Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 kwietnia 2014

#298




Gdybyś miał możliwość cofnięcia się w czasie czy zmieniłbyś coś w swoim życiu? A może chciałbyś coś naprawić? Ale nie zapominaj, że wszystko co zrobisz ma swoje następstwa. Wszystko co zrobisz będzie mieć wpływ na twoją przyszłość, i nie tylko twoją. Więc jak? Czy zaryzykowałbyś wiedząc, że coś może pójść „nie tak” i dalsze życie może się całkowicie odmienić?

Taką szansę otrzymuje główny bohater powieści Guillaume Musso „Będziesz tam?”. Elliot Cooper jest znanym i cenionym chirurgiem. Zmaga się ze śmiertelną chorobą – rakiem płuc. Jego największym pragnieniem i marzeniem jest znów ujrzeć swoją ukochaną Ilenę, która zmarła tragicznie przed trzydziestoma laty. Pewnego dnia, będąc na misji gdzieś w dżungli, dostaje od szamana dziesięć tajemniczych pigułek. Dzięki nim ma możliwość przenoszenia się w czasie. Zażywa jedną z nich i trafia do roku w którym miał trzydzieści lat. Czy uda mu się dogadać, ze swoim młodszym ja? Czy uratuje Ilenę, swoją ukochaną przed śmiercią? Czy zmieni bieg swojego życia?

Musso ma to do siebie, że… nie nudzi. Jego książki czyta się z zapartym tchem i nigdy nie ma się ich dość. Kiedy odkłada się jedną od razu sięga się po następną, i następną. Wpada się w ciąg. Ja też wpadłam i zaraziłam nim innych.

„Będziesz tam?” to powieść z pogranicza fantastyki i realnego świata. Bo czy my sami nie chcielibyśmy zmienić czegoś w naszej przeszłości na lepsze?

Tym razem Musso sprawił, że zatrzymałam się na chwilę i spojrzałam na swoje życie z dystansu. Zaczęłam się zastanawiać nad tym co bym zmieniła, gdybym miała taką możliwość, i czy byłabym w tym miejscu w którym jestem teraz, gdybym zmieniła jedną małą rzecz w przeszłości. Jedno jest pewne: zmiana to reakcja łańcuchowa.

I nawet drobna zmiana jednego wydarzenia, pójście w inną stronę czy też „spacer inną drogą” , może sprawić, że całe nasze życie się zmieni. Zmieni się cały nasz świat. Bo nagle może się okazać, że nigdy nie spotkamy tych ludzi, którzy towarzyszą nam w dzisiejszym życiu. Ingerencja w przeszłość, zmieni naszą teraźniejszość i zaważy na naszej przyszłości.

„Będziesz tam?” to piękna historia o miłości, o poświęceniu swojego życia by ratować ukochaną osobę, choćby za cenę zmiany biegu historii. To także opowieść o przyjaźni i lojalności wobec nich. Polecam!!!

czwartek, 31 stycznia 2013

#233



Droga Tachykardio!

Kiedy za oknem pogoda nie sprzyja podróżom, kiedy nie mamy ochoty na spacery po parku, powinniśmy zasiąść w swoim ulubionym fotelu i oddać się lekturze książki. Najlepiej takiej, która całkowicie oderwie nas od rzeczywistości. Która sprawi, że chociaż na chwilę uciekniemy wraz z bohaterami w ich świat. Tak właśnie było gdy czytałam powieść Agnieszki Krawczyk „Magiczne miejsce” .

Wraz z Witoldem Mossakowskim przenosimy się do maleńkiej i malowniczej wioski o wdzięcznej nazwie Ida (nie wiem dlaczego, ale skojarzyła mi się ona z tytułem książki M. Musierowicz „Ida Sierpniowa”, muszę zapytać Autorki czy było to zamierzone). Witold kupuje tam zrujnowany pałac. Bo przecież „z wiekiem spada zapotrzebowanie na zysk, a rośnie na święty spokój. (jak się potem okazało to cytat z ulubionego filmu Autorki). Postanawia go wyremontować. Zaprzyjaźnia się z panią sołtys Milą, ekscentrycznymi nauczycielami Wojtkiem i Albertem, a także z właścicielką dworku. Odkrywa, że mieszkanie w takim miejscu ma swój urok. Postanawia na stałe przenieść się do Idy, a także założyć własny biznes.

Agnieszka napisała książkę pełną ciepła, humoru, miłości, marzeń i o dążeniu do celu. Dodatkowo każda strona przepełniona jest zapachem perfum, które wytwarzała w swoim domku Tekla. A także śmiechem dzieci oglądających niebo przez teleskop, na wieży domu Mili. Autorka w swojej powieści pokazała, że każdy z nas powinien mieć swoje miejsce na ziemi. Miejsce w którym będziemy mogli zapuścić korzenie na starość. Główny bohater właśnie po wielu latach podróży, w końcu postanawia znaleźć swoje miejsce. Przenosi się z głośnej Warszawy do Idy, miasteczka na końcu Polski.

Najbardziej przypadło mi do gustu to, że mieszkańcy tej małej mieściny na końcu Polski nałogowo czytali książki. I to nie byle jakie. Dzieciaki były zachwycone serią książek o Harrym Potterze. Do tego stopnia, że doszukiwały się w Witoldzie podobieństw ze znanym czarodziejem. Oprócz tego, starsi bohaterowie lubowali się w książkach przygodowych, marynistycznych oraz w klasyce a konkretniej w „Moby Dick”. Dodatkowo Autorka nawiązywała do filmów z lat 80-tych między innymi kultowego „Miś” czy „Vabank”.
Na okładce książki widnieje informacja od Agnieszki: „Bardzo chciałam, żeby książka budziła pozytywne emocje, była ciepła i krzepiła jak cukier.” Myślę, że udało się to Autorce bez dwóch zdań.

Tachykardio, wiem, że lubisz książki z poczuciem humoru, z tajemnicą a także z pięknymi miejscami. Wiem także, że marzysz i wiesz, że te marzenia się spełnią. Jeśli znajdziesz czas koniecznie przeczytaj „Magiczne miejsce”, nie zawiedziesz się. Polecam!

Pozdrawiam serdecznie
Archer

sobota, 19 stycznia 2013

#231


Są książki, po które sięgamy z wielką przyjemnością. Są książki, które sprawiają, że odrywamy się od codzienności, zatapiamy się w świecie bohaterów. Wraz z nimi dokonujemy wyborów, towarzyszymy im w codziennych obowiązkach, śmiejemy się, rozpaczamy. Jednym słowem bohaterowie książek są naszymi przyjaciółmi. Są też książki, które sprawiają, że każdą kolejną stronę przewracamy z wielkim uśmiechem na twarzy. Do takich książek należą na pewno książki Katarzyny Michalak, Tej Michalak lub jak to sama Autorka mówi KejtEm. Na pewno do tych optymistycznych, pełnych humoru, ciętych ripost głównej bohaterki zaliczyć mogę książkę „Powrót do Poziomki”, dalsze losy Ewy, Julki, Witka, Andrzeja i reszty.

