środa, 28 czerwca 2017

#431




Miłość i przyjaźń nadają sens naszemu życiu. Gdy miłość się kończy, ważne jest by mieć przyjaciela, który będzie dla nas wsparciem w trudnych chwilach. Prawdziwa przyjaźń jest potrzebna w naszym życiu jak powietrze, którym oddychamy. „W plątaninie uczuć” Gabrieli Gargaś, jest właśnie o prawdziwej przyjaźni. Takiej, której nawet śmierć nie jest w stanie przerwać. 

Dorota, Kalina i Hania, to przyjaciółki, ale takie do grobowej deski. Dorota – żona, matka dwójki dzieci. Całe jej życie kręci się wokół spraw związanych z domem. Chce być we wszystkim najlepsza. W tym całym pędzie za perfekcjonizmem, Dorota całkowicie przestaje myśleć o sobie. Wynikiem czego jest małżeński kryzys. Kalina żyje na kocią łapę z Piotrem. Mężczyzna boi się zobowiązań. Kobieta chciałaby założyć rodzinę, mieć dzieci. Pewnego dnia na jej drodze staje Krzysztof, dawna miłość z młodzieńczych lat. Kalina staje przed wyborem. Hania jest singielką, pracuje w korporacji, ale praca szczęścia nie daje. Co rusz przeżywa przelotne romanse. Jednak gdzieś podskórnie wciąż marzy o wielkiej miłości. Wtedy pojawia się Piotr, ale los bywa przewrotny. 

Zastanawiam się, dlaczego nie sięgnęłam po tę książkę wcześniej? Nie wiem. Może dopiero teraz, po pięciu latach przyszedł na nią czas. Wiem, że warto było na nią tyle czekać. Dawno żadna książka nie była tak oklejona i pozaznaczana cytatami jak ta. 

„W plątaninie uczuć” to niesamowita powieść o wielkiej przyjaźni. Gabrysia stworzyła historię, która wzrusza i bawi. Jest ta bardzo życiowa, nic nie jest w niej podkoloryzowane. Trzy przyjaciółki, trzy kobiety na różnym etapie życia, trzy historie, które się nawzajem przeplatają. 

Autorka w powieści porusza kilka ważnych tematów, min.: zdrady małżeńskiej. Dorota zajęta wychowywaniem dzieci, dbaniem o dom dąży do perfekcyjności, przez co zaniedbuje siebie. Odsunęła swoje marzenia, na dalszy plan, na bliżej nieokreśloną przyszłość. A przecież my sami też jesteśmy ważni. Poza tym, jeśli matka jest szczęśliwa, dziecko także. Tutaj matka nie czuła się dobrze w małżeństwie. Dorota nie miała żadnego wsparcia w mężu. Przecież małżeństwo to partnerstwo, wspólne obowiązki. Dlaczego niektórym mężczyznom wydaje się, że kiedy kobieta siedzi w domu z dzieckiem to wszystko powinno być na błysk i czekać na powrót męża z gorącym obiadem na stole? No i dlaczego jest zmęczona i zaniedbana, skoro siedzi w domu? BO PANOWIE, wychowywanie dzieci, sprzątanie, gotowanie itd., to praca na pełny etat. I dobrze by było mieć w Was wsparcie. Gabrysia porusza także temat zwykłej, ludzkiej zazdrości. Zazdrościmy czasem innym błahych rzeczy: rodziny, dobrej pracy, urody itd. Hania zazdrościła Dorocie szczęścia rodzinnego, dzieci, męża. Jednak nie zawsze jest czego zazdrościć, bo szczęście czasem bywa pozorne. 

„W plątaninie uczuć” to książka o której nie da się tak łatwo zapomnieć. To książka pełna życiowych mądrości, które należy chłonąć z każdą przewracaną stroną. A po zamknięciu zastanowić się nad całą historią. Być może w bohaterkach odnajdziemy siebie. Wtedy pomyślmy czy też tak chcemy żyć, czy może czas zmienić swoje życie. Polecam bez dwóch zdań.

sobota, 24 czerwca 2017

#430




Wszystko co piękne szybko się kończy. Moja podróż z Julianą także dobiegła końca. Podróż przez całe jej życie, wzloty, upadki, zmiany miejsca zamieszkania, podróże, walkę o przetrwanie oraz tworzenie swojej firmy od podstaw. 

