jakby mieszkali zaraz obok. Czytelnik się z nimi zaprzyjaźnia i kibicuje od samego początku. Trzyma kciuki za happy end. 

„Szczęście za horyzontem” to historia na wskroś prawdziwa. Pełna dobra, miłości, wybaczania i pomocy bliźnim. Polecam bez mrugnięcia okiem.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Edipresse 

wtorek, 1 stycznia 2019

#498



Łapię się na tym, że ostatnio sięgam po książki z cyklu łatwych i przyjemnych. Gdzie królują historie z okolic bożonarodzeniowych. Nic na to nie poradzę, że lubię czytać świąteczne powieści, pełne miłości i świątecznych klimatów. One sprawiają, że łagodnieję, zatrzymuję się na chwilę, uśmiecham. I tak też było przy powieści „Miłość zimową porą” Carrie Elks. 

Kitty Shakespeare stara się o staż w branży filmowej Los Angeles. Niestety, nikt nie chce zatrudnić zdolnej studentki. Pewnego dnia odbiera telefon z propozycją pracy. Nie jest to jednak staż, tylko posada niani u pewnego producenta filmowego. Praca nie w Los Angeles, tylko z mroźnej Wirginii. Sam przyjazd dziewczyny to wielka przygoda. Potrąca samochodem jelenia i staje oko w oko z pewnym przystojniakiem, który nie robi na niej najlepszego wrażenia. Okazuje się, że to Adam Klein, świetny reportażysta, mieszkający w domku nad jeziorem. Przysłowie „Kto się czubi ten się lubi” pasuje do tych dwojga idealnie. Między nimi zaczyna iskrzyć. Czy zaiskrzy wystarczająco mocno? Jaką tajemnicę skrywa Adam? Czy Kitty uda się zdobyć wymarzony staż?

Och, co to była za huśtawka emocjonalna. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam takiej właśnie historii. Całość poznajemy z dwóch punktów widzenia. Jest historia Kitty, która marzy o stażu w branży filmowej. Pracę niani bierze tylko dlatego, że ma nadzieję iż uda się jakoś jej wkręcić do tego świata przez Everetta Kleina, znanego producenta filmowego. Na początku swojej przygody poznaje Adama. No cóż, mężczyzna nie sprawia, że od pierwszej chwili da się go polubić. Wręcz przeciwnie. Jest gburowaty i tajemniczy. Co sprawia, że troszkę ją fascynuje. Adam, skrywa tajemnicę z przeszłości, o której nie chce mówić. Oraz poznajemy poprzez sesje terapeutyczne samego Adama. Nie odkrywamy do końca jego sekretów, ale dowiadujemy się dlaczego mieszka samotnie w starej chacie nad jeziorem. 

Pomimo, że całość jest bardzo przewidywalna, to jednak książkę czytałam z ciekawością. Może dlatego, że zastanawiałam się jak ostatecznie potoczą się losy bohaterów. Całość jest przeplatana także rozpadem małżeństwa Everetta oraz przygotowaniami do świąt. Momentami czułam tę magię. Nie można jeszcze zapomnieć o siostrach Shakespeare, które wspierają Kitty, chociaż każda mieszka w zupełnie innym miejscu. Powieść pokazuje, że więzy rodzinne są bardzo ważne. Nie ważne gdzie rzuci nas los, bliscy zawsze będą najważniejsi. 

Polecam na zimowe wieczory. Mam nadzieję, że ta książka stanie się bestseller'em. Takie ciepłe historie, zawsze rozgrzewają zimowe serca. 

czwartek, 15 listopada 2018

#496



Są książki, na które czeka się z niecierpliwością. Mentalnie pogania się autora by pisał, bo czytelnicy przebierają nogami w oczekiwaniu na jego nową książkę. Mam tak zawsze, gdy czekam na nowe literackie dziecko Magdaleny Witkiewicz. Tylko wiecie, czeka się długo, a potem siadasz, czytasz i myk… koniec. Zamykasz książkę i padają pytania: Ale jak to już koniec? Dlaczego ona taka krótka? Tak to jest z książkami Magdy - są za krótkie. I tak samo było z jej książką „Ósmy cud świata”. 

Anna dobiega czterdziestki. Ma dobrą i satysfakcjonującą pracę, kochającą mamę, przyjaciółki, które ją wspierają. Jednak brakuje jej miłości i stabilizacji. Kobieta boi się samotności. Boi się, że jest już zdecydowanie za późno na rodzicielstwo. Chęć posiadania dziecka staje się bardzo silna. Wyrusza na wycieczkę do Wietnamu, by nabrać dystansu do codzienności. Tam poznaje Tomasza. Nie wie jednak jak bardzo ta podróż ją odmieni oraz poznanie nieznajomego. 

