wtorek, 8 czerwca 2021

#580 - Tango

 


Po książki Ewy Cielesz sięgam z ogromną przyjemnością. Wiem, że historia którą poznam będzie dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Bo każda książka, która wyjdzie spod pióra Pani Ewy to czysta uczta literacka. Język jest plastyczny i niesamowicie obrazowy. Czytelnik zanurza się w świecie bohaterów, płynie z prądem spokojnej lub bardziej rwącej rzeki opowieści. Kiedy w moje ręce wpadła książka „Tango” i na jej okładce przeczytałam zdanie: „Tango to pierwsza tak osobista książka Ewy Cielesz. Oparta została na doświadczeniach jej córki, której udało się wyzwolić z toksycznego związku.” Wiedziałam, bardzo dobrze wiedziałam, że ta opowieść przeczołga mnie emocjonalnie i nie myliłam się. 

Powiem Wam, że nie wiem jak mam ubrać w słowa to co dzieje się w moim wnętrzu. Po przeczytaniu tej historii, będziecie mieli kaca czytelniczego. Każda kolejna książka nie będzie tak dobra, nie porwie was od pierwszej strony. 

Podczas czytania miałam wiele razy ochotę wyrzucić książkę przez okno. Nie dlatego, że autorka tak brutalnie potraktowała główną bohaterkę. Ale dlatego, że ta historia bazowała na życiu córki Pani Ewy. Że osią całej powieści była historia kobiety, która uwolniła się z toksycznego związku. 

Przemoc psychiczna, moim zdaniem jest gorsza od tej fizycznej. Oprawca zasiewa w ofierze strach, że jest ona niewystarczająco dobra, że nie robi to tak jak robić powinna, manipuluje nią. W tej historii tak naprawdę to oprawców było dwóch. Pierwszym z nich była matka głównej bohaterki. Ktoś może powiedzieć ale jak to? Przecież każda matka swoje dziecko kocha nad życie i nie da go skrzywdzić. Ale co jeśli to matka krzywdzi dziecko? Alicja, przez większą część swojego życia była krytykowana przez matkę. Nigdy nie usłyszała od niej dobrego słowa. Dało się odczuć, że córka musi zrobić wszystko by zasłużyć na jej miłość. A przecież tak być nie powinno. Bo przecież miłość matki do dziecka jest bezwarunkowa. Ale czy na pewno? Kiedy pojawił się w życiu Alicji Feliks, dziewczyna poczuła się… wyjątkowa. Oto bowiem pojawił się przysłowiowy „książę na białym koniu”, który był kochający, zaradny, męski i stanowczy. Jednak swoim zachowaniem, swoją zaborczością, którą Alicja brała za opiekuńczość i troskę, sączył jad, który zatruwał dogłębnie dziewczynę. W jej krwi płynęła trucizna, która każdego dnia wykańczała dziewczynę psychicznie. Kochający mężczyzna z dnia na dzień stawał się niszczycielem. Zmienił się w tego okrutnego, zabierającego jej wszystko to co miała najlepsze: matkę (przecież dzisiaj masz spędzić dzień ze mną a nie z nią), przyjaźń (jak można przyjaźnić się z własnym szefem?), pracę (przecież nie musisz pracować) aż w końcu wolność wyboru. Alicja została pozbawiona poczucia własnej wartości, godności i wiary w drugiego człowieka. Kiedy wreszcie uciekła, oglądała się przez ramię czy jej oprawca nie depcze jej po piętach. Strach trzymał ją dość długo, tak samo jak brak wiary w to, że są wokół niej ludzie którzy chcą jej pomóc, którzy są jej życzliwi. 

„Tango” to nie tylko historia o toksycznym związku. To także powieść, która pokazuje, że kiedy znajdziemy w sobie chociaż zalążek siły, możemy uciec, spróbować zacząć od nowa. Możemy próbować budować swój świat na nowo - na początku z dystansem, a potem z delikatną wiarą, że nie wszyscy wokół nas są źli. 

A wiecie co boli mnie najbardziej? Że gdzieś za drzwiami sąsiednich mieszkań, może rozgrywać się taki sam dramat jak w życiu bohaterki. Boli to, że historia nie została zmyślona, że nie jest czystą fikcją literacką. 

Czy polecam? Tak, jak wszystkie inne książki Pani Ewy. Chociaż tę chyba bardziej, bo tak dobrej książki nie czytałam dawno. Pełnej różnych emocji, które wzbudza. Czytajcie, miejcie wiarę w siebie i nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Axis Mundi 

niedziela, 6 czerwca 2021

#579 - Ciało poniekąd ponętne

 



No dobra, powiem Wam, że jest mi smutno, bo to póki co ostatnia część z serii książek o Julii i Alicji. Polubiłam szalone panie nauczycielki oraz ich wakacyjne przygody. Kiedy dotarłam do ostatniej strony powieści pt. „Ciało poniekąd ponętne” Agnieszki Pruskiej uświadomiłam sobie, że to już koniec. Że chwilowo nie ma nic więcej. A ja ostatni miesiąc spędziłam właśnie z dziewczynami i bardzo się z nimi zaprzyjaźniłam. 

Nasze ulubione panie nauczycielki wyjeżdżają na wakacje do Władysławowa. I już na samym początku Julia wpada do ziemianki wykopanej przez wnuki gospodarzy, prosto w ramiona zmumifikowanych zwłok. No i nie byłyby sobą gdyby na własną rękę nie poprowadziły śledztwa. Co jest niestety utrudnione przez szalejącą w kraju pandemie. Oczywiście nie zrażone tym, że ludzie boją się kontaktu z drugim człowiekiem, chcą poznać prawdę o nieboszczyku. I tak trafiają na kolejne zwłoki. Nie wiem jak one to robią, ale w wyszukiwaniu zwłok są naprawdę dobre. 

Ciekawym smaczkiem tej części jest na pewno to, że Pani Agnieszka umieściła akcję w czasie teraźniejszym, kiedy to w kraju panuje pandemia. Pokazała dokładnie to jak ludzie rok temu podczas wakacji nie za bardzo brali wirusa na serio. Jestem przekonana, że wielu czytelników pamięta zdjęcia z plaż, które były pełne turystów. Owszem ludzie bali się choroby, chodzili w maseczkach, trzymali teoretyczny dystans. Natomiast na plaży leżeli obok siebie jak sardynki w puszce. 

Tym razem morderstwa dokonano w jednym z wakacyjnych kurortów. I podobnie jak we wcześniejszych częściach ważne w historii jest tło społeczne. Tutaj wszyscy się znają, mają wyrobione zdanie o innych, a wobec obcych są czasem podejrzliwi. Ale jednocześnie są chętni pomóc i dowiedzieć się kto zabija, bo przecież jak tak dalej pójdzie to wczasowicze uciekną. Bo kto chce mieszkać w miejscu gdzie dochodzi do morderstw?

