Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lipca 2020

#552 - Miłość z widokiem na morze



Od razu się wam do czegoś przyznam: osobiście nie przepadam za opowiadaniami. Z kilku powodów: 
Po pierwsze: za krótkie – wciągnę się w historię a tu bach koniec, więcej nie będzie. 
Po drugie: Nie potrafię się do końca zżyć z bohaterami. Bo nie oszukujmy się, każdy czytelnik w jakimś tam sposób, zżywa się w bohaterami, kocha ich lub nienawidzi. A podczas czytania opowiadania się po prostu nie da. Nawet do końca ich lepiej nie poznajemy. 
Po trzecie: no za krótkie i już.

Ale… gdyż przecież zawsze musi być jakieś ale, bez tego jak wiemy ani rusz. Od czasu do czasu zdarza mi się po takie opowiadania sięgnąć. W szczególności jeśli autorami opowiadań są moi ukochani autorzy. A przy zbiorze „Miłość z widokiem na morze” tak właśnie jest. 

Ogromnym atutem zbioru jest zapewne to, że akcja dzieje się nad morzem. Mamy Sopot, Hel, mój ukochany Gdańsk Brzeźno. Zatapiając się w świat opowiadanych historii, czytelnik może poczuć ciepły piasek pod stopami, lekką bryzę a nawet usłyszeć krzyk mew. 

Nie wszystkie opowiadania są z gatunku romantycznych czytaj przesłodzonych. Trafiło się także jedno z nutką kryminalną, którego akcja dzieje się w moim miejscu na ziemi czyli Brzeźnie. I to w miejscu, które mijam za każdym razem w drodze na plażę, kiedy jestem na wakacjach - gdyż od kilku lat mieszkamy zupełnie niedaleko wspomnianej w opowiadaniu biblioteki. I wiecie co? Czytać takie opowiadanie to jak wrócić na stare śmieci. 

Jeśli szukacie lekkiej, wakacyjnej lektury z naszym pięknym morzem w tle, to zbiór opowiadań „Miłość z widokiem na morze” nadaje się do tego idealnie. Polecam!!!


czwartek, 9 października 2014

#318

Nie wiem czy jeszcze ktoś to pamięta, ale rok temu miałam problem z pisaniem. Wiem, że mam go nadal, ale nie o to chodzi. Wtedy mój kolega wpadł na pomysł, że będziemy pisać opowiadania. Każde z nas rzucało wtedy hasło klucz i pisaliśmy opowiadanie w którym to słowo zostało użyte. Moje opowiadania prezentowałam tutaj na blogu. Jednak Jego opowiadania wciąż leżały na moim dysku. Aż do dzisiaj. Nie mogę pozwolić by te opowiadania nie ujrzały światła dziennego. Dlaczego? Bo są świetne i celne. Wzruszają. To znaczy mnie. Pewnie dlatego, że znam osobiście Autora. Po części nie są optymistyczne. Wtedy nie były. Jestem ciekawa jak brzmiały by dzisiaj, kiedy w Jego życiu nastąpiła tak wielka rewolucja.

No dobra, nie zanudzam i przedstawiam pierwsze opowiadanie ze słowem klucz WALIZKA. Enjoy!

Tamtego dnia z nieba lał rzęsisty deszcz. Wszyscy byliśmy już całkowicie przemoczeni, ale nikt się nie rozchodził. Staliśmy bez słowa i przyglądaliśmy się jak grabarz macha łopatą. Dziewczyny, Jenny i Karin płakały cicho i stojąc pod wielkim parasolem tuliły się do siebie, dodając sobie sił i pocieszając się nawzajem.
- Idziemy do Bob’a czy do Lornety? – zapytał Lolo patrząc jak grabarz przymierza się do wbicia w usypany pagórek prostego krzyża na którym przypięto tabliczkę z imieniem i nazwiskiem. Śmierć zawsze nadchodzi niespodziewanie. Nigdy nie wysyła telegramu z wiadomością, że wpadnie z wizytą w przyszłym tygodniu. Dlatego wiadomość, że Kris nie żyje była jak grom z jasnego nieba. Co? Kris? Jak? Dlaczego? Myślę, że nikt z nas nie chciał z początku w to uwierzyć i wszyscy zadawaliśmy sobie w kółko te same pytania, które już na zawsze miały pozostać bez odpowiedzi.
- Do Lornety. Mam ochotę na wódkę. – odpowiedziałem. Nikt nie protestował. Ruszyliśmy wolno cmentarną alejką do wyjścia. Cała nasza paczka. Karin. Jenny, Dorotea, Lolo, Mały Tony i ja. Brakowało tylko Krisa.

Droga do Lornety upłynęła nam we względnym milczeniu. Szliśmy szarymi ulicami miasta tonącego w zimnym deszczu i chyba każde z nas marzyło o tym, aby ten dzień się już skończył. Smutek. Żal. Poczucie straty. To wszystko i wiele więcej towarzyszyło nam w drodze przez miasto. W pewnym momencie, Dorotea wbiła się pod mój parasol, wsunęła dłoń pod moje ramie i przylgnęła do niego ściskając je mocno. Czułem, że szuka wsparcia i pocieszenia.
- Kiedy widziałeś go po raz … - glos się jej załamał, czułem jak drży. Dorotea podkochiwała się w Krisie, i wszyscy o tym wiedzieli.
- Nie wiem, Dot. Nie pamiętam.
Skłamałem. Nie mogłem jej przecież powiedzieć, że Kris był u mnie cztery dni temu. Zadzwonił wieczorem, że jest w mieście i szuka noclegu. Przyjechał do mnie około dwudziestej pierwszej. Wyglądał dobrze, a nawet bardzo dobrze. Był uśmiechnięty i gęba mu się nie zamykała. Opowiadał o planach wyprawy. Podobno znalazł sponsora i miał zamiar spełnić swoje marzenie – wyprawa do lasów Amazonii. Tylko on, natura, i przewodnik. A wszystko to po to, aby robić zdjęcia, i w końcu znaleźć się na okładce National Geographic. Przegadaliśmy pół nocy. Kiedy rano wstałem Krisa już nie było. Zostawił mi na kuchennym stole liścik z przeprosinami, że się nie pożegnał. Musiał podobno zdążyć na pociąg. W liście była też prośba. W pokoju gościnnym, w którym spał czekała na mnie nieduża walizka, którą miałem przechować do jego powrotu. Nie zastanawiałem się długo, tylko wrzuciłem ją na dno szafy.
W Lornecie byliśmy pierwszymi klientami. Atmosfera tego miejsca zawsze mi odpowiadała. Zawsze dobrze się tam czułem, nawet w takim dniu jak ten.
Na początku rozmowy zupełnie się nie kleiły. Dopiero po pierwszym piwie, i toaście za tych, którzy odeszli, dopiero wtedy zaczęliśmy otrząsać się z ciężaru, jakim było samobójstwo Kris’a.
- Pamiętacie jak wybraliśmy się kiedyś nad morze? – zapytał Lolo uśmiechając się znacząco, jak byśmy mieli poznać po tym uśmiechu o który wypad mu chodzi.
- Kris był pewien, że to plaża dla nudystów wiec rozebrał się do rosołu i paradował w stroju Adama. Aż przyjechali strażnicy i zaczęli go ganiać z ręcznikiem. To była wyprawa.
-Tak, tak Lolo, pamiętam ten wyjazd. – powiedziała Karin – Upaliłeś się w tedy jak prawdziwy rastaman i chciałeś dzwonić do Greenpeace, bo wydawało ci się morze wyrzuciło na plaże wieloryby. A to była jakaś grupa Amerykanów na obozie odchudzającym. Do tej pory pamiętam jak chłopcy cię trzymali, żebyś przypadkiem nie pobiegł i nie próbował zaciągnąć któregoś z tych wielorybów do morza.
- Wcale nie! To nie było tak! - zaczął protestować Lolo, ale zagłuszyły go salwy śmiechu.