W swojej książce Magda uświadamia kobietom, że życie singielki na dłuższą metę nie jest dobrym rozwiązaniem. Samotna kobieta, w pewnym momencie swojego życia zapragnie stabilizacji, rodziny, miłości. W szczególności, gdy najbliższe otoczenie np.: w postaci własnej matki wywiera presję, a przyjaciółki są mężatkami z dziećmi. Główna bohaterka udowadnia, że miłość można spotkać dobiegając czterdziestki na drugim końcu świata. Poza tym pokazuje, że w życiu kobiet zdarza się też walka między sercem a rozumem. Nigdy przecież nie wiadomo czym się kierować. Nie mamy na to żadnej instrukcji obsługi. Tylko do nas należy podjęcie decyzji. Anna też musi stoczyć tę walkę. Bo z jednej strony mamy Jacka, szefa Anny, z którym łączy ją praca oraz dobry seks. Układ tylko na chwilę. I z drugiej strony jest Tomasz, mężczyzna, którego poznaje podczas swojej wyprawy do Wietnamu, a który wywraca świat uczuć do góry nogami. 

Ja wiem jedno, czasem warto porzucić spokojną i bezpieczną przystań, wypłynąć na nieznane wody z kimś, kto dostarcza nam tachykardii. Bo może się okazać, że to właśnie przy tej osobie dobijemy do innego bezpiecznego portu i tam spędzimy resztę życia.

„Ósmy cud świata” to idealna książka na jesień. Dzięki niej przeżyjemy fantastyczną podróż do gorącego Wietnamu. I razem z bohaterką uświadomimy sobie, że miłość można spotkać w najmniej oczekiwanym momencie. I z tym w pełni się zgadzam. Nigdy nie wiemy, kiedy miłość zapuka do drzwi naszego serca.

poniedziałek, 12 listopada 2018

#495



Kiedy nadchodzi jesień, lubię sięgnąć po dobry kryminał. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Może chodzi o to, że dzień staje się krótszy a jesienna słota sprawia, że popadam w mroczny stan. Dlatego 
z ogromną przyjemnością sięgnęłam po książkę Darii Orlicz „Diabelski młyn”. Ciężko napisać opinię 
o kryminale by nie zdradzić zbyt wiele, a przede wszystkim tego „kto zabił?”

W nadmorskim miasteczku czas płynie wolno, ale nie do końca spokojnie. Młodszy aspirant Krzysztof Bugaj będzie musiał rozwiązać kilka spraw: śmierci młodej ciężarnej Litwinki, gwałtu na młodej letniczce oraz porwania małej dziewczynki. Będzie także rozdarty pomiędzy zaborczą kochankę i żonę, która ukrywała mroczny sekret z przeszłości.

Przyznam, że tej książki nie mogłam czytać jednym ciągiem. Musiałam ją co jakiś czas odkładać by wziąć głęboki oddech i się uspokoić. Autorka w bardzo realistyczny sposób przedstawiła brutalność otaczającego świata. Opisała sytuacje, które mają miejsce za zamkniętymi drzwiami niektórych domów. I to przeraża najbardziej. Bo czytając ten kryminał uświadamiamy sobie, że gdzieś – może zupełnie niedaleko nas – dochodzi do porwań młodych kobiet, które kończą wywiezione do domów publicznych za granicą. Że małe dzieci są wywożone i sprzedawane za grube pieniądze, albo w najgorszym wypadku molestowane i wykorzystywane seksualnie. 

„Diabelski młyn” to wielowątkowy kryminał, który wciąga czytelnika w swój świat i nie wypuszcza go do samego końca. Mimo iż większa część akcji skupia się na młodym aspirancie, jakoś nie zaprzyjaźniłam się z nim zbytnio. Nie wzbudził mojej sympatii. Mam nadzieję, że w kolejnej części, choć trochę się zrehabilituje. Ale patrząc na dotychczasowe jego zachowania, szczerze w to wątpię. 

Autorka skrupulatnie przeplatała wszystkie wątki, by w ostateczności wyjaśnić „co i jak”. Jednak ja osobiście miałam małe zastrzeżenia co do wyjaśnienia niektórych sytuacji. Jak dla mnie za szybko zostało to przedstawione. Tak jakby brakowało pomysłu jak to w ostateczności rozwiązać. Ale chyba tak miało być. 