Jeśli poszukujecie dobrej komedii kryminalnej, to czwarta część przygód Julii i Alicji nada się do tego idealnie. Powiem wam w sekrecie, że po przeczytaniu mam ochotę wybrać się nad morze by zjeść pieczoną flądrę. Polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Oficynka





piątek, 4 czerwca 2021

#578 - Zimne nóżki nieboszczyka




Lubię wpadać w ciąg czytelniczy. To znaczy, lubię czytać całą serię po kolei. Dlaczego? Bo wtedy nie zapominam co było we wcześniejszych częściach. Chociaż zdarzają się takie serie, których nie trzeba czytać po kolei i można je czytać wybiórczo. Jednak, jeśli mam na półce powiedzmy czwartą część, to raczej chcę przeczytać wcześniejsze by poznać lepiej bohaterów i ich perypetie życiowe. „Zimne nóżki nieboszczyka” Agnieszki Pruskiej to trzecia część serii o dwóch gdańskich nauczycielkach. 

Tym razem Julia i Alicja wyjeżdżają na ferie zimowe do Chojnic. Znając ich charaktery wiem, że będąc na tych feriach natrafią na trupa. I co? Oczywiście tak się dzieje. Chociaż w sumie mogę śmiało stwierdzić, że znajdują dwa. Nie wiem jak one to robią, chyba mają jakiś magnes. Tym razem znajdują trupa zaginionego fotografa oraz trupa kobiety. Standardowo rozpoczynają śledztwo na własną rękę. Szukają powiązań, dokopują się do tajemnic. Oczywiście policja nie jest zachwycona faktem, że dwie nauczycielki trochę im przeszkadzają w śledztwie. Ale one są uparte i koniecznie chcą wiedzieć kto za tym wszystkim stoi.

Jak to w przypadku wcześniejszych części było zabawnie. Podziwiam Julię i Alicję, że mają odwagę same rozwiązywać detektywistyczne zagadki. Ja bym się bała, że mogę narazić się mordercy i sam może mnie dopaść. Ale one twierdzą, że skoro są razem to nic im nie grozi. Zdecydowanie współczuję partnerom naszych bohaterek, bo za żadne skarby świata nie są wstanie powstrzymać detektywistycznych zapędów Julii i Alicji. Chociaż, w sumie trochę je rozumiem, bo ileż można jeździć na nartach biegowych czy też spędzać czas w hotelowym barze. Z czasem wszystko się nudzi. 

Polecam

piątek, 21 maja 2021

#577 - Wakacje z trupami

 




Nie zaprzeczę, że wpadłam w ciąg czytelniczy. I powiem Wam, że bardzo mi się on podoba. Dlaczego? Bo czytam komedie kryminalne, które u mnie ostatnio królują. I zupełnie mi to nie przeszkadza i nie mam póki co zamiaru na zmianę repertuaru literackiego. Bo bawię się świetnie rozwiązując zagadki kryminalne. A dodatkowo lubię główne bohaterki, więc ciężko mi się z nimi rozstawać. 

Tak, właśnie zakończyłam podróż do Fromborka i okolic. To tam na urlop udały się Julia i Alicja, czyli bohaterki książki „Wakacje z trupami”. Jadą w tamte okolice, gdyż dowiedziały się, że grasuje tam duch. A na miejscu okazuje się, że oprócz ducha po okolicy krąży jeszcze włamywacz. Ale to nie koniec atrakcji. Dziewczyny podczas jednego z pierwszych spacerów natrafiają na zwłoki.. Bo one nie potrafią pojechać na wakacje bez spotkania na swojej drodze nieboszczyka. Na własną rękę próbują oczywiście dowiedzieć się kto to i dlaczego go zamordowali. Bo na śmierć naturalną to na bank nie wyglądało. A żeby było jeszcze zabawniej to przez zupełny przypadek (chociaż patrząc na Julię i Alicję, to o przypadkach mowy być nie może) znajdują kolejne zwłoki. 

Powiem Wam, że pomysły na śledztwo nasze ulubione nauczycielki z Gdańska miały… hmm… intrygujące. Nie wiem czy mnie osobiście, chciałoby się polować na włamywacza siedząc pod zepsutym ciągnikiem, podczas deszczu. I zastanawiać się kiedy i z której strony oberwę. Albo łazić po terenie opuszczonego ośrodka i teoretycznie zbierać grzyby, a właściwie to włamywać się do budynków i natrafiać na kolejne zwłoki. Nie, ja to chyba jestem jednak miłośniczką spokojnych wakacji bez takich niespodzianek. Ale dziewczyny chyba jednak wolą spędzać czas bardziej aktywnie i na własną rękę śledzić ducha, włamywacza a na końcu mordercę. Bo bez detektywistycznych atrakcji to nie wakacje. 

Jeśli szukacie lekkiego kryminału to tę część także polecam bez mrugnięcia okiem. 

Wakacje były, to teraz czas na zimowisko, czyli trzecią część przygód naszych dzielnych nauczycielek.

wtorek, 11 maja 2021

#576 - Zwłoki powinny być martwe




Wakacje sprzyjają wyszukiwaniu trupów. To chyba najlepsze podsumowanie książki „Zwłoki powinny być martwe” Agnieszki Pruskiej. Po książkę sięgnęłam, ponieważ niebawem pojawi się czwarta część przygód nauczycielek z Gdańska. A ja mam tak, że jeśli mogę to czytam wcześniejsze części, by wiedzieć co w trawie piszczy. 

Właśnie zauważyłam, że znów sięgnęłam po komedię kryminalną. Zdecydowanie w czasie pandemii, ciągnie mnie do nich bardziej. Bo przecież śmiech to zdrowie. 

Dwie przyjaciółki, nauczycielki wyjeżdżają razem na wakacje do leśniczówki w Olsztynku. Mają wypoczywać, zbierać siły przed nowym rokiem. Bywa jednak tak, że ten spokój to jest czasem zakłócany. Tak było właśnie w przypadku Alicji i Julii. Pewnego dnia na spacerze znajdują zwłoki mężczyzny. Oczywiście nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że kiedy wybierają się w to samo miejsce z organami ścigania, okazuje się, że ciała nie ma. Zniknęło. Żadna z nich nie poddaje się i rozpoczynają własne śledztwo by dowiedzieć się kim były zwłoki, które powinny być martwe. Ale żeby im nie było nudno, to nad jednym z jezior natrafiają na zwłoki kobiety. I wtedy rozpoczyna się zabawa i śledztwo, kto jak i dlaczego. Czy uda im się poznać mordercę? 

Przyznaję się bez bicia, że podczas czytania bawiłam się przednio. Bohaterki wpadały na takie szalone pomysły, że głowa mała. Ale uparły się, że chcą poznać prawdę. Co nie podobało się miejscowej policji oraz leśniczemu, który nie chciał by coś się im stało. Ale jak wiemy, kobiety bywają uparte i za wszelką cenę, na własną rękę, czasem ryzykując życiem postanawiają rozwiązać tajemnicę morderstwa. 

