Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 listopada 2021

#590 - Przypadek Lidki

 




Zastanawiam się właśnie dlaczego sięgnęłam po książkę „Przypadek Lidki” Izabeli Grabda? Myślę, że prawidłową odpowiedzią na to pytanie będzie to, że poznałam osobiście autorkę i postanowiłam zapoznać się z jej twórczością. I była to naprawdę bardzo fajna przygoda. 

Lidka jest właścicielką salonów urody. Rok temu zakończyła swoje toksyczne małżeństwo i teraz może wreszcie odetchnąć. Postanawia wyjechać na urlop w Góry Sowie. Tam przez zupełny przypadek natrafia na piękny dom, w którym chce zamieszkać. Drewniany dom należy do tajemniczego Wiktora, a ich pierwsze spotkanie do tych najprzyjemniejszych nie należy. Mężczyzna zrobi wszystko by Lidka mu wybaczyła. Dosłownie wszystko, gdyż Wiktor Zybertowski okaże się milionerem. 

No dobra, kiedy dotarłam do spotkania Lidki i Wiktora, zaczęłam się zastanawiać czy cała książka będzie w takim klimacie. Na całe szczęście nie była i serio - kamień spadł mi z serca. Dla niektórych historia może wydać się oklepana: ona po rozwodzie, on bogaty i wolny. Tak, a i owszem, może być oklepana, i takich historii jest sporo. Ale! Tak, to ale jest ważne. Przecież lubimy czytać takie historie. Lubimy kibicować bohaterom, trzymać za nich kciuki. Oczywiście tutaj też tak było. Trochę się wkurzałam na nich, bo momentami zachowywali się jak Żuraw i Czapla. Niby by chcieli, ale się boją. 

Książkę „Przypadek Lidki” nie czyta się z ciekawością, ją się pochłania. Zakończenie jest przewidywalne, ale droga do finału jest wyboista. Tak jak w życiu. Kiedy dotarłam do końca, było mi smutno, że to już wszystko. 

Jeśli poszukujecie lekkiej lektury na wolne popołudnie, to ta książka jest dla Was. Polecam!!!

czwartek, 21 października 2021

#589 - Cień w lustrze - recenzja przedpremierowa

 


Są takie książki, na które się czeka długo. Są też takie, które wywracają nasze życie do góry nogami. Niektóre książki walą w splot aż brakuje nam tchu. Staramy się poukładać sobie w głowie właśnie przeczytaną historię, ale nam to nie wychodzi, bo mamy mętlik. Chcielibyśmy opowiedzieć o tym co przeczytaliśmy, ale słowa za żadne skarby świata nie chcą opuścić naszych ust. Znacie takie uczucie? Ja go właśnie doświadczyłam i zbieram się po lekturze najnowszej książki Natalii Nowak-Lewandowskiej „Cień w lustrze”. 

Nie zdradzę Wam szczegółów, gdyż uważam, że jest to książka, którą każdy powinien przeczytać. Bo ta książka łapie za gardło i odbiera oddech. Ale w tym pozytywnym znaczeniu.

Kiedy patrzę na książki, które znalazły się w dorobku Natalii, to dochodzę do wniosku, że historie w nich zawarte poruszają ważne społeczne tematy. One nie są słodko pierdzące. One mają w sobie przekaz. Jaki? Każdy musi odnaleźć go sam. Z każdą kolejną, opowiedzianą historią wiem, że Natalia ma jeszcze wiele do opowiedzenia. 

A wracając do książki, to powiem Wam, że historia wbija w fotel. Autorka poruszyła bardzo trudny temat jakim jest alkoholizm wśród kobiet. Panuje stereotyp, że pijakami są tylko mężczyźni, ludzie nie wykształceni, a nie ktoś kto ma pracę, wyższe wykształcenie i cudowną rodzinę. A to jest zupełna nieprawda. Gdyż kobiety też piją i chyba mogę stwierdzić, że są bardziej piętnowane przez społeczeństwo. Bo jak to tak, że matka dzieciom, wzorowa żona, upija się do nieprzytomności. To nie jest obraz „Matki Polki”, który mamy gdzieś tam utrwalony przez patriarchat. Oprócz tego mamy jeszcze Lenę i Kacpra, czyli dzieci które cierpią na syndrom DDA. Autorka idealnie obrazuje zachowanie nie tylko pijącej matki, ale także to jak reagują na otoczenie dzieci. A dzieci nie powinny bać każdego ruchu rodzica, nie powinny się kulić na podniesiony głos ani tym bardziej wstydzić pijackiego zachowania. Dzieci powinny mieć beztroskie dzieciństwo, a nie zastępować rodzica młodszemu rodzeństwu. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak dokładny research przed napisaniem wykonała autorka. Myślę, że w większości pomogło jej psychologiczne wykształcenie. Główna bohaterka nie jest płaską postacią. Jest idealnie nakreślona. Widzimy jej wady, jej strach, jej słabość. Próbujemy zrozumieć motywy jakimi się kieruje podczas podejmowania różnych decyzji. Z wieloma się nie zgadzamy, a co za tym idzie próbujemy ją tłumaczyć. Dokładnie tak samo jak ona tłumaczy sama przed sobą powód picia. Nie dociera do niej to, że ma problem. Bo ona go nie widzi, to inni mają problem a nie ona. Tutaj pojawia się wyparcie czyli typowe zachowanie alkoholika. Poza tym Lidka nie miała wyrzutów sumienia, całkowicie je wyłączyła. Dla niej najważniejsza była ona sama, jej zadowolenie, jej szczęście, aniżeli dziecka czy też męża.

Myślę, że jednym z błędów małżeństwa Lidki i Jacka był brak komunikacji. Oni nie potrafili ze sobą rozmawiać. Lidka obwiniała go o wszystko: że jej nie pomaga, że wiecznie nie ma go w domu. Ale przecież wszystko w domu błyszczało, więc skąd Jacek mógł wiedzieć, że jednak dobrze nie jest skoro Ona nie sygnalizowała mu że potrzebuje pomocy. A Lidka tej pomocy potrzebowała. Ważnym punktem jest to, że w końcu zrozumiała, że robi źle. Szkoda tylko, że musiał ucierpieć jej syn. Bo zawsze jest tak, że dopiero tragedia otwiera nam oczy. Byle tylko nie było za późno. 

Droga Natalio, ta książka miażdży. Porusza temat alkoholizmu o którym wiele się nie mówi. Który jest spychany na margines. A przecież w wielu domach ta choroba towarzyszy jej mieszkańcom. To trudna, ale bardzo ważna książka. Dziękuję Ci za nią. Dziękuję także Wydawnictwu Lucky, który zaufał Natalii i wydał tę książkę. 

Polecam! Tylko pamiętajcie o oddychaniu, bo ja momentami zapominałam.

Książka została objęta moim patronatem i przeczytałam ją dzięki uprzejmości Wydawnictwa Lucky. 




wtorek, 19 października 2021

#588 - I ja Ciebie też!

 



Czy książki, których akcja dzieje się podczas Świąt Bożego Narodzenia, można czytać gdy za oknem żar leje się z nieba? Tak! Bo gdzie jest powiedziane, że świąteczne powieści należy czytać tylko w grudniu? 
Po książkę „I ja Ciebie też!” Katarzyny Kalicińskiej, Zuzanny Dobruckiej i Beaty Harasimowicz sięgnęłam z ciekawości. Chciałam tylko przeczytać kilka stron, naprawdę tylko kilka. Jednak nim się obejrzałam byłam już w połowie. 

Wiktoria, Laura i Agata - trzy przyjaciółki. Poznały się dwie dekady temu, gdy rozpoczynały pracę w tej samej stacji telewizyjnej. Drogi zawodowe trochę im się rozeszły, ale przyjaźń pozostała. Wiktoria jest właścicielką agencji aktorskiej, Agata reżyserką widowisk rozrywkowych natomiast Laura szefową dużej stacji telewizyjnej. Teoretycznie wszystko jest super. Jednak jak wiemy los bywa przewrotny. Świat każdej z dziewczyn wywraca się do góry nogami dokładnie w wigilię: z Agatą zrywa ukochany, kochanek Wiktorii okazuje się być oszustem i trafia do więzienia, natomiast Laura traci pracę.

„I ja Ciebie też!” to książka o kobiecej przyjaźni, o jej sile i że jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jeśli jedna potrzebuje wsparcia to pozostałe jej go dają. To niesamowita historia, która porywa od pierwszych stron. Jest zabawna, wzruszająca. Wkurzamy się na bohaterki, ale także im kibicujemy. Są tutaj też postacie drugoplanowe, które nas tak bardzo irytują, że mamy ochotę utopić ich w przysłowiowej łyżce wody. Ale to normalne. Ta książka jest tak bardzo życiowa, a jak wiemy nie wszyscy są idealni i przyjaźnie nastawieni do innych. Takie w końcu jest życie, że nie zawsze jest kolorowo. 