Kiedy wróciłem do domu wyciągnąłem z szafy walizkę, którą Kris zostawił i położyłem na łóżku. Nie wiedziałem co jest w środku. Ale skoro Kris postanowił ją zostawić u mnie na przechowanie, żeby przypadkiem nie zaginęła w amazońskiej dżungli, to jej zawartość musiała być dla niego ważna.
Przyglądałem się jej przez chwilę i zastanawiałem się co mam z nią zrobić. Jasne było że muszę ją otworzyć, ale co dalej? Mam ją komuś oddać? Kris nie miał nikogo bliskiego. Jego rodzicie zginęli parę lat temu w wypadku samochodowym i od tamtej pory jego rodziną byliśmy my. Nasza paczka postrzeleńców i wykolejeńców życiowych, którzy brnęli przez życie niemrawo i bez nadziei na to że zdarzy się cud, i w końcu spełnią się nasze marzenia. Lolo chciał być muzykiem. Karin marzyła o podróży dookoła świata na katamaranie. Jenny i Dot wymyśliły że będą prowadzić małą kawiarenkę w Paryżu i od kilku lat uczyły się francuskiego. Wycinały z gazet różne kolorowe artykuły o Francji, jakieś przepisy kulinarne na żabie w udka w sosie karmelowym i miały ich już chyba ze dwa pudła. Małemu Tomiemu śniły się po nocach wyścigi samochodowe. Formuła 1, Nascar. Tomy potrafił naprawić wszystko co miało koła i silnik. Ja chciałem zostać rezydentem na egzotycznej wyspie i całymi dniami patrzyć w błękit oceanu. Takie małe marzenia.

Nie wiedziałem co mam zrobić. Najbardziej bałem się tego że znajdę w środku list pożegnalny. Może Kris zostawiając walizkę, chciał żebym ją otworzył już następnego dnia. Może to był jego krzyk, prośba o ratunek. O ocalenie. Bałem się jak cholera i dlatego nikomu o niej nie powiedziałem .
W końcu podniosłem ją z łóżka i położyłem na podłodze. Nic się nie zmieniło. Patrzyłem na nią i myśli kłębiły mi się pod czaszką. Wyszedłem z pokoju i poszedłem do kuchni. W lodówce chłodziła się butelka białego wina – nic specjalnego. Półsłodki hiszpański sikacz. Zabrałem butelkę, kubek i szwajcarski scyzoryk. Wróciłem do pokoju i usiadłem na podłodze. Walizkę położyłem na kolanach i przyglądałem się zamkom. Wydawało się że będę musiał się z nimi pomęczyć , bo wyglądały na solidne i przeszło mi nawet przez myśl, że w razie czego zawsze można użyć młotka, ale okazało się, że kiedy tylko nacisnąłem na guziki, zatrzaski odskoczyły i ani scyzoryk ani młotek nie były do niczego potrzebne. Nalałem wina do kubka i zaglądnąłem ostrożnie do wnętrza puszki Pandory.

W środku było pełno zapisanych luźnych kartek. Odręczne pismo Krisa zaczerniało tysiące stron. Nie wiedziałem co to wszystko ma znaczyć, nigdy nie widziałem go piszącego. Zawsze nosił aparat fotograficzny i pstrykał nim jak szalony na wszystkie strony. Spodziewałem się, że znajdę raczej klisze i zdjęcia. Wziąłem do ręki pierwszą z brzegu kartę i zacząłem czytać.
 
 ”Portret Che Guevary wisi na ścianie. Zadymiona atmosfera i głośna muzyka. Gdzieś pośród tego wszystkiego bełkotliwe głosy spiskowców. W taki sposób rodzi się rewolucja. W chorych głowach i ciemnych miejscach, gdzie na podłodze walają się śmieci, a w kątach na górach odpadków spacerują tłuste szczury o lśniących futerkach. Wszyscy wielcy myśliciele, zgodzili się co do jednego : FERMENT zaczyna się od dołu, od klas najniższych. Oni są tego pewni, ale ja myślę, że to nie prawda. Ci którzy są na dole są tak przygnieceni i spłaszczeni , że do niczego już się nie nadają. Prócz jednego. Świetne z nich mięso armatnie. Według mnie wszystko zaczyna się od szczurów. To one roznoszą zarazę – z górnych warstw przekopują się na dolne i z powrotem. Roznoszą bakcyla anarchii i rewolucji po wszystkich poziomach tego świata nawet o tym nie wiedząc. Chcesz być szczurem ??”

Odłożyłem kartkę i sięgnąłem po kubek z winem. Po co to napisał? I gdzie wisiał ten portret Che? W świecie rzeczywistym czy może był tylko projekcją jego wyobraźni. Zastanawiałem się czy pośród tych wszystkich stron znajdę odpowiedź na pytanie, które do tej pory pozostawało bez odpowiedzi.
Dlaczego skoczył? Co strzeliło mu do głowy, żeby wejść na dach i rzucić się w dół, na mokry asfalt, w objęcia śmierci.