W Poziomce życie płynie spokojnym trybem, nic nie zapowiada nadchodzących zmian. Ewa po urlopie macierzyńskim, kiedy odchowała już Julijkę, postanawia wrócić do pracy. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że ktoś musi zaopiekować się dzieckiem podczas jej nieobecności. Mógłby to zrobić Witold, jednak ten informuje żonę, że jego projekt wygrał w konkursie i planuje wyjazd do Korei. Nie na tydzień lecz na kilka tygodni. Ewcia wpada w popłoch i koniecznie chce wyjechać razem z nim. No bo jak to, tam gdzie mąż tam i żona. Niestety przygotowania do wyjazdu Ewy nie kończą się szczęśliwie i do Korei leci sam Witold. Jednak na samej Korei jego wyjazd się nie kończy. W rzadkich e-mailach do żony informuje ją, że postanowił przedłużyć pobyt na Wschodzie i wybiera się do Indii, potem Chin a na końcu Japonii. No ale jak to tak? Sam? Bez żony, córki? Przecież ma obowiązki, nie jest wolnym strzelcem, że leci gdzie chce. Karolina trafia do szpitala, gdzie rodzi dwóch chłopców. Andrzej niestety wpada w tarapaty z których może nie wyjść obronną ręką. Ewa zatrudnia nianię do opieki na Julijką i… Tyle, więcej szczegółów nie zdradzę.

Przyznaję, że za każdym razem kiedy zaczynam czytać książki Kasi Michalak zatracam się w jej świat. Wszystko pozostałe przestaje istnieć. Bo Kasia ma w sobie taki talent, że kiedy zaczynamy czytać jesteśmy ciekawi co będzie dalej. Buduje napięcie przez szybkie zwroty akcji: chociażby postrzelona Ewa gdy ratują Binga z opresji, albo historia z porzuconą torbą na lotnisku. Przy książkach Tej Michalak nie można się nudzić. Język którym jest napisana książka zalicza się do prostych, przygody głównych bohaterów, czasem wydają się nieprawdopodobne, a tarapaty w jakie wpada Ewa sprawiają, że salwy śmiechu murowane. Chociaż, w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać co Autorka jeszcze szykuje, bo nieźle wystawiła na próbę uczucie łączące Ewę z Witoldem. Aż takich zwrotów akcji nie oczekiwałam.

Z wielką przyjemnością wróciłam do Poziomki, do jej mieszkańców, czworonogów. Można powiedzieć, że poczułam się jakbym wróciła po długiej podróży do domu. Do domu, który pachnie ciastem drożdżowym i w którym słychać gaworzenie małej Julki, a po podwórku biega Gapa wraz z Kłapouszką.

„Powrót do Poziomki” spodoba się wszystkim, którzy szukają książki z wartką akcją oraz tych którzy potrzebują dużej dawki optymizmu. Moim zdaniem książki Katarzyny Michalak powinni przepisywać jako poprawiacze humoru w trybie natychmiastowym. Bo książki Kasi takie właśnie są. Cieszę się, że będzie ich więcej. Polecam!

sobota, 14 maja 2011

#085

Droga Viconio!

Czy kiedy byłaś małą dziewczynką, chciałaś być bardziej księżniczką czy czarnownicą że wiedźmą? Bo ja nie mogę sobie przypomnieć tego faktu za żadne skarby świata. Jednak teraz gdy się nad tym zastanawiam to dochodzę do wniosku, że księżniczką to za cholerę być nie chcę, od razu wiedźmą bądź czarownicą. Bo życie takiej księżniczki to musi być cholernie nudne. A wiedźmy to już nie. Bo tu kogoś zaczaruje, tam rzuci urok. Wiesz taka to ma respekt wśród ludzi. To co masz ochotę posłuchać o książce którą chcę Ci polecić? W takim razie...

O książce „wiedźma.com.pl” Ewy Białołęckiej pierwszy raz przeczytałam na blogu Tajemnicy około miesiąca temu. Przyznam się szczerze, że treść mnie zaintrygowała. Będąc przypadkiem w bibliotece natrafiłam na tę pozycję. Bez wahania zabrałam ją do domu. Niestety nie zaczęłam jej czytać zaraz po przybyciu, tylko odleżała swoje na półce. Jak wiadomo bywają inne książkowe priorytety. W końcu przyszedł jej czas. I... No właśnie. Na okładce widnieje nalepka sci-fi. Ale że niby fantastyka? No dobra, jeśli duchy do tego zaliczamy to owszem jak najbardziej to ten dział literatury. Odbiegam od tematu? Czekaj, moment. Nie mogę od razu wyłożyć kawę na ławę bo za szybko bym skończyła. Ale w porządku już mówię o czym powieść. Bohaterką powieści jest Reszka to znaczy Krystyna Szyft. Jest redaktorką i pracuje głównie w domu. Ma sześcioletniego syna Jeremiego i mieszka wraz z rodzicami w małym mieszkanku. Pewnego dnia otrzymuje list z informacją, że niejaka Katarzyna Szyft – cioteczna babka – pozostawiła jej w spadku dom. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt iż wioska (albo też mała mieścina) nie znajduje się na żadnej mapie, ba... nawet „guglarka” nie jest w stanie jej znaleźć. Czyli co? Wioska znajduje się tam gdzie diabeł mówi dobranoc? W pewnym sensie. W końcu udaje się Reszce odnaleźć Czcinkę oraz dom. Kiedy przybywa na miejsce okazuje się, że... w domu mieszka duch ciotecznej babki, a sama Krystyna widzi i rozmawia z duchami. Co się działo w Czcince, z jakimi duchami rozmawiała Reszka oraz dlaczego uważana była za wiedźmę, musisz się przekonać osobiście czytając powieść.

Cała powieść jest napisana z jajem. Autorka nie używa poważnego tonu. Przez większą część książki parskałam śmiechem pod nosem. Wiesz, kiedy robię to we własnym pokoju to jest ok, ale w pociągu w drodze do Strzelec Opolskich nie jest to aż takie dobre. No nie oszukujmy się wzbudzałam sensację. Współpasażerowie patrzyli na mnie jak na wariatkę. No ale to nie moja wina, że książka jest zabawna. No i co z tego, że o duchach? Przecież duchy też mogą mieć poczucie humoru, prawda?

