Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 52 Book Challenge PL 2021. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 52 Book Challenge PL 2021. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 grudnia 2021

#592 - Śnieg otulił cię bielą

 




Jak bardzo ważne jest pierwsze zdanie książki? Niektórzy twierdzą, że najważniejsze, bo ono właśnie rozpoczyna całą historię. Wiem, że Katarzyna Misiołek nie tworzy przesłodzonych historii. Wręcz przeciwnie, jej książki są bolesne, jeśli wiecie co mam na myśli. A jeśli nie wiecie, to już wam tłumaczę. Jej opowiadane historie są do bólu prawdziwe, takie jak nasze życie. Jak dobrze wiemy, życie nie zawsze jest kolorowe i smakujące watą cukrową. Czasem jest mrocznie, szaro i zdecydowanie gorzko. Kiedy sięgnęłam po najnowszą książkę Kasi „Śnieg otulił Cię bielą”, to lukru nie oczekiwałam. Ale… już na samym początku solidnie oberwałam obuchem w łeb. Myślałam, że to kryminał, ale zerknęłam ponownie na okładkę i tytuł, które sugerowały opowieść zimową, chociaż trochę początek zalatywał sensacją. Kiedy czytelnik wyrusza w literacką podróż śladami bohaterów, to tytuł nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Po piętnastu latach od śmierci swojej siostry Eweliny Martyna przez zupełny przypadek poznaje prawdę dotyczącą tego wydarzenia. Przez całe życie rodzice ją okłamywali. Prawda była zdecydowanie inna. Ewelina została zamordowana, natomiast sprawca nigdy nie odnaleziony. Miejsce zbrodni otulił śnieg więc wszystkie ślady zniknęły. Martyna wraca do swojego dawnego domu w Bieszczadach, chce sama odnaleźć mordercę siostry. Nie wie, że oprócz mordercy odnajdzie miłość. 

Nigdy nie oceniaj książki po okładce, ani się nią nie sugeruj. Bo na pierwszy rzut oka na okładkę tej książki, oczekujemy świąteczno–zimowej opowieści. Dodatkowo para sugeruje romans, więc na bank coś lekkiego. Ale jak już wam wspominałam, historia wali obuchem już na samym początku. Dalej jest tak samo. Czytelnik nie może się do niej oderwać i razem z Martyną próbuje rozwiązać zagadkę śmierci Eweliny. Autorka zgrabnie myli tropy i wodzi nas za nos. Kiedy już myślimy, że poznaliśmy zabójcę, jest „myk” i wiemy, że to ślepy zaułek. Ogromnym plusem tej powieści jest to, że jej akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych. Teraźniejszą historię opowiada Martyna. Natomiast przeszłość przedstawia nam to wszystko co działo się w roku, w którym doszło do tragedii. Dzięki temu, poznajemy Ewelinę, jej strach przed przyszłością, fascynacje starszym chłopakiem czy też ostre spięcia z rodzicami. Oprócz tego, sami staramy się dowiedzieć kto zabił i dlaczego. Mamy wielu podejrzanych, bo tak naprawdę mordercą mógł być każdy. A kiedy tajemnica zostaje odkryta, nie potrafimy w to uwierzyć. Chociaż muszę przyznać, że w pewnym momencie puzzle zaczęły układać się w klarowny obraz, ale i tak do końca nie byłam pewna, czy to dobry układ. 

Kochani, ta książka was porwie od pierwszych zdań. Nie odłożycie jej dopóki nie poznacie prawdy. Będziecie wspierać Martynę w poszukiwaniach i odkryciu prawdy. Będziecie starać się zrozumieć zachowanie mordercy i powód dlaczego stało się to co się stało. A przede wszystkim będzie wam smutno z powodu śmierci Eweliny. Zostanie wam pod skórą.

Polecam bez mrugnięcia okiem i z pewnością sięgnę po inne książki Kasi. I nie tylko po te obyczajowe, ale także te pisane pod pseudonimem. 

środa, 24 listopada 2021

#591 - Kiedy się pojawiłeś

 



Na samym początku przyznam się do jednej i najważniejszej sprawy - do tej książki, o której wam za chwilę opowiem, miałam dwa podejścia. Drugie zakończyło się sukcesem, książka została przeczytana. Jednak trudno mi powiedzieć by mnie wciągnęła, zachwyciła i powaliła. No dobra, powaliła mnie tym, że miałam problem z jej przeczytaniem. Nie wiem dlaczego tak się stało. Bo historia była całkiem fajna, dla niektórych czytelników wręcz zachwycająca, dech zapierająca i łzy z oczu wyciskajaca. Z tego miejsca chcę Państwa poinformować, że jestem bez serca. Na to wychodzi, gdyż nie uroniłam ani jednej łzy podczas czytania. Owszem, w kilku miejscach opowiadanej historii zrobiło mi się smutno, miałam ochotę wstrząsnąć bohaterami. Ale to tyle. To teraz powiem o jaką książkę mi chodzi. Właśnie skończyłam czytać „Kiedy się pojawiłeś” Anny Matusiak - Rześniowieckiej.

Wiem, że niektórzy z was są tą książką zachwyceni, jednak dla mnie ona nie była powalająca jak już pisałam wyżej.

Książka opowiada historię dwóch rodzin. Małgorzata i Jacek od dawna chcą mieć dziecko. Jednak jak wiadomo życie pisze inny scenariusz niż byśmy oczekiwali. Niestety okazuje się że Małgorzata jest bezpłodna, a to znaczy, że nigdy nie będzie mogła mieć własnego dziecka. Musimy pamiętać, że bezpłodność jest zupełnie czymś innym aniżeli niepłodność. To drugie można leczyć. Małgorzata pracuje jako pielęgniarka na oddziale dziecięcym „Ośrodka ratowania małego dziecka”. Codziennie styka się z bardzo ciężko chorymi dziećmi, oraz matkami które walczą o ich życie.

Iza i Adam są młodym małżeństwem, które mają wszystko. Pieniądze, pracę, jednak do szczęścia brakuje im tylko dziecka. W końcu Izie udaje się zajść w ciążę. Ale jak to w życiu i w powieściach bywa, nie wszystko idzie tak jak należy. I w tedy zaczynamy się zastanawiać jak duża i Mocna jest miłość matki do dziecka? Czasem więzy krwi nie są potrzebne do tego by kochać dziecko.

Mamy gdzieś tam zakodowane, że matka powinna kochać swoje dziecko bezgranicznie. Owszem tak powinno być. Jednak mam wrażenie, że wiele małżeństw nie jest emocjonalnie przygotowanych do tego, by dziecko posiadać. W Polsce niewiele mówi się o adopcji dzieci. Prędzej usłyszymy o porzuconych dzieciach aniżeli o tych którym udało się odnaleźć szczęśliwy dom. Powinniśmy o tym mówić. Ponieważ każde dziecko zasługuje na miłość.

Nie wiem jak mam podsumować tą całą historię. Jedno jest pewne to książka którą powinniście przeczytać, by sami wyrobić sobie o niej zdanie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skarpa Warszawska 
 

 

wtorek, 2 listopada 2021

#590 - Przypadek Lidki

 




Zastanawiam się właśnie dlaczego sięgnęłam po książkę „Przypadek Lidki” Izabeli Grabda? Myślę, że prawidłową odpowiedzią na to pytanie będzie to, że poznałam osobiście autorkę i postanowiłam zapoznać się z jej twórczością. I była to naprawdę bardzo fajna przygoda. 

Lidka jest właścicielką salonów urody. Rok temu zakończyła swoje toksyczne małżeństwo i teraz może wreszcie odetchnąć. Postanawia wyjechać na urlop w Góry Sowie. Tam przez zupełny przypadek natrafia na piękny dom, w którym chce zamieszkać. Drewniany dom należy do tajemniczego Wiktora, a ich pierwsze spotkanie do tych najprzyjemniejszych nie należy. Mężczyzna zrobi wszystko by Lidka mu wybaczyła. Dosłownie wszystko, gdyż Wiktor Zybertowski okaże się milionerem. 