‘Kris, ty cholerny domorosły filozofie.’ – pomyślałem. Siedzenie na podłodze dało mi się we znaki. Zdrętwiała mi noga i musiałem wstać żeby się trochę rozprostować. ‘Nie, to nie możliwe żeby nikt tego wiedział.’

Zrobiłem kilka kółek po pokoju, żeby pozbyć się nieprzyjemnego mrowienia i usiadłem na łóżku . Wiedziałem, że każdy z naszej siódemki ma swoje tajemnice, ale tego że on pisze nie spodziewałem się wcale. W walizce musiało być co najmniej kilka tysięcy kartek. Podniosłem walizkę i wysypałem jej zawartość na łóżko. Pośród stosu piętrzących się kartek jedna przykuła moją uwagę. Kris przypiął do niej zdjęcie. Jedyne jakie znalazłem. Z fotografii uśmiechała się dziewczyna. Jej uśmiech promieniował, a roześmiane oczy mówiły wszystko - była szczęśliwa. Nie wiedziałem kto to jest. Jeśli to on zrobił zdjęcie, to albo było to zanim się poznaliśmy, albo nigdy nam jej nie przedstawił. Patrzyłem na zdjęcie i szukałem w pamięci jakiegokolwiek śladu po roześmianym rudzielcu, ale nie mogłem sobie niczego przypomnieć. Odpiąłem zdjęcie w nadziei, że na odwrocie znajdę imię, datę albo miejsce w którym zdjęcie zostało zrobione, ale niczego takiego nie znalazłem. Ale znalazłem co innego.


”Dotknąłem jej włosów i przeszył mnie dreszcz. Zanurzyłem w nich moje palce, poczułem jej zapach i nieskończoną kruchość chwili. Dwoje ludzi połączonych dotykiem, który więcej jest wstanie wyrazić niż tysiące słów. Dotknąłem jej ramion i przeszył mnie dreszcz. Objąłem ją i poczułem jej ciepło. Byliśmy prawie jedno. Tylko cisza jest wstanie oddać to co czułem.”
 
Poniżej Kris dopisał: „ Czasami pozostają tylko wspomnienia”.

Od tamtego dnia minęło już kilka lat. Nasza paczka rozproszyła się po świecie. Co jakiś czas sięgam po walizkę i wyciągam z niej parę kartek. Nigdy nie poznałem imienia dziewczyny ze zdjęcia ani nie dowiedziałem się czemu on wlazł na ten dach, ale wiem jedno: „Czasami pozostają tylko wspomnienia” i za każdym razem kiedy do szafy po walizkę one odżywają we mnie, i wiem że czas ich nie zatrze.

piątek, 14 lutego 2014

#284


Od razu informuję, że zbieżność sytuacji, osób, zdarzeń i czegoś tam jeszcze jest całkowicie przypadkowa. Zakończenie jest specjalnie takie jakie jest aby każdy mógł sobie sam je dopowiedzieć. 


     Gdy tylko wbiegła do budynku lotniska szczelnie otoczył ją tłum podróżnych. Nie spodziewała się, że o tej porze roku może być tutaj tyle ludzi. Stanęła na środku hali i rozejrzała się dokoła. Wzrokiem szukała znajomej sylwetki. Niestety nigdzie jej nie dostrzegła. Torując sobie drogę przecisnęła się pod tablicę odlotów. Szybko znalazła ten na którym jej najbardziej zależało. Brama 14. Co chwila wpadając na kogoś ruszyła w tamtą stronę. „Byle zdążyć” – powtarzała w duchu jak mantrę. Nie chciała by rozstanie z nim nastąpiło w ten sposób. Nie przez kłótnię którą sama rano sprowokowała. Jak zwykle poszło o błahostkę. Ostatnio zawsze chodzi o błahostkę. Najpierw szło o rzucenie palenia. Namawiała go usilnie, żeby w końcu to zrobił. Cały czas powtarzała, że to dla jego zdrowia. A gdy to nie poskutkowało, zaczęła mu przeliczać każdą wypaloną paczkę na sprzęt domowy. Kiedy dotarła do nowego samochodu, który by mu się przydał, uległ i odstawił palenie. Jednak odstawienie papierosów zamieniło się w podjadanie. I tak zaczęło się nocne wyjadanie słodyczy z barku. Po kilku miesiącach bez papierosa przytył kilka kilogramów. I znów zaczęła się kłótnia i batalia odstawienia słodyczy. Chciała żeby zapisał się na siłownię, zaczął biegać. Jednak on co rusz stukał się w głowę wymigując się od ćwiczeń zmęczeniem i lenistwem. W końcu wzięła sprawę w swoje ręce i zapisała ich na siłownię. Liczyła, że wspólne treningi zmobilizują go do częstszego wychodzenia z domu. W pewnym sensie się udało. Ćwiczyli razem przez kilka miesięcy, do momentu aż nie zaszła w ciążę. Potem zaczął się dla nich ciężki okres. On jeździł na delegacje po świecie i przez większą część miesiąca był po za domem. Natomiast ona pół roku spędziła w szpitalu, gdyż ciąża była zagrożona. Kiedy maleństwo pojawiło się na świecie obydwoje oszaleli na jego punkcie.
     Układało im się. Nie było scysji. Aż do dzisiejszego ranka. Poszło o błahostkę. Tym razem chodziło o wyrzucenie śmieci. Od słowa do słowa zwykła wymiana zdań zakończyła się wielką kłótnią. Nie chciała tego, ale samo wyszło. Dopiero kiedy usłyszała trzask zamykanych drzwi wejściowych, uzmysłowiła sobie, że pogodzą się dopiero za dwa tygodnie jak on wróci z delegacji z Madrytu. Spakowała kilka najpotrzebniejszych rzeczy Maleństwa, zapięła je w foteliku. Zanim wyszła, zatelefonowała do mamy i poinformowała, że podrzuci jej za chwilę Maleństwo bo musi coś pilnego załatwić. 
Pół godziny później z piskiem opon odjeżdżała z podwórka rodziców. Miała małe wyrzuty sumienia, że obarcza rodziców opieką nad dzieckiem, jednak szybko się ich pozbyła. Musiała zdążyć, przed jego odlotem do Madrytu. Musiała z nim porozmawiać. Przeprosić. Przytulić się do niego i znów poczuć bezpiecznie. 
     Kiedy dotarła do bramy 14 okazało się, że jest już za późno. Odwróciła się na pięcie i biegiem puściła w stronę tarasu widokowego. Chciała go zobaczyć chociaż jeszcze na chwile. Jednak gdy tylko dotarła do przeszklonego tarasu dostrzegła startujący samolot. Spóźniła się. Nie porozmawia z nim. Nie przeprosi, nie przytuli się i nie poczuje jego bijącego serca. Nie zrobi tego w tej chwili. Wyciągnęła telefon z tylnej kieszeni spodni. Usiadła na pobliskich krzesłach. Odgarnęła z czoła włosy i zapatrzyła się w dal, na pasy startowe. Wzięła głęboki oddech i na szybkim wybieraniu wcisnęła dwójkę, gdzie był zapisany jego numer. W momencie gdy przykładała telefon do ucha, usłyszała „Dance me to the end of love” Leonarda Cohena. Dokładnie tę piosenkę miał on ustawioną gdy ona dzwoniła. Zerwała się na równe nogi i zaczęła rozglądać dookoła. Niestety nigdzie go nie dostrzegła. To nie mógł być żaden omam słuchowy. Nie rozłączając się ruszyła w stronę z której docierała do niej piosenka. Podeszła do filaru. Nonszalancko o niego oparty stał on i się uśmiechał. Rozłączył się i schował telefon do kieszeni spodni. Przypatrywali się sobie chwilę, po czym wyciągnął do niej ręce i przyciągnął do siebie. Przytulił. Zaczął szeptać, że ją kocha, że nie wyobraża sobie życia bez niej. A ona bezgłośnie płakała i cieszyła się, że on znów jest blisko. 