Trochę obawiałam się tego jak trzy autorki poradzą sobie z historią. Ale strach był zbędny, bo odwaliły kawał dobrej roboty. 

Jeśli poszukujecie lekkiej historii, to „I ja Ciebie też!” nadaje się do tego idealnie. I wcale nie musicie czekać na święta by zacząć ją czytać. Polecam!!!


P.S.
Poniżej zdjęcie ze spontanicznego spotkania na Targach Książki w Warszawie. Spontanicznego, gdyż widząc Autorki na kanapie podeszłam do nich by powiedzieć, że napisały super książki, że czyta się je rewelacyjnie, bawiłam się przy nich świetnie i czekam na kontynuację. Stąd to zdjęcie. I oczywiście nie byłam przygotowana i nie miałam książek. Ale co się odwlecze...


P.S.2
A to już zdjęcie ze spotkania autorskiego które odbyło się niedawno w Gliwicach w Księgarni Celownik. 
Ubawiłam się setnie.


wtorek, 4 maja 2021

#575 - Szeptun - opinia przedpremierowa

 




Kiedy w moje ręce wpadła najnowsza książka Tomasza Betchera, wiedziałam, po prostu wiedziałam, że to będzie uczta literacka. I taka też była. 

Nie chciałabym za bardzo zdradzać Wam szczegółów. Gdyż jest to taka historia, którą każdy powinien przeczytać. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora. Mam za sobą jego debiut „Tam gdzie jesteś” oraz „Szczęście z piernika” i każda z nich wywarła na mnie ogromne wrażenie. Tomasz Betcher tworzy niezwykłe powieści obyczajowe. Oprócz historii która jest osią książki, mamy tło społeczne, które ma po części wpływ na całą akcję. Tak samo jest w jego najnowszej książce. Tutaj mamy do czynienia z wykluczeniem społecznym, związanym z pochodzeniem głównego bohatera, a także uprzedzeniami i stereotypami. A sami dobrze wiemy, że z tym dość trudno walczyć. Owszem możemy próbować zmienić nastawienie, ale to nie od nas samych zależy tylko od ludzi. Waldek mieszkał w domu sam, jego dziadek nauczył go pędzić alkohol, zbierać zioła, które przecież od wielu, wielu lat mają lecznicze właściwości. To stąd wzięło się przekonanie, że Waldek potrafi leczyć, jest znachorem, szeptunem. Ale tak naprawdę to przecież wystarczy poszperać głęboko w internecie, bądź w książkach, by samemu się przekonać o właściwościach ziół. Ale samotność głównego bohatera i jego przeszłość sprawiły, że właśnie tak był odbierany przez mieszkańców pobliskich domów. 

Oczywiście nie mogło zabraknąć miłości. Bo jak każdy wie, w powieściach obyczajowych to dość istotny element. Tym razem mamy miłość dojrzałą, która zaskakuje głównych bohaterów. Żadne z nich się tego nie spodziewa. Ale przecież miłość nie wybiera, zjawia się w momencie kiedy nikt jej nie oczekuje. Poza tym główna bohaterka Julia udowadnia, że czasem warto pójść za głosem serca i… rzucić wszystko i wyjechać w Beskidy. Bo miłość uskrzydla. Dla niej jesteśmy gotowi postawić wszystko na jedną kartę. 

Powiem Wam, że jest tu także poruszony bardzo ważny temat, który osobiście mnie zaskoczył. Wiedziałam, że córka głównej bohaterki przeżyła traumę. To wydarzenie bardzo ją zmieniło, niestety na gorsze. Byłam przekonana, że cała jej historia, zostanie w strefie domysłów, by czytelnik sam mógł sobie dopowiedzieć co takiego się wydarzyło w życiu Marysi, że tak bardzo się zmieniła. Ale nie, wszystko zostaje wyjaśnione i poznajemy historię dziewczynki. Byłam wstrząśnięta, tak jak każdy z was, czytelników będzie. 

I jest jeszcze wątek lekko kryminalny, który zaparł mi dech w piersi aż tak, że z niecierpliwością i przestrachem przewracałam strony. Koniecznie chciałam wiedzieć czy happyend jest tutaj możliwy? 

Niesamowite w tej historii są wszystkie wtrącenia legend, wierzeń słowiańskich i mitów. To nadawało książce tajemniczości i idealnie pasowało do życia Waldka. 

Jeśli poszukujecie powieści która Was w sobie rozkocha to „Szeptun” nadaje się do tego idealnie. Czytajcie - nie pożałujecie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

niedziela, 18 kwietnia 2021

#572 - Flying High

 


Serie książek, nie ważne czy to dylogia, trylogia, mają to do siebie, że się kończą. Wtedy nasza literacka podróż z bohaterami dobiega końca. Moja podróż z Hailee i Chasem także się zakończyła. Odłożyłam na półkę książkę „Flying high” Bianci Iosivoni i powiem Wam, że… wciąż mi mało. Wiem, że to już koniec, że więcej nie będzie, ale tak bardzo się z nimi zżyłam, że pragnę wiedzieć co dalej? Co z nimi? Co z pozostałymi bohaterami tej dylogii?

Jak już wspominałam przy pierwszej części (albo i nie?) Hailee ukrywała pewien mroczny sekret. W końcu, dzieli się nim z Chasem. Jednak nie robi tego w tradycyjny sposób, tylko listownie. Dziewczyna ma plan, ale na szczęście zostaje on zniweczony, a do Fairwood przyjeżdżają jej rodzice, którzy otrzymali także list. Po długich rozmowach, Hailee wraca wraz z nimi do rodzinnego domu. Nie jest to jednak dobra decyzja, gdyż jej serce zostało w małym miasteczku wśród przyjaciół. Chase natomiast wraca na studia do Bostonu. Nie odnajduje się na nich, tęskni także za dziewczyną. W końcu podejmuje decyzję w sprawie studiów, co wcale nie zachwyca jego rodziców. Czy drogi Chase’a i Hailee znów się przetną? A może Hailee wróci do Fairwood?

Ta część w porównaniu do pierwszej nie rozjechała mnie tak emocjonalnie. Owszem było sporo różnych emocji, ale… no właśnie, zdecydowanie trudno ubrać to w słowa. Nie walnęła mnie w splot słoneczny jak wcześniejsza. No cóż, zdarza się. Ale jest tak samo świetna jak jej poprzedniczka. 

Bohaterowie zostają rozdzieleni. Hailee wraz z rodzicami uczęszcza na spotkania z psychologiem i walczy z demonami przeszłości. Niestety, wśród najbliższych nie czuje się dobrze. Próbuje dogadać się z rodzicami, ale argumenty każdej ze stron uderzają w próżnię. Rodzice nie potrafią zrozumieć, że pozostawieni w Fairwood przyjaciele, są dla ich córki ważni i byli przy niej, gdy potrzebowała pomocy. Natomiast Chase uświadamia sobie po raz kolejny, że studia a potem praca w rodzinnej firmie, to nie jest to co chciałby robić. To nie daje mu satysfakcji i nie chce temu poświęcać swojego życia. On również musi zmierzyć się z rodziną i znaleźć mocne argumenty by przekonać ich, że rodzinny biznes, to nie jest miejsce dla niego. 

W tej części autorka skupiła się na temacie depresji oraz po raz kolejny na stracie bliskiej osoby. Nie będę wchodziła w szczegóły, gdyż każdy sam musi przemyśleć tematy poruszone w książce. Jedno jest pewne, wraz ze wsparciem najbliższych i ukochanych osób, trochę łatwiej walczyć z depresją. Należy skorzystać z pomocy specjalistów, bo samemu sobie nie pomożemy. 

Wszyscy którzy przeczytali tom pierwszy, muszą doczytać dalsze losy Hailee i Chase’a. I tak jak w przypadku tomu pierwszego, tak i tutaj, po przeczytaniu ksiązki tytuł nabiera dosłownego znaczenia, oczywiście dla każdego co innego. Polecam! 