No dobra, kiedy dotarłam do spotkania Lidki i Wiktora, zaczęłam się zastanawiać czy cała książka będzie w takim klimacie. Na całe szczęście nie była i serio - kamień spadł mi z serca. Dla niektórych historia może wydać się oklepana: ona po rozwodzie, on bogaty i wolny. Tak, a i owszem, może być oklepana, i takich historii jest sporo. Ale! Tak, to ale jest ważne. Przecież lubimy czytać takie historie. Lubimy kibicować bohaterom, trzymać za nich kciuki. Oczywiście tutaj też tak było. Trochę się wkurzałam na nich, bo momentami zachowywali się jak Żuraw i Czapla. Niby by chcieli, ale się boją. 

Książkę „Przypadek Lidki” nie czyta się z ciekawością, ją się pochłania. Zakończenie jest przewidywalne, ale droga do finału jest wyboista. Tak jak w życiu. Kiedy dotarłam do końca, było mi smutno, że to już wszystko. 

Jeśli poszukujecie lekkiej lektury na wolne popołudnie, to ta książka jest dla Was. Polecam!!!

czwartek, 21 października 2021

#589 - Cień w lustrze - recenzja przedpremierowa

 


Są takie książki, na które się czeka długo. Są też takie, które wywracają nasze życie do góry nogami. Niektóre książki walą w splot aż brakuje nam tchu. Staramy się poukładać sobie w głowie właśnie przeczytaną historię, ale nam to nie wychodzi, bo mamy mętlik. Chcielibyśmy opowiedzieć o tym co przeczytaliśmy, ale słowa za żadne skarby świata nie chcą opuścić naszych ust. Znacie takie uczucie? Ja go właśnie doświadczyłam i zbieram się po lekturze najnowszej książki Natalii Nowak-Lewandowskiej „Cień w lustrze”. 

Nie zdradzę Wam szczegółów, gdyż uważam, że jest to książka, którą każdy powinien przeczytać. Bo ta książka łapie za gardło i odbiera oddech. Ale w tym pozytywnym znaczeniu.

Kiedy patrzę na książki, które znalazły się w dorobku Natalii, to dochodzę do wniosku, że historie w nich zawarte poruszają ważne społeczne tematy. One nie są słodko pierdzące. One mają w sobie przekaz. Jaki? Każdy musi odnaleźć go sam. Z każdą kolejną, opowiedzianą historią wiem, że Natalia ma jeszcze wiele do opowiedzenia. 

A wracając do książki, to powiem Wam, że historia wbija w fotel. Autorka poruszyła bardzo trudny temat jakim jest alkoholizm wśród kobiet. Panuje stereotyp, że pijakami są tylko mężczyźni, ludzie nie wykształceni, a nie ktoś kto ma pracę, wyższe wykształcenie i cudowną rodzinę. A to jest zupełna nieprawda. Gdyż kobiety też piją i chyba mogę stwierdzić, że są bardziej piętnowane przez społeczeństwo. Bo jak to tak, że matka dzieciom, wzorowa żona, upija się do nieprzytomności. To nie jest obraz „Matki Polki”, który mamy gdzieś tam utrwalony przez patriarchat. Oprócz tego mamy jeszcze Lenę i Kacpra, czyli dzieci które cierpią na syndrom DDA. Autorka idealnie obrazuje zachowanie nie tylko pijącej matki, ale także to jak reagują na otoczenie dzieci. A dzieci nie powinny bać każdego ruchu rodzica, nie powinny się kulić na podniesiony głos ani tym bardziej wstydzić pijackiego zachowania. Dzieci powinny mieć beztroskie dzieciństwo, a nie zastępować rodzica młodszemu rodzeństwu. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak dokładny research przed napisaniem wykonała autorka. Myślę, że w większości pomogło jej psychologiczne wykształcenie. Główna bohaterka nie jest płaską postacią. Jest idealnie nakreślona. Widzimy jej wady, jej strach, jej słabość. Próbujemy zrozumieć motywy jakimi się kieruje podczas podejmowania różnych decyzji. Z wieloma się nie zgadzamy, a co za tym idzie próbujemy ją tłumaczyć. Dokładnie tak samo jak ona tłumaczy sama przed sobą powód picia. Nie dociera do niej to, że ma problem. Bo ona go nie widzi, to inni mają problem a nie ona. Tutaj pojawia się wyparcie czyli typowe zachowanie alkoholika. Poza tym Lidka nie miała wyrzutów sumienia, całkowicie je wyłączyła. Dla niej najważniejsza była ona sama, jej zadowolenie, jej szczęście, aniżeli dziecka czy też męża.

Myślę, że jednym z błędów małżeństwa Lidki i Jacka był brak komunikacji. Oni nie potrafili ze sobą rozmawiać. Lidka obwiniała go o wszystko: że jej nie pomaga, że wiecznie nie ma go w domu. Ale przecież wszystko w domu błyszczało, więc skąd Jacek mógł wiedzieć, że jednak dobrze nie jest skoro Ona nie sygnalizowała mu że potrzebuje pomocy. A Lidka tej pomocy potrzebowała. Ważnym punktem jest to, że w końcu zrozumiała, że robi źle. Szkoda tylko, że musiał ucierpieć jej syn. Bo zawsze jest tak, że dopiero tragedia otwiera nam oczy. Byle tylko nie było za późno. 

Droga Natalio, ta książka miażdży. Porusza temat alkoholizmu o którym wiele się nie mówi. Który jest spychany na margines. A przecież w wielu domach ta choroba towarzyszy jej mieszkańcom. To trudna, ale bardzo ważna książka. Dziękuję Ci za nią. Dziękuję także Wydawnictwu Lucky, który zaufał Natalii i wydał tę książkę. 

Polecam! Tylko pamiętajcie o oddychaniu, bo ja momentami zapominałam.

Książka została objęta moim patronatem i przeczytałam ją dzięki uprzejmości Wydawnictwa Lucky. 




wtorek, 19 października 2021

#588 - I ja Ciebie też!

 



Czy książki, których akcja dzieje się podczas Świąt Bożego Narodzenia, można czytać gdy za oknem żar leje się z nieba? Tak! Bo gdzie jest powiedziane, że świąteczne powieści należy czytać tylko w grudniu? 
Po książkę „I ja Ciebie też!” Katarzyny Kalicińskiej, Zuzanny Dobruckiej i Beaty Harasimowicz sięgnęłam z ciekawości. Chciałam tylko przeczytać kilka stron, naprawdę tylko kilka. Jednak nim się obejrzałam byłam już w połowie. 

Wiktoria, Laura i Agata - trzy przyjaciółki. Poznały się dwie dekady temu, gdy rozpoczynały pracę w tej samej stacji telewizyjnej. Drogi zawodowe trochę im się rozeszły, ale przyjaźń pozostała. Wiktoria jest właścicielką agencji aktorskiej, Agata reżyserką widowisk rozrywkowych natomiast Laura szefową dużej stacji telewizyjnej. Teoretycznie wszystko jest super. Jednak jak wiemy los bywa przewrotny. Świat każdej z dziewczyn wywraca się do góry nogami dokładnie w wigilię: z Agatą zrywa ukochany, kochanek Wiktorii okazuje się być oszustem i trafia do więzienia, natomiast Laura traci pracę.

„I ja Ciebie też!” to książka o kobiecej przyjaźni, o jej sile i że jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jeśli jedna potrzebuje wsparcia to pozostałe jej go dają. To niesamowita historia, która porywa od pierwszych stron. Jest zabawna, wzruszająca. Wkurzamy się na bohaterki, ale także im kibicujemy. Są tutaj też postacie drugoplanowe, które nas tak bardzo irytują, że mamy ochotę utopić ich w przysłowiowej łyżce wody. Ale to normalne. Ta książka jest tak bardzo życiowa, a jak wiemy nie wszyscy są idealni i przyjaźnie nastawieni do innych. Takie w końcu jest życie, że nie zawsze jest kolorowo. 

Trochę obawiałam się tego jak trzy autorki poradzą sobie z historią. Ale strach był zbędny, bo odwaliły kawał dobrej roboty. 