P.S.
Kochani dla przypomnienia dodam, że w tekście ukryte jest podlinkowane słowo klucz, dzięki któremu osoby chętne udziału w konkursie mogą przejść po blogach i odnaleźć hasło konkursowe.

niedziela, 29 grudnia 2013

#276

Chwalę się a co!!! Mogę.

     Otóż jakiś czas temu Autorka Magdalena Kordel ogłosiła na swoim blogu konkurs. Konkurs dotyczył napisania niepublikowanego do tej pory opowiadania o tematyce świątecznej. 
      Przyznaję się bez bicia, że miałam obawy co do wzięcia udziału. Przeraziła mnie długość, znaczy się ilość znaków i stron. Jednak po zastanowieniu postanowiłam podjąć wyzwanie. Termin nadsyłania prac kończył się o północy 01.12.2013 roku. 
      Pewnej nocy, gdy w mieszkaniu panowała cisza zaczęłam pisać. Ale jak wiadomo Wena bywa kapryśna i skończyła się w pewnym momencie. Zamknęłam laptopa i opowiadanie poszło w chwilowe zapomnienie. Z tyłu głowy jednak cały czas mi się kołatało, że trzeba je skończyć, bo przecież zgłosiłam się do napisania opowiadania. 
    Niestety zawirowania życiowe sprawiły, że opowiadanie leżało, leżało, leżało a ja w mojej głowie układałam plan. W końcu nadszedł dzień kiedy uruchomiłam ponownie laptopa, otworzyłam program do pisania i… palce same zaczęły uderzać w klawisze. Po kilku godzinach postawiłam ostatnią kropkę. Kamień spadł mi z serca aż usłyszałam wielki huk. Odetchnęłam z ulgą. Wysłałam tekst do przeczytania zaufanej osobie i w sumie do korekty i wyłapania błędów. Czas mijał. Tekst po korekcie dostałam piętnaście minut przed – jak to mówią – deadline. Rzuciłam okiem, naniosłam kosmetyczne poprawki i tekst poleciał do Magdy. 
      Z braku czasu nie zaglądałam na bloga Magdy i nie wiedziałam jak tam postępy w konkursie. Wreszcie ogłoszono wyniki. Niestety nie udało się wygrać. Mówi się trudno i się nie poddaje. Jakiś czas później Magda umieściła na blogu alert do osób, którzy nie podali swoich danych. Powstała lista tytułów opowiadań które miały się znaleźć w tomiku. Przejrzałam listę, znalazłam kilka opowiadań bez autorów, oczywiście siebie tam nie znalazłam. Już miałam zamykać okno, kiedy coś mnie tknęło i zajrzałam do zakładki gdzie znajdowały się opowiadania. Gdy dotarłam do drugiego (na liście właśnie przy tym opowiadaniu brakowało nazwiska) zaczęłam je czytać i przy piątym zdaniu dotarło do mnie, że… to moje opowiadanie. Dostałam hiperwentylacji i nie mogłam w to uwierzyć. Zadzwoniłam do mojej Siostry i spytałam czy dobrze widzę i czy się nie przewidziałam? Okazało się, że nie. Tak więc, opowiadanie które napisałam znalazło się w tomiku opowiadań wydanym przez Magdę Kordel. 
     Teraz już wiem co czują Autorzy którzy wydają swoje książki. Już wiem jak to jest trzymać „swoje dziecko literackie” w rękach i wąchać jego zapach. Magda dziękuję za możliwość wzięcia udziału w tym konkursie. Dziękuję także za tomiki dotarły do mnie w piątek. Pięknie wygląda, prawda?




Tutaj link do bloga Magdy a konkretniej do zakładki gdzie można znaleźć także moje opowiadanie. Zapraszam!


piątek, 6 grudnia 2013

#273


Pamiętacie jak jakiś czas temu wspominałam, że wraz z kolegą piszemy opowiadania. Rzucamy sobie hasło, które potem umiejętnie „używamy” w napisanym tekście. Była już WALIZKA oraz CZERWONY NOS KLAUNA. Jednak ta cała zabawa czy też przygoda zaczęła się od JABŁKA. Forma dowolna. Ponieważ ja uwielbiam listy i tym razem nie mogło być inaczej. Zapraszam: JABŁKO


Mój Drogi!