Dziękuję Wydawnictwu Jaguar za możliwość przeczytania tej książki. 

wtorek, 24 listopada 2020

#561 - Teściowe w tarapatach - recenzja premierowa

 


Czy ja już wyznawałam tutaj, że kocham książki Alka Rogozińskiego? Nie?! No to muszę to koniecznie nadrobić. Tak więc, ogłaszam wszem i wobec: kocham książki, które pisze Alek Rogoziński. Za dowcip, za sarkazm, cynizm, spostrzegawczość bohaterów, za kryminalne historie, które sprawiają, że płaczę ze śmiechu. A musicie sami przyznać, że w dzisiejszych czasach śmiech jest nam bardzo potrzebny. Oczywiście nie mam na myśli tego płaczu przez łzy. Dzisiaj wam troszkę opowiem o najnowszej książce Księcia Komedii Kryminalnej, która ma premierę już niebawem czyli „Teściowe w tarapatach”. To kontynuacja przygód Mai i Kazimiery, które poznaliśmy w hicie „Teściowe muszą zniknąć” (i tę właśnie książkę chciała przeczytać moja teściowa, ale w ostateczności zrezygnowała)

Maja i Kazimiera wyruszają w Świętokrzyskie. Oczywiście każda w innym celu. Kazimiera by odwiedzać sanktuaria maryjne, a Maja by wypoczywać w SPA i delektować się winami tamtejszych winnic. Ale jak to w przypadku tych dwóch starszych pań nigdy nie może być nudno. Zawsze musi być coś. I tym razem nie będzie delektowania się odpoczynkiem, tylko ratowanie życia. Bo teściowe jakby nie było znów wplątały się w aferę. A konkretnie w podwójne morderstwo, za którym stoi tajemnicza organizacja znana jako zakon Smoka. Czy uda im się rozwiązać zagadkę? O tym poczytajcie sami. 

Powiem Wam, że jak tylko książka trafiła w moje ręce, miałam trudny czas i odłożyłam ją na półkę. Moja głowa nie była gotowa na żadną książkę, nawet na komedię kryminalną. Jednak pewnego dnia się przemogłam i nie mogłam się oderwać. Serio. A co się przy tym naśmiałam to moje. Bo jak nikt, powiadam Wam jak nikt, Alek potrafi rozbawić czytelnika. Jego dowcip jest inteligentny i celnie opisuje współczesne wydarzenia. Największym smaczkiem dla mnie, osoby, która bywa na spotkaniach autorskich, jest anegdota z profesor łaciny w roli głównej. Bo chyba niewiele osób wie, że historia nauczycielki łaciny, o której wspomina Maja, jest historią z życia wziętą. Do dziś mam przed oczami Alka przytaczającego lekcje łaciny. Płakałam ze śmiechu w obu przypadkach. 

Alku, ogromnie ci dziękuję za śmiech do bólu brzucha i łzy cieknące po policzkach. Dzisiaj potrzebujemy takich właśnie książek, które sprawią, że chociaż na chwilę zapomnimy o tym co się dzieje wokół. No i to zakończenie!!! O matko!!! Aleksandrze, ja nie chcę nic mówić, ale tak zaostrzyłeś tym epilogiem apetyt, że pragnę wiedzieć co dalej!!! Nie zostawia się czytelnika z cieknącą śliną. 

Polecam!!! Jak zawsze i niezmiennie.

 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B. 

czwartek, 27 sierpnia 2020

#556 - Złowrogie niebo



Na samym początku przyznam się Wam szczerze, że oczekiwałam właśnie takiego kryminału. I dostałam go. To był taki rollercoaster, że z ciekawością i niepokojem przewracałam kolejne strony, by dowiedzieć się, jak bardzo autorka „przeczołgała” swoich bohaterów. Alex Kavy nikomu nie trzeba przedstawiać. Myślę, że jest wiele osób, które przeczytały chociaż jedną jej książkę. Kiedy dotarłam do końca, okazało się, że „Złowrogie niebo” jest piątą częścią serii z Ryderem Creedem. Ale w sumie bez znajomości wcześniejszych też da się czytać. No i wiecie co? Obiecałam sobie, że nadrobię wcześniejsze części. Już nakarmiłam nimi mój czytnik.



Podczas wideorozmowy Francine Russo, jest świadkiem śmierci swojego współpracownika Tylera. Wydaje jej się, że ma to coś wspólnego z odkryciem przez Tylera, że znany koncern spożywczy, dodaje do swoich produktów rakotwórcze składniki. Niestety, zanim Frankie się rozłączy, zabójcy dostrzegają jej twarz na ekranie smartfona zamordowanego mężczyzny. Kobieta wie, że to tylko kwestia czasu aż ją odnajdą. Przerażona prosi o pomoc swoją przyjaciółkę Hannę. Ta po rozmowie z Ryderem proponuje by Frankie skontaktowała się z Maggie O’Dell, aby ta jej pomogła. Po piętach depczą jej tajni agenci, a sama kobieta wpada w oko szalejącego nad Alabamą tornada. Czy Frankie przeżyje? Jaką rolę odegra w tym wszystkim Ryder oraz jego czworonożna towarzyszka Grace?
Byłam przekonana, że jest to kolejna część przygód Maggie O’Dell. Okazało się, że tym razem agentka gra drugie skrzypce, gdyż akcja w większej mierze skupia się na Frankie oraz na Ryderze Creedzie. Na jego pracy ratownika z psem tropiącym. Fabuła kręci się także wokół odnalezionej siostry Creeda. Brodie i Ryder muszą odnaleźć się w nowym życiu po tym gdy jego siostra wraca po wielu latach do domu. A to niestety nie jest takie proste. Nie powiem Wam o co tam chodziło, gdyż nie chcę psuć apetytu na przeczytanie tej historii.

Zastanawiam się dlaczego napisałam na początku, że to rollercoaster? Już wiem. Na pewno miałam na myśli tornado szalejące nad Alabamą, gdzie działa się historia, a czytelnik wraz z bohaterami uciekał przed żywiołem. No i nie można zapomnieć o ucieczce Frankie. Tajni agenci deptali jej wręcz po piętach bo bez problemu zdołali ją namierzyć. Jak? Należy wspomnieć o nowoczesnej technologii, która towarzyszy nam na każdym kroku. Okazuje się bowiem, że ta nowoczesność czyli smartfon, smartwatch, dostęp mobilny do internetu sprawiają, że jesteśmy zdecydowanie łatwiejsi do namierzenia.

Jeśli zaczynacie przygodę z książkami Kavy, to serię rozpocznijcie od pierwszej części. Jednak nie jest to konieczne, gdyż w tej części wszystko co działo się w przeszłości zostaje wyjaśnione. Jestem przekonana, że nie odłożycie książki dopóki nie dotrzecie do końca. Zdecydowanie polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska.


piątek, 19 czerwca 2020

#547 - Wypocznij i zgiń





Nie będę Was okłamywać seria „Kryminał pod psem” bardzo pomaga mi w kryzysach czytelniczych. W szczególności, że to komedia kryminalna, tak bardzo teraz potrzebna w tych smutnych czasach . Po najnowszą część przygód Gucia, Szymona oraz Róży sięgnęłam z ciekawością, gdyż chciałam się dowiedzieć gdzie tym razem znajdą trupa. No i co tam u nich, jak im się układa. Bo przecież Szymon i Róża to taki Żuraw i Czapla. A ja od początku bardzo im kibicuję.

Tym razem nasza ulubiona Trójka bohaterów wybrała się na urlop do Szczawnicy. Oczywiście nie byliby sobą, gdyby na tym urlopie nie dostali śledztwa do rozwiązania. Pod wyciągiem narciarskim zostaje znalezione ciało lokalnego biznesmena Mateusza Słowika. Właściciel wyciągu prosi o pomoc w ujęciu sprawcy nasze detektywistyczne trio. No bo skoro są pod ręką, to dlaczego tego nie wykorzystać. A Szymon na to przystaje, bo przecież nic nie stoi na przeszkodzie by połączyć przyjemne z pożytecznym. Czyli znaleźć mordercę i móc szusować na nartach.

Powiem wam, że za każdym razem gdy rozpoczynam przygodę z kolejną częścią przygód Gucia & Company zastanawiam się co ich czeka i gdzie tym razem będą szukać mordercy. I zaczynam się obawiać że niebawem braknie miejsc – tych urokliwych - do których pojadą.

Tak jak we wcześniejszych częściach, tak i tutaj mamy wątek sprzed wielu lat, który przeplata się z teraźniejszą historią. I oczywiście, podobnie jak we wcześniejszych częściach, wydarzenia z przeszłości mają swój wydźwięk w obecnych czasach. 

Między głównymi bohaterami dzieje się że tak, że… ło matko. W końcu Szymon i Róża są gotowi do tego by wziąć ślub. Szymon po kryjomu zabiera się za przygotowania do tego ważnego dnia. Chce zrobić ukochanej niespodziankę. Ale oczywiście Róża nie byłaby sobą gdyby sama nie odkryła tajemnicy.

To już siódma część przygód naszej trójki i powiem wam że nadal trzyma poziom tak jak przy wcześniejszych częściach. Nadal jest zabawnie i nadal czytelnik nie może doczekać się ślubu Szymona i Róży. No i Gucio nie zatracił w sobie sarkazmu.