Jeśli poszukujecie lekkiej historii, to „I ja Ciebie też!” nadaje się do tego idealnie. I wcale nie musicie czekać na święta by zacząć ją czytać. Polecam!!!


P.S.
Poniżej zdjęcie ze spontanicznego spotkania na Targach Książki w Warszawie. Spontanicznego, gdyż widząc Autorki na kanapie podeszłam do nich by powiedzieć, że napisały super książki, że czyta się je rewelacyjnie, bawiłam się przy nich świetnie i czekam na kontynuację. Stąd to zdjęcie. I oczywiście nie byłam przygotowana i nie miałam książek. Ale co się odwlecze...


P.S.2
A to już zdjęcie ze spotkania autorskiego które odbyło się niedawno w Gliwicach w Księgarni Celownik. 
Ubawiłam się setnie.


środa, 15 września 2021

#586 - Wina wina




Powiem tak, strzeżcie się kryminaliści komediowi, gdyż właśnie pojawiła się konkurencja. Konkurencja, która nie bierze jeńców. Która doprowadza do łez i do bólu brzucha z napadów śmiechu. Która nawiązuje do kultowych autorów kryminałów i do popkultury. Tak w skrócie mogłabym powiedzieć o książce „Wina wina” Małgorzaty Starosty. I to byłoby w sumie wszystko, ale ci co mnie znają to wiedzą, że krótko nie będzie. Bo ja to jednak gaduła jestem. Tylko jak opowiedzieć o kryminale i nie zdradzić zbyt wielkiej ilości szczegółów? No dobra, spróbuję.  

Agata Śródka jest rozwódką, chociaż niektórzy twierdzą, że panną z odzysku. Odkupuje piękny stary pałac. Chce go odrestaurować by otworzyć pensjonat z najlepszą restauracją w okolicy. Dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionego winiarza, bierze udział w corocznej imprezie degustacji wina oraz zwiedzania winnicy. Na imprezie spotyka swojego byłego męża Roberta z nową żoną Grażyną, ciotkę właściciela winnicy Leokadię, burmistrza Romana, dawną przyjaciółkę Magdalenę - teraz pisarkę erotyków ukrywającą się pod pseudonimem, policjanta Antoniego, księdza Ludwika, bibliotekarkę Juliannę, biolożkę Różę, właścicielkę sklepu Annę, dziennikarza Michała. Całkiem różnorodne towarzystwo, musicie przyznać. Wszystko jest super, ale jak zwykle do czasu. Zgadnijcie, kto zginie pierwszy? Wśród zebranych jest morderca. Pytanie brzmi: kto zabił? Ale tę tajemnicę musicie rozwiązać sami. Powiem Wam tylko, że ja (a uwielbiam sama dochodzić do tego kto zabił) za żadne skarby świata nie rozpoznałam mordercy.  

Prawdę mówiąc, mogłabym się nie rozpisywać i powiedzieć Wam, że połknęłam tę książkę w pięć godzin i co rusz wybuchałam niepohamowanym śmiechem. Jak dla mnie, to jest wystarczająca rekomendacja, ale jak wiemy to za mało.  

Jak już wspominałam na początku, w książce znajdziemy wiele nawiązań do popkultury i kultowych autorów. Na pierwszy plan wysunie się na pewno Agatha Christie. Tutaj, podobnie jak u królowej kryminału mamy grupę ludzi w zamkniętym miejscu, gdzie ktoś umiera. Morderca jest wśród mieszkańców. I nie możemy zapomnieć, że główna bohaterka ma na imię Agata. Chociaż pragnęła je zmienić na Julia, gdyż jej idolką jest Julia Child. Musimy pamiętać o powiązaniu z ukochaną Chmielewską, w szczególności gdy pada hasło „Wszyscy jesteśmy podejrzani.” Jednak jak dla mnie to i tak mistrzem jest Michel. I pewnie jesteście ciekawi dlaczego tę postać uwielbiam najbardziej? Ponieważ Michel kojarzy mi się z postacią o tym samym imieniu, z mojego ukochanego serialu „Gilmore girls”- znanego u nas jako „Kochane kłopoty”. Tak samo 
w serialu, jak i w książce jest on pół francuzem, jest cyniczny, sarkastyczny, złośliwy a jego „przekręcanie” języka polskiego jest wybitne. Ci którzy znają serial wiedzą o czym mówię. Już nawet wspomniałam Autorce, że to jest chyba ten czas by wrócić do tego serialu i oglądnąć go po raz setny.  

Jeśli poszukujecie świetnej komedii kryminalnej, gdzie wino leje się strumieniami a trup ściele się gęsto, to „Wina wina” nadaje się do tego idealnie. I od razu tytuł nabiera właściwego znaczenia.  
Polecam!!!

środa, 14 lipca 2021

#584 - Droga Pani Bird




Przyznam się od razu na wstępie, że gdybym wiedziała od początku, że tłem tej książki jest II Wojna Światowa, to bym po nią nie sięgnęła. Dla jasności: nie czytałam opisu tej książki, bo może ponieść się głos, że gdybym przeczytała to bym wiedziała. Ale nie. Po raz pierwszy o książce usłyszałam od dobrej koleżanki jakoś przed świętami. Potem ktoś na bookstagramie był nią zachwycony. Więc kiedy pojawił się e-book w promocji to kupiłam. I tak na moim czytniku pojawiła się książka „Droga Pani Bird” A.J. Pearce. 

Londyn 1940, trwa II Wojna Swiatowa. Emmeline Lake jest ochroniarką służby pożarniczej. Jej marzeniem jest zostać korespondentką wojenną. Przez małe niedopatrzenie z jej strony, zostaje zatrudniona w redakcji „Przyjaciółki kobiety” w dziale porad, jako maszynistka. Redaktorka Henrietta Bird nie chce czytać ani tym bardziej odpowiadać na „nieprzyjemne” listy w szczególności te o miłości. Emmy nie zgadza się z teoriami Pani Bird i bardzo chce pomóc kobietom, które mają miłosne problemy i dać im wsparcie. Dobrze wie, że wojna wywróciła wszystkim życie do góry nogami. Potajemnie odpisuje na kilka listów, które bez wiedzy Pani Bird pojawiają się na łamach gazety. Czy uda się jej to ukryć? Czy pomoże przyjaciółce po stracie narzeczonego?

Myślę, że zmyliła mnie okładka. Byłam nastawiona na cudną, sielską, świąteczną opowieść. Nic bardziej mylnego. Jest to świetna historia o sile przyjaźni, która podczas wojny zostaje wystawiona na próbę. To także opowieść o empatii i chęci niesienia pomocy innym. Dzielenia się dobrem i wspierania innych. 

Na tle rozgrywającej się wojny obserwujemy bohaterów, którzy mimo przeciwności losu, walczą o miłość i przyjaźń. Starają się w tym trudnym czasie, żyć normalnie, spędzać czas w kinie czy na tańcach. Ale czy to się udaje, kiedy na zewnątrz trwa bombardowanie? Wszystko obserwujemy z punktu widzenia młodych kobiet, które muszą zmierzyć się z trudną codziennością. 

„Droga Pani Bird” to ciepła powieść – pomimo szalejącej na każdej stronie II Wojny Światowej – dająca nadzieję. Pokazująca, że przyjaźń w naszym życiu jest bardzo ważna, i że bez prawdziwych przyjaciół jesteśmy bardzo samotni. To właśnie najbliżsi i ich wsparcie sprawia, że jesteśmy w stanie walczyć z przeciwnościami losu. 
Polecam

czwartek, 1 lipca 2021

#582 - W jak morderstwo




Właśnie złapałam się na tym, że ostatnio królują u mnie tylko ebooki. Nic na to nie poradzę, że czytnik jest wygodniejszy niż książka, jeśli czyta się nocą w łóżku. Niestety czytanie komedii kryminalnych ma jedną wadę i zdecydowanie nie powinnam ich czytać przy śpiącym obok mężu. Dlaczego? Bo muszę wtedy tłumić chichot, który mnie wręcz od środka rozsadza. Głośny śmiech w tym wypadku nie jest wskazany. Jesteście pewnie ciekawi, jaka książka wprawiła mnie w tak świetny nastrój? 