Całkiem przyjemna historia. Zaraz się zabieram za kolejną część, gdyż jestem ciekawa w jakie kłopoty tym razem wpakowały się moje ulubione nauczycielki z Gdańska. Polecam.

wtorek, 4 maja 2021

#575 - Szeptun - opinia przedpremierowa

 




Kiedy w moje ręce wpadła najnowsza książka Tomasza Betchera, wiedziałam, po prostu wiedziałam, że to będzie uczta literacka. I taka też była. 

Nie chciałabym za bardzo zdradzać Wam szczegółów. Gdyż jest to taka historia, którą każdy powinien przeczytać. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora. Mam za sobą jego debiut „Tam gdzie jesteś” oraz „Szczęście z piernika” i każda z nich wywarła na mnie ogromne wrażenie. Tomasz Betcher tworzy niezwykłe powieści obyczajowe. Oprócz historii która jest osią książki, mamy tło społeczne, które ma po części wpływ na całą akcję. Tak samo jest w jego najnowszej książce. Tutaj mamy do czynienia z wykluczeniem społecznym, związanym z pochodzeniem głównego bohatera, a także uprzedzeniami i stereotypami. A sami dobrze wiemy, że z tym dość trudno walczyć. Owszem możemy próbować zmienić nastawienie, ale to nie od nas samych zależy tylko od ludzi. Waldek mieszkał w domu sam, jego dziadek nauczył go pędzić alkohol, zbierać zioła, które przecież od wielu, wielu lat mają lecznicze właściwości. To stąd wzięło się przekonanie, że Waldek potrafi leczyć, jest znachorem, szeptunem. Ale tak naprawdę to przecież wystarczy poszperać głęboko w internecie, bądź w książkach, by samemu się przekonać o właściwościach ziół. Ale samotność głównego bohatera i jego przeszłość sprawiły, że właśnie tak był odbierany przez mieszkańców pobliskich domów. 

Oczywiście nie mogło zabraknąć miłości. Bo jak każdy wie, w powieściach obyczajowych to dość istotny element. Tym razem mamy miłość dojrzałą, która zaskakuje głównych bohaterów. Żadne z nich się tego nie spodziewa. Ale przecież miłość nie wybiera, zjawia się w momencie kiedy nikt jej nie oczekuje. Poza tym główna bohaterka Julia udowadnia, że czasem warto pójść za głosem serca i… rzucić wszystko i wyjechać w Beskidy. Bo miłość uskrzydla. Dla niej jesteśmy gotowi postawić wszystko na jedną kartę. 

Powiem Wam, że jest tu także poruszony bardzo ważny temat, który osobiście mnie zaskoczył. Wiedziałam, że córka głównej bohaterki przeżyła traumę. To wydarzenie bardzo ją zmieniło, niestety na gorsze. Byłam przekonana, że cała jej historia, zostanie w strefie domysłów, by czytelnik sam mógł sobie dopowiedzieć co takiego się wydarzyło w życiu Marysi, że tak bardzo się zmieniła. Ale nie, wszystko zostaje wyjaśnione i poznajemy historię dziewczynki. Byłam wstrząśnięta, tak jak każdy z was, czytelników będzie. 

I jest jeszcze wątek lekko kryminalny, który zaparł mi dech w piersi aż tak, że z niecierpliwością i przestrachem przewracałam strony. Koniecznie chciałam wiedzieć czy happyend jest tutaj możliwy? 

Niesamowite w tej historii są wszystkie wtrącenia legend, wierzeń słowiańskich i mitów. To nadawało książce tajemniczości i idealnie pasowało do życia Waldka. 

Jeśli poszukujecie powieści która Was w sobie rozkocha to „Szeptun” nadaje się do tego idealnie. Czytajcie - nie pożałujecie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

niedziela, 2 maja 2021

#574 - Ucieczka



Wiele razy wspominałam, że lubię czytać książki w których bohaterka jest moją imienniczką. Zawsze wtedy zastanawiam się, jakie cechy charakteru będzie posiadać, czy będzie podobna chociaż trochę do mnie. Tak samo było w przypadku najnowszej książki Ady Nowak „Ucieczka”. 


Marta pracuje jako psycholog na więziennym oddziale leczenia uzależnień we Wronkach. Jednym z jej pacjentów jest Adam. Podczas terapii wyznaje jej, że nie popełnił zbrodni o które jest oskarżony. Dziwnym trafem Marta mu wierzy. Może dlatego, że mężczyzna budzi w niej nieznane dotąd emocje: pożądanie, fascynację a także strach. Pewnego dnia Adam namawia Martę na ucieczkę. Kobieta zgadza się na jego plan. I tak zaczyna się ich wielka ucieczka przez Niemcy, Włochy, Tunezję do Maroka. Czy uda im się uciec przed „przyjaciółmi” którzy depczą Marcie po piętach? I jak wiele wspólnego ma Adam, ze śmiercią jej ojca, której Marta była świadkiem?

Prawdę mówiąc nie wiem co mam napisać. Serio. Chyba po raz pierwszy, nie wiem jak ubrać w słowa to co czuję. Nie jest to zachwyt, niestety. W skrócie mogłabym napisać: książka jest ok, szału nie ma. I to byłaby prawda. 

Ogólnie historia ma swój potencjał, jednak naiwność głównej bohaterki sprawiła, że z bólem doczytałam tę książkę do końca. Byłam ciekawa jaki będzie finał. Bo umówmy się, dorosła kobieta, pani psycholog, daje się wmanewrować w ucieczkę z więzienia groźnego przestępcy. Do tego ucieka razem z nim przez dwa kontynenty. Najpierw we Włoszech spotyka bandytów a konkretnie oprychów na wzór mafii sycylijskiej. Później na wielbłądach wraz z Berberami przemierza pustynię, następnie pościg na starym mieście, i koniec podróży na końskich grzbietach. Oczywiście w międzyczasie są sceny seksu, nie tylko głównych bohaterów, ale także drugoplanowych postaci, w sumie taka Sodoma i Gomora. 

Pewnie jesteście ciekawi czy książka ma jakieś plusy? Zastanówmy się. Myślę, że na duży plus można uznać opisy podróży przez pustynię i zwyczajów Berberów – chociażby przygotowywanie posiłków. Wątek polityczny związany z ojcem Marty też był interesujący. Kobieta miała przebłyski wspomnień. Ukazywały one strach małej dziewczynki, która była świadkiem morderstwa własnego ojca. Przypominały, że zawsze musi patrzeć za siebie. I nie ufać nikomu, bo nigdy nie wiadomo kim nowy znajomy może być. Może kimś z przeszłości, kto przyczynił się do śmierci ojca? Chociaż patrząc na to, że zaufała przestępcy i dała wywieść się do Afryki świadczy o jej naiwności. Domyślałam się, że Marty bywają naiwne, ale nie aż tak.

