Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jorx. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jorx. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 stycznia 2015

#330

 Zrób sobie raj    Mariusz Szczygieł    Reportaż


Przyznaję się bez bicia, że czytelnikiem reportażu jestem raczej z przypadku. I nawet jeśli przypadek staje się coraz częstszy, to i nijak nie można go nazwać regułą, bo przecież przypadkowo może się okazać, że jest od tej reguły wyjątek.
Tym razem przypadek sprawił, że kupiłem książkę Mariusza Szczygła „Zrób sobie raj” w prezencie świątecznym dla mojej rodzicielki. Ładnie opakowałem i położyłem pod choinką z myślą, że spodoba się jej opowieść Autora o czeskiej duszy, i o tym jak Czesi postrzegają świat, swój kraj, swoją historie,kulturę, i… Boga.
Kilka dni po uroczystej Wigilii, dowiedziałem się od mojej starszej siostry, że mama po przeczytaniu pierwszych 20 stron książkę odłożyła na półkę, a moją siostrę zapytała czy ta książka to jakaś prowokacja ze strony Świętego Mikołaja. Nie była gotowa na zgłębianie otchłani czeskiej duszy.

Nie zostało mi nic innego jak odebrać nietrafiony prezent, przyrzec że następnym razem obejdzie się bez prowokacji, i zabrać się do czytania. A mnie czytało się tę książkę całkiem dobrze. I znów muszę się do czegoś przyznać…
Moim jedynym kontaktem z południowymi sąsiadami było do tej pory czeskie piwo, Krecik za młodu - kiedy jeszcze na stojąco pod stół wchodziłem, i film „Kola” w reżyserii Jana Svěráka z 1996.
Ale do rzeczy…

Mariusz Szczygieł jak sam o sobie pisze jest czechofilem, i ani się tym chlubi, ani się tego wstydzi.
Książkę napisał żeby pokazać innym co go fascynuje w Czechach, ich kulturze i historii, i zwykłym podejściu do życia. I czemu tylko w tym kraju na Wełtawą, tylko tam i nigdzie indziej, mógł narodzić się Józef Szwejk – ale to już raczej doczytać można między wersami ,bo jako takiego oddzielnego rozdziału książki o tym nie ma.

„Zrób sobie raj” to zapis rozmów, spotkań, zdarzeń i przemyśleń Autora „na temat” . A ciekawy temat zawsze się znajdzie, jak na przykład rozmowa z Janem Saudkiem - Czeskim Fotografem, lub wizyta w mieszkaniu Zbynka Fišer’a, filozofa, myśliciela i poety.
Obszerną część książki zajmują poszukiwania Mariusza Szczygła odpowiedzi na pytanie ” Co Czesi myślą o Bogu, i czy w ogóle o nim myślą?”, bo jak sami Czesi o sobie mówią są krajem ateistów.
Ale czy to rzeczywiście prawda?
No i co za tym idzie? Skoro Boga nie ma, to co jest po śmierci i jak wygląda czeski pogrzeb?
Polacy i Czesi od wieków mieszkają obok siebie, i można by przypuszczać, że jako Słowianie na świat patrzą bardzo podobnie, ale po przeczytaniu tej książki już wiem, że nic bardziej mylnego.

Książkę polecam tym którzy ciekawi są interesujących spotkań z kulturą innych krajów, niekoniecznie tych bardzo egzotycznych, bo to co mamy blisko – prawie pod nosem, też bywa szalenie fascynujące.

sobota, 17 stycznia 2015

#328




Miedzianka, historia znikania. Reportaż.

Czego szukamy w książkach ? Czy tylko dobrze opowiedzianej historii, pełnej emocji i uczuć, czy może historii prawdziwej, która nami wstrząśnie i przemówi do naszej wyobraźni. Do naszego serca.

Reportaż to dość specyficzny gatunek literacki – opowiadana historia jest prawdziwa , a jej bohaterowie istnieli w rzeczywistości. 

Opowieść o Miedziance to historia miasta, które już nie istnieje.  Filip Springer pisze kronikę miasta zapomnianego, o którego losach nie wielu już pamięta. Przedstawia w swojej książce jasne i mroczne okresy w życiu miasteczka, aż do tych najmroczniejszych, które kończą się wraz z jego upadkiem . Opisuje jego historie począwszy od średniowiecza aż do czasów współczesnych, opierając się na relacjach kronik i innych świadectw pisanych, ale także na wspomnieniach mieszkańców Miedzianki, który wysiedleni siła musieli znaleźć nowy dom. 
Wspomnienia i relacje ludzkie rzadko są ze sobą zgodne. Każdy widzi to co chce widzieć i pamięta to co chce pamiętać - dlatego tak ciekawe jest skonfrontowanie tych  rozmów i zapisków. 