Już spieszę z odpowiedzią: „W jak morderstwo” Katarzyny Gacek. Przeczytałam tę książkę, nie dlatego, że niebawem jest premiera filmu na podstawie tej historii, ale dlatego, że prawie dziesięć lat temu czytałam inne książki Autorki i pamiętam, że były świetne. Pisała je wtedy w duecie z Agnieszką Szczepańską. Z ogromną ciekawością chciałam dowiedzieć się jak Katarzyna Gacek radzi sobie solo. I powiem Wam, że ubawiłam się setnie. 

Magda, kiedy na świecie pojawiły się dzieci zrezygnowała z pracy. Według niektórych można byłoby ją nazwać kurą domową. Pewnego wieczoru podczas spaceru z psem znajduje w parku zwłoki młodej kobiety. Okazuje się, że denatka, ma dokładnie identyczny wisiorek, jak zaginiona przed laty przyjaciółka Magdy, Weronika. Kobieta zaczyna się zastanawiać, czy te dwa wydarzenia nie są ze sobą połączone? Wraz z komisarzem Sikorą próbuje dowiedzieć się co się wydarzyło siedemnaście lat temu oraz dowiedzieć się, dlaczego ktoś zabił młodą kobietę. Czy się tego dowie? Tego nie zdradzę. 

Muszę wam powiedzieć, że Magdę polubiłam od samego początku. Przede wszystkim za to, że była sobą, niczego nie udawała, trochę naciągała prawdę i wkurzała się na męża gdy podejrzewała go o zdradę. Wpadała też w tarapaty i przeszkadzała w śledztwie. Umiejętnie kopała w przeszłości by dowiedzieć się dlaczego jej przyjaciółka zaginęła. Wkurzało mnie tylko w niej to, że nie potrafiła postawić się mężowi, że dawała się tak źle traktować i nie skłamię mówiąc, że ją poniżał. Według Tomasza, jej męża, Magda miała siedzieć w domu, bo przecież dzieci są malutkie i potrzebują mamy. Faktem było to, że Kaja miała lat dziewięć a Kuba dwanaście lat, i tak naprawdę były samodzielne. Poza tym mąż Magdy twierdził, że nie powinna pracować w zawodzie (Magda była weterynarzem) tylko zajmować się domem, siedzieć na czterech literach i podawać mu obiadki pod nos. Poza tym Tomasz nie przepadał ani za rodzicami Magdy (a trzeba przyznać, że to bardzo barwny duet) ani za jej przyjaciółmi, którzy próbowali uwolnić ją z tego toksycznego małżeństwa. Bardzo podobało mi się to, że kobieta w końcu przeciwstawiła się mężowi i zaczęła pracować w pobliskiej klinice. Wydaje mi się, że przez to śledztwo, stała się bardziej odważna i pewna siebie. A może taka zawsze była, tylko mąż ją tłamsił. 

Jeśli poszukujecie komedii kryminalnej z intrygującą zagadką kryminalną do rozwiązania, z genialnym poczuciem humoru, który wylewa się prawie z każdej strony, to „W jak morderstwo” się wam spodoba. Polecam i zabieram się za drugą część, gdyż jestem ciekawa na jakie zwłoki natrafi tym razem nasza bohaterka.

 

wtorek, 22 czerwca 2021

#581 - Zanim wyznasz mi miłość - opinia przedpremierowa

 




Chyba każdy z nas ma takiego ulubionego autora, którego książki go dogłębnie wzruszają. Tak naprawdę to mam kilka takich autorek. Jednak dzisiaj opowiem Wam o książce, która dopiero będzie miała premierę. I od razu Was uprzedzę, że tej opowieści nie da się czytać bez opakowania chusteczek. Co rusz będzie wzrusz (tak, ten kiepski rym jest jak najbardziej zaplanowany). Mam na myśli najnowszą powieść Magdaleny Kordel „Zanim wyznasz mi miłość”. Po książki Magdaleny zawsze sięgam z ogromną przyjemnością, bo wiem, że to będzie uczta literacka. Uczta, która gdy się skończy sprawi, że zrobi się pusto i smutno, że to koniec. Na szczęście, i to ogromniaste, okazuje się, że ta uczta jeszcze nie jest zakończona. Gdyż „Zanim wyznasz mi miłość” to pierwszy tom, a drugi pojawi się niebawem. I wiecie co? To jest najwspanialsza wiadomość. Za każdym razem zżywam się z bohaterami powieści Magdy, kibicuję im i trzymam kciuki za sukcesy, martwię gdy przeżywają kryzysy czy też gorsze momenty. Tak było i tym razem. 

Wszystko rozpoczęło się od spaceru nad jezioro, zakończonego spotkaniem z dziewczynką oraz ocaleniem szczeniąt. Spotkaniem z Jaśkiem, który pomógł Ewelinie zawieść szczenięta do lecznicy. Tak, to jest piękny początek historii. Ewelina wychowywała się bez rodziców, jednak w domu pełnym miłości. Miłości, którą otrzymała od swojej ukochanej babci Adeli oraz jej towarzyszki Muszki. A powiem Wam, że obie starsze panie to takie gagatki, że pokochacie je od razu. Ja pokochałam miłością ogromną. Oczywiście spotkanie z Jaśkiem nie było przypadkowe. Rozpoczęło natomiast ciąg wydarzeń, które jak to w powieściach Magdy zawierają tajemnice, a sekrety ujawniane są stopniowo. I to właśnie te tajemnice sprawiły, że z ogromną ciekawością i niecierpliwością oczekuję kolejnej części. Bo zakończenie tak bardzo zaostrzyło apetyt, że ja chcę kontynuację już teraz, natychmiast. 

To kolejna powieść Magdy, której akcja dzieje się w małym miasteczku. W miasteczku w którym wszyscy się znają, a życie płynie powolnym rytmem. Ale to, że wszyscy się znają, ma jeden minus: nic się w takim miejscu nie ukryje. A nawet zostanie nadinterpretowane. 

Ewelina ukrywa przed swoją rodziną oraz przyjaciółkami pewien sekret. Jednak nic o nim nie wiemy, nie mamy nawet żadnego naprowadzenia co to może być. Owszem możemy się domyślać, ale znając Magdę to wyjaśnienie i tak będzie inne niż sami obstawialiśmy. Tajemniczy jest także Jasiek, bo od początku wiemy, że nad tym jeziorem nie pojawił się przypadkiem. Zgadujemy to od razu, zanim wszystko zostanie wyjaśnione. Ale i tak mam wrażenie, że Jasiek jeszcze ukrywa jakiś sekret. No i sama babcia Adela też coś ukrywa w zanadrzu.

Uwielbiam styl pisarski Magdaleny Kordel. Jest taki ciepły, otulający dobrem, przytulający i jak to mówi Janina Bąk „pluszowy”. Takie właśnie są powieści Magdy. One dają nadzieję, są pełne miłości. Bohaterowie są tacy, że chce się z nimi wyskoczyć na piwo albo na kawę. A miejsca w których umieszcza akcję, zaliczają się do tych, które chce się odwiedzić. Nie inaczej jest tutaj. Każdy chciałby by ich zwierzakiem zaopiekowała się weterynarz Masza, żeby Muszka upiekła najlepsze ciasto drożdżowe a babcia Adela wsparła dobrym słowem. 

Magdo, Twoje książki niosą dobro, miłość, szczęście, nadzieję, ciepło, wsparcie dla słabszych. Myślę, że w tych bohaterach odzwierciedlasz siebie. 

A Wam Kochani czytelnicy, polecam tę książkę podobnie jak wszystkie inne, które już są wydane i te które dopiero się pojawią. 