Mamy też kilka nieścisłości. Pierwszą z nich jest informacja na stronie 106, że akcja dzieje się podczas pandemii. Ot tak nagle, bohaterowie będąc na dworcu w Berlinie zakładają maseczki by ich nie rozpoznano. Wcześniej nie ma o tym ani słowa, potem także nie. Co więcej? Telefony komórkowe. Z tego co pamiętam wyrzucili je na początku ucieczki aby nie można było ich namierzyć, ale w pewnym momencie pojawiają się one jakby nigdy się ich nie pozbyli (ona przegląda się w aparacie w trybie selfie albo znajduje esemesa w jego telefonie, który wypadł z kieszeni). Skoro ich się pozbyli to skąd nagle smartfony? 

Czy polecam? Trudno powiedzieć. Myślę, że można przeczytać by samemu stwierdzić co się w tej książce podoba a co nie. Czytałam lepsze miksy gatunkowe. I to nie jest debiut autorki. Myślę, że przy debiucie można byłoby wiele wybaczyć. Jednak w tym przypadku, szanse są nikłe. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Lipstick Books


 

piątek, 23 kwietnia 2021

#573 - Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich czyli o legalnym czytaniu




Wiele lat temu kiedy jeszcze nie było ebooków, a konkretnie plików epub czy też mobi, książki były skanowane i wrzucane do pliku pdf. I tak rozprowadzane wśród znajomych czy też udostępniane w sieci. Nikt wtedy nie przejmował się prawami autorskimi. Bardziej zależało na tym by książkę mieć na własność. Faktem jest, że czytało się na komputerze, gdyż nie wszyscy mieli czytniki. 

A temat poruszam nie przypadkowo. Dzisiaj 23.04. obchodzimy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Jest to święto organizowane przez UNESCO w celu promowania czytelnictwa i ochrony własności intelektualnej za pomocą praw autorskich. 

Od lipca zeszłego roku Dominika Matuła stworzyła w mediach społecznościowych „Czytaj legalnie i pozwól legalnie czytać innym”. Celem akcji jest uświadomienie wszystkim, że nielegalne czytanie jest karalne. Bo takie jest. Na facebooku wciąż istnieje wiele grup, w których czytelnicy wymieniają się ebookami czy też audiobookami. A to jest kradzież. To jest tak jakby ktoś przyszedł do Ciebie w odwiedziny i wyniósł radio czy też telewizor. Jakbyś za swoją wykonywaną wiele miesięcy pracę, nie otrzymał wynagrodzenia. Ściągając nielegalnie książki okradamy autorów i wydawców. 

Jeśli udostępniamy własność intelektualną, mam tutaj na myśli książki, łamiemy prawo - nawet jeśli robimy to w dobrej wierze. Mówmy o tym wprost. Nośnik elektroniczny to nie to samo co papier.

Dlatego dzisiaj będzie o legalnych źródłach pozyskiwania książek. 

Na początku warto wspomnieć o Legimi czy też Empik Go. Za cenę okładkowej książki, (lub mniej) można miesięcznie mieć dostęp do ogromnej ilości książek - legalnie bez narażania twórców na straty. W niektórych abonamentach telefonicznych dostęp do legimi można mieć już za 20 złotych. Ja osobiście korzystam z obydwu platform. W Legimi płacę miesięcznie 39,99 i mam dostęp do tylu książek ile chcę. A że czytam dużo, to czasem wychodzi, że za jedną książkę płacę mniej niż za paczkę papierosów, które pali mój Mąż. I powiem, że bez Legimi nie wyobrażam sobie czytania książek. Bo są książki, które pragnę mieć na półce, i te które chcę tylko przeczytać. I właśnie Legimi i Empikgo mi to umożliwiają. Poza tym Empikgo w Empikpremium też umożliwia dostęp do ebooków i audiobooków. 

I twórcy, czyli nasi wspaniali autorzy, którzy tworzą dla nas niesamowite historie, otrzymują wynagrodzenie za ściągnięte/przeczytane ebooki. Czyli bez strat. Ale żeby nie było tylko o ebookach to mamy jeszcze Audiotekę i Storytel - aplikacje na telefon. I tam także za 19,90 lub 34,90 można słuchać książek. Audiobooki sprawdzają się w długich podróżach, lub wtedy gdy wykonujemy inne czynności, a chcemy słuchać. Ja akuratnie słuchałam książek z Empikgo podczas malowania mieszkania. 

Kolejnym źródłem legalnego czytania są nasze biblioteki, można ZA DARMO wypożyczyć książkę albo dwie albo dziesięć. Warto też podpytać panie bibliotekarki o darmowy roczny dostęp do Legimi. Legimi współpracuje z bibliotekami udostępniając im kody. Dzięki temu możemy czytać rok ZA DARMO. Poza tym dzięki funduszom „Budżetu obywatelskiego” wiele bibliotek zaopatruje się w nowości w krótkim czasie od premiery. 

Z tego co mi wiadomo iPhony mają aplikację „Książki” a tam zakładkę „Księgarnia” gdzie można kupić legalnie książki w niskich cenach. 

A jak już jesteśmy przy niskich cenach ebooków, to koniecznie należy wspomnieć o internetowych księgarniach takich jak Woblink, Virtualo, Publio, Nexto, Ebookpoint gdzie mamy możliwość kupienia książek mniej niż kawa w sieciówce. A oprócz tego istnieje jeszcze upolujebooka, gdzie możemy sobie ustalić cenę książki i jeśli w którejś księgarni ta książka będzie mieć taką cenę jaką sobie ustaliliśmy to otrzymamy mejla z informacją, że upolowano dla nas ebooka. Czyż to nie jest fajne?

No dobrze mówimy o ebookach, a co z książką papierową? 

Można brać udział w wymianach książkowych organizowanych przez Śląskich Blogerów Książkowych. Niestety przez pandemię zostały one wstrzymane, ale liczymy na to, że niebawem znów się spotkamy. 

Można także korzystać z konkursów, które są organizowane między innymi przez blogerów na feceboku, instagramie, blogach. Albo przez samych autorów. 

No i oczywiście z bibliotek w swoim mieście, bo przecież mają one ogromne zasoby. Z biblioteczek znajomych, rodziny. 

A jeśli już chcemy zaopatrzyć się w swój własny egzemplarz to warto korzystać z promocji w księgarniach internetowych, stacjonarnych lub wybrać się do antykwariatu. Poza tym powstało wiele księgarń z tanią książką jak Dedalus czy też Tak Czytam, gdzie za niewielkie pieniądze możemy kupić książki. Ostatnio także w wielkich sklepach typu Carefour, Auchan itp. można w niskich cenach zaopatrzyć się w ciekawe tytuły. 

Sama biorę udział w konkursach, gdzie można wygrać książkę. Korzystam z księgarnianych promocji, kupuję w składnicach taniej książki czy też w hipermarketach. A ebooki to zdecydowanie abonamentowo, no chyba, że mnie skusi promocja. 

