Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 października 2017

#447



Czy w październiku, kiedy jeszcze świeci jesienne słońce można poczuć klimat świąt? Poczuć zapach wypiekanych pierników, zapach wanilii, cynamonu i padającego intensywnie śniegu? Oczywiście, że tak. Wystarczy wieczorem zasiąść w ulubionym fotelu zapatulić się w koc, w jednej ręce dzierżyć kubek herbaty z cytryną i imbirem, a w drugiej najnowszą książkę Magdaleny Kordel „Serce z piernika”.

Klementyna samotnie wychowuje córeczkę Dobrochnę i opiekuje się babką Agatą. Jest także mistrzynią wypieków piernikowych. Jej mieszkanie pachnie cynamonem, kardamonem i wanilią. Babka Agata nazywana Pogubioną Agatą, wiele razy uciekała pod osłoną nocy, by poszukiwać utraconego wiele lat temu synka. W tych podróżach zawsze towarzyszyła jej mała Klementyna. Jednak nadszedł czas, żeby powstrzymać babkę przed kolejnymi ucieczkami i zapewnić córce w miarę spokojne życie. Po ostatniej, udaremnionej ucieczce babki, Klementyna tworzy kamienicę z piernika. Rozpoznaje w niej starą kamienicę z przeszłości, ustawioną przy rynku. Wie, że to znak. Postanawia wrócić do tego miejsca, gdzie za młodu mieszkała babcia Agata. Ma nadzieje, że ta wyprowadzka sprawi, że w jej domu zapanuje spokój.

Kiedy zamykałam książkę Magdy i odkładałam na półkę, czułam w sercu ciepło, spokój i szczęście. Poczułam się otulona świąteczną atmosferą i zapachem wypiekanych pierników.

Był czas, kiedy nie czytałam żadnych książek w świątecznym klimacie. Może było to spowodowane tym, że pracowałam w centrum handlowym, gdzie męczono wszystkich świątecznymi piosenkami wiele tygodni przed czasem. Przez to właśnie zatracił mi się klimat świąt oraz ich magia. Bo kiedy Cię atakują, to jedyne wyjście to ucieczka. Jednak teraz to się chyba zmieniło, właśnie za sprawą świątecznych lektur. Łapię się na tym, że chcę czytać ich więcej i więcej. No dobra bo chyba zboczyłam trochę z tematu.

Dla niektórych świąteczny klimat książki może sugerować sielskość i anielskość historii. Owszem tak jest, ale też nie do końca. Autorka w swojej najnowszej powieści, poruszyła kilka trudnych tematów. Mamy tutaj ból i tęsknotę po utracie dziecka. Babcia Agata w czasie wojny utraciła swojego kochanego syna, a tułaczka była związana z jego poszukiwaniem. Pociągi, kojarzyły się starszej pani właśnie z wywózką synka. Oprócz tego mamy przemoc domową i alkoholizm. Fela była bita przez swojego męża. Sama sobie z tym radziła. Kiedy Klementyna chciała jej pomóc, Fela się wkurzyła. Nie potrzebowała pomocy od „dziewczyny z miasta, która nie zna się na życiu”. Jednak musiała swój pogląd zweryfikować, gdy pobita córka Feli pobiegła po pomoc właśnie do Klementyny.

„Serce z piernika” aż kipi od emocji. Magda dawkuje je bardzo powoli. Czytelnik, zagłębiając się w opowiadaną historię, nie ma ochoty by dotrzeć do jej końca. Dlaczego? Nie chce rozstać się z bohaterami. Tak dobrze mu w kamienicy pełnej zapachów pierników i wśród mieszkańców, dla których nie jest obojętny los bliźnich. I to jest w książce niesamowite.

Nie można, nie wspomnieć o bohaterach. Jestem przekonana, że wszyscy pokochają Dobrochnę. Córeczka Klementyny rozbraja nawet najbardziej zatwardziałe serca. Jest bardzo wygadana i dociekliwa jak na swój wiek.

Jeśli poszukujecie książki, która rozbawi Was do łez i wzruszy, że sięgniecie po chusteczki, to „Serce z piernika” nadaje się do tego idealnie. Mam nadzieje, że będzie dalszy ciąg, gdyż zakończenie sugeruje, że to jeszcze nie koniec.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

#424


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA


Magdalena Kordel przyzwyczaiła swoich czytelników do powieści, których akcja toczy się w maleńkim Malowniczem, u podnóża Sudetów. Do powieści pełnych ciepła, rodzinności. Dlatego wielkim zaskoczeniem będzie najnowsza książka Autorki „Wilczy Dwór. Córka wiatrów”. Ale uprzedzając wątpliwości: warto, naprawdę warto, pozwolić się porwać tej historii. 