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu ZNAK

wtorek, 8 czerwca 2021

#580 - Tango

 


Po książki Ewy Cielesz sięgam z ogromną przyjemnością. Wiem, że historia którą poznam będzie dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Bo każda książka, która wyjdzie spod pióra Pani Ewy to czysta uczta literacka. Język jest plastyczny i niesamowicie obrazowy. Czytelnik zanurza się w świecie bohaterów, płynie z prądem spokojnej lub bardziej rwącej rzeki opowieści. Kiedy w moje ręce wpadła książka „Tango” i na jej okładce przeczytałam zdanie: „Tango to pierwsza tak osobista książka Ewy Cielesz. Oparta została na doświadczeniach jej córki, której udało się wyzwolić z toksycznego związku.” Wiedziałam, bardzo dobrze wiedziałam, że ta opowieść przeczołga mnie emocjonalnie i nie myliłam się. 

Powiem Wam, że nie wiem jak mam ubrać w słowa to co dzieje się w moim wnętrzu. Po przeczytaniu tej historii, będziecie mieli kaca czytelniczego. Każda kolejna książka nie będzie tak dobra, nie porwie was od pierwszej strony. 

Podczas czytania miałam wiele razy ochotę wyrzucić książkę przez okno. Nie dlatego, że autorka tak brutalnie potraktowała główną bohaterkę. Ale dlatego, że ta historia bazowała na życiu córki Pani Ewy. Że osią całej powieści była historia kobiety, która uwolniła się z toksycznego związku. 

Przemoc psychiczna, moim zdaniem jest gorsza od tej fizycznej. Oprawca zasiewa w ofierze strach, że jest ona niewystarczająco dobra, że nie robi to tak jak robić powinna, manipuluje nią. W tej historii tak naprawdę to oprawców było dwóch. Pierwszym z nich była matka głównej bohaterki. Ktoś może powiedzieć ale jak to? Przecież każda matka swoje dziecko kocha nad życie i nie da go skrzywdzić. Ale co jeśli to matka krzywdzi dziecko? Alicja, przez większą część swojego życia była krytykowana przez matkę. Nigdy nie usłyszała od niej dobrego słowa. Dało się odczuć, że córka musi zrobić wszystko by zasłużyć na jej miłość. A przecież tak być nie powinno. Bo przecież miłość matki do dziecka jest bezwarunkowa. Ale czy na pewno? Kiedy pojawił się w życiu Alicji Feliks, dziewczyna poczuła się… wyjątkowa. Oto bowiem pojawił się przysłowiowy „książę na białym koniu”, który był kochający, zaradny, męski i stanowczy. Jednak swoim zachowaniem, swoją zaborczością, którą Alicja brała za opiekuńczość i troskę, sączył jad, który zatruwał dogłębnie dziewczynę. W jej krwi płynęła trucizna, która każdego dnia wykańczała dziewczynę psychicznie. Kochający mężczyzna z dnia na dzień stawał się niszczycielem. Zmienił się w tego okrutnego, zabierającego jej wszystko to co miała najlepsze: matkę (przecież dzisiaj masz spędzić dzień ze mną a nie z nią), przyjaźń (jak można przyjaźnić się z własnym szefem?), pracę (przecież nie musisz pracować) aż w końcu wolność wyboru. Alicja została pozbawiona poczucia własnej wartości, godności i wiary w drugiego człowieka. Kiedy wreszcie uciekła, oglądała się przez ramię czy jej oprawca nie depcze jej po piętach. Strach trzymał ją dość długo, tak samo jak brak wiary w to, że są wokół niej ludzie którzy chcą jej pomóc, którzy są jej życzliwi. 

„Tango” to nie tylko historia o toksycznym związku. To także powieść, która pokazuje, że kiedy znajdziemy w sobie chociaż zalążek siły, możemy uciec, spróbować zacząć od nowa. Możemy próbować budować swój świat na nowo - na początku z dystansem, a potem z delikatną wiarą, że nie wszyscy wokół nas są źli. 

A wiecie co boli mnie najbardziej? Że gdzieś za drzwiami sąsiednich mieszkań, może rozgrywać się taki sam dramat jak w życiu bohaterki. Boli to, że historia nie została zmyślona, że nie jest czystą fikcją literacką. 

Czy polecam? Tak, jak wszystkie inne książki Pani Ewy. Chociaż tę chyba bardziej, bo tak dobrej książki nie czytałam dawno. Pełnej różnych emocji, które wzbudza. Czytajcie, miejcie wiarę w siebie i nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Axis Mundi 

niedziela, 6 czerwca 2021

#579 - Ciało poniekąd ponętne

 



No dobra, powiem Wam, że jest mi smutno, bo to póki co ostatnia część z serii książek o Julii i Alicji. Polubiłam szalone panie nauczycielki oraz ich wakacyjne przygody. Kiedy dotarłam do ostatniej strony powieści pt. „Ciało poniekąd ponętne” Agnieszki Pruskiej uświadomiłam sobie, że to już koniec. Że chwilowo nie ma nic więcej. A ja ostatni miesiąc spędziłam właśnie z dziewczynami i bardzo się z nimi zaprzyjaźniłam. 

Nasze ulubione panie nauczycielki wyjeżdżają na wakacje do Władysławowa. I już na samym początku Julia wpada do ziemianki wykopanej przez wnuki gospodarzy, prosto w ramiona zmumifikowanych zwłok. No i nie byłyby sobą gdyby na własną rękę nie poprowadziły śledztwa. Co jest niestety utrudnione przez szalejącą w kraju pandemie. Oczywiście nie zrażone tym, że ludzie boją się kontaktu z drugim człowiekiem, chcą poznać prawdę o nieboszczyku. I tak trafiają na kolejne zwłoki. Nie wiem jak one to robią, ale w wyszukiwaniu zwłok są naprawdę dobre. 

Ciekawym smaczkiem tej części jest na pewno to, że Pani Agnieszka umieściła akcję w czasie teraźniejszym, kiedy to w kraju panuje pandemia. Pokazała dokładnie to jak ludzie rok temu podczas wakacji nie za bardzo brali wirusa na serio. Jestem przekonana, że wielu czytelników pamięta zdjęcia z plaż, które były pełne turystów. Owszem ludzie bali się choroby, chodzili w maseczkach, trzymali teoretyczny dystans. Natomiast na plaży leżeli obok siebie jak sardynki w puszce. 

Tym razem morderstwa dokonano w jednym z wakacyjnych kurortów. I podobnie jak we wcześniejszych częściach ważne w historii jest tło społeczne. Tutaj wszyscy się znają, mają wyrobione zdanie o innych, a wobec obcych są czasem podejrzliwi. Ale jednocześnie są chętni pomóc i dowiedzieć się kto zabija, bo przecież jak tak dalej pójdzie to wczasowicze uciekną. Bo kto chce mieszkać w miejscu gdzie dochodzi do morderstw?

Jeśli poszukujecie dobrej komedii kryminalnej, to czwarta część przygód Julii i Alicji nada się do tego idealnie. Powiem wam w sekrecie, że po przeczytaniu mam ochotę wybrać się nad morze by zjeść pieczoną flądrę. Polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Oficynka





piątek, 4 czerwca 2021

#578 - Zimne nóżki nieboszczyka




Lubię wpadać w ciąg czytelniczy. To znaczy, lubię czytać całą serię po kolei. Dlaczego? Bo wtedy nie zapominam co było we wcześniejszych częściach. Chociaż zdarzają się takie serie, których nie trzeba czytać po kolei i można je czytać wybiórczo. Jednak, jeśli mam na półce powiedzmy czwartą część, to raczej chcę przeczytać wcześniejsze by poznać lepiej bohaterów i ich perypetie życiowe. „Zimne nóżki nieboszczyka” Agnieszki Pruskiej to trzecia część serii o dwóch gdańskich nauczycielkach. 

Tym razem Julia i Alicja wyjeżdżają na ferie zimowe do Chojnic. Znając ich charaktery wiem, że będąc na tych feriach natrafią na trupa. I co? Oczywiście tak się dzieje. Chociaż w sumie mogę śmiało stwierdzić, że znajdują dwa. Nie wiem jak one to robią, chyba mają jakiś magnes. Tym razem znajdują trupa zaginionego fotografa oraz trupa kobiety. Standardowo rozpoczynają śledztwo na własną rękę. Szukają powiązań, dokopują się do tajemnic. Oczywiście policja nie jest zachwycona faktem, że dwie nauczycielki trochę im przeszkadzają w śledztwie. Ale one są uparte i koniecznie chcą wiedzieć kto za tym wszystkim stoi.