Chcę z tego miejsca podziękować wszystkim Autorom i Autorkom, którzy piszą niesamowite historie. Dzięki Wam, nie zwariowałam.

niedziela, 18 kwietnia 2021

#572 - Flying High

 


Serie książek, nie ważne czy to dylogia, trylogia, mają to do siebie, że się kończą. Wtedy nasza literacka podróż z bohaterami dobiega końca. Moja podróż z Hailee i Chasem także się zakończyła. Odłożyłam na półkę książkę „Flying high” Bianci Iosivoni i powiem Wam, że… wciąż mi mało. Wiem, że to już koniec, że więcej nie będzie, ale tak bardzo się z nimi zżyłam, że pragnę wiedzieć co dalej? Co z nimi? Co z pozostałymi bohaterami tej dylogii?

Jak już wspominałam przy pierwszej części (albo i nie?) Hailee ukrywała pewien mroczny sekret. W końcu, dzieli się nim z Chasem. Jednak nie robi tego w tradycyjny sposób, tylko listownie. Dziewczyna ma plan, ale na szczęście zostaje on zniweczony, a do Fairwood przyjeżdżają jej rodzice, którzy otrzymali także list. Po długich rozmowach, Hailee wraca wraz z nimi do rodzinnego domu. Nie jest to jednak dobra decyzja, gdyż jej serce zostało w małym miasteczku wśród przyjaciół. Chase natomiast wraca na studia do Bostonu. Nie odnajduje się na nich, tęskni także za dziewczyną. W końcu podejmuje decyzję w sprawie studiów, co wcale nie zachwyca jego rodziców. Czy drogi Chase’a i Hailee znów się przetną? A może Hailee wróci do Fairwood?

Ta część w porównaniu do pierwszej nie rozjechała mnie tak emocjonalnie. Owszem było sporo różnych emocji, ale… no właśnie, zdecydowanie trudno ubrać to w słowa. Nie walnęła mnie w splot słoneczny jak wcześniejsza. No cóż, zdarza się. Ale jest tak samo świetna jak jej poprzedniczka. 

Bohaterowie zostają rozdzieleni. Hailee wraz z rodzicami uczęszcza na spotkania z psychologiem i walczy z demonami przeszłości. Niestety, wśród najbliższych nie czuje się dobrze. Próbuje dogadać się z rodzicami, ale argumenty każdej ze stron uderzają w próżnię. Rodzice nie potrafią zrozumieć, że pozostawieni w Fairwood przyjaciele, są dla ich córki ważni i byli przy niej, gdy potrzebowała pomocy. Natomiast Chase uświadamia sobie po raz kolejny, że studia a potem praca w rodzinnej firmie, to nie jest to co chciałby robić. To nie daje mu satysfakcji i nie chce temu poświęcać swojego życia. On również musi zmierzyć się z rodziną i znaleźć mocne argumenty by przekonać ich, że rodzinny biznes, to nie jest miejsce dla niego. 

W tej części autorka skupiła się na temacie depresji oraz po raz kolejny na stracie bliskiej osoby. Nie będę wchodziła w szczegóły, gdyż każdy sam musi przemyśleć tematy poruszone w książce. Jedno jest pewne, wraz ze wsparciem najbliższych i ukochanych osób, trochę łatwiej walczyć z depresją. Należy skorzystać z pomocy specjalistów, bo samemu sobie nie pomożemy. 

Wszyscy którzy przeczytali tom pierwszy, muszą doczytać dalsze losy Hailee i Chase’a. I tak jak w przypadku tomu pierwszego, tak i tutaj, po przeczytaniu ksiązki tytuł nabiera dosłownego znaczenia, oczywiście dla każdego co innego. Polecam! 

Dziękuję Wydawnictwu Jaguar za możliwość przeczytania tej książki. 

środa, 24 marca 2021

#571 - Firefly Lane

 



Zdarzają się takie książki, które nas przyciągają. Które nęcą nas swoją opowieścią, kuszą i mamią, ale jednocześnie przeczuwamy, że przeczołgają nas one niczym kapral marines podczas mordeczego szkolenia na plażach Florydy.

Klika lat temu taką książką był „Słowik” Kristin Hannah. Przyznaję, że jej historia krąży w moim krwioobiegu i wciąż ją bardzo dobrze pamiętam. Chociaż akcja działa się podczas II Wojny Światowej, a jak dobrze wiecie, za literaturą wojenną nie przepadam. Czyli jednym słowem ta opowieść wywarła na mnie ogromne wrażenie. Gdy Netflix zaprezentował trailer do serialu „Firefly Lane” nakręconego na podstawie książki o tym samym tytule, wiedziałam, że ją przeczytam by porównać powieść z serialem. Bo wiadomo: najpierw książka a potem ekranizacja. 

„Firefly Lane” opowiada historię Kate i Tully. Obie poznają się będąc nastolatkami. Kate razem z bratem jest wychowywana w katolickiej rodzinie. Przez swoje ogromne okulary bywa traktowana jako dziwadło i ogólnie nie ma zbyt wielu przyjaciół. Tully jako mała dziewczynka została porzucona przez matkę. Matkę narkomankę, która o córce przypominała sobie raz na kilka lat. Pewne wydarzenie sprawia, że ich drogi Kate i Tully się przecinają. I tak zaczyna się najpiękniejsza przyjaźń. Razem wybierają się na studia, później razem pracują, są wręcz nierozłączne. W ostateczności Tully ze swoim przebojowym charakterem zostaje dziennikarką, która nie boi się wyrażać swojego zdania. Prze do przodu jak taran, ciągnąc za sobą Kate. Natomiast Kate, poświęca swoją pracę na rzecz rodziny, zostaje żoną, mamą i panią domu. Daleko jej do przebojowej przyjaciółki. Czy przyjaźń przetrwa różne zawirowania? O tym musicie przekonać się sami. 

Dla niektórych, historia, którą stworzyła Hanna może wydać się oklepaną. Są dwie bohaterki: jedna po trupach dąży do celu, druga to typowa matka poświęcająca karierę dla rodziny. Jednak to właśnie ta ich różnorodność sprawiła, że przyjaźń która ich łączy jest niesamowita. Więź między nimi jest nierozerwalna. Nie ważne jakie kłody rzuci im pod nogi los, one dwie Tully i Kate, zawsze będą razem. To naprawdę niewiarygodna przyjaźń. 

Kristin Hannah posiada dar tworzenia opowieści, które głęboko zapadają w pamięć. Historii, które porywają czytelnika od pierwszej strony i sprawiają, że chce się je czytać ciągle. Bez odkładania na bok. Dokładnie tak właśnie jest w przypadku „Firefly Lane”. Bardzo dawno żadna książka nie sprawiła, że docierając do ostatniej strony miałam mokre oczy. I szczerze mówiąc, wcale nie chciałam by ta książka się skończyła. 

„Firefly Lane” to ciepła i wzruszająca historia o niezwykłej przyjaźni, a także trudnych relacjach matki i córki, o realizacji marzeń, które sprawiają, że poświęcamy życie prywatne dla ich realizacji. 
Polecam bez dwóch zdań!