Springer nie raz już dowiódł swego rzemiosła. Jest prawdziwym mistrzem potrafiącym oddać ulotność chwili i atmosferę miejsca. Opis opustoszałego kościoła ewangelickiego, którego ściany pokryte łuszczącą się farbą i odpadającym tynkiem pojawiły się w mojej głowie gdy czytałem fragment książki, spowodował, że niemal przeniosłem się  na kilka chwil do Miedzianki i na własne oczy widziałem to co pozostało w pięknego niegdyś i zielonego miasta Kupferberg. 
Jedyne czego zabrakło mi w książce to mapa lub nawet odręczny  szkic miasta, tak abym mógł wraz z mieszkańcami przemieszczać się uliczkami i nie gubić się w zaułkach tej górniczej osady.

Książkę polecam całym sercem miłośnikom reportażu. Na pewno się nie zawiodą, a Ci w których drzemie żyłka podróżnika, może nawet wybiorą się w poszukiwaniu przeszłości do „miasta na górze” które zniknęło z powierzchni ziemi. 

niedziela, 30 listopada 2014

#322




W zeszły weekend jeśli dobrze pamiętacie odbyły się Targi Książki w Katowicach. Wiele osób już na ich temat się wypowiadało. Byli to przede wszystkim blogerzy który brali czynny udział w tym właśnie wydarzeniu oraz kilku Autorów którzy przez Spodek się przewinęli. Osobiście nie będę o nich wspominać, bo przecież wszystko na ten temat zostało powiedziane. Prawie. Pewnie jesteście ciekawi czemu, prawie. Otóż, na panelach dyskusyjnych wśród osób blogujących znalazł się ktoś, kto ze światem blogowym ma niewiele wspólnego. W sumie łącznikiem z blogosferą jestem ja, a osobą jest mój facet Jorx, który powoli jest już rozpoznawany, chociażby w mojej grupie Śląskich Blogerów Książkowych. A po targach w Krakowie i teraz w Katowicach ma większą ilość blogujących znajomych. Już wyjaśniam do czego zmierzam, bo jak na razie to wychodzi mi z tego masło maślane. Otóż w drodze powrotnej z Katowic wywiązała się między nami dyskusja na temat blogowania, ludzi z blogosfery oraz czytania i pisania. No i w pewnym momencie Jorx napomknął, że może kiedyś napisze jakąś opinię o książce. Podchwyciłam ten pomysł a jakże. Jednak poprosiłam go by napisał swoją opinię o tym co działo się w Spodku. Przez chwilę kręcił nosem, ale w końcu pomysł zagnieździł się na dobre pod łepetynką. I tak właśnie narodził się tekst który znajduje się poniżej. Oddaję głos Jorx’owi. (życzę cierpliwości i wytrwałości w czytaniu, tekst długi ale jak dla mnie całkiem trafny)

Trzydzieści trzy lata – to wystarczająco dużo by w końcu zrobić coś szalonego.

Część I „ O targach”

Mieszkam na Śląsku całe życie, od pięciu lat pracuje w Katowicach i z okna biura widzę Spodek, chyba najbardziej znany i rozpoznawalny budynek w regionie, i poza nim. Ale nigdy tam nie byłem, nigdy nie przekroczyłem jego podwoi, bo nigdy się nie zdarzyło by była ku temu okazja. Aż do ostatniej soboty…

W październiku moja lepsza i piękniejsza połówka zabrała mnie na targi książki do Krakowa. Sam nigdy bym się tam nie wybrał, bo obcować z literaturą wolę w zaciszu domowym, albo w małej klimatycznej księgarni tudzież antykwariacie – nikt mi nie przeszkadza i atmosfera jest sprzyjająca.
Targi w Krakowie to Targi przez duże „T”, te w Katowicach … no cóż jakie były, każdy kto był widział.. i jest to bardzo smutne…

Nie wiem czego zabrakło organizatorom, może wyobraźni a może, tylko i aż, odwagi aby odwołać całą imprezę. Choć wiem, że odwołanie targów jednoznaczne byłoby do przyznania się do porażki i pewnie odbyłoby się to ze szkodą dla tych nielicznych, którzy na nie przybyli, ale dałoby nadzieję na przyszłość.