Jak to w przypadku wcześniejszych części było zabawnie. Podziwiam Julię i Alicję, że mają odwagę same rozwiązywać detektywistyczne zagadki. Ja bym się bała, że mogę narazić się mordercy i sam może mnie dopaść. Ale one twierdzą, że skoro są razem to nic im nie grozi. Zdecydowanie współczuję partnerom naszych bohaterek, bo za żadne skarby świata nie są wstanie powstrzymać detektywistycznych zapędów Julii i Alicji. Chociaż, w sumie trochę je rozumiem, bo ileż można jeździć na nartach biegowych czy też spędzać czas w hotelowym barze. Z czasem wszystko się nudzi. 

Polecam

piątek, 21 maja 2021

#577 - Wakacje z trupami

 




Nie zaprzeczę, że wpadłam w ciąg czytelniczy. I powiem Wam, że bardzo mi się on podoba. Dlaczego? Bo czytam komedie kryminalne, które u mnie ostatnio królują. I zupełnie mi to nie przeszkadza i nie mam póki co zamiaru na zmianę repertuaru literackiego. Bo bawię się świetnie rozwiązując zagadki kryminalne. A dodatkowo lubię główne bohaterki, więc ciężko mi się z nimi rozstawać. 

Tak, właśnie zakończyłam podróż do Fromborka i okolic. To tam na urlop udały się Julia i Alicja, czyli bohaterki książki „Wakacje z trupami”. Jadą w tamte okolice, gdyż dowiedziały się, że grasuje tam duch. A na miejscu okazuje się, że oprócz ducha po okolicy krąży jeszcze włamywacz. Ale to nie koniec atrakcji. Dziewczyny podczas jednego z pierwszych spacerów natrafiają na zwłoki.. Bo one nie potrafią pojechać na wakacje bez spotkania na swojej drodze nieboszczyka. Na własną rękę próbują oczywiście dowiedzieć się kto to i dlaczego go zamordowali. Bo na śmierć naturalną to na bank nie wyglądało. A żeby było jeszcze zabawniej to przez zupełny przypadek (chociaż patrząc na Julię i Alicję, to o przypadkach mowy być nie może) znajdują kolejne zwłoki. 

Powiem Wam, że pomysły na śledztwo nasze ulubione nauczycielki z Gdańska miały… hmm… intrygujące. Nie wiem czy mnie osobiście, chciałoby się polować na włamywacza siedząc pod zepsutym ciągnikiem, podczas deszczu. I zastanawiać się kiedy i z której strony oberwę. Albo łazić po terenie opuszczonego ośrodka i teoretycznie zbierać grzyby, a właściwie to włamywać się do budynków i natrafiać na kolejne zwłoki. Nie, ja to chyba jestem jednak miłośniczką spokojnych wakacji bez takich niespodzianek. Ale dziewczyny chyba jednak wolą spędzać czas bardziej aktywnie i na własną rękę śledzić ducha, włamywacza a na końcu mordercę. Bo bez detektywistycznych atrakcji to nie wakacje. 

Jeśli szukacie lekkiego kryminału to tę część także polecam bez mrugnięcia okiem. 

Wakacje były, to teraz czas na zimowisko, czyli trzecią część przygód naszych dzielnych nauczycielek.

wtorek, 11 maja 2021

#576 - Zwłoki powinny być martwe




Wakacje sprzyjają wyszukiwaniu trupów. To chyba najlepsze podsumowanie książki „Zwłoki powinny być martwe” Agnieszki Pruskiej. Po książkę sięgnęłam, ponieważ niebawem pojawi się czwarta część przygód nauczycielek z Gdańska. A ja mam tak, że jeśli mogę to czytam wcześniejsze części, by wiedzieć co w trawie piszczy. 

Właśnie zauważyłam, że znów sięgnęłam po komedię kryminalną. Zdecydowanie w czasie pandemii, ciągnie mnie do nich bardziej. Bo przecież śmiech to zdrowie. 

Dwie przyjaciółki, nauczycielki wyjeżdżają razem na wakacje do leśniczówki w Olsztynku. Mają wypoczywać, zbierać siły przed nowym rokiem. Bywa jednak tak, że ten spokój to jest czasem zakłócany. Tak było właśnie w przypadku Alicji i Julii. Pewnego dnia na spacerze znajdują zwłoki mężczyzny. Oczywiście nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że kiedy wybierają się w to samo miejsce z organami ścigania, okazuje się, że ciała nie ma. Zniknęło. Żadna z nich nie poddaje się i rozpoczynają własne śledztwo by dowiedzieć się kim były zwłoki, które powinny być martwe. Ale żeby im nie było nudno, to nad jednym z jezior natrafiają na zwłoki kobiety. I wtedy rozpoczyna się zabawa i śledztwo, kto jak i dlaczego. Czy uda im się poznać mordercę? 

Przyznaję się bez bicia, że podczas czytania bawiłam się przednio. Bohaterki wpadały na takie szalone pomysły, że głowa mała. Ale uparły się, że chcą poznać prawdę. Co nie podobało się miejscowej policji oraz leśniczemu, który nie chciał by coś się im stało. Ale jak wiemy, kobiety bywają uparte i za wszelką cenę, na własną rękę, czasem ryzykując życiem postanawiają rozwiązać tajemnicę morderstwa. 

Całkiem przyjemna historia. Zaraz się zabieram za kolejną część, gdyż jestem ciekawa w jakie kłopoty tym razem wpakowały się moje ulubione nauczycielki z Gdańska. Polecam.

wtorek, 4 maja 2021

#575 - Szeptun - opinia przedpremierowa

 




Kiedy w moje ręce wpadła najnowsza książka Tomasza Betchera, wiedziałam, po prostu wiedziałam, że to będzie uczta literacka. I taka też była. 

Nie chciałabym za bardzo zdradzać Wam szczegółów. Gdyż jest to taka historia, którą każdy powinien przeczytać. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora. Mam za sobą jego debiut „Tam gdzie jesteś” oraz „Szczęście z piernika” i każda z nich wywarła na mnie ogromne wrażenie. Tomasz Betcher tworzy niezwykłe powieści obyczajowe. Oprócz historii która jest osią książki, mamy tło społeczne, które ma po części wpływ na całą akcję. Tak samo jest w jego najnowszej książce. Tutaj mamy do czynienia z wykluczeniem społecznym, związanym z pochodzeniem głównego bohatera, a także uprzedzeniami i stereotypami. A sami dobrze wiemy, że z tym dość trudno walczyć. Owszem możemy próbować zmienić nastawienie, ale to nie od nas samych zależy tylko od ludzi. Waldek mieszkał w domu sam, jego dziadek nauczył go pędzić alkohol, zbierać zioła, które przecież od wielu, wielu lat mają lecznicze właściwości. To stąd wzięło się przekonanie, że Waldek potrafi leczyć, jest znachorem, szeptunem. Ale tak naprawdę to przecież wystarczy poszperać głęboko w internecie, bądź w książkach, by samemu się przekonać o właściwościach ziół. Ale samotność głównego bohatera i jego przeszłość sprawiły, że właśnie tak był odbierany przez mieszkańców pobliskich domów. 

Oczywiście nie mogło zabraknąć miłości. Bo jak każdy wie, w powieściach obyczajowych to dość istotny element. Tym razem mamy miłość dojrzałą, która zaskakuje głównych bohaterów. Żadne z nich się tego nie spodziewa. Ale przecież miłość nie wybiera, zjawia się w momencie kiedy nikt jej nie oczekuje. Poza tym główna bohaterka Julia udowadnia, że czasem warto pójść za głosem serca i… rzucić wszystko i wyjechać w Beskidy. Bo miłość uskrzydla. Dla niej jesteśmy gotowi postawić wszystko na jedną kartę. 