Jeśli nadal nie znacie przygód Gucia & Company to koniecznie musicie to nadrobić. Ostatnio poleciłam książki klientce. Tak naprawdę chciała tylko i wyłącznie pierwszą część. Ale mieliśmy tylko pakiet trzech pierwszych. Kupiła z obawą. Po jakimś czasie zadzwoniła z podziękowaniami za polecenie tych ciepłych i zabawnych kryminałów. No i oczywiście dokupiła resztę. To chyba najlepsza rekomendacja dla całej serii. Polecam!!!

sobota, 16 maja 2020

#543 - Będziesz moja



Możliwe, że po raz pierwszy zdarzyło mi się zakupić i przeczytać książkę, o której nie wiedziałam zupełnie nic. Bo wiecie, kiedy sięgam po dany tytuł to mniej więcej wiem o czym jest książka, bo przeczytałam opis na stronie Wydawnictwa lub też księgarni internetowej. W ostatecznym rozrachunku czytałam opinię o książce na ulubionym blogu. W przypadku książki „Będziesz moja” Diany Brzezińskiej żadna z tych rzeczy nie miała miejsca. Książkę zakupiłam w ciemno. Znałam tylko okładkę gdyż gdzieś tam mignęła mi w internetach. I tyle. Nic więcej. 

Wiecie jak to u mnie jest z debiutami. Są książki które mnie zachwycają od pierwszej strony. A są też takie, które zupełnie mnie „nie biorą” i porzucam je w dowolnym momencie. W przypadku książki Brzezińskiej było zupełnie inaczej. Na początku bałam się. Serio, bałam się, że mój zakup w ciemno jest złym wyborem. Okazało się, że strach jest zupełnie nie na miejscu, a zachwyt nad stworzoną historią sprawił, że książkę pochłonęłam w trzy dni. Oczywiście chodząc do pracy. 

Nie wiem czy chcę zdradzać Wam fabułę, ani opowiadać o czym jest. Ale żeby zachęcić powiem kilka słów. 

Akcja całej historii kryminalnej (tak, to kryminał, chociaż tytuł i okładka mogą sugerować całkiem coś innego, takie zmylenie czytelnika) dzieje się w światku policyjnym i prokuratorskim w Szczecinie. Adrianna Czarnecka jest psychologiem w Komendzie Wojewódzkiej, jest leniwa (jak to mówi jej szef) ale ma głowę na karku i widzi to czego nie dostrzegają inni. Jest dokładna. Ma męża, ale gdy czytelnik poznaje całą historię dokładnie, to dochodzi do wniosku, że zdecydowanie z mężem powinna się rozwieść. Krystian Wilk jest podkomisarzem w tej samej Komendzie, jest podrywaczem i zupełnie nie jest zainteresowany by wiązać się z kimś na stałe. Ma też brata bliźniaka, Przemka, który jest prokuratorem okręgowym. Pewnego dnia Krystian otrzymuje akta sprawy pewnego mężczyzny, który zaginął wiele lat wcześniej. Tak naprawdę ma sprawić wszystko, by zamknąć w końcu akta, bo nie ma ani narzędzia zbrodni ani ciała. Jednak praca z Adą nad tą sprawą, sprawia, że postanawiają odnaleźć zaginionego mężczyznę. Jednak, okazuje się, że muszą skupić się na sprawie seryjnego mordercy, który morduje rude, młode kobiety. Czy te dwie sprawy się łączą? Sami się przekonajcie. 

Powiem Wam, że Autorka stworzyła niesamowitą, zagmatwaną historię. Serio. Ogromnym plusem jest to, że oprócz prowadzonej sprawy zaginionego mężczyzny, otrzymujemy równolegle historię tego, który morduje młode kobiety, zadając im trzydzieści trzy ciosy nożem. Czytelnik razem z policjantami stara się rozwiązać obie zagadki kryminalne. Chce poznać motyw mordercy i powiązać sprawy razem. 

Oprócz zagadek kryminalnych, mamy świetnie skrojonych bohaterów Adę i Krystiana. Między nimi rodzi się dziwna przyjaźń. On jest seryjnym podrywaczem i zalicza panienki na prawo i lewo, a Ona jest szczęśliwą mężatką, która jest odporna na jego zaloty. To wcale nie przeszkadza temu, by połączyła ich przyjaźń, która (póki co) nie zakończyła się w łóżku. Pojawił się także mąż Ady, który doprowadzał mnie do wściekłości. Dlaczego? O tym poczytajcie sami, nie mogę Wam zdradzić takich smaczków. 

Jeśli szukacie świetnego kryminału, który dodatkowo ma świetne zaplecze obyczajowe, to pierwszy tom przygód Ady i Krystiana nadaje się do tego idealnie. Polecam bez dwóch zdań i zabieram się za drugi tom, bo jestem ciekawa co dalej u ulubionych bohaterów. 



czwartek, 1 sierpnia 2019

#525 - Chroń ją



K.A.Tucker „kupiła mnie” serią „Ten tiny breaths”. Powieści obyczajowe z gatunku Young Adult spodobały mi się tak bardzo, że postanowiłam przeczytać „Chroń ją”. 

Noah prowadzi normalne życie. Jego matka , komendant policji, obwinia się o zniszczenie rodziny swojego byłego partnera. Chłopak odkrywa tajemnice sprzed wielu lat i po samobójstwie matki musi sam poukładać to o czym usłyszał od niej przed jej śmiercią. Rozwiązywanie tajemnicy, doprowadzi go do Gracie - córki byłego partnera matki. Jej ojciec zginął jako skorumpowany gliniarz. Gracie i Noah za wszelką cenę będą próbowali oczyścić jego dobre imię. 

Całą historię poznajemy na dwóch płaszczyznach czasowych. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością opowiadaną z punktu widzenia dwójki bohaterów. 

Na prowadzenie wysuwa się wątek kryminalny. Dla osób, które znają K.A.Tucker tylko z powieści obyczajowych, może to być zaskoczenie. Dla mnie było tym pozytywnym.

Postacie są dobrze wykreowane, a wątek kryminalny poprowadzony sprawnie. Mamy tutaj samobójstwo, korupcję, zakłamanie i uzależnienie od narkotyków. Powieść jest cały czas dynamiczna. Cały czas coś się dzieje, a elementy układanki wskakują na swoje miejsce. 

Fani książek Autorki będą zadowoleni, tak samo jak osoby sięgające po jej książki pierwszy raz. 

Zdecydowanie polecam. 



niedziela, 28 lipca 2019

#524 - Zjazd absolwentów - przedpremierowo



Panie Musso, ale pan wymyślił!!!

Po książki tego autora sięgnęłam zupełnie przypadkowo. No dobra, nie do końca. Koleżanka z byłej pracy poleciła mi „Jutro”, która bardzo się jej podobała. Zamiast papieru, wybrałam audiobook „Uratuj mnie”. Gdy go tylko skończyłam, pobiegłam do biblioteki wypożyczyć inne książki, jakie tylko były na stanie. I co? Pokochałam i poczułam się „zamussowana”. 

Kiedy tylko dowiedziałam się, że na naszym rynku pojawi się najnowsza książka Musso, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Gdy wpadła w moje ręce, zasiadłam na ulubionej krótkiej sofie i rozpoczęłam podróż na Lazurowe Wybrzeże, do Antibes. 

Od razu Wam się przyznam, że najnowsza książka, jest zupełnie, ale to zupełnie inna aniżeli, te do których zdążyłam się przyzwyczaić. Nie ma tutaj surrealizmu, duchów jak w przypadku „Uratuj mnie”, dziewczyny, która „wypada” z kart powieści jak w „Dziewczyna z papieru”, czy też powrotów do przeszłości. Nie, tego w najnowszej książce nie znajdziecie. 

Thomas Degalais, wraca w rodzinne strony, po dwudziestu pięciu latach. Okazją jest zjazd absolwentów szkoły, do której uczęszczał. Tam spotyka dawnych znajomych oraz swojego przyjaciela Maxime, z którym łączy go mroczna tajemnica z przeszłości. Próbują rozwiązać zagadkę tajemniczego zaginięcia, Vinci Rockwell. Żadne z nich nie przypuszcza, że grzebanie w odmętach przeszłości może okazać się groźne. 