Książka jest bardzo wciągająca. Nim się obejrzałam byłam już w połowie. Kiedy odkładałam ją na półkę żeby zająć się czymś innym (sprzątanie, gotowanie itd.) to moje myśli biegły w stronę przygód w Czcince. Cały czas zastanawiałam się co będzie dalej. Kiedy w końcu dopadałam książkę czytałam ją z zapartym tchem. Szkoda, że kiedy wciągnęła mnie na dobre musiała się skończyć :( No ale jak wiadomo wszystko co dobre kiedyś się kończy. Mam ogromną nadzieję, że uda się Pani Ewie napisać dalsze losy Reszki. Tęskno mi za mieszkańcami Czcinki i duchami. Bo książka mimo iż o duchach jest jak najbardziej życiowa. Przecież jak wiadomo niektórzy mają kontakt z duchami i to nie tylko tymi wywoływanymi na pseudo seansach spirytystycznych. Czyż nie?

Pozdrawiam serdecznie
Archer

wtorek, 10 maja 2011

#082

Droga Leno!

Powiedz mi jak to jest u Ciebie z gotowaniem oraz z książkami które o tym gotowaniu mówią? Gotujesz coś czasem czy bardziej wolisz jak gotuje ktoś? Ja przyznaję się bez bicia, że od czasu do czasu coś dobrego przyrządzę. Jeśli zaś chodzi o książki w których mowa jest o gotowaniu to uwielbiam, gdyż wiem, że zawsze znajdzie się tam jakieś danie które przyrządzę. Niestety takie książki mają jeden mankament: podczas czytania zawsze robię się głodna i najchętniej wymiotłabym całą lodówkę. Dlatego takie książki staram się czytać rzadko by nie przytyć. Opowiem Ci o książce która jest o gotowaniu, o miłości, o wyborach oraz o wielkiej przyjaźni.

"Miłość z bazylią w tle" Niki Jabłonowskiej trafiła do mnie od Espi. Ona sama ją przeczytała dawno temu i podrzuciła mi ją do przeczytania. To chyba pierwsza książka którą ja mam od niej a nie na odwrót. Główną bohaterką jest Lilianna, która po rozstaniu z facetem postanawia zmienić swoje życie. Zwalnia się z pracy, zapożycza pieniądze u przyjaciółki i wyjeżdża na roczny kurs gotowania do Włoch. Przyjeżdża do małej miejscowości i tam rozpoczyna kurs - pracę w małej kameralnej restauracyjce. Tam też poznaje i zaprzyjaźnia się z szefem Antonio i kelnerami Luciana oraz Nanny. Nie wie jednak, że przyjazd do Włoch sprawi iż znajdzie miłość, prawdziwą przyjaźń oraz wsparcie zupełnie obcych osób. Bo czyż to nie jest wspaniałe uczucie gdy ktoś kto jest zupełnie dla nas obcy pomaga nam bezinteresownie?

Powiem Ci, że książka pochłonęła mnie do reszty. Nie potrafiłam się od niej oderwać. Jak nigdy udało mi się ją połknąć w jeden dzień. Przyznaję, że robiłam do niej dwa podejścia. Za pierwszym razem przeczytałam 20 stron. Potem ją odłożyłam bo trafiły się tzw. priorytety. Dopiero podejście drugie sprawiło, że dotrwałam do końca. Nie, wcale nie żałuję, że zaczęłam drugi raz. Książka jest naprawdę interesująca. Pełna jest miłości i zapachów panujących w kuchni. Szkoda tylko, że nie znalazły się w niej wszystkie przepisy na dania. Dlaczego? Bo z miłą chęcią przygotowałabym potrawy które gotował Tony właściciel restauracji. No dobrze, jest kilka przepisów na końcu, jednak jak dla mnie za mało. Ale nie powiem, niebawem pewnie przygotuję pyszne pesto które tak bardzo smakowało Lili. Książka nie tylko o gotowaniu czy też o jedzeniu ale także o miłości która potrafi pokonać bariery językowe. O miłości, która czasem bywa na wyciągnięcie ręki.

Polecam Ci tę książkę ze szczerego serca. Tylko nie czytaj jej na głodzie bo w trymiga wymieciesz całą lodówkę. Lepiej czytaj ją z pełnym brzuchem.

Pozdrawiam
Archer

wtorek, 5 kwietnia 2011

#069

Droga Espi!

Znasz taką autorkę jak Monika Szwaja prawda? Wyobraź sobie, że powstała cała seria książek "Monika Szwaja poleca!" Są to książki stricte rozrywkowe - jak czytam na stronie Wydawnictwa SOL. No i muszę się z wydawnictwem zgodzić w stu procentach. Faktycznie książka jest zabawna, napisana lekkim i łatwym językiem. A przede wszystkim jest jak najbardziej realna.

No dobrze, to teraz kilka słów o autorce a potem opowiem o czym książka i czy warto ją przeczytać? Czy taka kolejność Cię moja Droga satysfakcjonuje?

Otóż Pani Magdalena Witkiewicz "pokochała książki gdy jeszcze ssała smoczek" - takie zdanie widnieje na okładce książki. Już sam ten tekst może świadczyć o tym, że ma na swoim koncie mnóstwo przeczytanych pozycji. Oprócz tego jest mamą Lilianki oraz Mateuszka. Na co dzień prowadzi firmę marketingową "Efekt motyla" (muszę przyznać, że nazwa całkiem niezła)

A teraz o książce. Otóż "Milaczek" jest pierwszą książką z serii "Monika Szwaja poleca". Tytułowy Milaczek to dwudziestoszcześcioletnia Milena. Dziewczyna odkąd sięga pamięcią narzekała na swoją wagę a co za tym idzie wiecznie się odchudzała z różnym skutkiem. Milena pracuje jako analityk w międzynarodowej firmie. Muszę przyznać, że Jej szef Wacław to potrafił mnie doprowadzić do śmiechu, w sumie podobnie jak bohaterka. Oprócz niej poznajemy: Zofię Kruk, która jest ciocią Mileny. Zosia - jak zdrobniale nazywa ją Bachor - jest wdową, no dobrze bardzo bogatą wdową. No i jest jeszcze wspomniany Bachor - czyli Zuza, której pomysły były nie z tego świata. Czytając perypetie Zuzi nie sposób było się nie uśmiechnąć. No i zapomniałam jeszcze o Mariuszu - dentyście.

A wracając do Milenki. Otóż usilnie szuka męża. W sukurs przychodzi jej ukochana Ciocia Zosia która postanawia umówić ją w ciemno z Dentystą. Od razu obydwoje przypadają sobie do gustu. No i jak to w każdej książce bywa, zaczynają się spotykać, jest pięknie i kolorowo... po czym... Stop! Więcej nie zdradzę, bo wtedy cała książka straci urok. A tego nie chcę w żadnym wypadku.

Książka naprawdę przypadła mi do gustu. Została napisana prostym językiem bez zbędnych ubarwień. Mogę śmiało stwierdzić, że taką Milenkę to można spotkać wszędzie. Jeśli powiem, że powieść jest optymistyczna - nie skłamię. Jest pełna poczucia humoru. Uśmiech nie schodził z mojej twarzy :) Lubię takie książki które sprawiają, że się rozluźniam i zapominam o całym bożym świecie. Przy dzisiejszym pędzie, optymistyczne książki są na wagę złota. "Milaczka" Magdaleny Witkiewicz powinno się przepisywać na receptę jako książka na poprawę humoru.