P.S.
Obejrzałam serial, który jak już wspominałam na początku nakręcił Netflix. I powiem Wam tak: jeśli przeczytaliście książkę, to stwierdzicie, że serial jest gorszy. Bo tak się składa, że to prawda. Wiele wątków jest zmienionych, kilka jest dodanych, są dość spore rozbieżności. A szkoda, bo ta książka jest genialna. Serial również mógł taki być. Jeśli nie czytaliście książki, to serial bardzo przypadnie Wam do gustu. 

poniedziałek, 15 marca 2021

#570 - Las i ciemność

 




„Ach co to był za ślub…” 
Myślę, że na ten moment czekali wierni czytelnicy serii „Kryminał pod psem”. Bo o tej książce będę Wam dzisiaj opowiadać. A konkretniej o ósmej już części przygód Gucio & Company, czyli „Las i ciemność” Marty Matyszczak. 

Róża i Szymon planują ślub, albo raczej to Szymon planował, oczywiście bez pomocy Róży. Bo jak to on chciał jej zrobić niespodziankę. Ale jak to z naszymi ulubieńcami bywa, wszystko układa się nie tak jak powinno. Okazuje się bowiem, że impreza ma zostać zorganizowana w Puszczy Augustowskiej. W miejscu gdzie Róża, będąc nastolatką spędzała swoje młodzieńcze, niekoniecznie szczęśliwe wakacje. Nasza ulubiona dziennikarka będąc nastolatką, niestety nie należała do grupy osób, które wszyscy uwielbiają i zapraszają na imprezy. Jak dobrze wiemy, tam gdzie pojawiają się Gucio & Company, musi być trup. No i oczywiście do tej trójki należy rozwiązanie zagadki śmierci. I co z tego, że ślub za pasem?!

Hmm… powiem Wam, że tym razem nie było aż tak zabawnie jak przy innych częściach. Zastanawia mnie, dlaczego tak się wydarzyło? Ale nie znajduję żadnej jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. 

Ogromnym plusem tej historii jest to, że wreszcie poznajemy przeszłość Róży, która do tych kolorowych nie należała. Nie była lubianą osobą w szkole. Wręcz przeciwnie. Przez swoją tuszę i miłość do Szymona (tak, ta dwójka zna się już bardzo długo) była wyszydzana. Myślę, że niektóre osoby w postaci Róży sprzed lat odnajdą siebie. Jestem pewna, że nie każdy był przebojowy i nie każdy miał wianuszek przyjaciół, z którymi spędzał wszystkie szkolne przerwy. 

W tej części brakowało mi sarkazmu Gucia. Mam wrażenie, że te złośliwości i cynizm psiaka, są nieodłączną częścią tej serii. Szkoda, że tym razem nie było ich za wiele. 

Okładka z przyczepą może sugerować lekką wakacyjną przygodę. Ale jak dobrze wiemy z tymi bohaterami to tak do końca nigdy lekko nie ma. Bo zawsze tam gdzie pojawia się nasze śledcze trio jest zagadka morderstwa do rozwiązania. 

Powiem Wam, że takiego zakończenia się nie spodziewałam. Autorka walnęła takiego splot twista, że wypadłam z butów. Nigdy wcześniej aż tak nie waliła obuchem w czerep czytelnika. No może raz, ale nie z takim impetem. 

Ponieważ mam już przed sobą kolejną część, to dowiem się jak potoczyły się losy naszej trójki. Jak zwykle polecam nie tylko fanom komedii kryminalnych. Gucio & Company rządzi!!! 

środa, 10 marca 2021

#569 - Kaprys gangstera - recenzja premierowa

 




Lubię od czasu do czasu sięgnąć po literaturę przez niektórych nazywaną erotyczną. Ale w niektórych kręgach jest ona nazywana literaturą romansową. Dla mnie jest to miks erotyki z romansem. Taki całkiem do zniesienia. Gdzie gorące sceny seksu nie wylewają się z każdej strony i nie przyprawiają czytelnika o odruch wymiotny. Bo widzicie, z takimi powieściami jest różnie. Jedne po przeczytaniu pierwszej strony sprawiają, że czytelnik ma ochotę wyprać sobie mózg, a inne sprawiają, że dreszczyk podniecenia nie opuszcza nas do ostatniej strony. I tak właśnie było w przypadku najnowszej książki Katarzyny Mak „Kaprys gangstera”. Nie mogłam się od niej oderwać. 

Elena pracuje dla głównego prokuratora. Mieszka z narzeczonym, z którym planuje wspólną przyszłość. Pewnego wieczoru, robi za koło ratunkowe swojej przyjaciółki Dolores. W pubie spotyka pewnego tajemniczego mężczyznę, który z kolei pomaga jej wrócić do domu, po tym jak wymieszała tabletki nasenne z alkoholem. Następnego dnia okazuje się, że to ważny klient jej szefa. Po raz kolejny drogi Eleny oraz Marcella przecinają się w Miami. Marcello to szycha na Sardynii, a może lepiej brzmi gangster, który ma wszystko, od pieniędzy po każdą kobietę, która stanie na jego drodze. Czy tych dwoje może połączyć gorący romans? Czy może na przeszkodzie stanie włoskie życie Marcella?

Powiem wam, że autorka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła tą historią. Owszem są sceny seksu, ale nie są aż tak bardzo wyuzdane i pojawiają się od czasu do czasu. Są wręcz dosadne, ale nie obrzydzają w żaden sposób czytelnika. Wręcz przeciwnie. Bardzo spodobało mi się połączenie romansu, obyczaju i lekkiego kryminału, bo przecież Marcello to gangster. Bardzo spodobała mi się jego postać, gdyż przy tej swojej włoskiej stanowczości i stawianiu na swoim, miękł przy ukochanej kobiecie. Poza tym, Elena przeszła metamorfozę, z cichej kobitki stała się stanowcza i zdeterminowana. 

Dla niektórych czytelników historia Eleny i Marcella może wydawać się momentami znajoma. Wiecie gangster porywa młodą dziewczynę do Włoch. Tak, brzmi znajomo prawda? Ale przecież jest sporo takich historii, gdzie bad boy porywa naiwną dziewczynę, więzi i od czasu do czasu bzyka. Tę historię czytało mi się z przyjemnością, nie odrzucało mnie, nie miałam odruchów wymiotnych podczas opisywanych scen miłosnych. Bo widzicie, o tym trzeba umieć pisać, mimo że opisywany jest ostry seks na toaletce w garderobie. Czytelnik ma sobie to wyobrażać, a nie krzywić się podczas czytania i szybko przerzucać strony by ominąć te opisy. I ja podczas tej książki właśnie tak miałam. 

Przyznam się szczerze, że zupełnie takiego zakończenia się nie spodziewałam. Ale Katarzyna Mak w swoich wcześniejszych książkach (tych które udało mi się przeczytać) zawsze zaskakuje czytelnika. Nie skłamię mówiąc, że chciałabym więcej tej historii i tych bohaterów, których polubiłam i to bardzo.