Czy gotowanie i pieczenie ciast to dla Ciebie mordęga? Lubisz stać przy kuchni, mieszać w garnkach, doprawiać do smaku? A potem cieszyć się widząc gdy ukochana osoba zajada się ze smakiem to co przyrządziłeś? Wiem, że to uczucie, którego nie da się opisać. Wiem, że to radość, że coś zrobiliśmy sami, własnoręcznie i zostało to docenione, przez ukochaną osobę. Widzę uśmiech na Twojej twarzy. Wiem, że to lubisz gdy cię doceniają. Ale ta cała zabawa przy kuchni, czy to lubisz? Bo ja nie cierpię gotować, stać przy garach i czekać aż jedzenie się zrobi. Nie mam do tego cierpliwości. Mieszać wszystko, czekać aż się ugotuje, potem doprawiać i smakować czy jest dobre. Nie, sorry, to nie dla mnie. Dlatego od samego początku uważam, że najlepszymi kucharzami są faceci. Tak, właśnie. Macie więcej cierpliwości, chce wam się czekać. A poza tym, uważaj, lubicie zdobywać. No a co, nie? Jak to mówi jedno mądre przysłowie: przez żołądek do serca. I wam facetom zdecydowanie się to udaje. Nie wiem jak, ale tak jest. Jeśli chcesz zdobyć kobietę ugotuj jej coś pysznego. Coś co sprawi, że przeżyje kulinarny orgazm. Tak, coś takiego istnieje. Wiem, że to dziwne, ale tak jest. Każda cząstka ciała wtedy krzyczy: mmm jakie to jest pyszne!!! No dobra, zaraz mi powiesz, że kobiety też świetnie gotują. A i owszem, nie przeczę. Jednak mnie się wydaje, że to więcej jest mężczyzn szefów kuchni aniżeli kobiet. No a chociażby najlepszy kucharz świata Gordon Ramsay, czy może bardziej znany w Polsce Pascal Brodnicki, potem Karol Okrasa (nie mylić z Pawłem, aktorem), nie zapominajmy o Makłowiczu i innych. Zaraz mi pewnie wytkniesz: Nigellę, Annę Starmach, i tę którą całkowicie nie trawię od „Kuchennych rewolucji”. Nawet powstał serial, gdzie większa część akcji dzieje się w kuchni, w różnych restauracjach i gdzie się dużo je. 

Powiadają, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Jesteś pewnie ciekawy do czego zmierzam. Otóż jeśli np.: ktoś z Twoich bliskich dobrze gotuje, jest duże prawdopodobieństwo, że ty też ten talent odziedziczysz. Hm… no to teraz powinnam się zastanawiać, gdzie ja jako jabłko wylądowałam od mojej jabłoni. Bo mnie się wydaje, że chyba poleciałam pod krzak agrestu, bo nijak nie potrafię gotować. Moje jabłko z robaczkiem w środku potoczyło się daleko od jabłoni. Ponieważ moja mama potrafi gotować i przyprawiać a ja zdecydowanie mam do tego dwie lewe ręce. Kiedyś będąc młodszą dziewczynką (tudzież nastolatką, bo ten motyw przewijał się przez większą część mojego życia) moja mama chciała mnie nauczyć robić pierogi. Najpierw przygotować farsz, potem wyrobić ciasto, rozwałkować i kleić. Stawałam z nią ramię w ramie, wykrawałam kółko szklanką, robiłam kulkę farszu i sklejałam. Jednak w połowie lepienia jednego pieroga moja mama zawsze miała jakieś „ale”. Bo to nie tak, bo dokładniej, bo krzywo, bo za mało farszu. Krew mi się w żyłach gotowała ale robiłam dalej. Niestety przy trzecim pierogu moja cierpliwość znikała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rzucałam pierogiem na stół i ostentacyjnie wychodziłam z kuchni. Jak widać jabłko nie padło blisko jabłoni. 

Zamiast gotować wolę piec ciasta. Bo tutaj nie musisz stać, sprawdzać i doprawiać do smaku. Po prostu mieszasz wszystkie składniki i już, zrobione. Tak to jest zdecydowanie bardziej dla mnie. Wiem, że zaraz możesz mi powiedzieć, że gotowce mogę kupić w sklepie dodać tylko dwa składniki i gotowe. Owszem, mogę. Jednak zdecydowanie nie lubię tutaj chodzić na łatwiznę. Bo jak to, ciasto z torebki? I co z tego, że jest masa cukierni i ciast do spożycia od razu. Ta frajda pieczenia i mieszania składników. Dokładnie tak samo jak przy gotowaniu, pewnie zaraz mi powiesz. No prawie. Bo ciasto starczy na troszkę dłużej aniżeli jeden obiad. Tak wiem, nie pogadasz. Poczekaj do czasu aż skosztujesz moich ciast, ciastek, babeczek i innych słodkości kulinarnych. Wtedy pogadamy. 



Chociaż, no dobra, przyznam Ci się do czegoś. Ostatnio zaczynają mnie fascynować książki kucharskie. Tak, dobrze widzisz. Stoję sobie w pracy i przeglądam te leżące na stole. I sprawdzam co jest proste do zrobienia. I w ten oto sposób na mojej półce przybyły trzy książki kucharskie. Ale wierz mi, jeszcze do nich nie zajrzałam i jeszcze nic z nich nie zrobiłam. Ale spokojnie mam na to czas. Bo przepisy w nich zawarte muszą być proste, a potrawy szybkie do wykonania. Bo przecież ja nie mam cierpliwości do gotowania!!!


P.S.
Kochani dla przypomnienia dodam, że w tekście ukryte jest podlinkowane słowo klucz, dzięki któremu osoby chętne udziału w konkursie mogą przejść po blogach i odnaleźć hasło konkursowe. Jeśli wczoraj uważnie czytaliście notkę to wiecie, że początek hasła znajduje się TUTAJ

poniedziałek, 29 lipca 2013

#260

Nie wiem czy pamiętacie, ale w połowie maja wspominałam o tym, że kolega zmobilizował mnie do pisania. Zamiast powieści, która wciąż leży odłogiem mieliśmy pisać opowiadania. Krótkie na jakieś 4500 znaków. Każde opowiadanie miało hasło, które musiało się w tym tekście pojawić. Ostatnim razem była "Walizka". Teraz powstał tekst z "Czerwony nos klauna". Przyznaję się bez bicia, że tekst powstawał w wielkich bólach.Tak więc tym razem oddaję Wam moje kolejne "dziecko"
"CZERWONY NOS KLAUNA"