Pozdrawiam cieplutko
Archer


P.S.
Pamiętasz, w moim ostatnim liście do Ciebie wspominałam o wygranej kolejnej książki Włóczykijki. Właśnie do mnie dotarła. Przybyła prosto od Tajemnicy. A w środku była świąteczna kartka, tradycyjnie piękne zakładki (mam dylemat którą wybrać) oraz kawa (zastanawiam się skąd Tajemnica wiedziała, że z tą kawą Strong strzeli w dziesiątkę?) oraz coś na słodko. Oto zawartość paczuszki.
Tutaj piękne zakładki...
oraz autograf z pozdrowieniami od Autora:
P.S.2.
To powiem Ci jeszcze, że czekam na kolejną pozycję z akcji Włóczykijka, którą również wygrałam. Mam nadzieję, że niebawem do mnie dotrze.

piątek, 1 kwietnia 2011

#068

Droga Espi!

Jakiś czas temu przedstawiałam Ci fotorelację z przybycia do mnie książki "Sezon na cuda". Dzisiaj chciałabym przedstawić Ci kolejną fotorelację.
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak pięknego zakończenia dzisiejszego dnia. Cały dzień spędziłam w pracy. Po powrocie do domu czekała na mnie niespodzianka. Otóż przybyła dzisiaj do mnie kolejna pozycja z akcji Włóczykijka. Tym razem to książka Pani Magdaleny Zarębskiej "Życie teoretycznie". Pamiętam, że na blogu u Tajemnicy napisałam komentarz pod recenzją: "bardzo interesujący temat, jeśli uda mi się "dopaść" książkę to przeczytam". Tak więc Espi informuję Cię, że książkę "dopadłam" albo raczej Ona dopadła mnie, chociaż lepiej brzmi "przywłóczyła się" do mnie. Poniżej zdjęcia książeczki, zakładek które były dołączone oraz piękna dedykacja od Autorki.



A tutaj jeszcze zaprezentuję mój stosik biblioteczno - zakupowy:


P.S.
Powiem Ci jeszcze w sekrecie, że udało mi się wygrać książkę na blogu Leny i Tajemnicy a konkretniej „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia.” Marka Tomalika. Jak to dziewczyny napisały: zwycięzca w konkursie dostanie tę książkę poza kolejnością, bez względu na to, czy akurat ma jakąś włóczykijkę u siebie, czy nie.

Tak więc oprócz książki "Życie teoretyczne" do recenzji, niebawem dotrze do mnie „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia.” także do recenzji. Fantastyczny piątek :)

Pozdrawiam cieplutko
Archer

piątek, 18 marca 2011

#062

Droga Espi!

Kiedy masz problem, kiedy jest Ci cholernie źle, kiedy dzieje Ci się krzywda wtedy najlepiej jest mieć przy swoim boku kogoś kto może wspierać. Niekoniecznie to musi być rodzina to też mogą być przyjaciele, którzy staną murem za Tobą gdy będzie naprawdę źle. Jest tak prawda? Wtedy żadne zło nie jest nam straszne. A wraz z wspierającymi przyjaciółmi można przenosić góry. Zgodzisz sie ze mną, prawda? No dobra to tyle w ramach wstępu, przechodzę do konkretów.

Otóż, tak naprawdę to Pani Magdalenie Kordel dałam kredyt zaufania. Bo pierwsza Jej powieść "48 tygodni" nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia. Mogę śmiało stwierdzić, że nie przypadła mi do gustu, ot co. Dlatego mimo iż, wcześniej doczytałam, że "Uroczysko" to świetna książka i były same "ochy" i "achy" ja podchodziłam do niej z gigantycznym dystansem. I wiesz co? Po kilku stronach okazało się, że ten kredyt dał bardzo wysokie oprocentowanie.

„Uroczysko” to historia dosłownie jak z bajki, mimo iż nie zaczyna się kolorowo jak by mogło się wydawać. Otóż poznajemy Majkę – główną bohaterkę – która nagle dowiaduje się od męża, że... zostawia ją i ich córkę Marysię i odchodzi do innej kobiety, wyprowadza się z domu. Nie zaczyna się optymistycznie prawda? No cóż, jak to w życiu bywa nieszczęścia chodzą parami a bywa, że i stadami. Tak też jest i w tym przypadku. Dodatkowo niewierny mąż oznajmia, że... jest bankruktem. Mało? To jeszcze dorzucę informację, że aby wcześniej dostać kredyt zastawił dom w którym mieszkają. Oczywiście kredyt dostał bez zgody swojej żony. No i co w tym wypadku można zrobić? Dokładnie to samo co przychodzi do głowy Majce. Wsiąść w pociąg, pojechać w Sudety do domku po zmarłej ciotce i z żalu zapić problemy. Ale czy to tak na prawdę dobre rozwiązanie? Myślę, że nie bo po wytrzeźwieniu po pierwsze boli głowa a po durgie problemy nie znikną. Na szczęście na drodze Majki stają życzliwi ludzie. Chociaż nie wszyscy na pierwszy rzut oka tacy się wydają. Po krótkim pobycie w małej wiosce Malownicze Majka postanawia ściągnąć do siebie Marysię i zamieszkać właśnie w Sudetach. Ale czy to dobry pomysł? Czy jest to najlepsze rozwiązanie? Pewnie, że tak. Bo co ją w Warszawie trzyma? Nic. Tak więc pakuje swoje rzeczy, rzeczy Marysi i jedzie w Sudety. Tam w domu po ciotce postanawia rozpocząć nowe życie. Bez niewiernego męża i jego długów. A jak to w bajkach zawsze bywa jest i... książę. No dobra tu jest ich dokładnie trzech. Tylko, że tak naprawdę to Maja nie chce słyszeć nic o facetach. Ja się wcale jej nie dziwię. Kiedy zostawia nas ukochana osoba (albo kiedy rozstajemy się z ukochaną osobą) nie mamy ochoty na nowy związek.

Książka jest jak najbardziej optymistyczna. Jest napisana bardzo przystępnym językiem, a dowcipne dialogi i zdrabnianie imion – przede wszystkim weterynarza Czarka, Maja nazywa go „czarującym Czarusiem” bądź „podobno weterynarz” – sprawia, że książka jest bardzo przyjemna w odbiorze. No co? Nie czepiam się? No nie czepiam bo wyjątkowo nie mam czemu. Interesująca historia, sympatyczni bohaterowie czego chcieć wiecej? Rozlewu krwi? To nie ta bajka. Tutaj trzeba liczyć na urokliwe miejsca, sympatycznych bohaterów, interesujące historie a co najważniejsze na dużą dawkę humoru.