Kiedy Juliana opuściła dom w Bieszczadach koniecznie chciała odnaleźć rodzinę matki. Niestety nigdy to się jej nie udało. Gdy dotarła do Babci Oleny, tam ukończyła szkołę, a u szeptuchy zdobyła wiedzę zielarską. Jednak nie mieszkała tam długo. Podróż, którą rozpoczęła, a która miała ją zaprowadzić do Warszawy, zaprowadziła ją w zupełnie inne miejsce. Trafiła do Olsztyna. Tam została wolnym słuchaczem na uczelni. Dzięki swojej zielarskiej wiedzy, pomagała ludziom. Rozpoczęła pracę w miejscowej bibliotece i tak poznała Abrahama, swojego przyszłego męża. Tak naprawdę było to małżeństwo z rozsądku. Ale dzięki niemu osiągnęła spokój i stabilizację życiową. Przez cały okres trwania małżeństwa, Abraham wspierał Julianę w rozwijaniu własnego biznesu. Ale czy to przełożyło się na szczęście w miłości?

Rozpoczętą w drugim tomie historię, Juliana opowiada dalej. I tutaj, podobnie jak w poprzednich częściach, pewną rolę odgrywa tło historyczne. Tym razem mamy czasy PRL-u. Kiedy za drobne przewinienia szło się do więzienia i „dzięki współpracy” z milicją można było pozbyć się „kłopotów”. A także czasy, kiedy w sklepach półki świeciły pustkami. 

Zakończenie trylogii i pozostałych historii, uświadamia nam, że to już jest koniec, że już nic więcej nie będzie. Że musimy się rozstać z bohaterami. W tym przypadku jest identycznie. Chociaż… zakończenie jest zaskakujące i jak dla mnie mogłaby powstać kontynuacja. Dlaczego? Gdyż jestem ciekawa jak potoczyły się dalsze losy Joanny i Adama. I jak ostatecznie zakończyła się historia Toffi. 

Muszę przyznać, że Autorka bardzo umiejętnie snuła całą historię. Wszystko jest na swoim miejscu, a czytelnik z każdą przewracaną kartką zaprzyjaźnia się z bohaterami, podróżuje po Polsce, uczy się zielarstwa, czy chociażby przeżywa wzloty i upadki firmy Juliany. Przez cały czas kibicowałam tej kobiecie, trzymałam kciuki za rozwój jej firmy. Smuciłam się przy wszelkich niepowodzeniach i wręcz rzucałam książką przy awanturach. 

„Córka cieni” to saga, obok której nie można przejść obojętnie. Wciąga od pierwszej strony i czytelnik nie odłoży jej, dopóki nie dotrze do ostatniej kropki. A tło historyczne idealnie dodaje smaczku wszystkim wątkom.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Axis Mundi





wtorek, 20 czerwca 2017

#429





Czy zauważyliście, że ostatnio sięgam głównie po polską literaturę? Nie wiem czemu tak się dzieje. Może dlatego, że chcę poznawać więcej i więcej książek rodzimych Autorów, by dzielić się nimi wszędzie, gdzie tylko się da. Bo jak powtarzam, cudze chwalicie swego nie znacie. Jakiś czas temu zachwycałam się twórczością Ewy Cielesz. Dzisiaj opowiem Wam o najnowszej powieści Autorki „Słońce umiera i tańczy”.

Jagoda jest młodą malarką. Mieszka w Krakowie wraz z rodzicami, którzy nie potrafią nigdzie zagrzać miejsca. Pewnego dnia informują ją, że znów wyjeżdżają. A ona zostaje sama i musi utrzymać się z malowania. Gdy na jej drodze staje Dymitr, uliczny muzyk z Mongolii, dotychczasowe życie zostanie wywrócone do góry nogami. No i pojawia się pan Wiesław, przez którego zostanie wplątana w sprawę kryminalną. 

Tym razem Autorka zabiera nas w podróż po artystycznym świecie. Mamy Jagodę, która żyje z malowania obrazów. Widzimy dokładnie jak wygląda jej życie, codzienność i jej malarski świat. Muszę przyznać, że z miłą chęcią zobaczyłabym namalowane przez nią obrazy: portret Dymitra, dzięki któremu wygrywa dodatkową nagrodę w konkursie czy też obraz lotnika namalowany na podstawie zdjęcia z medalionu. No i mamy jeszcze Dymitra albo raczej Ochira, ulicznego grajka, który przez zupełny przypadek zostaje jednym z wokalistów w zespole muzycznym. Możemy przyglądać się życiu muzyka, jak tworzy teksty i komponuję do nich muzykę – jak zaklina emocje we własnych piosenkach. A także świat wielkiej sceny, który potrafi wciągnąć, przemielić i wypluć. A skoro już przemielił to człowiek zostaje zazwyczaj wypluty złamany i poraniony. I nigdy nie jest już taki jak na początku muzycznej przygody. 