    Wychowywali się na jednym podwórku. Wspólne zabawy dzieciaków, nie obciążonych dobą Internetu. Dzieciaki czasów klucza na szyi, podchodów, zabawy w klasy czy też w chowanego. Całe dnie spędzali razem, ot podwórkowa paczka zgranych ludzi. Spędzili razem osiem wspólnych lat, w jednej klasie szkoły podstawowej. Jednak w tym czasie, żadne nie zwracało na drugiego uwagi. Przecież kto w tym wieku myśli o miłości. Wtedy chłopcy ciągną dziewczynki za włosy, podstawiają im nogi i w ogóle spędzają czas na zabawach. Z końcem szkoły podstawowej ich drogi się rozeszły. Każde poszło w swoją stronę. Spotykali się tylko od czasu do czasu mijając się na ulicy. Po liceum już nawet nie rozpoznawali się, a może wcale nie chcieli przyznawać się do tego, że się znają? Że się wychowywali na tym samym podwórku i razem budowali zamki z piasku, będąc dzieckiem. Potem studia i praca.
    Spotkali się zupełnie przypadkiem w pubie. Ona bawiła się w towarzystwie swojego ówczesnego narzeczonego, On pił jak zwykle z kolegami. Przechodząc koło stolika w kącie sali, zauważył brunetkę. Wyglądała jak z zupełnie innej bajki. Całkowicie nie pasowała do tych ludzi. Obserwował ją przez cały wieczór. Dokładnie przyglądał się mężczyźnie siedzącym po jej prawie stronie. Nie wiedział czemu, ale tamten facet sprawiał wrażenie jakby w ogóle jej nie zauważał. Dla niego byli ważniejsi ludzie wokół, a nie ta piękność którą miał przy sobie. Przecież mając taką kobietę obok siebie, to reszta świata nie powinna się liczyć. To ona powinna być najważniejsza, a nie jakaś banda ludzi. Zezłościł się, jednak nie dał nic po sobie poznać. Był bardzo zaskoczony swoją reakcją, ponieważ nigdy wcześniej nie poczuł dziwnego ciepła w okolicach serca.
    Po raz kolejny minął ją przypadkiem na ulicy na której mieszkał. Nie miał pojęcia co mogła tutaj robić. Przecież nigdy wcześniej jej tutaj nie widział. A może widział, tylko nie potrafił skojarzyć jej z żadną znajomą twarzą. Spytał brata czy ją zna. On spojrzał na niego i wybuchł nieposkromionym śmiechem, przypominając mu, że przecież się razem wychowywali na podwórku. Zmieszał się troszkę, ale po chwili oprzytomniał. W nieznajomej z baru rozpoznał sześcioletnią dziewczynkę z warkoczami, która kiedyś zdzieliła go przez głowę łopatką w piaskownicy. Pamiętał te jej zielone oczy, które sprawiały, że po plecach przebiegały dziwne dreszcze. Nie miał pojęcia skąd to wspomnienie. Potem jak przez mgłę przypomniał sobie szkolne dyskoteki. Jednak jej nie mógł z nimi skojarzyć. Wciąż miał przed oczami tamtą kobietę z baru. Jej zamyślone spojrzenie. Wiedział, że musi ją jak najprędzej odnaleźć.
    Dni mijały mu na pracy, na spotkaniach z przyjaciółmi oraz na byciu wolontariuszem w Fundacji Dr Clown. Kiedy zakładał czerwony nos klauna mógł być sobą, błaznować oraz wnosić uśmiech na twarze chorych dzieci. To właśnie na korytarzu szpitala spotkał ją ponownie. Wychodziła z jednej z sal. Zaczepiła lekarkę, zamieniła z nią kilka słów i usiadła na pobliskim krześle. Znów coś dziwnego poczuł koło serca. Bał się, że gdy za bardzo się do niej zbliży Ona się spłoszy. A tego nie chciał za żadne skarby świata. Obserwował ją zza rogu. Siedziała ze spuszczoną głową. Wiedział, że z czymś się gryzie. W końcu przełamał strach i podszedł do niej. Usiadł obok i wręczył jej plastikowy kwiatek który miał zawsze wpięty w klapę marynarki. Kiedy podniosła na niego zapłakane oczy jego serce pękło na pół. Takiego smutku i bólu nie widział w niczyich oczach od dawien dawna. Już wtedy czuł, wiedział, że musi się nią zaopiekować, czy Ona tego będzie chciała czy też nie. Nie interesowało go nawet to, że wtedy na imprezie widział ją w towarzystwie jakiegoś palanta który w ogóle nie interesował się swoją kobietą.
    Siedzieli obok siebie dłuższą chwilę. Milczeli. W takiej chwili słowa były zbędne. W końcu, delikatnie ją objął a Ona w tym momencie rozpłakała się na dobre. Zaczęła mówić. Szybko, prawie nieskładnie, jakby bała się, że ten obcy mężczyzna ucieknie na widok jej łez. Dowiedział się, że na sali z której właśnie wyszła, leżał jej były już narzeczony. Kilka dni temu miał wypadek samochodowy. Cudem wyszedł z niego żywy. Jednak po wielu operacjach jakie przeszedł, stan pogorszył się do tego stopnia, że lekarze dawali mu kilka dni życia. Przypominali także, że pacjent podpisał dokument, w którym było wyraźnie napisane, że w przypadku gdy leczenie nie będzie przynosić żadnych skutków mają zaniechać walki o jego życie. Ale jak to? To było zrozumiałe. W razie gdyby coś poszło nie tak, chciał mieć pewność, że nie będzie dla nikogo ciężarem.
    Tamto zdarzenie zbliżyło ich bardzo do siebie. On troszczył się o nią jak mógł. Był przy niej przez cały czas. Kiedy było z nią źle i wspomnienia wracały jak bumerang, zakładał czerwony nos klauna i błaznował by tylko poprawić jej humor.
    Tamtego poranka posprzeczali się, poszło o jakąś inną kobietę. Nawet nie pamiętał kim ta kobieta była, klientką w pracy, która miała jakiś poważny problem czy też może matką któregoś dziecka z oddziału nowotworowego. Ona wpadła w szał. Po raz pierwszy widział ją w takim stanie. Nie dała się uspokoić. W końcu wyszedł trzaskając drzwiami. Wróci dopiero wtedy kiedy Ona się uspokoi. Dał jej na to trzy godziny.
    W pośpiechu spakowała kilka najbardziej potrzebnych rzeczy. Po pozostałe wróci jak wszystko się uspokoi. W pracy wiedzieli że potrzebuje natychmiastowy urlop i poszli jej na rękę. Tak więc mogła bez problemu wsiąść w samochód i pojechać tam gdzie nikt jej nie znajdzie. Zadzwoniła do swojej kuzynki. Wiedziała, że ma ona w górach domek, w którym może zamieszkać przez dłuższy czas. Zanim tam pojechała, zrobiła zakupy by mieć co jeść przez kilka dni. Po kilku godzinach jazdy parkowała samochód pod domem. Wysiadła i rozejrzała się dookoła. Wzięła głęboki oddech. Tak, widok był zachwycający. Wyjęła aparat i pstryknęła parę fotek. Chciała uwiecznić chwilę, tak jak zawsze. Zabrała torby i weszła do domu. Zajęła pierwszy pokój koło kuchni. W salonie rozpaliła ogień. Zrobiła sobie gorącą herbatę i zapatrzyła się w płomień. Natychmiast zatęskniła za… no właśnie, za czym? Za Nim? Nie, za nim nie mogła tęsknić. Musiała wziąć się w garść i starać się zapomnieć. I to w trybie natychmiastowym.
    Każdy następny dzień był podobny do poprzedniego. Rano wychodziła na szlak. Robiła zdjęcia. Od Niego nie odbierała telefonów, nie odpisywała na smsy. Nie chciała. Potrzebowała się wyciszyć. Musiała to zrobić.
    To był kolejny spokojny wieczór. Rozpaliła ogień w kominku. Zrobiła sobie gorącą herbatę. Wzięła z kanapy koc i usiadła na huśtawce na ganku. To był jej rytuał. Każdego wieczoru uwielbiała oglądać zachody słońca. Kiedy słońce spokojnie chowało się za górami. Czuła wtedy niesamowitą magię i przynależność do tego miejsca, które chwilowo było jej domem. Odstawiła pusty już kubek na taras i spojrzała na drogę. Zobaczyła światła samochodu, wspinającego się pod górę. Jechał bardzo wolno. Miała wrażenie jakby się zgubił. Po chwili zatrzymał się koło jej samochodu. Światła ją oślepiły i nie potrafiła rozpoznać marki samochodu. Po kilku sekundach, ze środka ktoś wysiadł. Rozejrzał się dookoła. Milczał. W końcu podszedł do tarasu na którym siedziała. Dobrze, że nie miała w ręku kubka bo na pewno by go upuściła. Serce zabiło jej mocniej. Przed nią stał On. Ubrany był w luźne dżinsy i czarny T-shirt. Na jego twarzy malowała się wściekłość, złość i masa innych emocji których nie potrafiła zidentyfikować. Wszedł na taras. Podszedł do niej i kucnął obok huśtawki. Miała wrażenie, że jej serce zaraz wyleci z piersi. Wpatrywali się w siebie w milczeniu. W pewnym momencie zobaczyła, że kąciki jego ust drżą i rozciągają się w uśmiech. Dobrze wiedziała, że miał do niej słabość i nie mógł się na nią długo gniewać. Zdjął z niej koc i pomógł wstać. Kiedy tak stali naprzeciwko siebie i przypatrywali się sobie nawzajem w oddali dało się słyszeć grzmot. Dotknęła jego policzka. Potem przejechała dłonią po włosach. Zatrzymała się na skroniach, gdzie przybyło mu siwych włosów. Położyła rękę na sercu i uśmiechnęła się. A On nachylił się i ją pocałował.