Tak, Kochana Espi, Pani Kordel tym razem nie zawiodła. Napisała świetną historyjkę, stworzyła dobrych bohaterów. Bo mimo iż jest to opowieść to tak naprawdę taka historia mogła przytrafić się każdemu z nas. Bo któżby nie chciał mieć pięknego domu w Sudetach. Za sąsiadkę mieć miejscową zielarkę, a za weterynarza podobno lekarza, indywidualistę w swojej klasie czy też przyjaciółkę która stoi zawsze za nami murem. A na końcu otworzyć uroczy pensjonat. Każdy by tak chciał. Bo przecież należy marzyć. Ktoś kiedyś powiedział, że powinniśmi marzyć o rzeczach wielkich, wtedy pozwoli nam to spełnić te najmniejsze. I ja się z tym zgadzam.

Pozdrawiam
Archer

P.S.
A teraz zabieram się za „Sezon na cuda” dalsze losy Majki. Książkę którą otrzymałam do przeczytania i recenzji z akcji „Włóczykijka”

poniedziałek, 14 marca 2011

#059

Droga Espi!

Jak dobrze wiesz jestem molem książkowym i uwielbiam czytać. Czytam prawie wszystko co wpadnie mi w ręce. Dość często czytam też coś co poleci mi ktoś ze znajomych. Tak też było w przypadku książki o której chcę Ci teraz opowiedzieć.

Na książkę „Ona i On – całkiem zwyczajna historia” natrafiłam kiedyś na blogu Tajemnicy. Spokojnie przeczytałam Jej recenzję i... wiedziałam, że pewnego dnia dopadnę książkę bo zapowiadała się całkiem nieźle. Będąc w bibliotece, na półce z nowościami stała sobie i czekała aż ktoś ją zgarnie do domu. Prawdę mówiąc nie chciałam już brać więcej powieści bo i tak stos biblioteczny rósł w zastraszającym tempie. Jednak w ostatniej chwili dorzuciłam ją do kolejki „do przeczytania”.

Autorami – tak dobrze widzisz, autorów jest konkretnie dwóch – tej książki są Urszula Jarosz oraz Jerzy Gracz. Pani Urszula na codzień jest psychologiem, implantologiem oraz korespondentką wydawanej w Niemczech gazety „Polregio” natomiast Pan Jerzy jest dziennikarzem, publicystą a także autorem książek literatury faktu. Razem stworzyli całkiem niezłą powieść. Zaskoczeniem był fakt, że tych dwoje dzieli 1600 kilometrów. Nieźle, nie uważasz?

Bohaterami książki są Kasia i Andrzej. Ona jest ambitnym fotografem, mamą dzięwiętnastolatka oraz wielką pasjonatką podróży. On jest scenarzystą, kochającym swoją pracę. Obydwoje cenią niezależność i wolność. Jednak jak wiadomo los bywa bardzo przewrotny i pewnego dnia stawia ich na swojej drodze. Na początku wydaje się, że ze spotkania nic nie wyniknie. A jak wiadomo nigdy nie jest tak jak my byśmy tego chcieli. Wiele niedomówień, podążanie za pasją, wolność ponad wszystko powoduje, że między Nimi jest ciągły ogień, podsycany co chwilę czymś nowym.

Całą historię Kasi i Andrzeja poznajemy z ich punktu widzenia. Muszę przyznać, że bardzo podobał mi się taki układ. Gdyż dobrze poznać różne aspekty życia a męskiego czy też damskiego punktu widzenia.

A wiesz, że „Życie musi być jak dobre piwo. Jasne, mocne i jak najmniej piany by nie szkodziło na wątrobę.”. No i dodatkowo Ci powiem, że „pękniętego dzbanka nie skleisz tak by nie było śladu.” Bo przecież tak naprawdę to zawsze w nas znajdą się takie rany czy też blizny, które dają o sobie znać. Sprawiają, że strach np.: przed zbudowaniem stabilnego związku nas przeraża i powoduje, że mamy ochotę uciec gdzie pieprz rośnie. To dzięki tej książce wiem, że nie można uciekać i należy brać się z problemami za bary. To dzięki Ich historii wiem, że jeśli są jakieś niedomówienia to należy je jak najprędzej wyjaśnić. Że to właśnie szczera rozmowa jest podstawą każdego związku. Bo pamiętaj, że czasem dumę trzeba schować do kieszeni, a przyzwyczajenia weryfikować.

W połowie książki miałam ochotę ją wyrzuć przez okno. Dobrze, że tego nie zrobiłam bo nie wiedziałabym jak się ona kończy – szczęśliwie czy też nie. Espi, ja byłam wściekła na Tajemnicę za to, że ją polecała. Normalnie miałam ochotę wsiąść w pociąg pojechać do Niej i wykrzyczeć, że ja też chcę takiego Andrzeja. Takiego faceta, który się troszczy, martwi i który potrafi w jednej minucie rzucić swoją pracę i przyjechać do ukochanej. Takiego faceta który ma swoje pasje i szanuje pasje swojej drugiej połowy – chociaż nie zawsze jest mu to na rękę.

Książkę polecam z czystym sumieniem kobietom w każdym wieku. Bo opowiada nie tylko piękną historię o miłości ale także o tym żeby nie rezygnować ze swoich marzeń. A poza tym jest napisana prostym językiem. A że napisana jest z punktu widzenia Kasi i Andrzeja sprawia ona wrażenie jakbyśmy się przysłuchiwali rozmowie dwóch osób.

Jak tylko dorwiesz ją w łapki, to przeczytaj koniecznie. Uwierz mi nie będziesz żałować.

Pozdrawiam
Archer

piątek, 11 marca 2011

#058

Droga Espi


Po książkę "Chichot losu" Hanki Lemańskiej sięgnęłam całkiem nie przypadkowo. Jakiś czas temu na jednym z portali internetowych wyczytałam informację, że jedna ze stacji telewizyjnych postanowiła nakręcić na jej podstawie serial. Pomyślałam sobie wtedy, że trzeba wpierw przeczytać książkę by porównać. W zeszłą sobotę pognałam do biblioteki. Na szczęście książka czekałam na mnie na półce.

Autorką "Chichotu losu" jest Hanka Lemańska - psycholog i trener. Uczyła studentów, pracowała z pacjentami oraz prowadziła szkolenia dla menadżerów z zakresu zarządzania.