Autorka nie ogranicza się w swojej opowieści tylko do głównego wątku. Wzbogaca powieść licznymi historiami, które nie pozostają bez wpływu na głównych bohaterów, ale nie kończy ich. Urywają się gdzieś w trakcie powieści bez zakończenia, a szkoda, bo wydaję mi się, że można by opowiedzieć do końca.

Miłość głównych bohaterów to nie jest przesłodzona romantyczna miłość. Ewa Cielesz pokazuje jak trudne bywa życie dwojga artystów walczących o swoje miejsce. A także różnorodność kulturową. Bo temperamentny charakter Dymitra, wiązał się przecież z jego pochodzeniem. 

„Słońce umiera i tańczy” to część pierwsza historii Jagody i Dymitra. Teraz przyjdzie mi uzbroić się w cierpliwość w oczekiwaniu na nowy tom.


Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Axis Mundi






niedziela, 18 czerwca 2017

#428



Jak już wspominałam wiele razy, po młodzieżówki sięgam rzadko. Jednak raz na jakiś czas wybieram coś lekkiego. Po przeczytaniu książki „Nic do stracenia. Początek” czułam niedosyt. Dlaczego? Byłam ciekawa co będzie dalej z Anabelle i Ashtonem. Więc gdy tylko w moje ręce wpadła jej kontynuacja „Nic do stracenia. Wreszcie wolni” zabrałam się od razu za jej czytanie.

Ojciec Anny zostaje wybrany na prezydenta. Z anonimowej osoby Anna staje się córką głowy państwa. Związek z Ashtonem kwitnie, a dziewczyna uświadamia sobie, że jest w nim zakochana. Wszystko układa się tak jak powinno. Do czasu, kiedy Carter wychodzi na wolność. Mężczyzna postanawia odzyskać Annę za wszelką cenę. Czy mu to się uda? Czy Anna straci kolejną miłość przez Cartera? Czy będzie happy end?

Moja ciekawość dalszych przygód Anny i Ashtona została zaspokojona. Cały czas zastanawiałam się czy Anna wreszcie odetnie się od przeszłości i zapomni o uczuciu do Jack’a, po to aby być szczęśliwą. Rozumiałam ją - pierwsza miłość, o niej się tak łatwo nie zapomina. Jednak czasem musimy odgrodzić się od przeszłości grubą linią by znowu zacząć żyć. Bo nie można żyć tym co było- pomimo, że to nas ukształtowało. Było i nie wróci - należy zamknąć przeszłość w skrzyni i zakopać głęboko. Musimy żyć tym co teraz i tym co może przynieść przyszłość. 
Anna w końcu to odkryła i podjęła właściwą decyzję. Mimo iż na samym początku się bała. Ale zawsze się boimy. Ważne by oswoić strach i zacząć żyć pełną piersią.

Przyznaję, że miałam obawy, że powieść będzie bardzo przesłodzona. Że miłość będzie się wylewać z każdej strony. Na szczęście Autorka postawiła na akcję i dreszczyk grozy. Ashton z ochroniarza przemienia się w wyszkolonego agenta SWAT, który nie waha się by walczyć na śmierć i życie. 

Podczas czytania gdzieś tam kołatało mi się porównanie do filmu „Córka prezydenta” z Katie Holmes. Zaciekawiłam? To dobrze, o to właśnie chodzi. 

Seria o Annie i Ashtonie nadaje się idealnie na lato. Szybko się ją czyta i zapomina o całym świecie. Polecam. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska



środa, 14 czerwca 2017

#427




Bywają książki, które mnie wołają, przyciągają okładką czy też opisem. Bywa też, że impulsem do ich przeczytania jest film albo serial, który został nakręcony na podstawie danej książki. Kiedy pojawił się serial „Wielkie kłamstewka” stwierdziłam, że go obejrzę. Gdzieś tam w tyle głowy kołatała mi się myśl, że jest także książka. Ale nie chciałam jej czytać. Jednak gdy obejrzałam pierwszy odcinek serialu, zdecydowanie zmieniłam zdanie. Zamówiłam książkę, usiadłam rano i nie mogłam się oderwać. 