Konstancję, właścicielką Wilczego Dworu poznajemy w pewien słoneczny wiosenny dzień. Od wielu już lat wiedzie spokojne życie, nie zaprzątnięte żadnymi problemami ani troskami. Jednak niespokojna przeszłość zastuka do bram dworu wraz z pojawieniem się Jana. Dawnego przyjaciela, który był nieobecny przez ostatnie dwanaście lat. Jego przyjazd rozpoczyna czas zmian i zawirowań oraz kłopotów, które miały dotrzeć do Wilczego Dworu. 

Znacie mnie już dobrze i wiecie, że powieści „nie współczesne” omijam szerokim łukiem. Ale dla ulubionych Autorek (czy też Autorów) robię wyjątki. I tak właśnie było w tym przypadku. 

Mimo iż nie jest to Malownicze, ani współczesność, Magdalena nie zatraciła w sobie daru opisywania otaczającego świata. Zatapiając się w świat Konstancji wyraźnie widzimy cudowny Wilczy Dwór, słyszymy paplaninę Pelasi, czujemy siłę bijącą z przyrody, słyszymy szelest wytwornych sukni. Wyobraźnia ma niewyobrażalnie wielkie pole do popisu. 

„Wilczy Dwór. Córka wiatrów” to powieść o sile kobiet. O tym, ile potrafimy znieść, o tym, że wcale nie jesteśmy takie kruche jak się niektórym może wydawać. Główna bohaterka udowodniła, że samotna kobieta, może dobrze zarządzać dworem i ziemiami oraz pokazać mężczyznom, że potrafił sobie bez nich radzić. A trzeba przyznać, że w czasach, kiedy toczy się historia powieści, mężczyźni zdecydowanie widzieli kobiety w domu zajmujące się raczej domem aniżeli władające szablą. 

To także opowieść pełna tajemnic, które chcemy jak najszybciej poznać. Ale wiecie, że nic nie może być za szybko w ujawnione, bo wtedy nie ma tego dreszczyku emocji przy ich odkrywaniu.

Gorąco polecam najnowszą powieść Magdaleny Kordel. Jeśli pokochaliście Malownicze to Wilczy Dwór pokochacie tak samo mocno. Teraz nie pozostanie mi nic innego jak z niecierpliwością oczekiwać kontynuacji, by dowiedzieć się co dalej.

Za możliwość przeczytania książki z całego serca dziękuję Wydawnictwu Znak

piątek, 19 września 2014

#314



Droga Tachykardio!

Czy myślisz, że czytanie przez księgarzy książek o książkach i o księgarzach to już jakieś zboczenie? A może w tym natłoku różnorakiej literatury książka o książkach to fenomen? Ja myślę, że „Lawendowy pokój” Niny George to właśnie taki fenomen literacki. To książka obok której nie można za żadne skarby świata przejść obojętnie. Bo to nie jest jedynie piękna historia o utraconej miłości, ale to także powieść o literaturze. Oraz o tym jaki leczniczy wpływ na nasze dusze mają książki.

Jean Perdu mieszka w Paryżu. Na barce zacumowanej na Sekwanie prowadzi księgarnię „Apteka literacka”, i nie jest to zwykła księgarnia a On nie jest zwykłym księgarzem. Otóż Jean jest… (przynajmniej jak dla mnie) lekarzem dusz, a książki sprzedaje jako lekarstwa na różnego rodzaju rozterki , które trapią odwiedzających jego barkę ludzi. Potrafi uleczyć każde cierpienie. Podczas rozmowy z klientem swojej księgarni jest w stanie dostrzec to jaka książka uleczy drzemiący w nim ból, tęsknotę, czy też inną dolegliwość. Niestety sam sobie nie potrafi pomóc. Od dwudziestu jeden lat nie potrafi zapomnieć o kobiecie z którą mieszkał w swoim małym paryskim mieszkaniu, a tytułowy „Lawendowy pokój” był ich całym światem. Pokój zamknięty jest na głucho od momentu kiedy Ona zniknęła z jego życia, ale za sprawą przypadku wszystko się zmienia. Do mieszkania naprzeciwko wprowadza się nowa lokatorka. Kobieta po przejściach, która po tym jak opuścił ją mąż zaczyna wszystko od nowa. Jak to zazwyczaj bywa na początku drogi Catherine ma ze sobą tylko walizkę, a mieszkanie jest słabo umeblowane. Catherine potrzebuje stołu, przy którym mogła by jeść lub pisać listy. Jean postanawia podarować nowej sąsiadce stary mebel, który stoi nieużywany w zapomnianym lawendowym pokoju, i którego on już nie potrzebuje. I tak w ręce Jean’a trafia list, który od dwudziestu jeden lat leżał zapieczętowany w szufladzie stołu podarowanego sąsiadce. List napisany przez kobietę, która przed laty go opuściła. Wiedziony impulsem odcumowuje swoją barkę z księgarnią i wraz z Maxem młodym pisarzem wyrusza wzdłuż Sekwany do Bonnieux, gdzie mieszkała ukochana.