Główną bohaterką jest Joanna - niezależna trzydziestoletnia singielka, która ponad wszystko ceni wolność, nie lubi dzieci oraz kotów. Jeden nocny telefon wywraca jej życie do góry nogami. Jej koleżanka Elżbieta - samotna matka wychowująca dwójkę dzieci - prosi Joannę o małą przysługę. Otóż chce by ta zaopiekowała się dwójką jej dzieci. Prawdę mówiąc nie jest to Joannie na rękę. Bo przecież za dziećmi nie przepada, a dzieci to jak wiadomo kłopot. W ostateczności się zgadza i... niestety Elżbieta ginie w wypadku samochodowym w drodze powrotnej do domu. Dzieci pozostają pod opieką Joanny, którą sumienie by gryzło gdyby dzieci znalazły się w domu dziecka. Początek wspólnej relacji między nimi to pasmo zawirowań i nieporozumień. Dopiero z czasem
wszystko zaczyna się powoli układać, chociaż nie do końca.

"Chichot losu" czyta się szybko bo jest napisana prostym, nieskomplikowanym językiem. Całą historię poznajemy z punktu widzenia Joanny. Muszę przyznać, że to całkiem niezłe posunięcie, gdyż dziewczyna dobrze sprawdza się w roli narratorki. Jej spotrzeżenia i uwagi są trafne, a język czasem wręcz ociekający sarkazmem co powoduje uśmiech na twarzy czytelnika. Książka ma tylko jeden mankament - kończy się dość niespodziewanie. Zakończenie sugeruje, że powinna być dalsza część. Niestety dalszych losów Joanny nie poznamy, gdyż autorka zmarła dwa lata po wydaniu powieści. Może gdzieś jest maszynopis drugiej części, może ktoś postanowi wydać.

Książkę polecam ze szczerego serca tym którzy chcą na chwilę odpocząć od ciągłego biegania. Chcą się zrelaksować i uśmiechnąć się całym sobą. No i koniecznie chcą się dowiedzieć jak pogodzić karierę zawodową w wielkiem korporacji z wychowywaniem dwójki zupełnie obcych dzieci. Dowiedzieć się także, że niektórzy mężczyźni są egoistami a inni są w stanie wiele poświęcić dla kobiety którą darzą uczuciem. Mam wielką nadzieję, że stacja która będzie emitować serial na podstawie książki nie zepsuje jej. Bo jak wiadomo telewizja nawet z największego książkowego bestsellera potrafi zrobić wielką kichę.

Pozdrawiam
Archer


P.S.
Właśnie obejrzałam pierwszy odcinek "Chichotu losu". Nie wiem co mam myśleć o tym serialu. Chwilowo jest zupełnie inny aniżeli książka. Zgadza się tylko kilka szczegółów. A jak dla mnie to zdecydowanie za mało.

czwartek, 3 marca 2011

#055

Droga Espi!

Pamiętasz jakiś czas temu brałam udział w konkursie i pisałam o przyjaźni. Bo tak naprawdę to przyjaźń jest bardzo ważna w naszym życiu. Czasem bywa tak, że te szkolne przyjaźnie kończą się z ostatnim dzwonkiem, a te które zawarliśmy na podwórku są najbardziej trwałe i przetrwają bardzo wiele. Oczywiście nie zawsze tak jest. Zdarza się, że jakaś rysa na przyjaźni niszczy całość.

Po kolejną pozycję Grażyny Plebanek sięgnęłam z ciekawości. Czytając tytuły książek w bibliotece wypatrzyłam książkę „Dziewczyny z Portofino”. Zainteresował mnie ten tytuł, bo jak dobrze mi gdzieś w głowie świtało, ktoś kiedyś śpiewał o dziewczynach z Portofino.

Książka opowiada historię czterech dziewczyn z blokowiska lat siedemdziesiątych. Bohaterkami są Agnieszka – córka zamożnego lekarza, ordynatora ginekologii, który sam wychowuje córkę, jest w stanie dać jej wszystko oprócz prawdziwej miłości, Hanka – która codziennie przypatruje się jak ojciec bije i upokarza jej matkę, Beatę – której ojciec zdradza matkę oraz Manię – która pochodzi z patologicznej rodziny. Bohaterki poznajemy kiedy przeprowadzają się na nowo wybudowane osiedle w Warszawie. Skaczą w gumę, robią fikołki na trzepaku, noszą granatowe fartuszki z przyszywaną tarczą, słuchają kaset na grundingu, zlizują z dłoni „oranżadę w proszku”. Czy ktoś to wszystko jeszcze pamięta? Że kiedyś tak było? Muszę przyznać, że tak, ja pamiętam. Wiem, że to brzmi dziwnie, że możesz mi zarzucić, że przecież nie było mnie wtedy na świecie, że ja nic o tym nie wiem. Nie mam pojęcia. Owszem mam. Sama wychowywałam się jak główne bohaterki w blokowisku. Też jak one skakałam w gumę, zamiast oranżady z dłoni zlizywało się Visolvit bo był taki fajny musujący, też mam trzy przyjaciółki z którym najczęściej się bawiłam i spędzałam z nimi czas. I co z tego że z bohaterkami Plebanek dzieli nas przepaść wiekowa? Wiem jak to jest wychowywać się na osiedlu pełnym bloków. Fakt dzieli nas ustrój polityczny. Beata, Agnieszka, Hania i Mania wychowują się w czasach Polski Ludowej, wczesnogierkowskiej oraz kiedy to Pani Szczepkowska ogłosiła koniec komunizmu. Poznajemy życie dziewcząt. Pierwsze miłości, rozczarowania, szkoła podstawowa, średnia, stres związany z egzaminami na studia, a nawet skrobanki niechcianych ciąż. Poznajemy ich życie, problemy, kłótnie a co najważniejsze przyjaźń która potrafi przetrwać wszystko. Dosłownie wszystko.

Jednym z mankamentów książki na pewno jest to, że ma aż cztery główne bohaterki. A co za tym idzie, nie zagłębiamy się zbytnio w ich życie. Może gdyby był jeden główny bohater to łatwiej by mi było zrozumieć książkę. Bo po za tym faktem narracja bardzo często się zmienia. I dopiero po chwili można się zorientować o kim mowa. Plusem na pewno jest temat przyjaźni. Bo jak wspominałam na początku tego listu, takie podwórkowe mają możliwość przetrwania wielu burz. Podoba mi się też obserwacja życia bazarowego, bo przecież kiedyś nie było hipermarketów. Wszystko kupowało się na „handelku” niedaleko domu.

Książkę polecam nie tylko tym osobom które wychowywały się w czasach wczesnogierkowskich i dobrze pamiętają co się wtedy działo, jak wyglądała Polska, jaki panował ustrój polityczny i jak traktowano ludzi którzy mieli odmienne poglądy. Polecam ją również tym którzy wychowali się później i historię zawartą w „Dziewczynach z Portofino” pamiętają z opowiadań rodziców. Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Ja na pewno znalazłam historię przyjaźni która przetrwała wszystko. Bo jak już wcześniej wspominałam też wychowywałam się z trzema koleżankami z podwórka i z którymi do dnia dzisiejszego się przyjaźnię. Bo to przecież przyjaźń na całe życie czyż nie?