Kiedy wszedłem na halę wystawową moim pierwszym wrażeniem było zdziwienie – z zewnątrz Spodek wydawał mi się dużo większy i oczekiwałem czegoś innego, większego. Ale moje oczekiwania względem budowli są niczym w porównaniu z tym co zobaczyłem na płycie – tam gdzie rozłożyły swoje stoiska wydawnictwa. Jedyne jak mogę to określić to „bida z nędzą przez świat pędzą”. Niedawne wspomnienia z Krakowa i to co zobaczyłem w Spodku spowodowały, że było mi wstyd.

Śląsk jest regionem, który zasługuje na swoje miejsce na mapie kulturalnych imprez Polski, jest przecież wspaniały muzyczny „OFF FESTIWAL”, więc czemu - motyla noga - nie książki ?!

Z wydawnictw, które wysłały na targi swoich przedstawicieli, z tych większych dostrzegłem tylko Sonia Draga, Dreams, Nasza Księgarnia, no i Granice, które jako wortal idealnie wypełniają swoje powołanie promując literaturę i czytelnictwo. Pozostałe stoiska należały do małych i regionalnych wydawnictw, na przykład Muzeum Śląskiego (wiem, że nie jestem dokładny i nawet nie zamierzam, bo tak naprawdę nie postarałem się nawet o program targów i listę wystawców – nie widziałem potrzeby, nie chciałem mieć w ręku namacalnego dowodu porażki).
Jednym ze skojarzeń, które przyszło mi do głowy kiedy stałem przy stoisku Granic, było że jest to ostateczna granica indolencji organizatorów targów. I nie tylko ich, lecz także tych pod których auspicjami targi się odbywały.
Podsumowując targi …
Na + :
Autorzy na wyciągnięci ręki i panele na poziomie – to cieszy.
Na -:
Mało książek.
Jeszcze mniej ciekawych wydawnictw – szczytem dla mnie była niemożność kupienia najnowszej książki Anety Jadowskiej, która była gościem targów.
Całość nieudanych targów książki w Katowicach dopełniają liczne stoiska z biżuterią i innymi pięknymi, ale nie będącymi książkami – duperelami. Wiem, wiem, podczas targów zawsze są takie stoiska, i chwała im za to, ale tym razem proporcje zostały zaburzone, i to bardzo.
I na koniec …WTF ?!.. Fotele do masażu i sprzęt sportowy ?!


Część II „ O blogerach”

Z tego co mogłem się zorientować i zauważyć, targi dla blogerów są głównie okazją do spotkania.
Oczywiście jest to też okazja do spotkań z autorami i nawiązania współpracy z wydawnictwami,
ale z tego co wiem odbywa się ona zazwyczaj w sferze internetowej, poza targowej. 

W tym roku wortal Granice ogromnie wspomógł internetową społeczność miłośników książek
i przekazał ponad pięćdziesiąt tytułów w ramach prezentów dla blogerów biorących udział w panelach dyskusyjnych. Dlaczego o tym piszę? Bo uważam, że warto Granice z tego względu wyróżnić.

W tym roku, tak jak w poprzednim, Śląscy Blogerzy Książkowi wykorzystali swoją szanse i wzięli udział w targach, i po raz drugi pokazali się z dobrej strony. I nie tylko ŚBK, ale też blogerzy z innych stron Polski – Opole i Kraków, mieli swoich nieoficjalnych przedstawicieli. 

Sobotnie panele dyskusyjne cieszyły się powodzeniem. I nawet jeśli ktoś zarzuci im brak profesjonalizmu i powie, że nikt prócz blogerów nie brał w nich udziału, to odpowiem, że
pasjonaci, którzy je prowadzą nawet nie próbują się pokusić o miano profesjonalistów.

A co do drugiego zarzutu to też nie mogę się z nim zgodzić, bo ja przysłuchiwałem się dyskusji i nikt mnie nie wyganiał. Ba, zadałem nawet pytanie i uzyskałem odpowiedź. Dodam, że autorzy też przysłuchiwali się rozmowom.