Cała opowieść rozpoczyna się mocnym akcentem. Podczas wieczoru integracyjnego dla rodziców dzieci z przedszkola Piriwee Public, w nadmorskiej miejscowości niedaleko Sydney dochodzi do śmiertelnego wypadku. Bohaterów poznajemy podczas retrospekcji, podczas tego co wydarzyło się przez pół roku przed wypadkiem. Zaprzyjaźniamy się z Jane samotną matką wychowująca syna, z Madeline odważną i pewną siebie matką trójki dzieci, Celeste tajemniczą i spokojną żoną przystojnego i bogatego męża, matkę bliźniaków. Wszystkie łączy jedno: ich dzieci chodzą do szkoły Piriwee Public. Co się wydarzyło i kto zginął? Cóż, Nie mogę tego zdradzić, bo stracicie chęć na przeczytanie książki. 

Książka „Wielkie kłamstewka” skupia się przede wszystkim na przyjaźni Jane, Celeste i Madeleine. Na ich życiu rodzinnym, codzienności, sprawach domowych oraz tajemnicom które każda z nich ukrywa. W tej powieści dużą rolę odgrywa także miasto, a konkretnie hermetyczne społeczeństwo, gdzie wszyscy wszystkich znają i nic się nie ukryje.

To nie jest kryminał, ale dobry mocny obyczaj. Ta książka wciąga od samego początku nie odłożymy jej aż nie dowiemy się kto zginął, nie poznamy sekretów mieszkańców. Autorka w swojej powieści poruszyła temat o którym rzadko się mówi: przemoc domowa fizyczna i psychiczna. Na pozór szczęśliwe małżeństwo Celesty za zamkniętymi drzwiami przemieniało się w koszmar, o którym ona sama nikomu nie mówi. Przecież mogłoby się zdarzyć, że nikt by jej nie uwierzył.
Bo jak to jest możliwe, że mąż ją bije, skoro kupuje jej wszystko czego pragnie, a robił to aby zagłuszyć wyrzuty sumienia. 

Podczas czytania nie opuszczała mnie ciekawość kto zginął na początku książki. Cierpliwie przerzucałem strony układam sobie w głowie plan kto to mógł być.
Kiedy tajemnica została odkryta, cóż nie zdziwiłam się zbytnio, bo można było się tego spodziewać, ale czy na pewno ? 

Oprócz przemocy domowej, autorka porusza temat przemocy wśród dzieci w szkołach. I ich częstego niesprawiedliwego traktowania, tylko dlatego, że pochodzą z niepełnej rodziny. Na przykładzie syna Jane widzimy, że przyczepiona mu łatka łobuza pozostaje na długo.

„Wielkie kłamstewka” to opowieść pełna różnych emocji: tych dobrych jak i tych złych. To też powieść o miłości matki do dziecka i tego jak wiele może ona dla niego poświęcić. Myślę, że nie zawiedziecie się na tej książce. To teraz skoro wiem kto zginął mogę zabrać się za serial i przekonać się jak scenarzyści, reżyser i aktorzy poradzili sobie z tą historią. 

niedziela, 11 czerwca 2017

#426


Praca w księgarni ma te plusy, że jestem w miarę na bieżąco z nowościami oraz bestsellerami. Wiem, mniej więcej, co się najlepiej sprzedaje. Ale to nie wszystko. Pozwala mi ona wynajdować tytuły, które z chęcią bym przeczytała. I tak właśnie było z powieścią Joanny Jodełki „Wariatka".

W ciężkim depresyjnym stanie po śmierci męża, do szpitala psychiatrycznego trafia Joanna. Pisarka kryminałów. Pewnego dnia, otumaniona lekami, dostaje egzemplarz swojej debiutanckiej powieści. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ktoś zmienił fikcyjne imiona i nazwiska na te prawdziwe. W dodatku, tematem powieści jest historia zaginięcia młodej kobiety, Justyny Lenart, której to losem Joanna bardzo się interesowała. Ktoś czyha na życie Joanny. Po nieudanej próbie uduszenia i nafaszerowania jej lekami, Joanna postanawia opuścić szpital na własne żądanie. Musi rozwiązać zagadkę, kto pragnie śmierci I dlaczego podmienił fikcyjne nazwiska na te prawdziwe. Czy to się je uda? Czy na wolności również czyha na nią niebezpieczeństwo? 