Nie jest to książka jakich wiele na półkach księgarń. Może dlatego, że to książka o książkach i o ich wpływie na ludzkie życie. Może też dlatego, że księgarnia na statku jest magiczna. I każdy kto o niej przeczyta zapragnie się w niej znaleźć. Posłuchać szeptu książek, zaszyć się w jednym z foteli i chłonąć klimat tego miejsca. Bo pomysł stworzenia księgarni na barce jest zacny.

Poza tym Nina George stworzyła wyjątkowego i niesamowitego bohatera Jean’a Perdu. Po pierwsze stworzył takie miejsce jak „Apteka literacka” – księgarnia na barce. Po drugie potrafił czytać w ludzkich duszach i „czytając między wierszami” wiedział jaka książka przyniesie ukojenie. Jean to nie jest typowy księgarz, to farmaceuta sprzedający książki jako najlepsze lekarstwa na wszelkie bolączki. Bo przecież książki takie właśnie powinny być.

„Lawendowy pokój” wyróżnia wśród innych powieści jeszcze to, że akcja całej historii nie toczy się w jednym miejscu. Kiedy główny bohater odbija od brzegu, wyrusza w podróż Sekwaną po malowniczej części Francji. Autorka swoimi opisami idealnie oddała klimat tamtych miejsc. Czasami miałam wrażenie, że podróżuję razem z bohaterami do Tulonu przez Awinion, Bonnieux, Aix-Provence i Marsylię.

Książki tej zdecydowanie nie należy czytać jednym tchem. Tą historią należy się delektować jak najlepszym winem. Najlepiej prosto z Francji. Ja tak właśnie zrobiłam. Dlaczego? Bo nie chciałam tak szybko rozstawać się z bohaterami. Polecam!!!

Pozdrawiam
Archer

 
PS:
W języku francuskim „perdu” znaczy ni mniej nie więcej : zgubiony lub zagubiony.
Czy Jean Perdu odnajdzie siebie lub czy odnajdzie to czego szuka musisz Tachykardio przekonać się sama. Ja na kartach tej książki znalazłam wszystko czego szukałam, ale przecież każdy szuka czegoś innego.



piątek, 25 lipca 2014

#308




Zdarzają się książki, których nigdy byśmy nie przeczytali. Bo nie lubimy danego gatunku. Bo po przeczytaniu opisu na okładce wiemy, że to nie nasz klimat. Na początku też tak sądziłam.

Chociaż… z drugiej strony byłam ciekawa, czy literatura wspomnień – tudzież reportaż – przypadną mi do gustu. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia ani z publikacjami Hugo-Badera, Kapuścińskiego ani tym bardziej Jagielskiego. Jednak coś mi podpowiadało, że może to już czas, by dojrzeć i sięgnąć po inny gatunek literacki. I tak, żeby przygotować się do spotkania z Autorką, postanowiłam przeczytać książkę „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym” Grażyny Jagielskiej.

Dość ciężko jest mi o tej książce pisać. Tak samo jak o spotkaniu. Może dlatego, że akurat ten tytuł to nie fikcja literacka, tylko życie.

Grażyna Jagielska była dla mnie do niedawna żoną Wojciecha Jagielskiego znanego dziennikarza i korespondenta wojennego. Ale teraz, po lekturze książki, jest dla mnie Autorką i kimś więcej niż żoną znanego męża. Jej wspomnienia, zapisane na kartkach książki, były dla mnie ujmującą lekturą. Na tyle, że mam trudności z przekazaniem wspomnień pani Grażyny. To trzeba po prostu przeczytać.

Nigdy wcześniej nie sięgałam po ten typ literatury. Z reguły czytuję kryminał, literaturę kobiecą czyli coś, co jest fikcją literacką. Tutaj jest zupełnie inaczej. Od samego początku snuta przez autorkę opowieść uderza nas w splot słoneczny: charakterystyczne są dla niej szczerość, ból, tęsknota, samotność, miłość oraz oczekiwanie na śmierć. Nie, nie własną, tylko jej męża. Jagielska nie ukrywa, że za każdym razem gdy dzwoni telefon może usłyszeć, że to koniec, bardzo mi przykro, ale mąż zginął.

„Miłość z kamienia” to zapis walki o siebie. To historia miłości, która zamiast łączyć – dzieliła. To także swoiste przyznanie się przed samym sobą i całym światem do tego, że ma się problem z którym w żaden sposób człowiek nie jest wstanie poradzić sobie sam, i potrzebuje pomocy.

Jagielska w pewnym momencie straciła kontakt z rzeczywistością. Przestała dbać o dom. Cały czas czekała na telefon. I w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że tak dłużej żyć nie może. Trzeba coś z tym zrobić, ukrócić to jakoś. Bo jak to jest możliwe, że mąż wyjeżdża w tereny objęte wojną a to Ona ma objawy stresu bojowego. Wiedziała, że jeśli nie poprosi o pomoc, może być z nią bardzo źle.

„Miłość z kamienia” opowiada o walce z własnymi lękami… Pokazuję trudną drogę, jaką przebyła Autorka, zanim przyznała się przed samą sobą, że jest chora i musi się leczyć.