Pozdrawiam
Archer

poniedziałek, 28 lutego 2011

#054


Droga Espi

No cóż, czuję niedosyt. Chyba oczekiwałam czegoś innego aniżeli dostałam. Ale od początku
Tak naprawdę to szukałam książki „Uroczysko” oraz „Sezon na cuda” Magdaleny Kordel. Niestety pozycje były wypożyczone. Tak więc sięgnęłam po książkę która akurat była dostępna czyli „48 tygodni”

„48 tygodni” to debiut literacki Magdaleny Kordel, która na codzień wraz z mężem prowadzi agencję reklamowo – wydawniczą. Prawdę mówiąc teraz będę się wahać czy sięgnąć po dwie następne książki tej autorki. Ale z tego co mi wiadomo „Uroczysko” i „Sezona na cuda” to świetne pozycje, więc pomyślę jak będzie.

Główną bohaterką jest Natasza. Pewnego dnia postanawia zmienić swoje dotychczasowe życie i zapisać się na studia, znaleźć pracę czyli jednym słowem porzucić życie „kury domowej”. Takie drastyczne zmiany komplikują „troszkę” życie rodzinne. Bo jak pogodzić życie matki, żony, studentki oraz dziennikarki? A w dodatku mąż przebąkuje coś o na temat drugiego dziecka, matka porzuca ojca dla innego itp itd.

Nie wiem co mam sądzić o tej powieści. Normalnie mam mieszane uczucia. Jest ona zbliżona do „Dziennika Bridget Jones”. Tylko że tam była singielka szukająca męża i popełniająca gafy, natomiast tu matką, żona i dziennikarka.
Nie jest to ambitna książka która skłania do myślenia. Bardziej zaliczyć ją można do typu krótka, łatwa i przyjemna. Taka w sam raz na wieczór po ciężkim dniu albo do przeczytania w autobusie podczas długiej jazdy bądź też w poczekalni u lekarza umilając sobie czas w kolejce.

Tak więc jeśli masz wolny wieczór i zły nastrój to książka jest idealna. Pośmiejesz się i będzie ci lepiej. A jak do tego dorzucisz kieliszek wina to myślę, że będzie jeszcze lepiej.

Pozdrawiam
Archer

poniedziałek, 21 lutego 2011

#050

Droga Espi

I znowu wpadła w moje ręce książka, której bohaterka ma tak samo na imię jak ja. Coś mi się wydaje, że teraz to takie właśnie będę wypatrywać w bibliotece. Bo księgarnie to ja omijam wielkim łukiem. Tego się staram trzymać jak tonący brzytwy. Ciekawa jestem jak długo z tym wytrzymam? Pewnie do następnej wyprzedaży. No ale dobrze powrócę do książki.

To moje pierwsze spotkanie z Panią Grażyną Plebanek, ale wiem, że nie będzie ostatnim. Kiedyś błądząc po portalach internetowych natrafiłam na wywiad z tą Panią. Przyznam się szczerze, że nie przeczytałam go, ale pamiętam, że pomyślałam sobie iż muszę kiedyś zapoznać sie z dorobkiem literackiem Pani Grażyny. I tak będąc w bibliotece natrafiłam na książkę „Pudełko ze szpilkami”.

Wydawnictwo pięknie napisało na okładce informację „Polska Bridget Jones”. Powiem szczerze, że miałam ochotę odłożyć książkę z powrotem na półkę. Bo przecież Bridget Jones jest jedna a reszta to marne podróbki. Jednak w ostateczności postanowiłam dać książce szansę i nie oceniać jej po haśle wydawnictwa.

Tak jak już wspominałam główna bohaterka ma na imię Marta i pochodzi z prowincji. Obecnie mieszka w kawalerce w dużym mieście. Jest młoda i robi karierę w dużej korporacji. Niestety kariera zostaje przerwana niespodziewaną ciążą. Tak naprawdę to nie wie kim jest ojciec dziecka. Mężczyzna na szczęście staje na wysokości zadania i nie porzuca Marty. Jest dla niej wsparciem tak samo jak trzy przyjaciółki które są bardzo barwnymi postaciami, jodobnie jak jej liczna rodzina.

Historia Marty jest o tyle interesująca, że przez cały czas nie mamy pewności, czy mąż Marty a zarazem ojciec dziecka naprawdę istnieje. Owszem jest o nim mowa, ale tak naprawdę to nie jest „czynnym bohaterem” powieści. Dopiero pod koniec tajemnica nie istnienia męża zostaje rozwiązana. Muszę przyznać, że dzięki ostatniej rozmowie książka a zarazem historia w niej zawarta wyjaśnia się do końca.

Muszę przyznać, że powieść bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie jest to jednak typowy dziennik młodej matki. Nie ma tutaj podziału na dni tygodnia, miesiąca czy chociażby godziny. Całość to raczej narracyjne zapiski Marty na luźnych kartkach i przechowywane we wspomnianym pudełku ze szpilkami. To książka nie tylko o kobiecie w ciąży. Ani o tym co czuje gdy nosi pod sercem dziecko, ani o tym jak reagują ludzie i co mówią kiedy na ich drodze staje kobieta w ciąży. To książka o przyjaźni i o tym jaki wielki wpływ ma na nasze życie, o miłości tej prawdziwej bezgranicznej matki do dziecka. To książka o wyborach, o dylematach jak pogodzić pracę zawodową i życie rodzinne.

Książkę polecam wszystkim kobietom które stają przed dylematami czy wpierw dziecko a potem kariera? Czy uda się pogodzić jedno i drugie? Czy mężczyzna ledwo poznany na wieść o tym, że partnerka zachodzi w ciążę ucieka gdzie pieprz rośnie czy może staje na wysokości zadania i wspiera ją w trudnych momentach?

Pozdrawiam
Archer

P.S. Zauważyłaś że dzisiaj stuknęła mi 50? czuję się staro ;)

poniedziałek, 14 lutego 2011

#048

Droga Espi!

Właśnie się zastanawiam dlaczego sięgnęłam po pozycję, którą chcę Ci teraz polecić? Myślę, że po pierwsze to spodziewałam się czegoś absolutnie innego, nie wiem może jakiegoś kryminału, mocnej sensacji (no bo na okładce pięknie napisali: "Pod skrzydłami anioła chowamy to, co bezcenne. Za jego plecami możemy odkryć tajemnicę"), po drugie główna bohaterka ma tak samo na imię jak ja, a po trzecie to literatura polska :) Na książkę natrafiłam przypadkiem w bibliotece. Stała sobie dumnie na półce i puściła do mnie oczko.

"Za plecami anioła" to powieść napisana przez Renatę L. Górską. Nie jest jej literackim debiutem. Pani Renata ma już na swym koncie inną powieść "Cztery pory lata" z którą też muszę się koniecznie zapoznać.