To było moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki. Właśnie się zastanawiam czy udane? I dochodzę do wniosku, że i owszem. Podobało mi się i to bardzo. Może dlatego, że dawno nie czytałam tak dobrego kryminału. Trup nie ścielił się gęsto, za to była wyśmienita zagadka psychologiczna do rozwiązania. I od razu mówię takiego zakończenia się nie spodziewałam. 

Autorka stworzyła intrygujący kryminał. Cała historia przeplatana jest fragmentami pisanej powieści oraz tym co dzieje się w czasie rzeczywistym. Na początku miałam problemy by się w tym połapać. Jednak po jakimś czasie już nie zwracałam na to uwagi. 

Książkę czyta się szybko, bo czytelnik razem z bohaterką stara się rozwiązać wszystkie zagadki i tajemnice. Teraz myślę, że bez strachu sięgną po inne tytuły tej autorki. Polecam.

czwartek, 8 czerwca 2017

#425




O czereśniach Magdalena Witkiewicz wspominała od kilku już lat na swoich spotkaniach autorskich. Mówiła, że ma rozpoczętą opowieść, jednak zawsze wypadało jej „coś” innego. Ale w końcu przyszedł czas i Magda ku uciesze swoich wiernych czytelniczek, powieść ukończyła. I tak na początku maja, na rynku, pojawiła się długo wyczekiwana powieść „Czereśnie zawsze muszą być dwie”. 

Zofia Krasnopolska jest jedynaczką wychowywaną przez rodziców lekarzy, którzy nie mają wiele czasu na zajmowanie się dzieckiem. Jednocześnie Zosia jako „kujonka” nie ma zbyt wielu przyjaciół w szkole. Postanawia to zmienić idąc z wszystkimi na wagary. Chce poczuć się częścią grupy, ale niestety - nie tak to działa. W ramach kary pani dyrektor szkoły, wysyła dziewczynę do opieki nad starszą panią Stefanią. Ale nikt nie przypuszcza, że te spotkania zakończą się wieloletnią przyjaźnią. To w Pani Stefanii, Zosia, odnajdzie prawdziwą powierniczkę. A po jej śmierci otrzyma w spadku dom pełen tajemnic z przeszłości. Czy Zofia znajdzie swoje miejsce na ziemi? I czy znajdzie mężczyznę, który będzie jej tam towarzyszył?

To dotychczas najgrubsza książka Magdy. Przyznam szczerze, że dla wielu jej fanów i tak okaże się za cienka. Dlaczego? Bo mimo objętości, książkę czyta się bardzo szybko. 

Tym razem Autorka pokusiła się na wspomnienia sprzed wielu lat, przeplatane z teraźniejszością, a konkretniej z historią Zosi. I właśnie ta przeszłość ma wpływ na to co dzieje się w życiu głównej bohaterki. 

Fani książek autorki nie zawiodą się. Czereśnie to książka utrzymana w tonie optymizmu, wiary w dobro i drugiego człowieka - historia, która porywa nas falą i nie odpuszcza do samego końca. 

Autorka nie raz udowodniła, że tak samo dobrze odnajduje się w komediowych powieściach, obyczajówkach jak i erotykach. A teraz, bez problemu możemy dorzucić do tej listy powieść z tłem historycznym. 

Myślą i hasłem przewodnim powieści jest to, że człowiek żyjąc w pojedynkę usycha jak drzewo czereśni, gdy rośnie samotnie. Do szczęścia potrzebny drugi człowiek, aby móc dzielić się z nim miłością i troskami.

Magdalena moim zdaniem idealnie przygotowała się do pisania. Zrobiła świetny research, co przełożyło się na niesamowity klimat powieści. Bo ta książka jest zupełnie inna niż te poprzednie, jak dla mnie jest bardziej dojrzała. I tak, Magda zasłużenie otrzymała miano specjalistki od szczęśliwych zakończeń.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Autorce. 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

#424


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA


Magdalena Kordel przyzwyczaiła swoich czytelników do powieści, których akcja toczy się w maleńkim Malowniczem, u podnóża Sudetów. Do powieści pełnych ciepła, rodzinności. Dlatego wielkim zaskoczeniem będzie najnowsza książka Autorki „Wilczy Dwór. Córka wiatrów”. Ale uprzedzając wątpliwości: warto, naprawdę warto, pozwolić się porwać tej historii. 