Książka to także relacja z pobytu Grażyny Jagielskiej w szpitalu psychiatrycznym, na oddziale leczenia stresu bojowego, gdzie spotkała nie tylko żołnierzy, ale także zwykłych ludzi, którzy nie potrafili poradzić sobie z własnym życiem. „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym” to opis traumy, która dopadła ją, a nie jej męża, wyjeżdżającego na tereny objęte wojną.

Przyznaję, że książkę czytałam na bezdechu. Co jakiś czas łapałam się na tym, ze zapominam o oddychaniu. I tak samo było na spotkaniu z Panią Grażyną.

Ta książka nie zalicza się w żaden sposób do literatury łatwej, lekkiej i przyjemnej. To najbardziej osobisty zapis jaki kiedykolwiek czytałam. To też wstrząsająca historia miłości, która zamiast łączyć – dzieli.
Polecam!

P.S.
Poniżej kilka zdjęć ze spotkania z Autorką, które odbyło się pod koniec czerwca w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Gliwicach










czwartek, 18 lipca 2013

#258


Droga Tachykardio!

Niecały rok temu opowiadałam Ci o debiucie pewnej polskiej Autorki Anny Ficner – Ogonowskiej. Wspominałam, że wszyscy oszaleli na punkcie książki „Alibi na szczęście” oraz jej kontynuacji „Krok do szczęścia”. Wtedy chyba niewielu przypuszczało, że Autorka stworzy z tego trylogię, a na kolejną część każe czekać swoim czytelniczkom ponad pół roku. W sumie to było do przewidzenia, że powstanie kontynuacja. Przecież w drugiej części historia głównych bohaterów skończyła się dość niespodziewanie. Więc gdy tylko książka wpadła w moje ręce wiedziałam, że warto było czekać.

Hania nadal nie przestaje się zamartwiać o innych. Dba o Mikołaja, który już na dobre zagościł w jej życiu, domu i sercu. Dba o Dominikę, która nie potrafi odnaleźć się w roli matki. Poza tym Dominikę męczy przeszłość. Targają nią emocje, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Nie rozstaje się z synkiem bo nie chce by sobie pomyślał, że go zostawiła, tak jak matką ją. Hania wciąż ukrywa przed Siostrą sekret. Boi się, że Dominika nie będzie w stanie udźwignąć tego co od niej usłyszy, boi się odrzucenia. Niestety los szykuje Hani kolejne zmartwienia. Bo przecież w życiu nie może być zawsze z górki. Na szczęście jak zawsze może liczyć na swoją ukochaną ciotkę Annę, panią Irenkę oraz Mikołaja, który szykuje dla niej coś specjalnego. Czy Hanka w końcu przestanie się martwić i zacznie żyć? O tym musisz przeczytać niestety sama. Nic więcej ci nie zdradzę.

Warto było czekać rok na kolejną część historii Hani i Mikołaja. Autorce zgrabnie udało się wyjaśnić tajemnice które poznaliśmy we wcześniejszych częściach. Poza tym ostatnia część jest naładowana takimi emocjami, że sięgnięcie po chusteczki jest nieuniknione.

Wcale się nie dziwię, że trylogia zyskała status „bestsellera”. Te książki są pełne miłości, codziennych problemów z którymi się borykamy każdego dnia. Historia ukazana w „Alibi na szczęście”, „Krok do szczęścia” i „Zgoda na szczęście” może jest fikcją literacką, jednak tak naprawdę to mogła się przydarzyć każdemu z nas. Myślę, że każdy gdzieś w swoim życiu spotkał taką Hankę, która zamartwiała się i dbała o wszystkich wokół bardziej aniżeli o siebie. Dominikę, która rozstawiała wszystkich po kątach i była duszą towarzystwa. Panią Irenkę, do której można zawsze przyjechać czy też zadzwonić o każdej porze dnia i nas wysłucha. Ale myślę, że każda chciałaby takiego Mikołaja, który będzie dbał i troszczył się o ukochaną. No i takiego romantyka który na końcu powieści sprawił, że łzy pociekły mi ciurkiem a serce mocniej biło.

„Zgoda na szczęście” świetnie podsumowuje dwie wcześniejsze części. Autorka ukazuje w niej, że w naszym życiu najważniejsza jest miłość i wsparcie jakie możemy dawać i otrzymywać od najbliższych. Szkoda, że to ostatnia część tej historii. Ale przecież jak to śpiewała kiedyś Anna Jantar „Nic nie może przecież wiecznie trwać” w końcu historia musi mieć swój koniec.

Jeśli lubisz historie z życia wzięte, pełne miłości i niepewności to ta historia jest jak najbardziej dla Ciebie. Zaopatrz się jednak w chusteczki, bo w książce jest kilka momentów, w których łza zakręci się nie raz. Polecam!!!

Pozdrawiam
Archer

P.S. 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu lubimyczytac.pl oraz Wydawnictwa ZNAK



wtorek, 22 stycznia 2013

232/6


-  Po krótkiej przerwie znowu wracam :) Żeby nie było, w tym czasie przeczytałem kilka książek. Kilka też zacząłem. Kto by się tam ograniczał do jednej.