Powiem Wam, że jest tu także poruszony bardzo ważny temat, który osobiście mnie zaskoczył. Wiedziałam, że córka głównej bohaterki przeżyła traumę. To wydarzenie bardzo ją zmieniło, niestety na gorsze. Byłam przekonana, że cała jej historia, zostanie w strefie domysłów, by czytelnik sam mógł sobie dopowiedzieć co takiego się wydarzyło w życiu Marysi, że tak bardzo się zmieniła. Ale nie, wszystko zostaje wyjaśnione i poznajemy historię dziewczynki. Byłam wstrząśnięta, tak jak każdy z was, czytelników będzie. 

I jest jeszcze wątek lekko kryminalny, który zaparł mi dech w piersi aż tak, że z niecierpliwością i przestrachem przewracałam strony. Koniecznie chciałam wiedzieć czy happyend jest tutaj możliwy? 

Niesamowite w tej historii są wszystkie wtrącenia legend, wierzeń słowiańskich i mitów. To nadawało książce tajemniczości i idealnie pasowało do życia Waldka. 

Jeśli poszukujecie powieści która Was w sobie rozkocha to „Szeptun” nadaje się do tego idealnie. Czytajcie - nie pożałujecie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

niedziela, 2 maja 2021

#574 - Ucieczka



Wiele razy wspominałam, że lubię czytać książki w których bohaterka jest moją imienniczką. Zawsze wtedy zastanawiam się, jakie cechy charakteru będzie posiadać, czy będzie podobna chociaż trochę do mnie. Tak samo było w przypadku najnowszej książki Ady Nowak „Ucieczka”. 


Marta pracuje jako psycholog na więziennym oddziale leczenia uzależnień we Wronkach. Jednym z jej pacjentów jest Adam. Podczas terapii wyznaje jej, że nie popełnił zbrodni o które jest oskarżony. Dziwnym trafem Marta mu wierzy. Może dlatego, że mężczyzna budzi w niej nieznane dotąd emocje: pożądanie, fascynację a także strach. Pewnego dnia Adam namawia Martę na ucieczkę. Kobieta zgadza się na jego plan. I tak zaczyna się ich wielka ucieczka przez Niemcy, Włochy, Tunezję do Maroka. Czy uda im się uciec przed „przyjaciółmi” którzy depczą Marcie po piętach? I jak wiele wspólnego ma Adam, ze śmiercią jej ojca, której Marta była świadkiem?

Prawdę mówiąc nie wiem co mam napisać. Serio. Chyba po raz pierwszy, nie wiem jak ubrać w słowa to co czuję. Nie jest to zachwyt, niestety. W skrócie mogłabym napisać: książka jest ok, szału nie ma. I to byłaby prawda. 

Ogólnie historia ma swój potencjał, jednak naiwność głównej bohaterki sprawiła, że z bólem doczytałam tę książkę do końca. Byłam ciekawa jaki będzie finał. Bo umówmy się, dorosła kobieta, pani psycholog, daje się wmanewrować w ucieczkę z więzienia groźnego przestępcy. Do tego ucieka razem z nim przez dwa kontynenty. Najpierw we Włoszech spotyka bandytów a konkretnie oprychów na wzór mafii sycylijskiej. Później na wielbłądach wraz z Berberami przemierza pustynię, następnie pościg na starym mieście, i koniec podróży na końskich grzbietach. Oczywiście w międzyczasie są sceny seksu, nie tylko głównych bohaterów, ale także drugoplanowych postaci, w sumie taka Sodoma i Gomora. 

Pewnie jesteście ciekawi czy książka ma jakieś plusy? Zastanówmy się. Myślę, że na duży plus można uznać opisy podróży przez pustynię i zwyczajów Berberów – chociażby przygotowywanie posiłków. Wątek polityczny związany z ojcem Marty też był interesujący. Kobieta miała przebłyski wspomnień. Ukazywały one strach małej dziewczynki, która była świadkiem morderstwa własnego ojca. Przypominały, że zawsze musi patrzeć za siebie. I nie ufać nikomu, bo nigdy nie wiadomo kim nowy znajomy może być. Może kimś z przeszłości, kto przyczynił się do śmierci ojca? Chociaż patrząc na to, że zaufała przestępcy i dała wywieść się do Afryki świadczy o jej naiwności. Domyślałam się, że Marty bywają naiwne, ale nie aż tak.

Mamy też kilka nieścisłości. Pierwszą z nich jest informacja na stronie 106, że akcja dzieje się podczas pandemii. Ot tak nagle, bohaterowie będąc na dworcu w Berlinie zakładają maseczki by ich nie rozpoznano. Wcześniej nie ma o tym ani słowa, potem także nie. Co więcej? Telefony komórkowe. Z tego co pamiętam wyrzucili je na początku ucieczki aby nie można było ich namierzyć, ale w pewnym momencie pojawiają się one jakby nigdy się ich nie pozbyli (ona przegląda się w aparacie w trybie selfie albo znajduje esemesa w jego telefonie, który wypadł z kieszeni). Skoro ich się pozbyli to skąd nagle smartfony? 

Czy polecam? Trudno powiedzieć. Myślę, że można przeczytać by samemu stwierdzić co się w tej książce podoba a co nie. Czytałam lepsze miksy gatunkowe. I to nie jest debiut autorki. Myślę, że przy debiucie można byłoby wiele wybaczyć. Jednak w tym przypadku, szanse są nikłe. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Lipstick Books


 

niedziela, 18 kwietnia 2021

#572 - Flying High

 


Serie książek, nie ważne czy to dylogia, trylogia, mają to do siebie, że się kończą. Wtedy nasza literacka podróż z bohaterami dobiega końca. Moja podróż z Hailee i Chasem także się zakończyła. Odłożyłam na półkę książkę „Flying high” Bianci Iosivoni i powiem Wam, że… wciąż mi mało. Wiem, że to już koniec, że więcej nie będzie, ale tak bardzo się z nimi zżyłam, że pragnę wiedzieć co dalej? Co z nimi? Co z pozostałymi bohaterami tej dylogii?

Jak już wspominałam przy pierwszej części (albo i nie?) Hailee ukrywała pewien mroczny sekret. W końcu, dzieli się nim z Chasem. Jednak nie robi tego w tradycyjny sposób, tylko listownie. Dziewczyna ma plan, ale na szczęście zostaje on zniweczony, a do Fairwood przyjeżdżają jej rodzice, którzy otrzymali także list. Po długich rozmowach, Hailee wraca wraz z nimi do rodzinnego domu. Nie jest to jednak dobra decyzja, gdyż jej serce zostało w małym miasteczku wśród przyjaciół. Chase natomiast wraca na studia do Bostonu. Nie odnajduje się na nich, tęskni także za dziewczyną. W końcu podejmuje decyzję w sprawie studiów, co wcale nie zachwyca jego rodziców. Czy drogi Chase’a i Hailee znów się przetną? A może Hailee wróci do Fairwood?

Ta część w porównaniu do pierwszej nie rozjechała mnie tak emocjonalnie. Owszem było sporo różnych emocji, ale… no właśnie, zdecydowanie trudno ubrać to w słowa. Nie walnęła mnie w splot słoneczny jak wcześniejsza. No cóż, zdarza się. Ale jest tak samo świetna jak jej poprzedniczka. 

Bohaterowie zostają rozdzieleni. Hailee wraz z rodzicami uczęszcza na spotkania z psychologiem i walczy z demonami przeszłości. Niestety, wśród najbliższych nie czuje się dobrze. Próbuje dogadać się z rodzicami, ale argumenty każdej ze stron uderzają w próżnię. Rodzice nie potrafią zrozumieć, że pozostawieni w Fairwood przyjaciele, są dla ich córki ważni i byli przy niej, gdy potrzebowała pomocy. Natomiast Chase uświadamia sobie po raz kolejny, że studia a potem praca w rodzinnej firmie, to nie jest to co chciałby robić. To nie daje mu satysfakcji i nie chce temu poświęcać swojego życia. On również musi zmierzyć się z rodziną i znaleźć mocne argumenty by przekonać ich, że rodzinny biznes, to nie jest miejsce dla niego. 

W tej części autorka skupiła się na temacie depresji oraz po raz kolejny na stracie bliskiej osoby. Nie będę wchodziła w szczegóły, gdyż każdy sam musi przemyśleć tematy poruszone w książce. Jedno jest pewne, wraz ze wsparciem najbliższych i ukochanych osób, trochę łatwiej walczyć z depresją. Należy skorzystać z pomocy specjalistów, bo samemu sobie nie pomożemy. 