Konstancję, właścicielką Wilczego Dworu poznajemy w pewien słoneczny wiosenny dzień. Od wielu już lat wiedzie spokojne życie, nie zaprzątnięte żadnymi problemami ani troskami. Jednak niespokojna przeszłość zastuka do bram dworu wraz z pojawieniem się Jana. Dawnego przyjaciela, który był nieobecny przez ostatnie dwanaście lat. Jego przyjazd rozpoczyna czas zmian i zawirowań oraz kłopotów, które miały dotrzeć do Wilczego Dworu. 

Znacie mnie już dobrze i wiecie, że powieści „nie współczesne” omijam szerokim łukiem. Ale dla ulubionych Autorek (czy też Autorów) robię wyjątki. I tak właśnie było w tym przypadku. 

Mimo iż nie jest to Malownicze, ani współczesność, Magdalena nie zatraciła w sobie daru opisywania otaczającego świata. Zatapiając się w świat Konstancji wyraźnie widzimy cudowny Wilczy Dwór, słyszymy paplaninę Pelasi, czujemy siłę bijącą z przyrody, słyszymy szelest wytwornych sukni. Wyobraźnia ma niewyobrażalnie wielkie pole do popisu. 

„Wilczy Dwór. Córka wiatrów” to powieść o sile kobiet. O tym, ile potrafimy znieść, o tym, że wcale nie jesteśmy takie kruche jak się niektórym może wydawać. Główna bohaterka udowodniła, że samotna kobieta, może dobrze zarządzać dworem i ziemiami oraz pokazać mężczyznom, że potrafił sobie bez nich radzić. A trzeba przyznać, że w czasach, kiedy toczy się historia powieści, mężczyźni zdecydowanie widzieli kobiety w domu zajmujące się raczej domem aniżeli władające szablą. 

To także opowieść pełna tajemnic, które chcemy jak najszybciej poznać. Ale wiecie, że nic nie może być za szybko w ujawnione, bo wtedy nie ma tego dreszczyku emocji przy ich odkrywaniu.

Gorąco polecam najnowszą powieść Magdaleny Kordel. Jeśli pokochaliście Malownicze to Wilczy Dwór pokochacie tak samo mocno. Teraz nie pozostanie mi nic innego jak z niecierpliwością oczekiwać kontynuacji, by dowiedzieć się co dalej.

Za możliwość przeczytania książki z całego serca dziękuję Wydawnictwu Znak

wtorek, 16 maja 2017

#423




Po książki z gatunku młodzieżowego sięgam rzadko, częściej po te z Young Adult. Pewnie dlatego, że na młodzieżowe jestem już za stara, ale na YA jeszcze nie tak bardzo. Poza tym lubię sięgać po książki, które mnie pochłaniają, które sprawiają, że zatracam się w świecie bohaterów. I tak właśnie było w przypadku książki "Nic do stracenia. Początek" Kirsty Moseley.

Annę, córkę senatora Stanów Zjednoczonych poznajemy w dniu jej szesnastych urodzin, kiedy wraz ze swoim chłopakiem wybiera się do klubu. Niestety świętowanie kończy się tragedią. Chłopak zostaje śmiertelnie pobity, a Anna uprowadzona przez niebezpiecznego gangstera, Cartera. Dziewczyna zostaje uratowana po roku, a porywacz trafia za kratki. Czas więzienia przez Cartera odbiło na niej swoje piętno. Anna raz za razem jest relegowana z uczelni. Całkowicie zamknęła się na ludzi, panicznie boi się dotyku i nie ufa nikomu. Carter, który siedzi w więzieniu wysyła jej listy miłosne oraz pogróżki. Ojciec Anny bardziej chronić córkę, angażuje do jej ochrony najlepszego agenta SWAT Ashtona Taylora. Czy Anna wreszcie otworzy się na ludzi i zaprzyjaźni z agentem? I czy w końcu zrozumie, że zasługuje na miłość i bycie szczęśliwą?