Jeśli szukacie dobrego romansu, to „Kaprys gangstera” nadaje się do tego idealnie. Polecam

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B / Lipstick Books 

środa, 17 lutego 2021

#568 - Kot dla początkujących

 



Jak już nie raz (a może i nie?) wspominałam, nie sięgam po poradniki, ani po biografie, ani po reportaże. Ale od czasu do czasu staram się wyjść poza swoją strefę komfortu czytelniczego i czytać coś czego nigdy nie czytałam. I tak sięgnęłam po książkę „Kot dla początkujących” Beaty Pawlikowskiej. Książkę przeczytałam także dlatego, że w naszym domu pojawiła się Marvella, dostojna i psotliwa kotka. A ja za mój cel obrałam sobie czytanie książek o kotach, by wiedzieć o nich wystarczająco dużo by czuć się pewnie. Zapewne zapytacie po co, przecież każdy kot jest inny. A i owszem, ale naprawdę chciałam mieć jakąś wiedzę na temat tych czworonogów. W szczególności, że nigdy wcześniej żadnego nie posiadałam. Zaopatrzona w ołówek i kolorowe „sticksy” zabrałam się za lekturę. 

Pani Beata opowiada swoją historię. Historię tego jak Krzysio Kolumb i Elvis Prestley (dwa kociaki) zamieszkały u niej w domu. Jak przystosowywały się do nowego miejsca. Opowiada o tym jak dobierała dla nich karmę. I zanim natrafiła na tę odpowiednią, to robiła dokładny research wśród tych dostępnych na rynku. I trzeba przyznać, że zabrała się do tego bardzo dokładnie. Podaje konkretne informacje o tym czego kot jeść nie powinien i co mu szkodzi. Całość okraszona jest anegdotami z życia dziennikarki, i jej kotów.

Książkę potraktowałam jak rozmowę z kimś kto już ma doświadczenie w byciu kocim rodzicem. Poza tym, w książce wytłuszczonym drukiem są ważne informacje dla posiadaczy kota. 

Podsumowując: książka została przeze mnie oklejona sticksami i porobiłam sporo notatek. I wiem, że większość informacji przyda mi się w codziennym życiu z naszą Marvellą








czwartek, 11 lutego 2021

#567 - To tylko przyjaciel




Znacie mnie już jakiś czas, więc wiecie, że sceptycznie podchodzę do książek, o których mówią „Wszyscy” na około (oczywiście w samych superlatywach), bo z czasem się okazuje, że te zachwyty są na wyrost, jeśli o mnie chodzi. Przecież nie wszystkim musi podobać się to samo. Po książkę „Tylko przyjaciel” Abby Jimenez sięgnęłam z czystej ciekawości. Albo raczej skusił mnie cytat: „Ta powieść stanie się hitem nadchodzącego lata”. I wiecie co? Tak właśnie jest. Ta książka rzeczywiście jest świetna. 

Josh po nieudanym związku, przeprowadza się do nowego miejsca. Niestety ma pecha i już pierwszego dnia wjeżdża w tył stojącego przed nim samochodu, którego kierowcą jest Kristen. Jakiś czas później ich drogi snów się krzyżują. Kristen jest przyjaciółką, narzeczonej najlepszego przyjaciela Josha, Brandona. Między głównymi bohaterami iskrzy, i to bardzo. Jednak gdy przychodzi co do czego, to Kristen stawia na układ „friends with benefits”. Ale czy to dobry pomysł? Bo co się stanie, jeśli dla każdego z nich to zdecydowanie za mało?

O mamo!!! Jaka to była cudna, ciepła, romantyczna i podnosząca na duchu powieść!!! Było nawet kilka momentów, przy których się wzruszyłam. Tak więc bez chusteczek to się nie obejdzie. Nie, i koniec – chusteczki obowiązkowe!Zastanawiam się w czym tkwi urok tej książki, która serio okazała się hitem wakacji. I dochodzę do wniosku, że:
Po 1: dialogi – są urocze, to dogryzanie sobie głównych bohaterów sprawia, że czytelnik cały czas się uśmiecha, bo bez problemu może odszukać w tych bohaterach siebie. 
Po 2: bohaterowie – są z krwi i kości, są tacy jak my z wadami i zaletami, a patrząc na Josha to też są waleczni (ale nie powiem wam dlaczego on taki był, musicie o tym przeczytać sami)
Po 3: sama historia – przyjaźń między kobietą i mężczyzną. 
Po 4: autorka w tej powieści poruszyła temat choroby i śmierci, nie powiem więcej co i jak ale to także nadaje smaczku tej historii. Chociaż kiedy ją poznacie, możecie mnie zapytać: tobie to już chyba serio odbiło!!!?

Tak, to hit lata. To książka, którą pochłania się jak ulubione ciasto. Rozkoszując się jej historią. Wkurzamy się na decyzje i wybory Kristen, nie zawsze się z nią zgadzając. No i trzymamy kciuki za powiedzenie się planu Josha. 

Jeśli poszukujecie historii lekkiej, ale nie przesłodzonej, to ta książka nada się do tego idealnie. Polecam, polecam, po stokroć polecam. I pamiętajcie o chusteczkach. 

wtorek, 26 stycznia 2021

#566 - "Dywan z wkładką" recenzja przedpremierowa





Z komediami kryminalnymi jest mi bardzo, ale to bardzo po drodze. Uwielbiam, ale to wiecie nie od dziś. Poza tym, śmiech w dzisiejszych czasach to towar deficytowy. Tak więc, z ogromną radością przeczytałam komedię kryminalną autorstwa Marty Kisiel „Dywan z wkładką”. Ale powiem wam od razu, że zanim książka do mnie dotarła nie miałam bladego pojęcia o czym będzie. Serio. 

Tak naprawdę wszystko zaczęło się od… lodówki. A konkretniej dźwięków jakie się z niej wydobywały. To był zapalnik do przeprowadzki, do domu za miastem. Trawni ,wraz z dwójką nastoletnich dzieci przenoszą się do domu, który kiedy oglądali go pierwszy raz wydawał się niczym z bajki, teraz nijak ma się do tego czym był w tedy. Staw, który Tereska polubiła od pierwszego spojrzenia (wiecie, wizja kawy na tarasie z widokiem na własny staw to raczej marzenie każdego) okazuje się wyschniętym bajorem, natomiast sąsiadowi od samego rana tylko nowe konflikty i spory w głowie. I żeby Teresce nie było zbyt nudno, pewnego dnia na progu domu pojawia się bardzo aktywna teściowa Mira. A że Mireczka nie usiedzi „na pupie” to wyciąga na jogging biedną Tereskę (a musicie wiedzieć, że Teresa to raczej Mama Muminka, która zdecydowanie zamiast joggingu woli zasiąść leniwie na tarasie z kawą i kasztankami). I właśnie wtedy obie panie natrafiają na… zwłoki zawinięte w dywan, który jeszcze kilka dni wcześniej – oczywiście bez wkładki – był w garażu Trawnych. By nie rzucić podejrzenia na kogoś z rodziny, obie panie rozpoczynają śledztwo na własną rękę. Czy uda im się znaleźć mordercę? 