Na piętnaście książek Musso, przeczytałam czternaście. Tylko jedna nie przypadła mi do gustu, a dwie zaskoczyły „innością”. Jedną z nich jest właśnie „Zjazd absolwentów”. Czym jest ta inność? Tak jak wspominałam na początku nie ma duchów, surrealizmu. Tradycyjnie jest suspens, a tak naprawdę to bardziej kryminał. Dlatego właśnie ta cała, wielowątkowa historia tak mnie zaskoczyła. Ale mimo wszystko mi się podobało. Bo akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych - współcześnie, kiedy odkrywamy karty przeszłości, oraz dwadzieścia pięć lat temu kiedy, młodzieńcze zauroczenie głównych bohaterów doprowadziło do tragedii. Kolejnym plusem jest to, że kluczowe momenty, poznajemy z punktu widzenia nie tylko Thomasa, ale także innych ważnych bohaterów. 

Jeśli dopiero rozpoczynacie swoją literacką przygodę, to najnowsza książka Musso Wam się spodoba. Natomiast jeśli jak ja, kochacie Musso, za „to coś, które zawsze miał”, to możecie czuć się lekko zawiedzeni. Ale, mimo wszystko książka się Wam spodoba. To jest bardziej kryminalny Guillaume, na szczęście ma to swój czar. 

Polecam, wciąż kochająca Guillaume Musso, Archer.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwo Albatros 

czwartek, 25 lipca 2019

#523 - Psiego najlepszego



Ostatnio wybierając się do lekarza, w ostatniej chwili wrzuciłam do torebki czytnik. W sumie, tego nie planowałam, bo byłam przekonana, że szybko stamtąd wyjdę. Wiecie, płonne nadzieje, że tłumów nie będzie. Niestety, w przychodni spędziłam ponad trzy godziny, a czytnik uratował mnie przed nudą i bezsensownym scrollowaniem ekranu telefonu przy przeglądaniu mediów społecznościowych. Siedząc w poczekalni, przejrzałam listę książek. Od razu, wpadł mi w oko tytuł „Psiego najlepszego. Był sobie pies na święta” Bruce W. Cameron’a. 

Josh Michaels leczy złamane serce. Wciąż zbiera się po odejściu Amandy. Mieszka samotnie w górach i zdalnie pracuje, zajmując się interfejsami. Pewnego wieczoru jego życie zostaje wywrócone do góry nogami. Sąsiad mieszkający obok, zostawia mu pod opieką ciężarną suczkę Lucy. Mężczyzna jest przerażony, gdyż nigdy wcześniej nie miał psa bał się takiej odpowiedzialności za zwierzę. Niestety, kiedy dochodzi do porodu, okazuje się, że szczeniaki są martwe. Josh martwi się tym, że to jego wina, że sunia straciła swoje maleństwa. Kiedy wraca z Lucy do domu od weterynarza, znajduje karton pełen szczeniaków. Psy oraz poznana w schronisku Kerri zmienią jego życie. 

Uwierzcie mi, po raz pierwszy cieszyłam się, że moja wizyta u lekarza trwa tak długo, bo bez problemu mogłam poznawać losy głównego bohatera. 

Książka porusza bardzo ważny temat we współczesnym świecie: przyjaźń człowieka i psa. Przywiązanie do siebie, dbałość i troskę, a także tego jak dużą rolę zwierzęta odgrywają w naszym życiu. Josh, który wcześniej nie miał styczności z psami, dość szybko odnalazł się w nowej sytuacji. Mimo iż psy całkowicie zawładnęły jego światem. Mężczyzna odkrywa nowe emocje, uczucia i uczy się odpowiedzialnością za siebie i psiaki oraz podejmuje decyzje nie tylko związane ze zwierzętami ale także z miłością, która niespodziewanie puka do jego drzwi. 

Jeśli poszukujecie optymistycznej historii, która Was wzruszy i wywoła uśmiech na twarzy, to „Psiego najlepszego” jest lekturą obowiązkową. A do tego świąteczny klimat, nada tej opowiadanej historii odrobine magii. 

Polecam 

środa, 17 lipca 2019

#521 - Kredziarz




Zdarza mi się sięgać po książki, po które zapewne nigdy bym nie sięgnęła. Ale sięgam też po takie, które mnie zafascynują chociażby samym opisem fabuły. Albo chociażby rekomendacjami innych czytelników. Wiecie, chcę sobie wyrobić opinię. Przekonać się czy wszystkie zachwyty nad daną pozycją są słuszne. W przypadku książki „Kredziarz” C.J.Tudor było dokładnie tak samo. 

Jest rok 1986. Piątka zgranych przyjaciół mieszka w małym, sennym, angielskim miasteczku. Wolny czas spędzają jeżdżąc na rowerach, na wygłupach. Ich spokój zostaje przerwany wypadkiem w wesołym miasteczku. W tym samym czasie do miasteczka przyjeżdża nowy nauczyciel. Dzieciaki porozumiewają się między sobą kolorowymi rysunkami ludzików z kredy. Pewnego dnia jeden rysunek doprowadza ich do ludzkich zwłok. To całkowicie zmienia ich życie. Po trzydziestu latach Eddie wraz z przyjaciółmi otrzymuje tajemnicze koperty z kredą i symbolem sprzed lat. Nie biorą ich na poważnie, do czasu aż jeden z nich ginie. To nie przelewki. Eddie postanawia dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się te trzydzieści lat temu. 

„Kredziarz” nie jest typowym kryminałem. Owszem mamy tutaj morderstwo i poszukiwanie winnego. Ale to także studium dzieciństwa w małym miasteczku i to jak wyglądało życie w latach osiemdziesiątych, kiedy nie było telefonów komórkowych, tabletów ani komputerów. To dzieciństwo, które nie było wcale takie beztroskie jakby się mogło wydawać. To pokazanie problemów ówczesnego świata. A także, że nasze czyny i to co robimy mogą odnieść inne skutki niż tego oczekiwaliśmy. 

Akcja „Kredziarza” snuje się powoli jak życie w Anderbury. Jednak cała historia sprawia, że czytelnik wczuwa się w mroczny klimat. Dodatkowym plusem jest retrospekcja – to co działo się trzydzieści lat temu i to co dzieje się współcześnie. Dzięki temu zabiegowi czytelnik poznaje życie bohaterów, ich charaktery i to co ich ukształtowało. Trzeba przyznać, że Autorka potrafi wyprowadzić czytelnika na manowce. Kiedy już łapiemy trop i domyślamy się, kto co i jak, następuje zwrot akcji i mamy totalny mętlik w głowie. Szukamy dalej by znów znaleźć się w ślepym zaułku. 

Jeśli chodzi o bohaterów to wiodący jest tutaj Eddie. To właśnie z jego punktu widzenia poznajemy całą historię. To on przedstawia swoich przyjaciół, ich życie codzienne, relacje z rówieśnikami. Każdy z nich ukrywa jakiś sekret, mimo iż są przyjaciółmi, nie dzielą się wszystkim między sobą. Są zgrani, bo żaden z nich nie ma normalnego domu. A odnalezienie zwłok całkowicie ich odmienia. To ich łączy na całe życie. 

„Kredziarz” to inteligentny kryminał z zaskakującym zakończeniem, gdyż nic nie jest takie jakie się wydaje podczas rozwiązywania przez czytelnika zagadki. Książka angażuje od samego początku i nie pozwala na odłożenie do samego końca. 

Polecam



piątek, 10 maja 2019

#517 - Współlokatorzy - przedpremierowo



Raz na jakiś czas czytam książki, po które normalnie bym nie sięgnęła. To znaczy, sięgnęłabym, ale dopiero za jakiś czas, bo nie są to książki, które znajdują na mojej liście „Must have, must read”. Owszem, po wielu przeczytanych i zasłyszanych opiniach na ich temat, zapewne bym je przeczytała, ale nigdy nie byłyby moim priorytetem.
Po książkę „Współlokatorzy” Beth O’Leary sięgnęłam z czystej ciekawości, nie wiedząc nawet o czym jest. Obiło mi się tylko gdzieś o uszy, że jest świetna. Powiem tak,… zostałam wciągnięta w świat głównych bohaterów tak szybko, że nawet nie spostrzegłam się kiedy to się stało.

Tiffy rozstaje się ze swoim facetem. Niestety nie może pomieszkiwać dłużej u niego i musi pilnie znaleźć nowe lokum. Jednak nie ma zbyt wielu pieniędzy, bo jako redaktorka w wydawnictwie nie zarabia kokosów. Odpowiada więc na ogłoszenie, które znalazła w sieci. Leon, pielęgniarz z oddziału paliatywnego, pilnie potrzebuje pieniędzy i postanawia wynająć swoje… łóżko. No i oczywiście kawałek mieszkania także. Układ jest prosty: Tiffy pracuje w ciągu dnia kiedy Leon odsypia nocki po pracy, więc obydwoje będą korzystać z mieszkania o różnych porach. Nie spotkają się, a jedyną komunikacją pomiędzy nimi będą liściki zostawiane w różnych miejscach. Oczywiście, wszystko do czasu aż… 

Koniec, więcej pary z gęby nie puszczę, bo nie będziecie chcieli przeczytać tej książki. A powiem Wam, że bardzo dawno, żadna książka nie pochłonęła mnie do tego stopnia, że nie mogłam się od niej oderwać. Świat wokół zupełnie nie był ważny. Najważniejsi byli Tiffy i Leon oraz ich perypetie. 