Po różnych - pozytywnych i nie tylko - recenzjach książki "Chłopak, który zakradł się do mnie przez okno” miałam małe obawy, czy najnowsza książka Moseley przypadnie mi do gustu i czy gatunek jest dla mnie odpowiedni. Wszelkie wątpliwości minęły po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Chociaż przyznam się szczerze, że po prologu miałam ochotę rzucić książką w kąt. Dlaczego? Nie podobał mi się język. Jednak uświadomiłam sobie, że to młodzieżówka, a młodzi ludzie mówią właśnie w ten sposób.

Autorka stworzyła niebanalną parę bohaterów. Przez całą powieść obserwujemy metamorfozę Anny. Z początku była wredną zołzą, która wymykała się ochraniającym ją ochroniarzom i czuła strach przed dotykiem i bliskością drugiej osoby. To co wydarzyło się, gdy przytrzymywał ją Cartera, odbiło się głośnym echem na jej postawie. Co jest całkiem zrozumiałe. Nocne koszmary to codzienność. Jednak pod wpływem Ashtona, zmienia się diametralnie. Otwiera się na ludzi, chociaż gdzieś tam środku wciąż się boi, że nie może być szczęśliwa i nie może nikogo pokochać. Bo wciąż pamięta o swoim zabitym chłopaku.

Kirsty Moseley w swojej powieści pokazała, że gdy otaczają nas życzliwi i pomocni ludzie, potrafimy walczyć z przeszłością oraz demonami, które nami zawładnęły. Anna jest tego całkiem niezłym przykładem. Dzięki Ashtonowi pokonuje swoje lęki, staje się silniejsza.

Książkę czyta się błyskawicznie. Historia Anny i jej ochroniarza wciąga z każdą stroną. A gdy docieramy do końca… okazuje się, że na resztę musimy poczekać.

I tak jak napisała kiedyś moja znajoma „Moseley pisze łatwo lekko i przyjemnie. Na raz” Polecam


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska


środa, 26 kwietnia 2017

#422


Kiedy za oknem pogoda nie sprzyja czytaniu w plenerze, wtedy najlepszym rozwiązaniem jest zakopanie się pod kocem, z ulubioną herbatą oraz świetną książką. Tak właśnie zrobiłam. Zasiadłam na krótkiej sofie z drugim tomem sagi „Czary codzienności. Przyjaciele i rywale" Agnieszki Krawczyk. Postanowiłam przeczytać tę pozycję po raz drugi, bo niebawem swoją premierę będzie miał tom trzeci. A mnie umknęło kilka rzeczy od czasu, kiedy czytałam ją po raz pierwszy.

Życie w Zmysłowie toczy się utartym rytmem. Kawiarnia prowadzona przez Agatę, Tosię i Danielę, prosperuje wyśmienicie i przyciąga coraz większe rzesze klientów. Wszyscy są zachwyceni nowym miejscem na mapie Zmysłowa. Agata nie ustaje w poszukiwaniach ojca Tosi, ale kiedy odkrywa prawdę, jest już za późno na to, aby Tosia poznała swojego tatę. Testament znaleziony w skrytce depozytowej matki, uświadamia jej, że czeka ją batalia z innymi spadkobiercami. Jakby tego było mało, na spokojnym dotychczas życiu mieszkańców Zmysłowa, kładzie się cieniem budowa nowoczesnego ośrodka z termami. Spokój zostaje zmącony, a lokalna społeczność dzieli się na dwa obozy. A żeby jeszcze bardziej utrudnić życie siostrom, w Zmysłowie zjawia się starszy, przyrodni brat Tosi. 

Jak już nieraz wspominałam lubię czytać książki, które układają się w serie. Wtedy nie rozstaję się tak szybko z bohaterami, z którymi zdążyłam się już zżyć we wcześniejszych częściach i wiem, że znów się spotkamy. Tutaj było identyczne. Lubię wracać do Zmysłowa, do kawiarni „3 siostry i 3 koty” by napić się spokojnie dobrej kawy i zjeść jakiś specjał przygotowany przez Danielę. To miejsce ma swój urok. Uwielbiam zaglądać w znajome kąty i spotykać „znajomych”. Toczyć z nimi nieśpieszne rozmowy o codzienności i pomagać przy rozwiązywaniu problemów. 