Wszyscy którzy przeczytali tom pierwszy, muszą doczytać dalsze losy Hailee i Chase’a. I tak jak w przypadku tomu pierwszego, tak i tutaj, po przeczytaniu ksiązki tytuł nabiera dosłownego znaczenia, oczywiście dla każdego co innego. Polecam! 

Dziękuję Wydawnictwu Jaguar za możliwość przeczytania tej książki. 

środa, 24 marca 2021

#571 - Firefly Lane

 



Zdarzają się takie książki, które nas przyciągają. Które nęcą nas swoją opowieścią, kuszą i mamią, ale jednocześnie przeczuwamy, że przeczołgają nas one niczym kapral marines podczas mordeczego szkolenia na plażach Florydy.

Klika lat temu taką książką był „Słowik” Kristin Hannah. Przyznaję, że jej historia krąży w moim krwioobiegu i wciąż ją bardzo dobrze pamiętam. Chociaż akcja działa się podczas II Wojny Światowej, a jak dobrze wiecie, za literaturą wojenną nie przepadam. Czyli jednym słowem ta opowieść wywarła na mnie ogromne wrażenie. Gdy Netflix zaprezentował trailer do serialu „Firefly Lane” nakręconego na podstawie książki o tym samym tytule, wiedziałam, że ją przeczytam by porównać powieść z serialem. Bo wiadomo: najpierw książka a potem ekranizacja. 

„Firefly Lane” opowiada historię Kate i Tully. Obie poznają się będąc nastolatkami. Kate razem z bratem jest wychowywana w katolickiej rodzinie. Przez swoje ogromne okulary bywa traktowana jako dziwadło i ogólnie nie ma zbyt wielu przyjaciół. Tully jako mała dziewczynka została porzucona przez matkę. Matkę narkomankę, która o córce przypominała sobie raz na kilka lat. Pewne wydarzenie sprawia, że ich drogi Kate i Tully się przecinają. I tak zaczyna się najpiękniejsza przyjaźń. Razem wybierają się na studia, później razem pracują, są wręcz nierozłączne. W ostateczności Tully ze swoim przebojowym charakterem zostaje dziennikarką, która nie boi się wyrażać swojego zdania. Prze do przodu jak taran, ciągnąc za sobą Kate. Natomiast Kate, poświęca swoją pracę na rzecz rodziny, zostaje żoną, mamą i panią domu. Daleko jej do przebojowej przyjaciółki. Czy przyjaźń przetrwa różne zawirowania? O tym musicie przekonać się sami. 

Dla niektórych, historia, którą stworzyła Hanna może wydać się oklepaną. Są dwie bohaterki: jedna po trupach dąży do celu, druga to typowa matka poświęcająca karierę dla rodziny. Jednak to właśnie ta ich różnorodność sprawiła, że przyjaźń która ich łączy jest niesamowita. Więź między nimi jest nierozerwalna. Nie ważne jakie kłody rzuci im pod nogi los, one dwie Tully i Kate, zawsze będą razem. To naprawdę niewiarygodna przyjaźń. 

Kristin Hannah posiada dar tworzenia opowieści, które głęboko zapadają w pamięć. Historii, które porywają czytelnika od pierwszej strony i sprawiają, że chce się je czytać ciągle. Bez odkładania na bok. Dokładnie tak właśnie jest w przypadku „Firefly Lane”. Bardzo dawno żadna książka nie sprawiła, że docierając do ostatniej strony miałam mokre oczy. I szczerze mówiąc, wcale nie chciałam by ta książka się skończyła. 

„Firefly Lane” to ciepła i wzruszająca historia o niezwykłej przyjaźni, a także trudnych relacjach matki i córki, o realizacji marzeń, które sprawiają, że poświęcamy życie prywatne dla ich realizacji. 
Polecam bez dwóch zdań!

P.S.
Obejrzałam serial, który jak już wspominałam na początku nakręcił Netflix. I powiem Wam tak: jeśli przeczytaliście książkę, to stwierdzicie, że serial jest gorszy. Bo tak się składa, że to prawda. Wiele wątków jest zmienionych, kilka jest dodanych, są dość spore rozbieżności. A szkoda, bo ta książka jest genialna. Serial również mógł taki być. Jeśli nie czytaliście książki, to serial bardzo przypadnie Wam do gustu. 

środa, 10 marca 2021

#569 - Kaprys gangstera - recenzja premierowa

 




Lubię od czasu do czasu sięgnąć po literaturę przez niektórych nazywaną erotyczną. Ale w niektórych kręgach jest ona nazywana literaturą romansową. Dla mnie jest to miks erotyki z romansem. Taki całkiem do zniesienia. Gdzie gorące sceny seksu nie wylewają się z każdej strony i nie przyprawiają czytelnika o odruch wymiotny. Bo widzicie, z takimi powieściami jest różnie. Jedne po przeczytaniu pierwszej strony sprawiają, że czytelnik ma ochotę wyprać sobie mózg, a inne sprawiają, że dreszczyk podniecenia nie opuszcza nas do ostatniej strony. I tak właśnie było w przypadku najnowszej książki Katarzyny Mak „Kaprys gangstera”. Nie mogłam się od niej oderwać. 

Elena pracuje dla głównego prokuratora. Mieszka z narzeczonym, z którym planuje wspólną przyszłość. Pewnego wieczoru, robi za koło ratunkowe swojej przyjaciółki Dolores. W pubie spotyka pewnego tajemniczego mężczyznę, który z kolei pomaga jej wrócić do domu, po tym jak wymieszała tabletki nasenne z alkoholem. Następnego dnia okazuje się, że to ważny klient jej szefa. Po raz kolejny drogi Eleny oraz Marcella przecinają się w Miami. Marcello to szycha na Sardynii, a może lepiej brzmi gangster, który ma wszystko, od pieniędzy po każdą kobietę, która stanie na jego drodze. Czy tych dwoje może połączyć gorący romans? Czy może na przeszkodzie stanie włoskie życie Marcella?

Powiem wam, że autorka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła tą historią. Owszem są sceny seksu, ale nie są aż tak bardzo wyuzdane i pojawiają się od czasu do czasu. Są wręcz dosadne, ale nie obrzydzają w żaden sposób czytelnika. Wręcz przeciwnie. Bardzo spodobało mi się połączenie romansu, obyczaju i lekkiego kryminału, bo przecież Marcello to gangster. Bardzo spodobała mi się jego postać, gdyż przy tej swojej włoskiej stanowczości i stawianiu na swoim, miękł przy ukochanej kobiecie. Poza tym, Elena przeszła metamorfozę, z cichej kobitki stała się stanowcza i zdeterminowana. 

Dla niektórych czytelników historia Eleny i Marcella może wydawać się momentami znajoma. Wiecie gangster porywa młodą dziewczynę do Włoch. Tak, brzmi znajomo prawda? Ale przecież jest sporo takich historii, gdzie bad boy porywa naiwną dziewczynę, więzi i od czasu do czasu bzyka. Tę historię czytało mi się z przyjemnością, nie odrzucało mnie, nie miałam odruchów wymiotnych podczas opisywanych scen miłosnych. Bo widzicie, o tym trzeba umieć pisać, mimo że opisywany jest ostry seks na toaletce w garderobie. Czytelnik ma sobie to wyobrażać, a nie krzywić się podczas czytania i szybko przerzucać strony by ominąć te opisy. I ja podczas tej książki właśnie tak miałam. 

Przyznam się szczerze, że zupełnie takiego zakończenia się nie spodziewałam. Ale Katarzyna Mak w swoich wcześniejszych książkach (tych które udało mi się przeczytać) zawsze zaskakuje czytelnika. Nie skłamię mówiąc, że chciałabym więcej tej historii i tych bohaterów, których polubiłam i to bardzo.

Jeśli szukacie dobrego romansu, to „Kaprys gangstera” nadaje się do tego idealnie. Polecam

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B / Lipstick Books