"Za plecami anioła" nie jest typowym romansidłem. Bo jak dla mnie w typowym romansidle już od samego początku wiadomo kto z kim będzie i jaką cenę zapłaci zanim złączy się ze swoją połówką. Tutaj zdecydowanie tak nie jest.

Główną bohaterką powieści jest Marta - Polka mieszkająca w Niemczech. Martę poznajemy gdy... zostawia ją partner. Byłam bardzo zaskoczona, gdy okazało się, że aż tak bardzo nie przeżywa tego rozstania. W sumie to facet nie pokazał klasy, bo informację o rozstaniu przekazał jej telefonicznie. Muszę przyznać, że tym to mi podniósł ciśnienie na maksa. Marta, po tym rozstaniu postanawia wrócić do Polski. Jednak w ostatniej chwili zmienia zdanie i... wsiada do autobusu. Wysiada w małym miasteczku o nazwie Tauburg. Tutaj znajduje nocleg, przyjaciół i pracę. Zostaje opiekunką oraz towarzyszką pani Adeli von Tauburg, która mieszka z dorosłymi synami w zamku górującym nad miasteczkiem.

Na początku myślałam, że gdy na drodze Marty stanie mężczyzna to trafi ją strzała amora i do końca powieści będzie słodko i ckliwie. Na szczęście tak nie było. I bardzo dobrze, bo pewnie szybko rozstałabym się z powieścią. A tak to byłam ciekawa co się jeszcze wydarzy?

Oczywiście nie mogło zabraknąć czarnego charakteru. Muszę przyznać, że kobieta będąca tą złą i nie dobrą to grała mi ostro na nerwach. Ale to chyba o to chodzi prawda? Podobnie było z innymi bohaterami, którzy potrafili ostro namieszać i wkurzyć nie tylko swoimi słowami ale przede wszystkim zachowaniem.

Na wielki plus w tej powieści zasługują piękne opisy przyrody. W niektórych momentach moja wyobraźnia dosłownie podsuwała mi obrazy opisane w książce. Aż chce się pojechać do Tauburga i na własne oczy zobaczyć zamek, ogród i dom Engelhaus albo zjeść lody w "Cortinie".

Niestety była jedna rzecz, która mnie drażniła. Otóż redakcja zawiodła na całej linii. Błędy raziły tak bardzo, że czasem nie dało się wytrzymać. A to przecież ich zadaniem jest poprawianie błędów. Literówki - a konkretniej zjadanie literek - dało się przeżyć, ale styl wyrazów jakoś mnie drażnił. No ale cóż, przecież błędy się zdarzają nawet najlepszym.

Książkę polecam z całego serca każdej kobiecie. Wiek tak naprawdę to nie gra roli (no dobrze nastolatkom nie polecam bo one to zdecydowanie wolą inny gatunek literacki). Powieść najlepiej przeczytać teraz, kiedy za oknem szaro i buro. Dzięki opisom przyrody to na bank zatęsknisz za wiosną i latem (bo akcja dzieje się głównie właśnie w tych porach roku). I może podobnie jak ja zakochasz się w Nicholasie. Bo przecież każda kobieta uwielbia niegrzecznych chłopców.

Pozdrawiam
Archer

czwartek, 3 lutego 2011

#045

Droga Espi!

Dosłownie przed chwilą skończyłam czytać książkę „Trzy połówki jabłka” Antoniny Kozłowskiej. Niestety w głowie mam dziwną pustkę i nie mam bladego pojęcia co mam tutaj napisać. I nie jest to szok wywołany powaleniem na łopatki tak jak było w przypadku książek Agnieszki. Po prostu nie potrafię ładnie ubrać w słowa historię, która w książce została opisana. Niby ta historia głównej bohaterki jest prosta, ale jednak troszkę zagmatwana. Nie ułatwiam nie? No dobrze, uważaj, teraz spróbuję coś na temat książki i samej autorki Ci opowiedzieć.
Antonina Kozłowska z wykształcenia jest anglistką. Znana jest przede wszystkim jako autorka bloga www.mamadwojgaludzikow.blox.pl a powieść „Trzy połówki jabłka” jest jej debiutancką powieścią. Na książki tej autorki poluję od dawna. Pewnie to dlatego, że ostatnio mam „fioła” na punkcie polskiej literatury.
„Trzy połówki jabłka” to historia życia Teresy dawniej i teraz. To co opisane jest jako dawniej ma bardzo istotny wpływ na to co jest teraz. Teresa jest trzydziestokilkuletnią matką dwojga dzieci oraz żoną Krzysztofa. Uczy angielskiego głownie dla przyjemności. Może się wydawać, że życie Teresy jest idealne: mąż, dwoje dzieci i praca dająca satysfakcję. Niestety tak nie jest. W małżeństwie nie układa się najlepiej. Brak w nim czułości, czasu spędzanego tylko z mężem. Ten niby poukładany świat zostaje wywrócony do góry nogami w momencie, gdy pewnego dnia Teresa spotyka swoją daną i niezapomnianą miłość Marcina. Marcin, podobnie jak Teresa ułożył sobie życie z Paulą, która spodziewa się och pierwszego dziecka. Po pewnym czasie Teresa i Marcin uświadamiają sobie, że nadal są dla siebie najważniejsi. To dzięki opisom „dawniej” poznajemy przeszłość bohaterów i dowiadujemy się dlaczego Teresa nie jest z Marcinem tylko ułożyła sobie życie z Krzysztofem.
Czy uczucia które są tłumione tak długo mają prawo wybuchnąć na nowo płomieniem? Czy Teresa znów stanie przed życiowym wyborem? Czy w ogóle możemy świadomie podjąć jakąkolwiek ważną decyzję? Czy może te najważniejsze podejmują się same bez naszego udziału?
Nie jest to typowe „babskie czytadło” (przepraszam za takie określenie, ale jakoś tam mi dziwnie przypasowało) gdzie od samego początku wiadome jest jego zakończenie. To historia, która może przytrafić się każdej z nas. Bo przecież każda z nas może nagle znaleźć się na miejscu Teresy i zastanawiać się nad wyborem odpowiedniej ścieżki życia. Czy może poddać się namiętności z dawną miłością czy pozostać przy tym co znam i co mimo wszystko kocham?
Najbardziej wryły mi się w pamięć dwa cytaty: „Skrzydełka motyla w puszczy amazońskiej powodują huragan na Florydzie” oraz „Moje pieprzone jabłko jest mutantem i ma trzy połówki”.
Książkę przeczytać można, owszem. Nie zalicza się jednak do typu „szybkich, łatwych i przyjemnych” tylko bardziej do tych które czasem każą nam się zastanowić nad swoim życiem i nad tym co w nim ważne. I zgodzę się ze stwierdzeniem, że lektura „Trzech połówek jabłka” jest jak kawa z przyjaciółką - wciąga, zaprząta myśli i sprawia, że zaczynamy myśleć, co zrobiłybyśmy na jej miejscu...

Pozdrawiam

Archer