W tej części podobnie jak w poprzedniej, Agnieszka uwodzi opisami. Czytając o Zmysłowie, czytelnik ma wrażenie jakby sam spacerował po tym małym miasteczku. Czuł zapach traw, kwiatów czy też aromatów herbat serwowanych w kawiarni. Takie właśnie są książki Agi. To ciepłe opowieści o codzienności. Przepełnione magią. Sielskość małej miejscowości sprawia, że chce się tam jechać, obcować z przyrodą. Może się komuś wydawać, że są one przesłodzone, ale według mnie tak nie jest. Jednak jak dobrze wiemy nie zawsze wszystko jest kolorowe. I tym razem też tak nie jest. Budową ośrodka z termami wszystkim komplikuje życie, a pani burmistrz za wszelką cenę chce postawić na swoim. Nie cofnie się przed niczym i choć jej determinacja jest godna podziwu, to nie zdaje sobie jednak sprawy jak bardzo zżyte są małe społeczności, które będą walczyć z tym co nie jest po ich myśli. Przecież w kupie siła. I należy dbać o dobro ogółu, a nie jednostek.

Tym razem Agnieszka kończy swoją część z przytupem. I to takim, że czytelnik przebiera nogami z niecierpliwością w oczekiwaniu na kolejny tom. Dlatego też, choć uwielbiam czytać serie, to minusem jest to, że nie wszystkie części są od razu wydawane. Postanowiłam więc przeczytać ten drugi tom jeszcze raz by przypomnieć sobie to co działo się w tej części. Bo przecież za chwilę premiera tomu trzeciego. Jestem bardzo ciekawa jak Agnieszka poplącze losy bohaterów i rozwiąże niesnaski.



wtorek, 11 kwietnia 2017

#421



Jak sami zdążyliście zauważyć, rzadko sięgam po kryminały. Nie dzieje się tak, że ich nie lubię. Owszem lubię, ale… jakby nie zawsze lubię się bać. Jednak raz na jakiś czas zatapiam się w kryminalny świat. Dlatego z miłą chęcią sięgnęłam po debiut literacki Anna Snoekstra „Córeczka”.

Pewna bezdomna kobieta, próbując uniknąć więzienia, przywłaszcza sobie tożsamość dziewczyny, która zaginęła wiele lat wcześniej. Bardzo pomógł jej tym fakt, że była podobna do zaginionej. Rozpoczyna nowe życie jako Rebecca Winter. Bez problemu wtapia się w życie rodzinne: śpi w jej łóżku, nosi jej ubrania, przyjaźni ze znajomymi. Policjant, który prowadził śledztwo zaginięcia Rebeki, chce jednak za wszelką cenę dowiedzieć się co działo się z dziewczyną, podczas jej nieobecności. Gdzie była? Gdzie się ukrywała? Jednak ona nie ma ochoty mu w tym pomagać. W pewnym momencie dociera do niej, że to zaginięcie wcale nie musi być przypadkowe. I odkrywa, że jej także grozi niebezpieczeństwo. A może Beca nie zaginęła tylko ktoś ją zamordował? Czy rodzina coś ukrywa? 

Kiedy zagłębiałam się w świat bohaterów nie wiedziałam co otrzymam. Prawie pod koniec, bałam się czytać dalej. 

Autorka wykreowała historię, która trzyma w napięciu. Nie pozwala wręcz od siebie się oderwać. Odwracając kolejne strony czytelnik zastanawia się co tak naprawdę wydarzyło się w tym domu? Ile zła w nim mieszka. I czy główna bohaterka rozwiąże zagadkę zaginięcia Rebecci?

Świetnym zagraniem jest to, że kobieta, którą poznajemy na samym początku nie ma imienia - nie wiemy skąd jest i jaką ma przeszłość. Z czasem poznajemy ją lepiej, gdy porównuje swoje dawne życie z tym, które wiedzie obecnie. Jednocześnie prowadzona jest równoległa narracja, która opowiada całą historię z punktu widzenia zaginionej dziewczyny. Wiemy dokładnie jak wyglądało jej życie, praca oraz przyjaźnie. I co działo się z nią podczas feralnych dni przed zaginięciem.

Czytając powieść, czytelnik zastanawia się czy kradzież tożsamości może mieć jakieś konsekwencje. Czy bohaterce ujdzie to na sucho, jeśli prawda wyjdzie na jaw? A wy jak myślicie?

„Córeczka” to świetny thriller, który trzyma w napięciu cały czas. Jeśli lubicie się zastanawiać „kto zabił?” to ta książka jest właśnie dla was. Gdyż do samego końca, czytelnik nie ma pojęcia co się stało z Rebeccą Winter. Polecam!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins