Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

#292



A wszystko przez Agnieszkę. W sumie mogę nawet stwierdzić, że przez dwie Agnieszki. Już spieszę z wyjaśnieniami.

Jakiś czas temu Agnieszka Tatera zachwycała się książką „Nomen omen” Marty Kisiel. Książka od razu trafiła na moją listę „Must have! Must read”, bo skoro Aga poleca, musi to być coś naprawdę dobrego. Później będąc w stolicy druga Agnieszka podczas buszowania po „Dedalusie” wspomniała o książce „Dożywocie” Marty Kisiel. I wtedy coś tam mi zaświtało, że to debiut tej samej Autorki o której wspominała pierwsza Agnieszka (sporo tych Agnieszek, wiem...). Po powrocie do domu rzuciłam się w wir poszukiwań. Niestety wersji papierowej nie znalazłam w żadnej księgarni, a ta którą znalazłam na Allegro… no cóż … jej cena była zawrotna. Znajome z ŚBK chciały mi ją pożyczyć, ale w ostateczności dorwałam e-book. I tak mogłam zasiąść z czytnikiem i zabrać się za swoją pierwszą książkę w formie elektronicznej.

Konrad Romańczuk, młody pisarz, pewnego dnia dziedziczy dom. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież czasem ktoś dostaje dom w spadku, ale Lichotka (tak nazywa się dom), położona jest na całkowitym odludziu. Kiedy Konrad przybywa na miejsce okazuje się, że dom to rudera a on sam jest skazany na nią dożywotnio, bo taki był zapis w testamencie.
Ale to nie koniec jego zmartwień. Wraz z domem otrzymuje niecodziennych mieszkańców: anioła o wdzięcznym imieniu Licho, który jest uczulony na swoje pióra ze skrzydeł, chodzi całymi dniami w ukochanych bamboszkach i ma zdrowego fioła na punkcie czystości. Towarzyszą mu też widmo nieszczęsnego panicza Szczęsnego, który popełnił dwukrotnie samobójstwo przez nieszczęśliwą miłość oraz stwór – Krakers – który można śmiało stwierdzić, że jest wyrośniętą ośmiornicą uwielbiającą gotować. Jest jeszcze kotka Zmora, zielone utopce mieszkające w wannie i królik Rudolf Valentino.

Konrad liczył na to, że na odludziu będzie mógł skupić się na pisaniu książki i na leczeniu złamanego serca. Niestety, z taką gromadą nie ma co liczyć na święty spokój.

Od pierwszego zdania polubiłam – wróć – pokochałam Konrada i całą jego menażerię. Nie da się nie kochać Licha, który od samego początku wzbudza w czytelniku instynkt macierzyński. Przecież to takie duże – małe dziecko, którym stale trzeba się opiekować. Poza tym Szczęsny, który jest… jakby to ująć… hm… nieobliczalny? Nigdy nie wiadomo z czym wypali.

Marta Kisel (ha! Moja imienniczka, nomen omen) sprawiła, że ataki śmiechu i niedowierzanie towarzyszyły mi cały czas podczas czytania. Nie potrafiłam oderwać się od tej historii. Zarwałam nawet kilka nocek, bo byłam ciekawa tego, co będzie dalej.

Perypetie mieszkańców Lichotki sprawiają, że samemu ma się ochotę w takim miejscu zatrzymać. Chociażby na weekend. Oczywiście, jeśli się wytrzyma z taką gromadą niesamowitych osobliwości i nie ucieknie z krzykiem. Tam nie można się nudzić.

„Dożywocie” polecam każdemu, bez wyjątków. Jeśli poszukujecie książki, która poprawi Wam humor, to bez wahania sięgnijcie po debiut Marty Kisiel. Teraz sama mam w planach Jej kolejną książkę. I jestem przekonana, że będzie równie dobra jak wcześniejsza.

sobota, 9 marca 2013

#237

 Droga Tachykardio!

Absolutnie się nie dziwię, że seria książek Janet Evanovich o gapowatej łowczyni nagród robi w świecie taką furorę. Przecież nie da się nie lubić Stephanie Plum. Pewnie powiesz, że łowca nagród to musi być poważna? Ta, a świstak siedzi za sreberka. Nie skąd. Stephanie była przecież dotychczas sprzedawcą w sklepie. Ale kiedy ją zwolnili trzeba było zacisnąć pasa i znaleźć sobie pracę. Nie chciała pracować w fabrykach, ta praca jest dla niej za nudna. Więc została łowcą nagród w firmie windykacyjnej swojego kuzyna. I uwierz mi w tej pracy nie ma jak się nudzić. To co, pewnie jesteś ciekawa co wydarzyło się w kolejnym tomie „Po szóste nie odpuszczaj”.

Jak już wspominałam we wcześniejszym liście, Stephanie ma problemy… sercowe. Bo nagle okazuje się, że Komandos wcale nie jest jej obojętny. Ale z drugiej strony Morelli. No cóż. Obok życia prywatnego trzeba zająć się pracą. I tutaj jak zwykle w przypadku Steph zaczynają się schody. Trzeba znaleźć szaleńca który zabił i podpalił handlarza bronią. Niestety wszelkie ślady prowadzą do… Komandosa. A żeby było ciekawiej, Komandos nie stawi a się na rozprawie i automatycznie staje się NS-em. Czyli… Trzeba go dorwać i zaprowadzić do sądu. Ale jak to? Przyjaciela? Swojego Mistrza? Z krwawiącym sercem Steph oddaje tego NS’a Joyce. Ale i tak dobrze wie, że Komandosa nie da się „dopaść”. W sprawie wydania Komandosa jest śledzona przez dwóch typków w gangolach. Oprócz tego jeden NS chce ją podpalić i wyprawić na tamten świat. A żeby całkowicie się Stephanie nie nudziło wprowadza się do niej babcia Mazurowa. A to dopiero początek wyśmienitej zabawy.

 I tym razem Autorka nie zawiodła swoich czytelników. Wierz mi, książka – tak jak poprzednie części – wciąga od pierwszych stron i nim się obejrzysz jesteś już na końcu. Oczywiście po drodze śmiejąc się do rozpuku albo wściekając na to, że ktoś celuje w Śliwkę z broni albo porywa ją i więzi gdzieś za miastem.

Nie będę wznosić peanów na jej cześć bo wiele razy już to robiłam, a nie mam zamiaru się powtarzać. Książka o przygodach Stephanie Plum jest świetną rozrywką. Powinni je przepisywać na poprawę humoru i na chroniczną niechęć do czytania, bo jak wspominałam przy poprzedniej części sama na to cierpiałam i Śliwka pomogła.

Szkoda tylko dwóch rzeczy: za szybko te książki się kończą i czas oczekiwania na kolejny tom jest strasznie długi. W sumie mam na półce „Seven up” ze wcześniejszego wydania ale… hm… jak znajdę moment to pewnie przeczytam a potem porównam z wersją tłumaczoną przez Dominikę Repeczko.

Tachykardio, koniecznie zapoznaj się z serią o Plum. Nie będziesz żałować. Wręcz przeciwnie będziesz chciała więcej i więcej. Ponieważ jest już sześć części, taka wielka dawka świetnej rozrywki jest najlepsza na szarą pogodę jaka panuje za oknem. Nie oszukujmy się: ŚLIWKA RZĄDZI!!!

Pozdrawiam
Archer


środa, 6 marca 2013

#236



Droga Tachykardio!

Od jakiegoś czasu, jak dobrze wiesz przechodziłam zapaść czytelniczą. Pewnie jesteś ciekawa czym to się objawiało? Otóż odrzucało mnie od czytania. Tak wiem, to niespotykane w szczególności, że jestem molem książkowym i nie wyobrażam sobie dnia bez czytania. Jednak dopadł mnie kryzys i odrzucało mnie od książek. Nie potrafiłam przeczytać ani jednej strony. Aż w końcu stwierdziłam, że potrzebuję czegoś na poprawę tego stanu. A co jest najlepsze na kryzys? Książka Janet Evanovich. I tak pewnego wieczoru zasiadłam w ukochanym fotelu i zabrałam się za piątą już część przygód Stephanie Plum czyli „Przybić piątkę”.

Nastają ciężkie czasy i jest coraz mniej NS-ów do łapania. A co za tym idzie, Steph nie ma pieniędzy na rachunki. Do złapania jest jeden NS który wcale nie ma zamiaru ułatwić Śliwce zadania. A jak wiadomo Ona się nigdy nie poddaje. Chociażby miała rozwalić drzwi łyżką do opon. Kiedy w końcu go dopada, ten wpłaca kaucję i… wprowadza się do niej na kanapę. Dodatkowo żeby było ciekawiej (tak wiem ze Śliwką nigdy nie jest nudno) ciocia Mabel prosi ją o pomoc w poszukiwaniu wujka Freda, który zaginął kilka dni wcześniej. Oczywiście, żeby nie było, sprawa wcale nie jest taka łatwa jaką się wydaje, że jest. Zamiast wujka, Stephanie znajduje zdjęcia zwłok w czarnych workach na śmieci. No cóż, NS-ów brak więc nasza bohaterka chwyta się innej dodatkowej pracy, przecież każdy grosz się przyda. I tak zaczyna pomagać Komandosowi. A jak wiadomo to nie wróży niczego dobrego. Wręcz przeciwnie, Stephanie Plum uzyskuje przydomek „bombowej łowczyni nagród”. Dosłownie. Mało wrażeń? Mało! Benito Ramirez wychodzi z więzienia i postanawia zaprowadzić Śliweczkę przed oblicze Pana. Chcesz więcej? Sorry o tym musisz przeczytać.

To się dzieje. Tachykardio uwierz mi, tego właśnie potrzebowałam. Potrzebowałam znów dać się porwać przygodom mojej ulubionej bohaterki Stephanie Plum. Nie mam pojęcia jak to robi Autorka, ale za każdym razem wciągam się w świat Grajdoła. No i oczywiście standardowo nie mogę się nudzić. Bo ze Śliwką nie da się nudzić. O co to, to nie. Tym razem „przygody” Steph są niebezpieczne. Bo nie oszukujmy się, skoro rewolwer opuścił słoik z ciastkami to znaczy, że coś się dzieje. A wierz mi nie jest spokojnie. Z tarapatów jak zwykle wyciąga ją Komandos , a wspiera Lula oraz niezastąpiona babcia Mazurowa.

Tym razem w tej części jest sporo o… prywatnym życiu Steph. Dotychczas na horyzoncie kręcił się tylko Morelli. Jednak na scenę wkroczył także Komandos. Tak, dobrze widzisz. Ten Komandos który zawsze wyciągał ją z tarapatów. No i żeby było jeszcze ciekawiej panna Plum jest rozdarta między dwóch mężczyzn.

Jak widać ze Stephanie Plum zawsze jest wesoło. Jestem ogromnie wdzięczna Autorce za to, że stworzyła ten wspaniały cykl. Fajnie by było gdyby sfilmowano kolejne części serii. No i oczywiście główną rolę także powinna zagrać Heighl. Polecam!

Pozdrawiam
Archer  

piątek, 4 stycznia 2013

#229



Właśnie doszłam do wniosku, że serie książkowe są jednak całkiem niezłe. Powód? Mamy pewność, że szybko nie rozstaniemy się z ulubionymi bohaterami. Bo skoro czytamy już np. czwartą książkę z serii to znaczy, że:
a) lubimy bohaterów i się z nimi zaprzyjaźniliśmy
b) książki są świetne i wciągające.
Tak właśnie jest z kolejną częścią przygód nieustraszonej łowczyni nagród Staphanie Plum czyli książką Janet Evanovich „Zaliczyć czwórkę”

Stephanie Plum znów wpada w tarapaty. No cóż, w jej przypadku to normalka. Tym razem musi doprowadzić do aresztu Maxime Nowicki, która ukradła samochód swojego chłopaka i nie stawiła się na rozprawie. Niby nic trudnego. Jednak dla Stephanie każde zadanie jest nadzwyczajne i… wpędza ją w kłopoty. Tym razem Steph natknie się na: oskalpowaną matkę Maxime, przyjaciółkę bez palców. Do pomocy będzie miała niezastąpioną Lulę oraz Sally’ego drag queen. Niezły tandem co? Ale żeby nie było nudno jej samochód wyleci w powietrze, ktoś podpali mieszkanie i Cukiereczek będzie jej groził śmiercią. A żeby nie było całkowicie nudno pojawi się rodzina Morellego. Babcia Bella, która uroczym okiem wypatrzy małe bambino, a ciotki będą donosić jedzenie, bo przecież kobieta w ciąży musi o siebie dbać. No i jak tu nie zwariować?! Na szczęście zawsze może liczyć na Komandosa, który jak zwykle wyciągnie ją z kłopotów.

Książki Janet Evanovich mają to do siebie, że są świetne. Nie mogę sobie przypomnieć, czy czytałam kiedykolwiek lepszą serię kryminalno – komediową. Tak właśnie. Te książki sprawiają, że śmieję się jak norka i nie potrafię przestać. Autorka ma świetny talent wymyślania nowych kłopotów w które pakuje się jej bohaterka. Dodatkowo dorzuca nowych i barwnych bohaterów. W tej części takim bohaterem jest Sally. Sally to drag queen który pomaga Steph w rozwiązywaniu zaszyfrowanych wiadomości. Niestety jest też nie małą przyczyną jej kłopotów. Oczywiście, nie można zapomnieć o Luli która jak zwykle będzie towarzyszyć Śliweczce podczas „akcji” i będzie ratować jej tyłek… paralizatorem.

Jedyną wadą książek Janet Evanovich jest to, że… za szybko się kończą. Seria o Stephanie Plum wciąga, a co za tym idzie książkę jesteśmy w stanie przeczytać w ciągu jednego dnia. Nie można się od nich oderwać. No i oczekiwanie na kolejną część trwa w nieskończoność. Nie oszukujmy się, z ostatnią kropką jesteśmy ciekawi co będzie dalej. Czy Morelli w końcu dojrzeje do związku? Czy Steph w końcu przestanie popadać w tarapaty? Polecam!!!

niedziela, 16 grudnia 2012

#227/5




k2 37rhwejkflc09843iflksdjf 8ouj sd

Ekhem.. Troszkę mi się zakurzyła klawiatura od ostatniego razu. Wszystko przez Brylantowy Miecz Drewniany Miecz Nika Pierumowa. W trakcie czytania stała się rzecz straszna, dostałem więcej książek które bardzo chciałem przeczytać. To było złe bo Miecze z książki którą chcę przeczytać stały się książką którą przeczytać muszę... Jak się później okazało nie był to jedyny problem. Książkę kupiłem jako fajnie zapowiadające  się czytadło fantasy na jedno podejście. Nie udało się... Jak się okazuje Pierumow zrobił co najmniej siedem części (przełożonych na język angielski).

Nik Pierumow to jeden z najbardziej znanych fantastów Europy który zasłynął pisząc książki, których akcja działa się w Tolkienowskim Śródziemiu. Ma na swoim koncie kilka serii na potrzeby których stworzył swoje własne uniwersa. Jedną z nich są Kroniki Przełomu których pierwszy tom to wspomniany wcześniej Brylantowy Miecz Drewniany Miecz.

Autor ma talent do budowania niezwykłych i złożonych światów z bogatą historią oraz mnóstwem istot. W tym konkretnym trafiamy w sam środek intrygi mogącej całkowicie odmienić losy wszystkich ras. A jest ich tu sporo. Słyszymy o klasycznych elfach, spotykamy krasnoludy i ludzi oraz całą gamę wymyślonych przez Pierumowa istot takich jak leśni Danu czy wojowniczy i honorowi Tavi.

Trzon historii opiera się o cztery niezależne postaci które w, skutek niefortunnych kolei losu trafiają w sam środek wydarzeń powoli poznając szczegóły intrygi która doprowadzić ma do przełomu. Wszędzie panoszą się magowie siedmiu zakonów którzy mają władzę absolutną. Jest młody Imperator, marionetka w rękach magów który dość już ma bycia poniżanym przez magów. Spotykamy dziewczynę Danu która musi sobie radzić jako niewolnik w świecie zdominowanym przez ludzi. Poznajemy Fesa, niedoszłego adepta magii który ostatecznie stał się jednym z najlepszych członków Szarej Ligi. Trafiamy na Tavi która para się zakazaną dla większości magią. Pojawia się też postać Zamkniętego który z lochów obserwuje i popycha wydarzenia w odpowiednim kierunku. Każdy z nich ma mocno zarysowaną osobowość i bogatą historię która ostatecznie stawia bohatera na ścieżkach prowadzących do Przełomu. No może poza Zamkniętym o którym dowiadujemy się naprawdę niewiele. Ale też on najbardziej przypadł mi do gustu ze swoją tajemniczością i Mocą.

Każdy z bohaterów podąża swoją ścieżką niezależnie, nie wiedząc o istnieniu pozostałych a z ich przygód powoli dowiadujemy się jak wyglądała brutalna historia świata w którym ludzie w wieloletnich krwawych wojnach przejęli panowanie nad prawie całym światem tępiąc i niemal całkowicie wyniszczając pozostałe rasy. Poznajemy plan Imperatora jak z pomocą Szarej Ligii pozbyć się magów. Dowiadujemy się jak magowie chcą zdobyć władzę absolutną. Poznajemy też legendy o dwóch mieczach. Immelstron - drewniany miecz który rodzi się z wnętrza magicznego drzewa. Dragnir - brylantowy miecz wydobywany z najgłębszego dna krasnoludzkich kopalń. Według legend raz na sto lat miecze te pojawiają się na świecie pozwalając na odwrócenie jego losów. I właśnie teraz jest ten czas kiedy oba z nich się pojawiają.

Przez całą niemal książkę buduje i zawiązuje się akcja. Poznajemy bohaterów i świat, żeby dosłownie na ostatnich stronach, na ulicach stolicy Imperium zaczęła się walka mogąca zmienić wszystko. I właśnie wtedy opowieść się przerywa. Tak. Nie poznajemy rozwiązania. Książka ma 493 strony na może dziesięciu zaczyna się porządna akcja i koniec... Koniec pierwszego tomu. I wszystko było by ok gdyby nie fakt, że kolejny tom w Polsce nie ma jeszcze nawet zapowiedzi... A tomów jest co najmniej siedem... To straszne bo mimo niezbyt wartkiej akcji książka niesamowicie wciąga a do bohaterów naprawdę można się przywiązać. I co do cholery jasnej robią te miecze?! Chyba najwyższy czas zacząć czytać książki w języku angielskim bo ta ciekawość mnie zeżre. Jeśli lubicie historie zamknięte to w najbliższym czasie nie jest to pozycja dla was. No chyba, że znacie języki. 

wtorek, 30 października 2012

#221/2


Osobisty Mężczyzna wita ponownie. Dziś mam dla Was coś bliższego Waszym sercom - Literaturę! Andrzej Pilipiuk jest obecnie jednym z najpłodniejszych Polskich autorów. Jak sam zwykł mówić pisanie jednej książki na rok jest zwykłym lenistwem (szczególnie mówi tak kiedy przypomni sobie o hipotece ;) ). Przy okazji jednego z ostatnich spotkań autorskich, wspomniał o możliwej kontynuacji przygód kuzynek Kruszewskich o których wam teraz opowiem. Tryb recenzencki włącz.

Trójksiąg Kuzynki, Księżniczka, Dziedziczki to opowieść przygodowa z lekkim zabarwieniem fantasy. Poznajemy tu Katarzynę Kruszewską która jako genialny informatyk z sukcesem odnajduje się w strukturach CBŚ. Pewnego dnia decyduje się poznać historię jednej ze ze swoich krewnych o której krążą rodzinne legendy. Ciekawie staje się kiedy odkrywa, że Stanisława Kruszewska urodzona kilka pokoleń wcześniej wciąż żyje i ma się całkiem nieźle. Odległa kuzynka okazuje się pracować jako nauczycielka w prywatnym, żeńskim liceum w Krakowie.

Po spotkaniu głównych bohaterek ruszamy w niezwykłą i tajemniczą podroż po pięknie opisanym Krakowie. Poznajemy niezwykłe istoty, sekrety miasta i spiski istniejące od wieków. Poznajemy tajemnicę tynktury, substancji odkrytej przez Sędziwoja z Sanoka wybitnego alchemika urodzonego na przełomie XVI/XVII wieku. Jego uczennica Stanisława wraz ze swoją odnalezioną krewną poszukują go aby uzupełnić zapas tynktury, swoistego eliksiru długowieczności podczas powstawania którego efektem ubocznym jest spora ilość złota. W między czasie wpadają na młodziutką wampirzycę Monikę Stiepankowić, młodziutką przynajmniej z wyglądu bo w rzeczywistości jest ona księżniczką urodzoną w 886 roku.

Przez wszystkie trzy tomy Pilipiuk prowadzi nas lekko, niezwykle łatwo wplatając w opowieść mnóstwo historycznych ciekawostek. Dzięki opisom dawnych dziejów i przedmiotów czy receptur możemy poczuć jeszcze większą bliskość z wiekowymi postaciami. Znajomość miasta jak i jego historii pozwala autorowi przedstawić nam naprawdę świetny obraz uliczek i zakątków które jak żywe pojawiają się przed oczami czytającego. Lekkie pióro autora sprawia, że wprawny bibliofil przebrnie przez każdy tom dosłownie w jeden wieczór. Nie jest to szczególnie wymagająca historia. Dzięki dużej wiedzy autora, precyzji szczegółów oraz elementów tła, mamy wrażenie jak byśmy oglądali film a nie czytali książki. Osobiście przez cały czas miałem obrazy z powieści przed oczami i nawet nie zauważyłem kiedy przebrnąłem przez poszczególne tomy.

Mam nadzieję, że zgodnie z obietnicą autora w przyszłym roku dostaniemy kolejne przygody Kuzynek. Ich niezwykła opowieść, klimat tajemnicy i przywiązanie do przeszłości jest czymś co spokojnie mogę polecić wszystkim czytelnikom - nawet zatwardziałym przeciwnikom fantastyki.

W osobistej skali oceniam to na 8,5/10. Pół punktu daję za smakowite kąski w których Autor puszcza oko do czytelnika stosując auto ironię (Stanisława krytykuje książkę o przygodach Jakuba Wędrowycza) a także luźne nawiązania do innych polskich autorów Fantasty.


środa, 29 sierpnia 2012

#213


Jeszcze chwilka, jeszcze momencik i dalsze przygody uroczej Stephanie Plum znajdą się w księgarniach. Musze przyznać, że z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnego tomu bestsellerowej autorki Janet Evanovich.

Tym razem Śliweczka ma za zadanie doprowadzić przed oblicze sprawiedliwości Mosesa Bedemiera, potocznie zwanego wujaszkiem Mo. Wydawać by się mogło, że zadanie nie będzie takie trudne do wykonania. Niestety jak to zwykle bywa problemy piętrzą się w zawrotnym tempie. Wujaszek Mo jest legendą w Grajdole. Kiedy do sąsiadów dociera informacja, że Stephanie poszukuje Wujaszka Mo nie są wcale z tego faktu zadowoleni. Jak to jest możliwe, że osoba którą wszyscy uwielbiają może złamać prawo. To się w głowie nie mieści. Niestety Stephanie ma zadanie do wykonania, potrzebna jej gotówka więc zaciska zęby i wyrusza na poszukiwania wujaszka Mo, który znikł z horyzontu. A co jest oczywiste znów pakuje się w kłopoty z których standardowo ratuje ją Komandos i Morelli. Trup ściele się gęsto w postaci dilerów narkotykowych i to za każdym razem gdy w pobliżu jest Śliweczka. W dodatku ktoś nieopatrznie grozi jej ukochanemu chomikowi, fryzjer funduje jej pomarańczowe włosy, ktoś do niej strzela, auto ciągle się psuje. Przy takich ekstremalnych wrażeniach nikt nie pozostałby przy zdrowych zmysłach i każdy w końcu wyjąłby broń ze słoika z ciasteczkami.

Kiedy w końcu zasiadłam w ukochanym fotelu z książką w ręku wiedziałam, że czeka mnie mega przygoda. Nie sądziłam jednak, że będzie to ostra jazda prawie bez trzymanki. Przyznaję, że bardzo polubiłam Śliweczkę, Babcię Mazurową, Komandosa, Lulę oraz Morellego. Z wielką niecierpliwością oczekiwałam kolejnego tomu.

W tej części Stephanie znów pakuje się w nie lada kłopoty. W sumie sądziłam, że po tylu przygodach i już nie małym doświadczeniu jako łowca nagród nauczy się czegoś. Niestety Śliweczka na drugie ma chyba Kłopoty. Tym razem jednak nie wpada w nie sama, dość często towarzyszy jej Lula, która postanawia także zostać łowcą nagród. Na nieszczęście Steph, Lula zwiewa za każdym razem gdy robi się gorąco. Niestety w tej części mało jest Babci Mazurowej. A szkoda, bo brakowało mi tej barwnej postaci. Jednak nie zniknęła ona całkowicie ze stron powieści. Pojawia się od czasu do czasu i trzeba jej przyznać, że robi to w wielkim stylu. W jakim? O tym trzeba koniecznie przeczytać.

Seria książek o Stephanie Plum, zdrobniale nazywanej Śliweczką jest jedną z lepszych serii jakie miałam przyjemność czytać. Przy tych książkach nie da się nudzić. Każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie: będzie trochę sensacji (no halo, przecież łowca nagród to nie byle jakie zajęcie), będzie trochę trupów (trzeba wyczyścić miasto z dilerów narkotykowych), będzie masa dowcipu i zabawnych sytuacji (wiele razy można spaść z krzesła) no i jak zawsze będzie Śliweczka która nie pozwala się zasnąć.

Z niecierpliwością oczekuję kolejnego tomu, by znów spotkać się ze Stephanie i pozostałymi bohaterami serii. Myślę, że książka jest idealna na poprawę humoru. Polecam!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Fabryka Słów