            Wydana nakładem Znaku Na krawędzi: Moja opowieść Richarda Hammonda, a właściwie Richarda i Mindy Hammond to opowieść która mocno mnie zaskoczyła i poruszyła. Znając życiowe poczynania Hammonda (zwanego też Chomikiem ze względu na swój wzrost i często bujną czuprynę) spodziewałem się historii o kolejnych jego podbojach i przygodach. Pełnych adrenaliny wariactwach których finałem była przejażdżka jednym z najszybszych pojazdów lądowych na świecie. Pojazdem w którym przy prędkości ponad 400 km/h pękła opona doprowadzając do tragicznego wypadku z którego jakimś cudem uszedł żywy.

            Hammonda większość ludzi zna z bardzo specyficznych programów, motoryzacyjnego Top Gear oraz naukowego Brainiac. Książka którą dostałem do rąk dzięki Archer związana jest mocno z tym pierwszym, motoryzacyjnym. Na początku poznajemy szybką historię jego dzieciństwa, rodzącej się pasji do motoryzacji i adrenaliny. Dowiadujemy się jak wyglądała droga do sławy (czyli jak to się stało, że znalazł się w Top Gear). O jego najlepszej pracy na świecie w której może spełniać niemal wszystkie swoje chłopięce marzenia, szalone pomysły. Jak jego uzależnienie od adrenaliny znajduje swoje ujście. Aż w końcu trafiamy do głównego dania.

            20.9.2006 roku. To w tym dniu Hammond dostaje szansę zrobienia jednej z najbardziej szalonych rzeczy w programie oraz własnym życiu. Dostaje do testów jeden z najszybszych pojazdów lądowych. Konstrukcja którą tylko szaleńcy mogli wymyślić a jeszcze więksi szaleńcy odważą się do niej wejść. Pojazd który w zdecydowanej większości składa się z ogromnego silnika odrzutowego. Dobudowana kabina składająca się z klatki bezpieczeństwa, fotela, kierownicy i kilku przełączników wyzwalających moc bestii. Pojazd który w ciągu kilku sekund rozpędza się do prędkości 200 km/h.
            20.9.2006 17:30 i 33,08. Dokładnie w tym momencie Richard godzi się z tym, że właśnie w tej chwili poznał odpowiedź na pytanie jak umrze. 

            Znajdujemy się w około jednej trzeciej książki i właśnie tu, w chwili kiedy świadomość Richarda gaśnie, prowadzenie przejmuje osoba którą poza Chomikiem wypadek dotknął najbardziej. Mindy, żona Richarda i matka jego dwójki dzieci dostaje telefon o wypadku jej męża, że powinna jak najszybciej dotrzeć do szpitala. Poznajemy niesamowicie przejmującą historię kobiety której mąż i ukochany ojciec jej dwóch córek otarł się o śmierć. Historię walki o jego życie i zachowanie jego osobowości która mogła zostać zniszczona w wyniku uszkodzeń mózgu jakich doznał w wypadku. Opowieść Mindy jest niezwykle szczera i pokazuje nam co się dzieje z człowiekiem który przeżył tak straszne wydarzenia i co wtedy dzieje się z jego najbliższymi. Jak nierówna jest walka z chorobą i ciężki powrót do zdrowia i normalnego życia. Pobyt w szpitalach, ograniczone kontakty z córkami, długa rehabilitacja.

            Pod koniec do głosu wraca również Hammond który opisuje czas rehabilitacji swoimi oczami i opowieść prowadzona jest na dwa głosy co dodatkowo wzmacnia przedstawiany obraz i pokazuje niesamowitą więź jaka łączy tą parę.

            Książka napisana jest bardzo fajnym językiem i naprawdę mocno rozbudza emocje. Sam byłem naprawdę pod wielkim wrażeniem, ile uczuć i emocji może wywołać książka która w sumie miała być czytadłem od faceta dla facetów. Jak już do niej zasiadłem to ciężko było się oderwać. Ze spokojem serca mogę polecić ją właściwie każdemu. Od razu jednak ostrzegam tych z was którzy mają miękkie serca - przygotujcie sobie chusteczki na opowieść Mindy. Mogą wam się przydać a nie będziecie chcieli przerywać lektury.

środa, 7 listopada 2012

#222



Kiedy zamknęłam książkę „Alibi na szczęście” czułam maleńki niedosyt. Kilka spraw nie zostało wyjaśnionych. Na półce czekała już kontynuacja debiutu Anny Ficner-Ogonowskiej „Krok do szczęścia”. Jednak za tę powieść nie zabrałam się od razu. Musiała chwilkę poczekać. Wiedziałam jednak, że nie może czekać długo, bo wkrótce zapomnę co działo się w „Alibi…” Tak więc w końcu przyszedł moment, kiedy usiadłam w ulubionym fotelu i zabrałam się za lekturę dalszych losów Hani, Dominiki oraz ich najbliższych.