O czym były rozmowy ? A to różnie… w zależności od tego kto zabierał głos tak toczyła się dyskusja.
Było o tym czy na blogu książkowym powinny pojawić się tylko recenzje książek i inne około książkowe tematy czy może też inne tematy są dozwolone. Czy wrzucenie notki na inny temat niż szeroko rozumiana literatura jednoznaczne jest ze zmianą profilu bloga na „lifesytle’owy”.
No bo gdzie jest granica ? Jakie powinny być proporcje testów o książkach i tych wszystkich pozostałych. Ilu blogerów- tyle opinii, ale atmosfera dyskusji wspaniała.

Gorący temat ostatnich tygodni też się pojawił. Ale wpis K.T.Lewandowskiego nie był najważniejszym tematem rozmów, raczej był impulsem do dyskusji na temat czym są teksty zamieszczane na blogach – czy są rzeczywiście recenzjami w pełnym tego słowa znaczeniu czy są może raczej tylko „osobistymi opiniami na temat” z lekki rysem recenzenckim w tle. Z tego co pamiętam, to do pisania stuprocentowych recenzji nikt się nie chciał przyznać, ale to dobrze, bo moim zdaniem blogowanie to pasja i tak to postrzegam. Oczywiście można na blogu chcieć zarabiać i tu pojawił się kolejny temat do dyskusji – statystyki. Ale mnie osobiście jakoś to nie pasuje do całości. Choć z drugiej strony całkowicie rozumiem, że fajnie jest robić coś co się lubi (nawet kocha i uwielbia), a jednocześnie zajęcie to pozwala zarabiać pieniądze, większe lub mniejsze, bo utrzymywać się z tego mogą tylko nieliczni.

Co jeszcze ? Tematów przewijających się w panelach było wiele i pewnie jeszcze nie raz powrócą, bo problemy blogerów nie znikną z dnia na dzień, a wydaje mi się, że wręcz będą się mnożyć.

Jest jeszcze jedna godna zauważenia inicjatywa Śląskich Blogerów Książkowych jaką jest wymiana książek. W wymianie brały udział książki w dwóch kategoriach – od 2002 do 2008, oraz od 2009 do 2014. Po raz kolejny można było przyjść z własnymi książkami i wymienić je na inne,” nowe”, takie których jest się ciekawym. Zasada wymiany była prosta – ile przyniesiesz tyle zabierzesz ze sobą.

Zacząłem od tego, że targi dla blogerów są okazją do spotkania. Często w sieci dyskutuje się z kimś kogo nie widziało się w życiu na oczy, i dopiero takie wydarzenie jak targi pozwala się spotkać, i tak było tym razem. 

Wieczór przy pizzy i piwie, herbacie i czekoladowym shake’u. Kto co lubi. Dyskusje na temat blogów, rozmowy bardziej lub mniej prywatne – czyli to co najlepsze w gronie przyjaciół i znajomych.

„I ja tam byłem miód i wino piłem” i wyśmienicie się bawiłem. Dziękuję wam wszystkim.


Część III „ O mnie”

Może się zastanawiacie co to za szaleństwo można popełnić w wieku trzydziestu trzech lat.
Otóż już tłumaczę. Dałem się namówić w ramach „eksperymentu socjologicznego” na napisanie tego tekstu.
Prócz chęci pisania (o czymkolwiek – choćby o świeczkach) i chęci wyrażania swoich opinii „na temat”, ale też wyrzucania w eter swoich emocji , bycie blogerem pozwala człowiekowi poczuć się częścią czegoś większego, częścią większej wspólnoty, która bardziej lub mniej jednolita i zgodna, daje poczucie wartości.
Nie jestem blogerem. Nie prowadzę własnego bloga i pewnie nigdy nie będę, bo nie jestem pasjonatem, choć po tych targach i spotkaniu z wami rozumiem czemu blogujecie. Jestem cynikiem i sceptykiem, pesymistą i minimalistą. Ale jestem jaki jestem, i jestem sobą. Znajomi mówią mi Jorx, a z imienia i nazwiska: Wacław Bajor.