Jeśli poszukujecie dobry kryminał o którym długo nie zapomnicie, to „Diabelski młyn” jest dla was. Polecam i czekam na kolejną część. 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska

poniedziałek, 15 października 2018

#494



Mój mąż zarzucił mi ostatnio, że zaczytuję się głównie w powieściach obyczajowych. A i owszem. W okresie kiedy dni są długie, lubię dobre obyczajówki, po kryminały sięgnę gdy nastanie jesień. Pewnie chcecie widzieć, co mam na myśli dobre powieści obyczajowe? Otóż historie w nich zawarte są… z życia wzięte, a czasem wręcz dosłownie. Bo takie piękne historie, które urzekają pisze samo życie. Nie trzeba wysilać wyobraźni by stworzyć fikcję. Taką opowieścią podzieliła się ostatnio Anna H. Niemczynow w swojej najnowszej książce „Zostań ile chcesz”. 

Alicja to kobieta, która samotnie wychowuje córkę. Pracuje na dwa etaty, by pewnego dnia spełnić marzenie o domu z białymi filarami oraz o miłości takiej prawdziwej. Ojciec jej córeczki, złamał jej serce oraz sprawił, że straciła wiarę w miłość. Jej przyjaciółka namawia ją by założyła sobie konto na portalu randkowym. Ma wielką nadzieję, że dzięki temu Alicja znajdzie kogoś wartościowego i właściwego. Maciej mieszka sam w wielkim, nie do końca wyremontowanym domu. Dochodzi do siebie po rozwodzie. Korzysta z tego samego portalu randkowego. Pewnego dnia Maciej natrafia na zdjęcie Ali, które go intryguje podobnie jak dziewczyna. Nawiązuje z nią kontakt. Tylko czy taka znajomość ma w ogóle racje bytu? Czy dwoje ludzi tak bardzo pokiereszowanych przez życie będzie potrafiło kochać, wspierać się a czasem nawet walczyć o uczucia? 

Uwielbiam historie inspirowane życiem. Dlaczego? Ponieważ nigdy nie są przesłodzone i nie są kolorowe. Gdyby takie były, zdecydowanie nie byłyby… szczere. „Zostań ile chcesz” to powieść inspirowana życiem Autorki oraz Jej męża Przemysława. Ania przedstawia całą gamę uczuć, która towarzyszyła im od pierwszego momentu. Opisuje strach, jaki dopada ludzi po przejściach, kiedy na ich drodze staje ktoś nowy. Ale także radość i euforia, jaka im towarzyszy. Oni uczą się na nowo ufać i kochać. A to wcale nie jest takie proste. Przecież gdzieś tam z tyłu głowy tłucze się wielka obawa, że przecież to nie może się udać, bo jest za piękne by mogło być prawdziwe. A może lepiej dać szansę starej miłości, bo przecież ją znamy, wiemy czego można się po niej spodziewać. Tylko po co? Czasem warto zaryzykować i wypłynąć łódeczką na rozszalałe morze. Bo może się okazać, że osoba, która nam w tej podróży towarzyszy, może okazać się tą, która z nami zostanie ile zechcemy. Poza tym Nowa Miłość, ta właściwa, piękna, sprawi, że wyrosną nam skrzydła. Będziemy szczęśliwi. Nowa Miłość pokaże nam, że związek to nie tylko awantury, fochy, ale przede wszystkim wzajemna miłość, szacunek, partnerstwo i rozmowy, dzięki którym będziemy mogli rozwiązać konflikty. 

Książka Anny H. Niemczynow pokazuje, że wszyscy potrzebujemy i zasługujemy na miłość. 

Myślę, że wiele czytelniczek będzie utożsamiać się z bohaterką. Alicja jest taka jak każda z nas. Pełna wątpliwości, strachu przed wejściem w nowy związek. Dodatkowo, Alicja nie może myśleć tylko o sobie. Ma przecież córeczkę, która jest dla niej całym światem. 

Jeśli poszukujecie miłości, bądź już ją posiadacie, to ta książka jest dla Was. W niej znajdziecie wszystko to co poszukujecie w dobrych historiach. 

P.S.
Aniu, dziękuję za wspaniałą historię i czekam na kolejne Twoje powieści, pełne Miłości, Prawdy, samego Życia. Dziękuję

P.S.2
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki oraz Wydawnictwa Filia. Za co dziękuję po stokroć.


czwartek, 11 października 2018

#493



O książce Małgorzaty Kursy „Wiedźmy na gigancie” pierwszy raz usłyszałam pewnego czerwcowego wieczoru. Już wtedy wiedziałam, że po tę książkę sięgnę prędzej czy później. Było później. Kolejny głos w sprawie książki pojawił się pewnego dnia w internecie na jednym z portali literackich. W sieci zawrzało, światłowody jarzyły się mocnym światłem, a moja chęć przeczytania rosła z każdą chwilą jeszcze bardziej. W ostateczności udało mi się przeczytać tę książkę i… no cóż. Sami się przekonajcie. 

Redaktorki agencji literackiej „Tercet”, popadają w konflikt z autorem kryminałów Adamem Grandzikiem, który postanawia się na nich zemścić. Podczas imprezy jaką są Imieniny Jana Kochanowskiego dochodzi do podejrzanych zgonów kilku znanych i poczytnych pisarek. Na środowisko literackie pada blady strach. Czy śmierć Autorek była przypadkowa, czy może ktoś pozbywa się konkurencji? Redaktorki, zwane Wiedźmami, na własną rękę starają się rozwiązać zagadkę kryminalną. Czy im się to uda?

Na jednym z portali książkę skategoryzowano jako kryminał i jestem przekonana, że w zamyśle Autorki było podobnie. No dobrze, mamy trupy, ale to tyle. Nic więcej. I te trupy nie pojawiają się od razu na początku tylko gdzieś tak grubo po połowie. Czytelnik na początku zastanawia się kiedy będzie ten kryminał a jak już go ma to… no cóż. Przemilczę. Napisali także, że to komedia. Serio??? Przyznaję się bez bicia, że żadnych wybuchów śmiechu nie było. Nawet kącik ust mi nie drgnął podczas czytania. Dlaczego, skoro wielu czytelników zachwyca się historią opowiedzianą przez Autorkę. 

Obawiam się, że mnie nie porwało, nie zachwyciło. No cóż… myślę, że przede wszystkim chodzi o to, że Autorka usilnie upiera się przy tym, że bohaterowie to „czysta fikcja literacka”. Osoby, które światka literacko – blogowego nie znają, mogą się na to nabrać. Jednak ktoś kto, chociaż trochę w tym świecie „siedzi” bez problemu będzie potrafił w postaciach rozpoznać prawdziwych Autorów, blogerów, czy też redaktorów z Wydawnictw. Nieładnie, Pani Autorko, nieładnie. Nie podoba mi się to i nie akceptuję tego by wyśmiewać się z innych np.: za to jak wyglądają (tu chociażby można wspomnieć o orce), porównywać kogoś do narcyza o mentalności czterolatka czy też wyśmiewać blogerkę za styl w jaki pisze swoje recenzje (tak, znam osobiście i jestem ciekawa czy w tej postaci odnalazła siebie, wstyd Pani Autorko, wstyd). Ponoć miało to być karykaturalne przedstawienie światka literackiego. Świetnie, mogłoby tak być gdyby nie to, że stworzenie „fikcyjnych postaci” i nadanie im określonych rysów sprawiło, że Autorzy bez problemu odnaleźli w nich siebie. 

Miało być zabawnie, a wyszło smutno i żałośnie. Mam wrażenie, że szambo wylało i wszyscy w nim toną. A wiecie co boli najbardziej? Że niektórzy nie widzą w tym problemu, iż ktoś w ten sposób przedstawił kolegów po piórze. 

Ta wojenka jeszcze pewnie potrwa. Bo przecież nie wszyscy się w tym światku kochają. Ok, nie musimy się kochać, ale kurczę, szanujmy się nawzajem i nie zapierajmy, że to fikcja literacka. 

Nieładnie Pani Autorko, nieładnie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 

środa, 5 września 2018

#491



Za każdym razem kiedy sięgam po kolejną część serii „Kryminał pod psem”, wiem, że zabawa będzie przednia. To znaczy, że będzie zagadka do rozwikłania, no i wyśmienity humor - obowiązkowy. 
I wiecie co? Znów się nie zawiodłam. Moje napady śmiechu było słychać na pół Zakopanego, bo tak się złożyło, że najnowszy kryminał Marty Matyszczak „Zło czai się na szczycie” czytałam u podnóża samiusieńkich Tater. 

Szymon Solański wraz ze swoim wiernym kompanem Guciem wyjeżdżają na wesele pani prokurator do Zdrojowic. Tam oczywiście spotykają Różę z nowym absztyfikantem i żeby nie było za spokojnie, podczas wesela Szymon odnajduje całkiem „świeże” zwłoki. Od tej pory spokój w miasteczku zostaje zakłócony. A nasi dzielni bohaterowie zabiorą się za rozwiązywanie zagadki morderstwa. Pobyt w Zdrojowicach jest dla Szymona powrotem do przeszłości. To właśnie tam wiele lat temu, w pożarze zginęła jego żona. 

Ale się działo!!! Od pierwszych stron nie mogłam się oderwać. Ale to przy książkach Matyszczak zupełnie zrozumiałe. Przy czwartej książce Autorka nie zatraciła umiejętności połączenia misternie utkanej intrygi kryminalnej i dobrej komedii. Wybuchy śmiechu są na porządku dziennym. Wpadki bohaterów sprawiają, że czytelnik śmieje się do rozpuku, chociaż nie zawsze sytuacje, w których się znajdują, są na pierwszy rzut oka zabawne. Gucio – towarzysz Szymona, nadal ma cięty język i cyniczno – sarkastyczne spojrzenie na zachowanie swojego właściciela i Róży. Muszę jeszcze dodać, że pomiędzy Różą i Szymonem nadal iskrzy. Tak bardzo, że jak tak dalej pójdzie, to pożar może strawić miejsce, w których się znajdą. A zakończenie książki jest tak wielkim uderzeniem obuchem w łeb czytelnika, że po zamknięciu ma się ochotę chwycić za telefon, zadzwonić do Autorki i zażądać natychmiastowego dostarczenia dalszych losów ukochanych bohaterów. 

Tak jak przy wcześniejszych częściach powtórzę: czytajcie Matyszczak. To wyśmienite kryminały nie tylko dla miłośników tego gatunku. Nie zawiedziecie się!!!

środa, 18 lipca 2018

#488



Droga Tachykardio! 

Bułgaria w latach osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych była miejscem gdzie wielu wyjeżdżało na urlop, gdyż nie była drogim miejscem docelowym. Ta tendencja utrzymuje się nadal, ale mam wrażenie, że już w mniejszym stopniu. Sama byłam tam prawie 30 lat temu, a dokładnie w Warnie. Natomiast w tym roku przeniosłam się tam dzięki najnowszej książce Ałbeny Grabowskiej „Kości proroka”. A konkretnie do Płowdiwu gdzie toczy się akcja.

XXI w. W Płowdiwie w antycznym teatrze zostają odnalezione zwłoki polskiego posła. Mężczyzna został ukrzyżowany, głowę odcięto i ułożono na tacy, a całe ciało pokryto cyrylicą, egipskimi, trackimi oraz greckimi symbolami. Bułgarska policja prosi o pomoc w rozwiązaniu zagadki morderstwa Margaritę Nowak, córkę znanej i cenionej archeolożki. Gita na prośbę przyjaciela wraca na stare śmieci, zostaje policyjnym konsultantem by dowiedzieć się dlaczego doszło do zbrodni. 
XIIw. Dwunastu braci bogomiłów wyrusza do Konstantynopola by przekazać cesarzowi świętą księgę. By uchronić się przed kradzieżą niosą sześć falsyfikatów. Żaden z nich nie wie, która jest prawdziwa.
I w. Dwunastu uczniów powołanych przez Mesjasza, wraz z Janem Chrzcicielem udaje się do Jerozolimy na spotkanie z Chrystusem. Jest wśród nich Ariel, który zostaje kronikarzem spisuje wszystko co wydarzy się podczas podróży oraz notuje wszystkie nauki nauczyciela. 

Jak sama widzisz cała historia opisana jest na trzech płaszczyznach czasowych, które przeplatają się ze sobą. I w ostatecznym rozrachunku wiążą się ze sobą bardzo ściśle. Dla mnie na początku bardzo ciężko czytało się tą książkę, ponieważ w pewnym momencie zaczynałam zapominać o tym co było wcześniej. W szczególności że chodziło o morderstwo. Jednak potem wszystko zaczęło wskakiwać na swoje miejsce jak puzzle. 

Chylę czoła przed Autorką, która wykonała niesamowitą pracę by połączyć te wszystkie historie w jedną logiczną całość - tak, by czytelnik nie miał problemów podczas czytania. A musisz sobie zdawać sprawę , że ilość nazwisk, miejsc oraz wydarzeń troszkę przytłacza, ale to wcale nie umniejsza całej historii. 