Muszę przyznać, że Autorka miała bardzo fajny pomysł na historię dwojga ludzi, którzy się mijają w mieszkaniu i śpią w tym samym łóżku. Poznawali się przez pozostawianie karteczek w różnych miejscach. Ale oprócz nowatorskiego pomysłu, wplotła kilka trudnych tematów toksyczny związek a co za tym idzie prześladowanie drugiej osoby, trudne rozstanie i problem z zapomnieniem. 

Całą historię poznajemy z punktu widzenia głównych bohaterów. Opowieść Tiffy i Leona przeplatają się wzajemnie. Dzięki temu lepiej ich poznajemy. Przyznaję, że od razu polubiłam zwariowaną Tiffy, natomiast co do Leona… hm… nie zapałałam od razu do niego sympatią. Był bardzo cichy, zamknięty w sobie. Dopiero po jakimś czasie, gdy go lepiej poznałam, polubiłam bardziej. Nie możemy jeszcze zapomnieć o przyjaciołach Tiffy, którzy bardzo pomagali jej w trudnych momentach.

„Współlokatorzy” to niebanalna historia o miłości. Która pochłonie czytelników od pierwszej strony. Zapewni wybuchy śmiechu, trochę nostalgii i sprawi, że parę razy zakręci się w oku łza. Gratuluję Autorce świetnego debiutu i czekam na kolejne książki.

niedziela, 5 maja 2019

#516 Trylogia o Matyldzie i Kosmie



Lubię serie. Ale o tym już wiecie, bo wspominam to za każdym razem, kiedy nie czytam jednotomowej historii. Staram się czytać takie serie ciągiem, czyli czekam do momentu ukazania się wszystkich książek na księgarnianych półkach. Niestety, czas oczekiwania często się wydłuża, a czasem chęć przeczytania dobrej historii bierze górę nad oczekiwaniem. Tak właśnie było w przypadku - i tu wcale nie skłamię pisząc – fenomenalnej trylogii jaka wyszła spod pióra duetu Lidii Liszewskiej i Roberta Kornackiego. 

Jak słusznie zauważyliście, po przeczytaniu każdej części nie pojawiła się opinia. Było to celowe, bo chciałabym się odnieść do całości, a nie do każdej części z osobna. 

Po pierwszą część sięgnęłam pod wpływem innych czytelników. Wiecie dobrze jaką moc mają social media i nie będę się w to zagłębiać. Po prostu, instagram został „zalany” zdjęciami książki „Napisz do mnie” i postanowiłam książkę przeczytać. Ze względu na małą przestrzeń życiową, sięgnęłam po ebooka z niezawodnego legimi. Pamiętam to jak dziś, żadna historia tak bardzo mnie nie poruszyła jak początek znajomości Matyldy i Kosmy. Ich przeżycia, przemyślenia, perypetie i listy którymi się wymieniali w kawiarence. Wbito mnie w fotel, przemielono i porzucono. Bo przecież to był dopiero pierwszy tom. Na kolejny niestety trzeba czekać. 

Kiedy pojawiła się druga część, nie zabrałam się za nią od razu. Musiała chwilę odczekać na swoją kolej. I co? Znów mnie wbiło w fotel, emocjonalnie wyżęto jak ścierkę, przeczołgano tak samo jak bohaterów. Zaostrzono apetyt, dano nadzieję i znów porzucono w takim momencie, że miałam ochotę rzucać czym popadnie. A na koniec napisać do Autorów by pospieszyli się z kolejną częścią. 

I tak dotarłam do początku kwietnia, kiedy na stołach nowości w księgarniach pojawił się finał trylogii. Chodziłam wokół tego stołu delikatnie, cichutko, trącałam palcem i… serio, nie chciałam jej czytać. Naprawdę nie chciałam rozstawać się z bohaterami. Nie chciałam opuszczać ulic Łodzi i mazurskiego spokoju. Pragnęłam nadal tworzyć z Matyldą, czy nagrywać kolejne programy z Kosmą. Chciałam z nimi pić wino na werandzie siedliska, bawić się i spacerować z Helmutem. Tak bardzo nie chciałam zakończenia tej historii. 

Ale jak dobrze wiecie, tak się nie da i wszystko co dobre kiedyś się kończy. I ta historia także musiała mieć swój finał. To co bohaterom zgotowali Autorzy… jest nie do przyjęcia. Tak!!! Jak się nie zgadzam, to tak bardzo boli. Jeśli wcześniejsze części wbijały mnie w fotel, to ostatnia część rozwaliła mnie w drobny mak. Roztrzaskała i sponiewierała. Tego się nie spodziewałam. Na początku nic nie wskazywało na to co nastąpiło potem, a tak naprawdę wcześniej. Gdyż akcja finału dzieje się kilka lat po końcu części drugiej. 

Chyba dawno żadna seria książek nie sprawiła, że mam książkowego kaca. Boję się sięgnąć po inne książki bo, będę porównywać je do tych dopiero przeczytanych. Autorzy chapeu bas! Odwaliliście kawał dobrej roboty. Oprócz niebanalnej historii o miłości potrafiliście przemycić w książkach ważne tematy. Mam tu na myśli głównych bohaterów. Poza tym główny bohater przeszedł ogromną metamorfozę. Patrząc na to jaki był w pierwszej części a jaki był w finale, to trzeba przyznać, że bardzo się zmienił. Na szczęście na lepsze. 

Jak sami widzicie, po raz pierwszy nie zdradzam Wam zbyt wielu szczegółów dotyczących kolejnych części. Chcę byście sami poznali Matyldę i Kosmę i towarzyszyli im we wspólnej drodze i zostali tak samo przeczołgani emocjonalnie jak ja. 

Polecam po tysiąckroć!!!

środa, 27 marca 2019

#514 Śmierć w blasku fleszy




Myślicie, że jubileuszowe książki (na przykład dziesiąta) ulubionych Autorów powinny być szczególne? Albo na przykład zupełnie inne niż te wcześniejsze? Myślicie, że Autor przy takiej książce może nas zaskoczyć? Chcecie znać moje zdanie? Tak, zdarzają się książki jubileuszowe, które zaskakują. Które sprawiają, że zastanawiam się czy to na pewno ten sam Autor który napisał wcześniejsze. Ale to nie musi być regułą. Bo czasem się zdarzy, że siódma książka Autora jest inna niż pozostałe, a ósma będzie taka jak wcześniejsze. Zaskoczeniem dla mnie była właśnie dziesiąta książka Alka Rogozińskiego „Śmierć w blasku fleszy”. 

Tym razem Książę Komedii Kryminalnej zabrał Nas na pokaz mody. Mario oraz Dominika prowadzą wspólnie agencję eventową. Organizują pokaz mody jednego z czołowych projektantów. Olimpus – bo to o nim mowa ma nietypowe wymagania. Dwójka bohaterów robi wszystko by te wymagania spełnić. W finale pokazu ma odbyć się udawane morderstwo najbardziej znanej i rozpoznawalnej modelki. Niestety, finał jest zupełnie inny niż wszyscy oczekują. Otóż, modelka ginie naprawdę. Śledztwem zajmuje się komisarz Darski. I trzeba przyznać, że ma ciężki orzech do zgryzienia, bo podejrzanych jest wielu. Ale tylko jedna z nich miała prawdziwy motyw. 

Przeczytałam wcześniejsze książki Alka. Nie tylko te które napisał sam, ale także te w duecie z Magdaleną Witkiewicz. Kiedy dotarłam do końca Jego jubileuszowej książki poczułam się… oszukana. I nie krzywcie się tak, nie zapowietrzajcie. Bo mnie także zapowietrzyło. Otóż, oświadczam wszem i wobec, że „Śmierć w blasku fleszy” jest bardziej dojrzała aniżeli pozostałe komedie kryminalne napisane przez Autora. Nie, to wcale nie jest zarzut. Bo pomimo iż powieść jest poważniejsza, trafiają się gagi, zabawne sceny i dowcipne dialogi tak dobrze znane czytelnikom z wcześniejszych książek. I taki Alek też Wam się spodoba. Pomimo braku masy zabawnych scen, Autor nadal potrafi tworzyć niebanalnych bohaterów, których kochamy od samego początku. Zaprzyjaźniamy się z nimi i z miłą chęcią wyskoczylibyśmy z nimi na piwo. Ale powiem Wam w sekrecie, że nie wiem czy chciałabym przeczytać książkę Alka w wydaniu takim stricte poważnym. Bo znając Autora nie od dziś i bywając na spotkaniach autorskich, dochodzę do wniosku, że na poważne kryminały jeszcze przyjdzie czas. Może tak za trzydzieści lat. Chociaż wątpię by Alkowi przytępił się dowcip. Obawiam się, że się bardziej wyostrzy. 