Pozdrawiam, mam nadzieję, że dotarliście do końca tekstu.

czwartek, 9 października 2014

#318

Nie wiem czy jeszcze ktoś to pamięta, ale rok temu miałam problem z pisaniem. Wiem, że mam go nadal, ale nie o to chodzi. Wtedy mój kolega wpadł na pomysł, że będziemy pisać opowiadania. Każde z nas rzucało wtedy hasło klucz i pisaliśmy opowiadanie w którym to słowo zostało użyte. Moje opowiadania prezentowałam tutaj na blogu. Jednak Jego opowiadania wciąż leżały na moim dysku. Aż do dzisiaj. Nie mogę pozwolić by te opowiadania nie ujrzały światła dziennego. Dlaczego? Bo są świetne i celne. Wzruszają. To znaczy mnie. Pewnie dlatego, że znam osobiście Autora. Po części nie są optymistyczne. Wtedy nie były. Jestem ciekawa jak brzmiały by dzisiaj, kiedy w Jego życiu nastąpiła tak wielka rewolucja.

No dobra, nie zanudzam i przedstawiam pierwsze opowiadanie ze słowem klucz WALIZKA. Enjoy!

Tamtego dnia z nieba lał rzęsisty deszcz. Wszyscy byliśmy już całkowicie przemoczeni, ale nikt się nie rozchodził. Staliśmy bez słowa i przyglądaliśmy się jak grabarz macha łopatą. Dziewczyny, Jenny i Karin płakały cicho i stojąc pod wielkim parasolem tuliły się do siebie, dodając sobie sił i pocieszając się nawzajem.
- Idziemy do Bob’a czy do Lornety? – zapytał Lolo patrząc jak grabarz przymierza się do wbicia w usypany pagórek prostego krzyża na którym przypięto tabliczkę z imieniem i nazwiskiem. Śmierć zawsze nadchodzi niespodziewanie. Nigdy nie wysyła telegramu z wiadomością, że wpadnie z wizytą w przyszłym tygodniu. Dlatego wiadomość, że Kris nie żyje była jak grom z jasnego nieba. Co? Kris? Jak? Dlaczego? Myślę, że nikt z nas nie chciał z początku w to uwierzyć i wszyscy zadawaliśmy sobie w kółko te same pytania, które już na zawsze miały pozostać bez odpowiedzi.
- Do Lornety. Mam ochotę na wódkę. – odpowiedziałem. Nikt nie protestował. Ruszyliśmy wolno cmentarną alejką do wyjścia. Cała nasza paczka. Karin. Jenny, Dorotea, Lolo, Mały Tony i ja. Brakowało tylko Krisa.

Droga do Lornety upłynęła nam we względnym milczeniu. Szliśmy szarymi ulicami miasta tonącego w zimnym deszczu i chyba każde z nas marzyło o tym, aby ten dzień się już skończył. Smutek. Żal. Poczucie straty. To wszystko i wiele więcej towarzyszyło nam w drodze przez miasto. W pewnym momencie, Dorotea wbiła się pod mój parasol, wsunęła dłoń pod moje ramie i przylgnęła do niego ściskając je mocno. Czułem, że szuka wsparcia i pocieszenia.
- Kiedy widziałeś go po raz … - glos się jej załamał, czułem jak drży. Dorotea podkochiwała się w Krisie, i wszyscy o tym wiedzieli.
- Nie wiem, Dot. Nie pamiętam.
Skłamałem. Nie mogłem jej przecież powiedzieć, że Kris był u mnie cztery dni temu. Zadzwonił wieczorem, że jest w mieście i szuka noclegu. Przyjechał do mnie około dwudziestej pierwszej. Wyglądał dobrze, a nawet bardzo dobrze. Był uśmiechnięty i gęba mu się nie zamykała. Opowiadał o planach wyprawy. Podobno znalazł sponsora i miał zamiar spełnić swoje marzenie – wyprawa do lasów Amazonii. Tylko on, natura, i przewodnik. A wszystko to po to, aby robić zdjęcia, i w końcu znaleźć się na okładce National Geographic. Przegadaliśmy pół nocy. Kiedy rano wstałem Krisa już nie było. Zostawił mi na kuchennym stole liścik z przeprosinami, że się nie pożegnał. Musiał podobno zdążyć na pociąg. W liście była też prośba. W pokoju gościnnym, w którym spał czekała na mnie nieduża walizka, którą miałem przechować do jego powrotu. Nie zastanawiałem się długo, tylko wrzuciłem ją na dno szafy.
W Lornecie byliśmy pierwszymi klientami. Atmosfera tego miejsca zawsze mi odpowiadała. Zawsze dobrze się tam czułem, nawet w takim dniu jak ten.
Na początku rozmowy zupełnie się nie kleiły. Dopiero po pierwszym piwie, i toaście za tych, którzy odeszli, dopiero wtedy zaczęliśmy otrząsać się z ciężaru, jakim było samobójstwo Kris’a.
- Pamiętacie jak wybraliśmy się kiedyś nad morze? – zapytał Lolo uśmiechając się znacząco, jak byśmy mieli poznać po tym uśmiechu o który wypad mu chodzi.
- Kris był pewien, że to plaża dla nudystów wiec rozebrał się do rosołu i paradował w stroju Adama. Aż przyjechali strażnicy i zaczęli go ganiać z ręcznikiem. To była wyprawa.
-Tak, tak Lolo, pamiętam ten wyjazd. – powiedziała Karin – Upaliłeś się w tedy jak prawdziwy rastaman i chciałeś dzwonić do Greenpeace, bo wydawało ci się morze wyrzuciło na plaże wieloryby. A to była jakaś grupa Amerykanów na obozie odchudzającym. Do tej pory pamiętam jak chłopcy cię trzymali, żebyś przypadkiem nie pobiegł i nie próbował zaciągnąć któregoś z tych wielorybów do morza.
- Wcale nie! To nie było tak! - zaczął protestować Lolo, ale zagłuszyły go salwy śmiechu.