Ślub Dominiki zbliża się nieubłaganie  Niestety Hania, zamiast cieszyć się szczęściem siostry, coraz bardziej zaczyna zatracać się we wspomnieniach. Nie są one jednak pozytywne. Tkwią w niej niczym drzazga pod skórą. Nie potrafi sobie z nimi poradzić. Wie, że powinna o tym wszystkim co wydarzyło się w przeszłości zapomnieć i żyć dalej. Jednak nie jest to takie proste jakby się wydawało. Dominika stara się by Hania wreszcie zmierzyła się z przeszłością. Mikołaj coraz bardziej stara się zbliżyć do dziewczyny. Nie chce już czekać, chce wziąć sprawy w swoje ręce. Jednak Hanka znów otacza się swoim murem. Dodatkowo na jaw wychodzi skrzętnie ukrywana rodzinna tajemnica, która jeszcze bardziej komplikuje i tak już zagmatwane życie Hani.

No cóż, przyznaję, że druga część historii Hani, Mikołaja i Dominiki jest jakby bardziej dynamiczna. Jest tutaj więcej wątków, odkrywanych tajemnic. Znów mamy życiowe zmagania głównej bohaterki ze swoją przeszłością. Nadal jest ból po utracie najbliższych osób. Jednak jest także nadzieja na nowsze i trochę lepsze i szczęśliwsze życie. Tylko czy Hania potrafi się na to szczęście znów otworzyć?

Nie wiem dlaczego ale bardzo wkurzała mnie główna bohaterka. Hanka nie potrafiła żyć bez umartwiania się, wychodzi na to, że straszna z niej masochistka. Zastanawiam się dlaczego Autorka zrobiła z niej taką męczennicę? Dlaczego nie pozwoliła jej definitywnie rozliczyć się z przeszłością? Raz a dobrze. I kiedy teraz o tym myślę dochodzę do wniosku, że dość często rozpamiętujemy to co wydarzyło się dawno temu. Hodujemy w sobie wspomnienia, które są w nas głęboko zakorzenione. Czasem nie chcemy się ich pozbyć, by o nich stale pamiętać. Wydaje mi się jednak, że to co było kiedyś powinno zostać w przeszłości, natomiast powinniśmy żyć teraźniejszością i spoglądać w przyszłość a nie w przeszłość. Bo to co było już nie wróci.

Zakończenie książki oraz nie wytłumaczone wszystkim tajemnice sugerują kolejną część. W sumie nie miałabym nic przeciwko temu by poznać dalsze losy Mikołaja i Hani. Mam tylko nadzieję, że Hanka pójdzie po rozum do głowy i weźmie się w garść. No i przede wszystkim przestanie użalać się nad sobą.

„Krok do szczęścia” to ciepła opowieść o tym, że nawet największy pesymista w końcu wyjdzie ze swojej czarnej norki. To także dowód na to, że przyjaciele są w naszym życiu ważnym ogniwem, że zawsze chcą dla nas jak najlepiej. Nawet wtedy kiedy musimy pokonać demony przeszłości. To również historia miłości cierpliwej. Polecam.   

sobota, 20 października 2012

#219


Wszędzie ostatnio głośno o debiutującej autorce Annie Ficner – Ogonowskiej oraz o Jej debiutanckiej powieści „Alibi na szczęście“. Przyznaję, że książkę zakupiłam w momencie, gdy pojawiła się w księgarniach. Jednak wolałam spokojnie poczekać aż minie wielki szał i samej przekonać się czy wszystkie „Ochy i achy“ są zasłużone.

Główną bohaterką powieści jest Hania. Poznajemy ją w momencie swojego urlopu nad morzem. Spędza go u swojej dobrej znajomej Pani Irenki. Hania nad morze przyjeżdża od lat, jest to miejsce, w którym może spokojnie pomyśleć i się wyciszyć. Na co dzień jest nauczycielką języka polskiego w jednym z warszawskich liceów. Przyjaźni się z Dominiką, dziewczyną z temperamentem i to, co w głowie to na języku. Gdyby nie Dominika, jej przyjaciółka i prawie siostra, Hania dawno popadłaby w depresję. Pewnego dnia w życiu Hani pojawia się przystojny architekt Mikołaj. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie przeszłość Hanki, która nie pozwala dziewczynie otworzyć się na miłość. Mikołaj się nie poddaje i chce zbliżyć się do dziewczyny. Czy mu to się uda? Czy Hania w końcu pozbędzie się swojego alibi do szczęścia? Czy w końcu miłość wygra ze strachem a Mikołaj wykaże się anielską cierpliwością przy „zdobywaniu“ Hani?