„Śmierć w blasku fleszy” to zaskoczenie dla fanów Alka. Oczywiście pozytywne. Nadal jest zabawnie, ale z większą powagą. Nadal do końca nie wiemy kto zabił. Chociaż sami mamy kilka tropów, to Autor skutecznie miesza w głowach czytelników. Więc jeśli szukacie dobrego kryminału z nutką dowcipu, to bez dwóch zdań musicie sięgnąć po tę książkę. Jeśli natomiast, jak ja, jesteście fanami książek Alka to sięgnąć musicie bez dwóch zdań. Polecam i czekam na kolejną książkę Księcia Kryminału.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora oraz Wydawnictwa Edipresse. 

wtorek, 26 lutego 2019

#512 Tam gdzie jesteś



Współczesna polska literatura obyczajowa jest jedną z moich ulubionych. Ale to przecież wiecie bardzo dobrze, bo dość sporo na blogu moich opinii. Przyznam, że po książkę „Tam gdzie jesteś” Tomasza Betchera, sięgnęłam po troszku w ciemno. Zachwyciłam się okładką oraz rekomendacją napisaną przez mojego ulubionego Autora Janusza Leona Wiśniewskiego. Nie wiedziałam czego się można po tej książce spodziewać. Czy mnie zachwyci czy może rozczaruje? Czy cisnę ją w kąt czy może będę polecać innym znajomym? Biorąc pod uwagę fakt, że o książce wspominała Agnieszka Tatera (a jak niektórzy zauważyli ani razu nie zawiodłam się na książce przez nią polecanej) to nie było chyba innego wyjścia… książka musiała mi się spodobać. I tak też było. 

Niektórym może się wydawać, że jest to typowa historia o miłości. Owszem, tak może być. Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. Ich ścieżki pewnego, nieoczekiwanego dnia przecinają się. Może to być zrządzenie losu, bądź przeznaczenie. Albo zwyczajny przypadek, że bezdomny mężczyzna jakim jest Adam włamał się do domku letniskowego Anny. To historia miłości, ale nie takiej pięknej prostej, szybkiej, od pierwszego wejrzenia. Raczej takiej gdzie zaufanie do drugiego człowieka buduje się stopniowo. Najpierw jest strach, chęć ucieczki, potem akceptacja i zaufanie. Tak to odebrałam ja, w momencie dotarcia do ostatniej strony. Wtedy wszystkie zawiłości i niedopowiedzenia zostały wyjaśnione. 

Kiedy poznajemy bohaterów, najwięcej dowiadujemy się o Annie. Że ma dorosłego syna, że odchodzi od męża tyrana i pracuje w banku. W miejscu, którego nie lubi. Wolałaby pracować w swoim zawodzie, być psychologiem. Stara się rozgryźć Adama. Jednak jej to zupełnie nie wychodzi. O samym Adamie na początku nie wiemy zbyt wiele. Jest bezdomnym, tuła się po Polsce, bo nie może nigdzie zagrzać dłużej miejsca. Autor celowo dawkuje nam informacje o nim. W końcu poznajemy prawdę. O tym jak wielka tragedia wydarzyła się w jego życiu. O tym, że była zapłonem do tego kim jest teraz. Nie jest już jednak sam, jest Anna, która pomaga mu stanąć na nogi. Ale bez jego chęci zmiany do niczego by nie doszło. 

W książce Autor przybliża czytelnikom problem osób bezdomnych. Tego jak społeczeństwo reaguje na osoby nie posiadające dachu nad głową. Nie owija w bawełnę, wali prosto z mostu. Uświadamia nam czytelnikom, że Ci ludzie, to też ludzie tacy sami jak my. Tylko w ich życiu mogła wydarzyć się tragedia, która sprawiła, że się poddali bez walki. A może to ich pokuta? Nigdy tak do końca nie znamy prawdy ani historii ludzi których mijamy na ulicy. 

„Tam gdzie jesteś” to historia o miłości, o dostawaniu od życia kolejnej szansy. Także o tym, że nie powinniśmy oceniać ludzi po wyglądzie ani po statusie majątkowym. Każdy ma swoją historię, którą przeżył, która go zaprowadziła do miejsca w którym się znajduje. 
Polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.





sobota, 23 lutego 2019

#511 Kwiaciarka




Właśnie się zastanawiam co mną kierowało by sięgnąć po najnowszą książkę Anny Kasiuk p.t. „Kwiaciarka”? Chyba to, że nasza stała klientka, stwierdziła, że książka jej się nie podobała i nie doczytała jej do końca. Coś nie zaiskrzyło. Wtedy w mojej głowie pojawiła się lampka: przeczytaj!!! Wróciłam do domu, wrzuciłam książkę na półkę w legimi i zasiadłam z czytnikiem. 

Judyta wraz z przyjaciółką Małgosią, prowadzi na rynku w Przemyślu małą kwiaciarnię. Kwiaty to jej pasja. O ile w pracy idzie jej całkiem nieźle, to życiu prywatnym już nie do końca. Kobieta od ośmiu lat związana jest z Piotrem. Ich związek przechodzi poważny kryzys. Piotr coraz bardziej jej unika, a Ona uświadamia sobie, że ją zdradza. Na szczęście zawsze może liczyć na swoje przyjaciółki Oliwkę i Małgosię. Za ich namową kończy toksyczny związek. Nie przychodzi jej to jednak tak łatwo, ale w końcu pakuje Piotra i rozpoczyna nowe życie jako singielka. Wtedy na jej drodze staje Szymon, dawna miłość ze szkolnych lat. Ich spotkanie tak naprawdę nie jest przypadkowe. Szymon bowiem, mimo małżeństwa i wyprowadzki do Anglii, wciąż kocha Judytę. To dla niej powrócił do Przemyśla. Jednak powrót Szymona sprawia, że przeszłość od której tak bardzo chcieli się odciąć przypomina o sobie w postaci liścików z pogróżkami, które Judyta znajduje w listowniku. Czy Judyta wreszcie uwierzy w miłość? Jak bardzo pogróżki wpłyną na ich życie?

Kiedy zabierałam się za powieść, byłam przekonana, że oto przede mną historia miłosna na drodze której rzucono kłody pod nogi. Do pewnego momentu myślałam, że tak będzie. Jednak nastąpił niezapowiedziany zwrot akcji i przyznaję, że moje tętno przyspieszyło. Czytając miałam nieodparte wrażenie, że kiedyś już coś podobnego (nie to samo, co to to nie) czytałam. Anna Kasiuk podobnie jak w swoich powieściach Agnieszka Lingas – Łoniewska, do historii miłosnej dorzuciła półświatek przestępczy, który upomina się o swoje. Przeszłość, wcale nie taka chlubna, powróciła jak bumerang i uderzyła w bohaterów ze zdwojoną siłą. 

Powiem Wam, że główna bohaterka doprowadzała mnie swoim zachowaniem do szewskiej pasji. Nie wiem, może działo się tak dlatego, że Judyta była bardzo słaba psychicznie, co silniejsi wykorzystywali. Poza tym, mam wrażenie, że miała problemy z komunikacją. Nie potrafiła powiedzieć co ją gniecie, co jej przeszkadza i co czuje. Może było to wywołane stanami depresyjnymi, które miewała w przeszłości i ogólnie leczeniem psychologicznym. Nie wiem. Faktem jest, że mnie Judyta czasem wkurzała swoim zachowaniem. Denerwujące w niej było to, że mimo iż wiedziała, że związek z Piotrem nie ma przyszłości, nie miała dość siły by go zostawić. Dopiero niekończące się rozmowy z Oliwką i Małgosią, zmobilizowały ją do ostatecznego kroku. Jak dla mnie, takiego typa jak Piotr wyrzuca się od razu. Jednak domyślam się, że po tylu latach było jej ciężko podjąć taką decyzję. Kiedy opisana w książce historia czy sami bohaterowie wkurzają to bardzo dobrze, znaczy to wtedy, że książka jest dobra.

Kiedy byłam w połowie okazało się, że „Kwiaciarka” to kontynuacja książki „Andromeda”. Przyznam, że poczułam się zawiedziona, bo nigdzie nie znalazłam informacji, że to druga część. Moim zdaniem, bez znajomości części pierwszej można czytać część drugą. Ale jedno wiem na pewno, w najbliższym czasie doczytam początek znajomości Szymona i Judyty. 