Kiedy wróciłem do domu wyciągnąłem z szafy walizkę, którą Kris zostawił i położyłem na łóżku. Nie wiedziałem co jest w środku. Ale skoro Kris postanowił ją zostawić u mnie na przechowanie, żeby przypadkiem nie zaginęła w amazońskiej dżungli, to jej zawartość musiała być dla niego ważna.
Przyglądałem się jej przez chwilę i zastanawiałem się co mam z nią zrobić. Jasne było że muszę ją otworzyć, ale co dalej? Mam ją komuś oddać? Kris nie miał nikogo bliskiego. Jego rodzicie zginęli parę lat temu w wypadku samochodowym i od tamtej pory jego rodziną byliśmy my. Nasza paczka postrzeleńców i wykolejeńców życiowych, którzy brnęli przez życie niemrawo i bez nadziei na to że zdarzy się cud, i w końcu spełnią się nasze marzenia. Lolo chciał być muzykiem. Karin marzyła o podróży dookoła świata na katamaranie. Jenny i Dot wymyśliły że będą prowadzić małą kawiarenkę w Paryżu i od kilku lat uczyły się francuskiego. Wycinały z gazet różne kolorowe artykuły o Francji, jakieś przepisy kulinarne na żabie w udka w sosie karmelowym i miały ich już chyba ze dwa pudła. Małemu Tomiemu śniły się po nocach wyścigi samochodowe. Formuła 1, Nascar. Tomy potrafił naprawić wszystko co miało koła i silnik. Ja chciałem zostać rezydentem na egzotycznej wyspie i całymi dniami patrzyć w błękit oceanu. Takie małe marzenia.

Nie wiedziałem co mam zrobić. Najbardziej bałem się tego że znajdę w środku list pożegnalny. Może Kris zostawiając walizkę, chciał żebym ją otworzył już następnego dnia. Może to był jego krzyk, prośba o ratunek. O ocalenie. Bałem się jak cholera i dlatego nikomu o niej nie powiedziałem .
W końcu podniosłem ją z łóżka i położyłem na podłodze. Nic się nie zmieniło. Patrzyłem na nią i myśli kłębiły mi się pod czaszką. Wyszedłem z pokoju i poszedłem do kuchni. W lodówce chłodziła się butelka białego wina – nic specjalnego. Półsłodki hiszpański sikacz. Zabrałem butelkę, kubek i szwajcarski scyzoryk. Wróciłem do pokoju i usiadłem na podłodze. Walizkę położyłem na kolanach i przyglądałem się zamkom. Wydawało się że będę musiał się z nimi pomęczyć , bo wyglądały na solidne i przeszło mi nawet przez myśl, że w razie czego zawsze można użyć młotka, ale okazało się, że kiedy tylko nacisnąłem na guziki, zatrzaski odskoczyły i ani scyzoryk ani młotek nie były do niczego potrzebne. Nalałem wina do kubka i zaglądnąłem ostrożnie do wnętrza puszki Pandory.

W środku było pełno zapisanych luźnych kartek. Odręczne pismo Krisa zaczerniało tysiące stron. Nie wiedziałem co to wszystko ma znaczyć, nigdy nie widziałem go piszącego. Zawsze nosił aparat fotograficzny i pstrykał nim jak szalony na wszystkie strony. Spodziewałem się, że znajdę raczej klisze i zdjęcia. Wziąłem do ręki pierwszą z brzegu kartę i zacząłem czytać.
 