Sceptycznie podchodziłam do tej powieści. Ale to pewnie przez te wszystkie zachwyty i raczej pozytywne recenzje, znajdywane w internecie. Bo przecież skoro same pozytywy to pewnie jest tutaj „pies pogrzebany“. I co? I nie ma. Faktycznie książka zachwyca. Jest to jak dla mnie bardzo udany debiut. No dobra, czasem główna bohaterka doprowadzała mnie do białej gorączki. Miałam wielką ochotę nią wstrząsnąć i powiedzieć żeby wzięła się w garść i zaczęła żyć. Bo jak tak dalej pójdzie, życie jej przecieknie między palcami. Podziwiałam Mikołaja za jego upór. Za to, że nie poddawał się i chciał za wszelką cenę zniszczyć mur, którym otoczyła się Hania.

Trzeba zwrócić jeszcze uwagę na bohaterów drugoplanowych. Trzeba przyznać, że bez nich historia byłaby mało barwna. Najbardziej przypadła mi do gustu Zuzia, wnuczka Pani Irenki. Takie żywe dziecko to skarb. Nie można jeszcze zapomnieć o Dominice. Ta dziewczyna to istny żywioł i dzięki swojemu temperamentowi i niewyparzonemu językowi nadaje powieści lekkiego smaczku. No i nie możemy zapomnieć, że wspiera i wyciąga z dołka główną bohaterkę. Taka przyjaciółka to skarb.

Mimo swojej objętości, książkę czyta się dość sprawnie. Wciąga od pierwszych stron. Od samego początku jesteśmy ciekawi, jaką to tragiczną przeszłość ukrywa przed Mikołajem, Hania. Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że nie może otworzyć się na miłość i uczucie? Książka pokazuje, że w naszym życiu miłość jest najważniejsza, że ona nadaje mu sens. Mimo iż przeżyliśmy tragedię trzeba żyć dalej, bo życie jest za krótkie na rozpamiętywanie przeszłości. Polecam!



wtorek, 7 lutego 2012

#169

Droga Espi!
Kiedy temperatura za oknem spada poniżej zera ma się ochotę wybrać gdzieś, gdzie jest ciepło. Gdzie zawsze świeci słońce, gdzie woda ma odpowiednią temperaturę i gdzie można godzinami wylegiwać się na słońcu. Gdy nie stać nas na wakacje w tropikach pozostają książki. I tak właśnie było w przypadku książki „Spadkobiercy” Kaui Hart Hemmings.

Kim jest autorka? Jak napisali na stronie Wydawnictwa ZNAK: „Młoda pisarka z Hawajów Spadkobiercami podbiła serca krytyki i czytelników. „San Francisco Chronicle" uznała ją za jedną z najlepszych książek roku, czytelniczki amerykańskiej edycji „Elle" doceniły swoją nagrodą, a w prywatnym rankingu najlepszych rzeczy roku Sofia Coppola umieściła Spadkobierców na pierwszym miejscu.” Chcesz wiedzieć co o niej myślę?

Matt King jest ojcem dwóch córek: starszej Alex i młodszej Scottie. Oprócz tego jest spadkobiercą wielkiej fortuny na Hawajach. Niestety nie wszystko jest takie jakie być powinno. Żona Matt’a Joanie uległa wypadkowi i leży w szpitalu w śpiączce. Jest sztucznie podtrzymywana przy życiu. Nie jest to jednak jedyny problem głównego bohatera. Oprócz tego najstarsza córka przechodzi okres buntu, a młodsza wdaje się całkowicie w tą starszą, sprawiając więcej problemów. W międzyczasie skrywane tajemnice wyjdą na jaw. Matt dowie się, że jego żona miała romans. Będzie próbował skontaktować się z kochankiem Joanie, by ten mógł się z nią pożegnać. Dodatkowo żona ustanowiła wytyczne, żeby nie podtrzymywać jej przy życiu w razie wypadku. Tak więc pożegnanie z ukochaną żoną i matką jest nieuniknione. Czy Mattowi uda się poskładać swoje życie na nowo? Czy samotne wychowanie córek to łatwa sprawa? Jak stanąć twarzą w twarz z kochankiem żony i nie przywalić mu prawym sierpowym?

Kiedy dotarłam do ostatniej strony czułam się… dziwnie. Tak to właściwe słowo. Od początku dajemy się porwać opowieści o problemach Matt’a z dorastającymi córkami oraz żoną która jest w permanentnej śpiączce. Mimo iż akcja powieści dzieje się na Hawajach, życie głównych bohaterów nie jest takie kolorowe jak rafa w oceanie. Nie jest pełne drinków wypijanych przy hotelowym barze, nie jest podobne do surfowania bladym świtem w oceanie. Jest brutalnie prawdziwe i realistycznie przedstawione. Nie znajdziesz tutaj pięknie opalonych mężczyzn którzy grają w siatkówkę plażową. Znajdziesz tutaj mężczyznę który musi nauczyć się wychowywać córki, postanowić co zrobić przypadającą im schedą oraz stanąć twarzą w twarz z kochankiem swojej umierającej żony. Wierz mi to wcale nie jest takie łatwe.