środa, 15 maja 2013

#251

Czasem oprócz pisania recenzji oraz robienia zdjęć zdarza mi się, że "popełniam" krótkie opowiadanie. Mimo iż moja Wena śpi, czasem budzi się na chwilkę by mi poszeptać do ucha jakąś treść. Jednak tym razem motorem napędowym do pisania był mój kolega. Postanowił zmobilizować mnie do pisania. Wymyślił wyzwanie. Każde z Nas będzie wymyślać hasło które będzie się pojawiać w opowiadaniu.
Postanowiłam podzielić się z Wami Czytelnikami "popełnioną" luźną treścią gdzie wyraz przewodni to WALIZKA.

Siedziała na schodach i czekała na jego powrót. Prawdę mówiąc powinna spać już od dawna, ale nie potrafiła zasnąć. Za każdym razem gdy zamykała oczy widziała go w ramionach tamtej kobiety. Nie pamiętała jej twarzy tylko kolor włosów  blond. Zastanawiała się nawet dlaczego na nią zwrócił uwagę. Przecież odkąd pamiętała, On twierdził, że nigdy nie lubił blondynek. Kłamał. 
Już nawet nie pamiętała kiedy spotkała ich po raz pierwszy, a może chciała to wyprzeć ze swojej pamięci. To było chyba wtedy gdy stwierdził, że wyjeżdża na delegację do Gdańska. Na początku uwierzyła. Wcześniej przebąkiwał coś o awansie. Ucieszyła się nawet. Przecież On zawsze był ambitny i chciał piąć się po szczeblach kariery. Jednak nigdy nie interesował go wyścig szczurów. 
Tamtego popołudnia poinformował ją, że jedzie do Gdańska. Wspominał coś o ważnym spotkaniu firmowym na którym mają się zjawić kontrahenci z całego świata i to może być szansą jego awansu. Cóż miała zrobić, musiała się przecież na to zgodzić. W końcu to była jego praca. Dzień po jego wyjeździe wybrała się z przyjaciółkami na kawę do swojej ulubionej kawiarni niedaleko rynku. Usiadły przy oknie, bo tylko tam był wolny stolik. Ona usiadła twarzą do okna. Co rusz zerkała na ulicę, obserwując przechodniów. Ot taki mały nawyk. I właśnie wtedy przypadkiem zobaczyła Ich. On stał obrócony plecami do okna. Całował tamtą blondynkę. Ale to nie był taki zwykły przyjacielski pocałunek. Obydwoje się w nim zatracili. Z wrażenia wypuściła łyżeczkę na talerzyk. Szybko się jednak zreflektowała, nie dając po sobie nic poznać. Przecież one nie mogły go zobaczyć. W sumie Ona też nie powinna. Kilka dni później spotkała ich w centrum handlowym. Po raz kolejny nie widzieli jej. I całe szczęście. Kiedy wrócił „z delegacji z Gdańska”, był jak nigdy czuły, delikatny, opiekuńczy. Od razu wyczuła, że maskuje wyrzuty sumienia. Nie dała po sobie jednak nic poznać. Potem były delegacje do Krakowa, Wrocławia, Łodzi. A Ona się na to zgadzała. Bo przecież Go kochała, chociaż teraz to chyba, bardziej była z nim z przyzwyczajenia. 
Gdy wracał po delegacjach, Ona udawała, że niczego nie dostrzega. Nie dostrzegała dziwnych rachunków znajdowanych na biurku, zapachu damskiej perfumy na Jej ulubionej koszuli. 
Teraz siedząc na schodach i czekając na Jego powrót wiedziała, że to już jest koniec. Że tego już nie da się uratować za żadne skarby świata. Zdecydowanym ruchem wstała i skierowała się do sypialni. Otworzyła szafę na oścież i z założonymi rękami na piersi wzrokiem przeglądała wywieszone w niej ubrania. Te po lewej były Jego, te po prawej jej. Niby nigdy nie dzielili tej szafy na pół, jednak każde wiedziało, po której stronie ma powiesić swoje rzeczy. Wzięła głęboki oddech. Tak, to jest właśnie ten czas. Czas by zamknąć pewien rozdział w swoim życiu. Sięgnęła pod łóżko i wyciągnęła stamtąd swoją dużą, granatową walizkę. Walizkę, w której kilka lat temu przywiozła do Niego trochę swoich rzeczy. Walizkę w której mieściło się jej całe życie. Zaczęła wyciągać z szafy ubrania i układać je w walizce. Nie przypuszczałaby, że ta czynność tak ją uspokoi i pozwoli zastanowić się co dalej. Bo nadal tego nie wiedziała. Chociaż, wiedziała na pewno, że nie może zostać tutaj ani chwili dłużej. Musi oddać mu pierścionek zaręczynowy i odwołać ślub. Tak, za dziesięć miesięcy mieli się pobrać. Mieli przed Bogiem złożyć przysięgę małżeńską, że nie opuszczą siebie aż do śmierci, że będą razem na dobre i na złe. Teraz już wiedziała, że On tej przysięgi nie dotrzymałby. 