 ”Portret Che Guevary wisi na ścianie. Zadymiona atmosfera i głośna muzyka. Gdzieś pośród tego wszystkiego bełkotliwe głosy spiskowców. W taki sposób rodzi się rewolucja. W chorych głowach i ciemnych miejscach, gdzie na podłodze walają się śmieci, a w kątach na górach odpadków spacerują tłuste szczury o lśniących futerkach. Wszyscy wielcy myśliciele, zgodzili się co do jednego : FERMENT zaczyna się od dołu, od klas najniższych. Oni są tego pewni, ale ja myślę, że to nie prawda. Ci którzy są na dole są tak przygnieceni i spłaszczeni , że do niczego już się nie nadają. Prócz jednego. Świetne z nich mięso armatnie. Według mnie wszystko zaczyna się od szczurów. To one roznoszą zarazę – z górnych warstw przekopują się na dolne i z powrotem. Roznoszą bakcyla anarchii i rewolucji po wszystkich poziomach tego świata nawet o tym nie wiedząc. Chcesz być szczurem ??”

Odłożyłem kartkę i sięgnąłem po kubek z winem. Po co to napisał? I gdzie wisiał ten portret Che? W świecie rzeczywistym czy może był tylko projekcją jego wyobraźni. Zastanawiałem się czy pośród tych wszystkich stron znajdę odpowiedź na pytanie, które do tej pory pozostawało bez odpowiedzi.
Dlaczego skoczył? Co strzeliło mu do głowy, żeby wejść na dach i rzucić się w dół, na mokry asfalt, w objęcia śmierci.

‘Kris, ty cholerny domorosły filozofie.’ – pomyślałem. Siedzenie na podłodze dało mi się we znaki. Zdrętwiała mi noga i musiałem wstać żeby się trochę rozprostować. ‘Nie, to nie możliwe żeby nikt tego wiedział.’

Zrobiłem kilka kółek po pokoju, żeby pozbyć się nieprzyjemnego mrowienia i usiadłem na łóżku . Wiedziałem, że każdy z naszej siódemki ma swoje tajemnice, ale tego że on pisze nie spodziewałem się wcale. W walizce musiało być co najmniej kilka tysięcy kartek. Podniosłem walizkę i wysypałem jej zawartość na łóżko. Pośród stosu piętrzących się kartek jedna przykuła moją uwagę. Kris przypiął do niej zdjęcie. Jedyne jakie znalazłem. Z fotografii uśmiechała się dziewczyna. Jej uśmiech promieniował, a roześmiane oczy mówiły wszystko - była szczęśliwa. Nie wiedziałem kto to jest. Jeśli to on zrobił zdjęcie, to albo było to zanim się poznaliśmy, albo nigdy nam jej nie przedstawił. Patrzyłem na zdjęcie i szukałem w pamięci jakiegokolwiek śladu po roześmianym rudzielcu, ale nie mogłem sobie niczego przypomnieć. Odpiąłem zdjęcie w nadziei, że na odwrocie znajdę imię, datę albo miejsce w którym zdjęcie zostało zrobione, ale niczego takiego nie znalazłem. Ale znalazłem co innego.


”Dotknąłem jej włosów i przeszył mnie dreszcz. Zanurzyłem w nich moje palce, poczułem jej zapach i nieskończoną kruchość chwili. Dwoje ludzi połączonych dotykiem, który więcej jest wstanie wyrazić niż tysiące słów. Dotknąłem jej ramion i przeszył mnie dreszcz. Objąłem ją i poczułem jej ciepło. Byliśmy prawie jedno. Tylko cisza jest wstanie oddać to co czułem.”
 
Poniżej Kris dopisał: „ Czasami pozostają tylko wspomnienia”.

Od tamtego dnia minęło już kilka lat. Nasza paczka rozproszyła się po świecie. Co jakiś czas sięgam po walizkę i wyciągam z niej parę kartek. Nigdy nie poznałem imienia dziewczyny ze zdjęcia ani nie dowiedziałem się czemu on wlazł na ten dach, ale wiem jedno: „Czasami pozostają tylko wspomnienia” i za każdym razem kiedy do szafy po walizkę one odżywają we mnie, i wiem że czas ich nie zatrze.