Oprócz zbrodni, która rozegrała się w teatrze antycznym, mamy wyśmienite tło obyczajowe. Poznajemy przeszłość Margarity, jej powód ucieczki z Bułgarii oraz porzucenia studiów. A także trudne relacje z matką, znaną archeolożką, która tak naprawdę nie potrafiła okazać zainteresowania córką i całe życie spędziła przeważnie na wyjazdach archeologicznych, aniżeli na zacieśnieniu więzów z pierworodną. A także miłość, która zrodziła się pomiędzy dwójką głównych bohaterów.

„Kości Proroka” to lektura która pochłonie od samego początku. Owszem może być momentami ciężko, ale nikt nie powiedział że książki z historią w tle należą do tych lekkich, które czyta się od deski do deski na jednym posiedzeniu. To kawał świetnej opowieści. Od samego początku będziesz kibicować Margaricie i Dimityrowi podczas rozwiązywania tajemniczej śmierci polskiego posła oraz wędrować na przemian z dwunastoma apostołami i bogomiłami. Dodam jeszcze na koniec, że Ałbena perfekcyjnie przygotowała się do stworzenia całej historii. Research Autorki naprawdę rozkłada na łopatki. Polecam bez dwóch zdań.

Pozdrawiam serdecznie
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy.

środa, 16 maja 2018

#482



Droga Tachykardio!

Pewnie masz takich Autorów na których książki czekasz z utęsknieniem. Wypatrujesz ich premier i odliczasz dni, kiedy będziesz mogła zatopić się w świat bohaterów przez nich wykreowanych. Jak dobrze wiesz, mam kilku takich Autorów. Zalicza się do nich między innymi Magdalena Kordel i cały jej dorobek literacki. Chociaż powiem Ci, że chyba tylko jednej książki nie przeczytałam. Ale zapewne kiedyś nadrobię. Ach, to magiczne kiedyś... Kiedy w moje ręce wpadło „Serce w skowronkach” wiedziałam, że świat przestanie istnieć, a ja znów na jakiś czas przeprowadzę się do urokliwego Miasteczka. 

Ponieważ książki jeszcze nie ma na księgarskich półkach, nie chcę ci zbyt wiele zdradzać. Bo co to za przyjemność czytania, gdy już wiadomo co się będzie działo. A działo się sporo jak to zwykle u Magdy bywa. Mogę ci tylko powiedzieć, że Klementyna wraz z Dobrochną oraz Pogubioną Agatą zostają w Miasteczku. I nadal otaczają się masą życzliwych im ludzi. Klementyna boi się zamieszkać w kamienicy na stałe. Ale jak wiadomo życie nas zaskakuje i czasem los sam wybiera nam drogę, którą mamy podążyć mimo strachu. Chyba nie zdradziłam zbyt wiele. Jeśli tak, to przepraszam, ale ta historia wciąż we mnie żyje. 

To było cudowne uczucie znów znaleźć się w kuchni Klementyny, pić kawę, zajadać się smakołykami, które wyszły spod jej ręki i głaskać Marcepana leżącego u stóp. 

Historia, która się toczy w „Sercu w skowronkach” to kontynuacja tej, którą poznaliśmy czytając „Serce z piernika”. Pojawiają się te same postaci z którymi zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić. Ale także na scenę wkraczają zupełnie nowi, którzy swoją obecnością wprowadzą spore zamieszanie w życiu mieszkańców Miasteczka. 

Pewnie się powtórzę mówiąc, że uwielbiam świat, historie i bohaterów tworzonych przez Magdę Kordel. Kiedy czytam jej książki, czuję się tak jakbym sama mieszkała w miejscu w którym toczy się akcja i przyjaźniła się z mieszkańcami. To miejsce i ludzie są tak bardzo podobni do tych, którzy są gdzieś niedaleko nas. Mają te same problemy, spełniają te same marzenia, boją się zmian i kochają jak nikt inny. 

Kiedy dotrzesz do ostatniej kropki, wypowiesz zdanie tak dobrze znane, po przeczytaniu innych książek Magdy: „ale jak to koniec?”. Otrzesz łzę, uśmiechniesz się, delikatnie pogłaszczesz okładkę, bo dobrze wiesz, że to zdecydowanie nie może być jeszcze koniec. 

Polecam fanom Magdy, a także zachęcam tych, którzy jeszcze nigdy nic Jej nie czytali. Czytajcie, radujcie się i wzruszajcie. Warto!!!

Pozdrawiam serdecznie
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa ZNAK