Przyznaję, że książkę czyta się dosyć szybko. Opowiadana historia wciąga od pierwszych stron. Nie potrafimy się oderwać. Razem z Matt’em przeżywamy całą tragedię i to wszystko co go spotyka w codziennym życiu. Ta powieść nie należy do lekkich łatwych i przyjemnych. Jednak sprawia, że nie da się o niej tak łatwo zapomnieć.

Na podstawie powieści Alexander Payne nakręcił film z Georgem Clooneyem w roli głównej. Film już zdobył dwa Złote Globy a teraz walczy o pięć Oskarów. Wiesz jestem bardzo ciekawa jak Clooney wcielił się w postać Matt’a. Czy poradził sobie z tą rolą? Tylko zastanawia mnie dlaczego ktoś w opisie filmu wpisał: dramat, komedia. Przecież z komedią to nie ma nic wspólnego.

Pozdrawiam
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu ZNAK

środa, 21 grudnia 2011

#154

Droga Tachykardio!

Powiedz mi jak to jest z obietnicami? Czy zdarza Ci się obiecać coś a potem nie dotrzymać słowa? Wiem, że tak niestety bywa w naszym życiu że… mimo wszystko nie udaje nam się dotrzymywać złożonych obietnic. Mimo iż bardzo byśmy tego chcieli. Bo przecież los weryfikuje nasze plany. I rzadko bywa tak jakbyśmy tego chcieli. Dzisiaj opowiem Ci o książce którą właśnie skończyłam czytać.

„Obiecaj mi” Richard’a Paul’a Evans’a to bardzo wyjątkowa książka. Z Autorem spotykam się już po raz drugi i wiem, że nie ostatni. Niedawno czytałam jego książkę „Kolory tamtego lata” i się zachwyciłam. Ale wiem, już o tamtej opowiadałam. Zdania nie zmieniłam i nadal twierdzę, że o miłości najpiękniej potrafią pisać mężczyźni. Ale czekaj, bo ja znów odbiegam od tematu i jak zwykle mój list będzie nieskładny. „Obiecaj mi” to najnowsza powieść autora. Powiem krótko: musisz ją przeczytać.

Beth, główną bohaterkę poznajemy w momencie przygotowań do świątecznej kolacji w 2008 roku. Zanim zejdzie na uroczysty posiłek, sięga do szafy i wyciąga z niej szkatułkę. Przechowuje w niej dwa piękne wisiorki, które otrzymała od kochających ją mężczyzn. Od mężczyzn którzy złożyli obietnicę. Pierwszy z nich otrzymała od mężczyzny który złamał złożoną obietnicę, drugi od tego który jej dotrzymał. Skomplikowane? Słuchaj dalej. Przeglądając szkatułkę przenosimy się wraz z główną bohaterką do roku 1989 i wraz z nią wspominamy to co się od tamtego czasu wydarzyło. Był to trudny rok. Życie które było misternie ułożone, zaczęło się sypać. Mąż złamał obietnicę którą złożył podczas przysięgi małżeńskiej. Nie jest to jednak koniec zmartwień. Otóż okazuje się, że ukochana córeczka Charlotte cierpi na chorobę której nie potrafią zdiagnozować lekarze. Żeby było mało pojawiają się problemy w pracy a niewierny mąż umiera na raka. Kiedy Beth myśli, że życie nie ma sensu, że nie może ufać już mężczyznom, na jej drodze staje Mathew, który przywraca jej wiarę w sens istnienia. Ale tak do końca nie jest tym za kogo się podaje. Czy Beth będzie w stanie mu całkowicie zaufać? Czy po poznaniu historii Mathew jej życie zmieni się? O tym musisz przekonać się już sama.

Jak zwykle czytając Evans’a zatraciłam się w historii przez niego opowiedzianej. Świat zewnętrzny przestał istnieć. Książka wciąga od pierwszych stron i nie wypuszcza aż do końca. Tym razem akcja dzieje się w Utah, jednak są akcenty europejskie. Mathew jest Włochem i wraz z Beth oraz Charlotte odwiedza swe rodzinne miasto Anacapri. Książka jest przepełniona skrajnymi emocjami: jest miłość, jest ból, jest tęsknota, nadzieja, zwątpienie. Kiedy czytałam historię Beth, zastanawiałam się dlaczego Autor tak bardzo namieszał w jej życiu i wystawił na ciężką próbę? I doszłam do wniosku, że z nami jest dokładnie tak samo. Kiedy myślimy, że już jest dobrze, podcina się nam skrzydła. A ktoś kto obiecywał nas kochać, nie dotrzymuje obietnicy.

Książka nie jest typowym romansem. Jest w niej trochę magii. Jestem pewna, że podczas czytania nie raz zakręci Ci się w oku łza. Tak jak mnie. I mam nadzieję, że podobnie jak ja będziesz kibicować Beth, żeby w końcu była szczęśliwa. Bo przecież wszyscy na to zasługujemy.

Pozdrawiam Cię bardzo cieplutko w to zimowe popołudnie
Archer

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa ZNAK Literanova.