„Kwiaciarka” to powieść o przyjaźni, o tym, że stara miłość nie rdzewieje, o dawaniu drugiej szansy, o cierpieniu i bólu o utracie najbliższych. Od tej książki nie można się oderwać, a kiedy się już oderwiemy to niecierpliwie na nią spoglądamy gdyż ciekawość „co będzie dalej?” bierze górę. Gorąco polecam

wtorek, 12 lutego 2019

#507 Nasze własne piekło. Przedpremierowo




Miewacie coś takiego jak kac książkowy? Bo ja mam, od czasu do czasu. Nie zawsze, ale bywa. U mnie objawia się to tym, że kiedy kończę dobrą książkę, czyli taką która mną wstrząśnie, miotam się, i nie mam pojęcia co czytać dalej. Bo wiem, że historia dopiero co zakończona jeszcze będzie we mnie żyć, i to za co się wezmę nie zachwyci mnie tak jak to co dopiero przeczytałam. I tak właśnie mam po skończeniu najnowszej książki Natalii Nowak-Lewandowskiej „Nasze własne piekło”. To ta książka sprawiła, że nie wiem co z sobą zrobić, bo wciąż siedzi mi pod skórą.

W tym miejscu mogłabym Wam opowiedzieć fabułę, czyli mniej więcej o czym ta książka jest. Jak przeprowadzona jest akcja, co się dzieje i dlaczego. Jakie są skutki wyborów bohaterów. 
Ale, chyba po raz pierwszy doszłam do wniosku, że tego nie zrobię. Bowiem każdy może wejść sobie na dowolny portal i dowiedzieć się z czym to się je. Powiem Wam, że okładka, jest dość myląca. I myślę, że gdybym miała sugerować się okładką, to nigdy w życiu bym po tę książkę nie sięgnęła. A dlaczego ją przeczytałam? Przede wszystkim z ciekawości.

Tak naprawdę to czytałam (jak na razie) tylko dwie książki Natalii. I powiem Wam, że między debiutem „Pozorność” a najnowszą powieścią jest tak wielka przepaść, że... Tak, Natalia dojrzała. Jej książki ewaluowały. Stały się inne. Owszem nadal nie jest słodko pierdząco. 
Ale Autorka taka właśnie jest. Ona nie owija w bawełnę i nie cacka się z czytelnikiem. Wali od razu między oczy. I to jest świetne. Bo czytelnik na początku swojej przygody z najnowszą książką, spodziewa się przesłodzonego romansu bad boy z ułożoną kobietą. I kiedy rzeczywiście gdzieś tam pod kopułą czai się myśl „ale to słodkie” Ona wali obuchem w łeb. Nie tylko czytelnika. Zapewnia rollercoaster bohaterom. Ta książka łudząco przypomina książki Lingas - Łoniewskiej. Ale tylko przypomina. To zmyłka jest. Natalia z głównej bohaterki nie zrobiła grzecznej dziewczynki. Nie no dobrze, na początku tak jest, ale potem Nina zmienia się pod wpływem Artura. Staje się bardziej bojownicza, pyskata i... pewna siebie. Poza tym, pokazuje jak bardzo niespełnione ambicje rodziców zmieniają dzieci. Jak bardzo, staramy się ich zadowolić. Czasem kosztem naszego własnego życia czy też szczęścia. 

„Nasze własne piekło” to historia o miłości, która – jak mogą niektórzy twierdzić – nie miała prawa się wydarzyć. I teraz nasuwa się pytanie: dlaczego? Czy mężczyzna jakim jest Artur nie może porzucić swojego dotychczasowego życia i założyć rodzinę? Czy taka kobieta jaką jest Nina nie może w końcu przeciwstawić się matce i zawalczyć o swoje? Oczywiście, że tak. 
Po stokroć tak. Owszem Nina może irytować, drażnić swoim zachowaniem, podporządkowaniem despotycznej matce. Ale jeśli dobrze się rozejrzymy, wokół nas są takie kobiety. Poza tym nie zapominajmy, że Matka Niny miała niespełnione muzyczne ambicje i przez wypadek w przeszłości nie mogła grać na skrzypcach. Dodatkowo nie potrafiła obdarzyć córki należytym uczuciem i ciepłem matczynej miłości. 

Przyznaję, że książkę czytałam na bezdechu. Bo emocje zawarte w historii zawładnęły mną tak bardzo, że kiedy przeczytałam ostatnie zdanie i napis „KONIEC” zaczęłam się zastanawiać, czy to jakiś żart? Chodzi mi o to, że… ja chcę więcej. Dużo więcej. Zakończenie jest jak dla mnie otwarte. Może gdyby pomęczyć Natalię to byłaby kontynuacja. Co ty na to Autorko?

Chyba dawno, nie rozpisałam się tak bardzo o książce. 

Podsumowując. Jeśli poszukujecie świetnej książki, która Was wymieli emocjonalnie, wzruszy i tak bardzo zaskoczy, to najnowsza książka Natalii Nowak – Lewandowskiej taka właśnie jest. To nie tylko historia o miłości. To także opowieść o wyborach, pokonywaniu słabości i walce o swoje szczęście. Polecam

niedziela, 10 lutego 2019

#506 Pochyłe niebo. Ćma




Po książki Ewy Cielesz sięgnęłam chyba trzy lata temu. Przyznaję, że miałam małe obawy, ale zniknęły one tuż po przeczytaniu pierwszej i kolejnych książek Autorki. Co o nich sądzę, już wiecie bo ich opinie pojawiały się na blogu. Tym razem, postaram się opowiedzieć Wam o najnowszym literackim dziecku Autorki „Pochyłe niebo. Ćma.” To pierwsza część trzytomowej serii. 

Anita ma siedemnaście lat, mieszka wraz z matką i babką. Ma starszą siostrę, która już dawno temu wyprowadziła się z domu. Pewnego dnia, dziewczyna odkrywa, że jest w ciąży. Kiedy wyznaje prawdę matce, ta wyrzuca ją z domu. Anita pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża do Wrocławia. Tam znajduje kąt u ciotki. Siostra matki pomaga jej jak tylko może. Dziewczyna by zarobić na swoje utrzymanie zatrudnia się przy opiece nad starszą panią. Kobieta mieszka w słynnym wrocławskim trójkącie bermudzkim. Anita poznaje tam młodych ludzi, którzy mieszkają razem „na kwadracie” i nie należą do tych układnych i grzecznych. Tam spotyka Wilka, którym jest zafascynowana. Jak potoczą się jej losy? Nie zdradzę. Czy wybierze ustawionego, na wysokim stanowisku mężczyznę, za którego na siłę stara się wydać jej ciotka? A może na jej drodze stanie ktoś zupełnie inny? Ktoś kto zaopiekuje się Anitą oraz jej córeczką?

Powiem Wam, że książka mną… wstrząsnęła. Tak… pozytywnie. Anita mimo tego, że matka wyrzuciła ją z domu (która matka robi coś takiego własnemu dziecku?), nie poddaje się i szuka swojego miejsca na ziemi. Jednak nie jest sama. Musi myśleć o swoim dziecku. Musi walczyć o siebie i córeczkę. 

Cała opowieść rozgrywa się w szarych czasach lat 70 i 80tych. W czasach w których tylko nielicznych było stać na zakupy w kolorowych Pewexach, gdzie głównie płacono dolarami. Sama taki Pewex w moim mieście pamiętam. Pamiętam lalki Barbie, które były wystawione na półkach. I ten ból w oczach dziecka, że nie dostanie ukochanej i upragnionej zabawki. W czasach, w których wprowadzono stan wojenny, a na ulicach można było spotkać czołgi. Czasach Solidarności, Zomo, kartek na żywność i długich kolejek. 

Chylę czoła przed Autorką. Język jakim jest napisana powieść zdecydowanie jest poetycki. Bardzo obrazowy. Czytając widziałam wszystko przed swoimi oczami. Widziałam podróż Anity do Ciotki, ulice Wrocławia pełne czołgów i walczących ludzi. 

Przez całą powieść trzymałam kciuki i podziwiałam bohaterkę. Bo jej nie można nie podziwiać. Mimo tego co przeżyła, nie poddawała się. Walczyła. Nie z wszystkimi jej wyborami się zgadzałam, ale to Ona podejmowała decyzje… tylko czy liczyła się z ich konsekwencjami?

Z niecierpliwością oczekuję kolejnej części by towarzyszyć Anicie w podróży, w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. 

Pani Ewo, jest Pani niesamowitą malarką słów i emocji.