Kiedy zamykała walizkę na zamek usłyszała trzask zamykanych drzwi wejściowych. Zamarła. Tak bardzo nie chciała się z nim spotykać. Chciała uciec. Nie, nie jak tchórz. Raczej jak kobieta zdradzona, kobieta, którą się kiedyś kochało  i może kocha nadal  ale nie tak bardzo jak kiedyś. Zdjęła z palca pierścionek zaręczynowy i położyła go na nocnej szafce. Chwyciła walizkę, ostatni raz zerknęła na sypialnię. Na miejsce, które było świadkiem nie tylko miłosnych uniesień ale także zawziętych kłótni. Zgasiła światło i wyszła z pokoju niosąc walizkę. Stanęła u szczytu schodów. On właśnie wieszał kurtkę na wieszaku i stał obrócony do niej plecami. Nie widział jak schodzi z walizką w ręce, dopiero gdy stanęła za nim poczuł jej obecność i w końcu stanęli twarzą w twarz. Gdy dostrzegł walizkę spojrzał na nią zaskoczony. Chyba nie takiego obrotu sprawy się spodziewał. Ona była nad wyraz spokojna, opanowana i jak najbardziej pewna swojej decyzji. On zaczął coś tłumaczyć, pytać co się stało, jednak Ona milczała. Przypatrywała mu się i po raz kolejny wysłuchiwała kłamstw znanych na pamięć. Miała tego dość. Spojrzała mu prosto w oczy i… spoliczkowała go. Ulżyło Jej. Może nie do końca ale tak troszeczkę. 
- To nie oddaje mojego bólu  wyszeptała wychodząc. On stał osłupiały. Nie wybiegł za nią, nie zawołał Jej po prostu stał jak słup soli i patrzył jak odchodzi. Widać z tego, że to uczucie między nimi wypaliło się już na dobre. 
Podeszła do swojego samochodu. Wrzuciła, granatową walizkę do bagażnika. Spojrzała na dom i na Jego postać stojącą w cieniu otwartych drzwi. Jej serce po raz kolejny roztrzaskiwało się na milion małych kawałków. Po raz kolejny musiała je posklejać na nowo. Wiedziała, że na to potrzeba dużej ilości czasu. 
Wsiadła do auta. Nie od razu ruszyła. W odtwarzacz CD włożyła ulubioną składankę francusko języcznych piosenek Celine Dion. Wiedziała, że będzie mogła ich słuchać i pozwalać bezkarnie płynąć łzom. Wiedziała, że nic nie działa na nią oczyszczająco jak dokładnie ta muzyka. 
Przez dobrą godzinę jeździła po mieście. Nie miała celu, ot po prostu lubiła siedzieć za kółkiem i jeździć gdzie tylko mogła. W końcu podjechała do całodobowego TESCO. Nogi same ją zaprowadziły na dział z alkoholami. Idąc wzdłuż półek szukała swojego ulubionego wina. W końcu je znalazła. Nie poprzestała jednak, jak dotychczas, na jednej butelce. Do koszyka zapakowała od razu sześć, chociaż do końca nie była pewna czy to wystarczy. Zapłaciła, wróciła do auta i już wiedziała gdzie ma się udać. Spojrzała na zegarek. Dochodziła trzecia nad ranem. Nie była do końca pewna czy odwiedziny o tej porze są wskazane. Długo krążyła po znanej dzielnicy. Wreszcie zaparkowała pod domem. Spojrzała w ciemne okna. Wyłączyła silnik, wysiadła. Z bagażnika wyciągnęła walizkę i torbę z winem. Skierowała swoje kroki do klatki. Wspięła się po kilku schodkach. Wystukała kod otwierający bramę i z zaskoczeniem stwierdziła, że wciąż go pamięta. Gdy usłyszała znajome brzdęknięcie, pchnęła drzwi i weszła do ciemnej klatki. Wsiadła do windy i pojechała na ostatnie piętro. Bała się tego spotkania. Gdy drzwi windy się otworzyły wyszła na korytarz i skierowała się do mieszkania znajdującego się na samym końcu. Szła z duszą na ramieniu. Nie wiedziała czego może się spodziewać. Odstawiła walizkę i delikatnie zadzwoniła. Z bijącym sercem czekała aż coś się wydarzy. Jednak po drugiej stronie panowała niezmącona cisza. Nie takiego obrotu sprawy się spodziewała. Odwróciła się na pięcie, chwyciła walizkę i powoli skierowała się do windy. Wtedy usłyszała szczęk otwieranych drzwi. Odwróciła się gwałtownie. Stał w samych bokserkach i przecierał zaspane oczy. Gdy w końcu zorientował się kto śmiał go obudzić, szerzej otworzył drzwi i niewidzialnym gestem zaprosił ją do środka. Czuła, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Gdy tylko przekroczyła próg, kotka otarła się o jej nogi i od razu położyła na podłodze czekając na głaskanie. Nie spodziewała się takiego przyjęcia. Odstawiła walizkę i zaczęła drapać kotkę po brzuszku i za uszkiem. W końcu zwierzak przeciągnął się i uciekł do kuchni. Podniosła się gwałtownie i natychmiast spojrzała w te ciemne, czekoladowe oczy, które kiedyś tak bardzo kochała. Stał i się jej przypatrywał. W końcu delikatnie dotknął jej włosów, pocałował w czoło a ona przylgnęła do niego. Wiedziała, że tylko i wyłącznie w tych ramionach może być szczęśliwa.