Oż ty Łużowy Kłuliku!!! Co to była za uczta literacka. Ach co to był za dowcip, sarkazm, cóż za świetna historia przy której wybuchałam niepochamowanym śmiechem. Gdzie Pan Munż uspokajał, albo raczej starał się mnie uspokoić, by sąsiedzi nie wezwali miłych panów z kaftanikiem. Była intryga, był trup i śledztwo na własną rękę, oraz problemy zajadane kasztankami. Droga Ałtorko, chylę czoła, gratuluję i powiem ci, że ten lockdown ci służy. Czekam na więcej!!! Pisz koniecznie, bo komedia kryminalna wyszła ci przesmacznie. 

Wiecie, ciężko jest pisać opinię o książce która jest komedią kryminalną i nie zdradzać szczegółów. Albo nie wybuchać śmiechem na same wspomnienie historii. 

Marta Kisiel podobnie jak Aneta Jadowska, porzuciła na chwilę fantastykę na rzecz komedii kryminalnej. Trochę się bałam czy nie dostanę jakiegoś zakalca, ale nie. Dostałam tak przesmaczną historię, że liczę na to iż Ałtorka napisze kontynuację. Bo chcę wiedzieć czy Mira będzie spotykać się z Magnumem. Ci co mają już prawie czwórkę z przodu to wiedzą o kogo mi chodzi. A ci z młodszego pokolenia pewnie kojarzą Doktora Richarda z kultowego serialu „Przyjaciele”.

Marta ma rzesze swoich czytelników, którzy przeczytają wszystko co wyjdzie spod jej pióra. I powiem Wam, że nie ważne za jaki gatunek literacki Ałtorka się weźmie to zrobi to dobrze. Ba!!! Nawet bardzo dobrze i dodatkowo zjedna sobie kolejnych czytelników, którzy z entuzjazmem pobiegną do księgarni i wykupią wszystko co napisała. Jej książki powinny być przepisywane na receptę jako poprawiacz humoru. A po przeczytaniu najnowszej książki uwierzcie mi, że najdzie was ochota na kasztanki. Idę poszukać czy nie mam gdzieś skitranych w barku. 

Polecam Wam „Dywan z wkładką” jako zdecydowany poprawiacz humoru. Kiślu Kochany, czekam na kontynuację. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B. 

sobota, 9 stycznia 2021

#565 - Siedem sióstr




Są książki i autorzy, którzy są ,lub stają się, fenomenem literackim. Już wyjaśniam o co chodzi. Chodzi mi o takich autorów, których ksiażki rozchodzą się jak świeże bułeczki i wszyscy je czytają, i o nich mówią. Jak poniektórzy wiedzą jestem księgarzem. Od wielu lat obserwuję co najchętniej czytają klienci i które książki sprzedają się najlepiej. Muszę powiedzieć, że kobiety najczęściej sięgają (nie tylko po Grey’a albo „365 dni”) po książki Lucindy Riley. I wiecie co? Postanowiłam sprawdzić, przekonać się co w tych książkach jest takiego, że wszyscy je czytają. Z pomocą, jak zwykle, przyszło mi Legimi. Wrzuciłam książkę na czytnik i zatopiłam się w historii Mai, czyli pierwszej córki Pa Salta , z serii „Siedem sióstr"

Po śmierci ojca, sześć sióstr spotyka się w rodzinnej posiadłości nad Jeziorem Genewskim. Każda z nich została adoptowana przez Pa Salta, będąc niemowlęciem. Każda otrzymała tajemniczy list, który jest zarazem pożegnaniem i pocieszeniem. Ojciec w ogrodzie postawił rzeźbę – sferę amilarną (no wiecie taki model strefy niebiesiej). Na każdej obręczy znajdowały się imiona dziewcząt oraz pewne liczby. Okazało się, że są to współrzędne geograficzne miejsc skąd pochodzą siostry. 

Pierwsza część skupia się na Mai, najstarszej z nich. Po odszyfrowaniu współrzędnych wyrusza do Brazylii, by poznać swoją przeszłość. Tam z pomocą brazylijskiego pisarza oraz historyka w jednej osobie, stara się odkryć zagmatwane losy swojej rodziny.

Muszę wam powiedzieć, że ta książka mnie oczarowała. Może dlatego, że sama rzadko sięgam po sagi rodzinne. Chyba bardziej wolę historie zamknięte w jednym tomie. Plusem na pewno jest to, że sześć historii jest już wydanych, więc mogę bez problemu czytać ciągiem. Tylko czy warto?

Po przeczytaniu pierwszej części serii myślę, że warto. Zobaczę jak będzie dalej. Sami dobrze wiecie, że jeśli jakaś książka mi nie podpasuje to porzucam, bez wyrzutów sumienia.

„Siedem sióstr” Lucindy Riley to historia o miłości. Tej wspaniałej, prawdziwej, do grobowej deski. Ale także tej niekoniecznie szczęśliwej. Prababcia Mai ze względu na pochodzenie społeczne, nie mogła podążyć za głosem serca. Musiała zrezygnować ze szczęścia. Ale wtedy były inne czasy. To rodzice wybierali męża swojej córce.

Jeśli poszukujecie hitorii niebanalnej to tom pierwszy nadaje się do tego idealnie. Zastanawia mnie tylko dlaczego na jednym z portali książkowych ktoś umieścił tę sagę w gatunku sci-fi. Tego zrozumieć nie mogę. Boję się, że może nie trafić do niektórych właśnie ze względu na tę błędną kategoryzację.

Ja osobiście polecam!!!

czwartek, 7 stycznia 2021

#564 - Falling fast

 


Od czasu do czasu, jak wiecie, sięgam po książki z gatunku Young Adult. Lubię wiedzieć, co w trawie piszczy. Poza tym dzięki temu mogę z czystym sumieniem polecać klientom te powieści, które uważam za dobre. A wierzcie mi, że to fajne uczucie, kiedy klient wraca po tym jak poleciłam mu książkę, która mu się podobała. Dlatego z ciekawością sięgnęłam po książkę Bianci Iosivoni „Falling fast”. Zaintrygowała mnie okładka oraz tytuł. Tytuł, który po przeczytani już książki, dla każdego czytelnika będzie mieć inny wydźwięk. 

Haillee wsiada w swój samochód i wyrusza przed siebie. Jednak nie jest to przypadkowa trasa. Dziewczyna ma dwa cele. Jednym z nich jest miasteczko, w którym żył jej przyjaciel – Jasper, a drugim latarnia morska, w okolicach San Diego. Niestety los krzyżuje jej plany. Samochód odmawia jej posłuszeństwa w Fairwood. Chcąc nie chcąc, Haillee musi znaleźć dach nad głową i pracę, by zapłacić za naprawę. I tak poznaje Chase’a Whittakera. Przyjaciela Jespera, który nie był obecny w jego życiu w ciężkich dla niego momentach. Pokłócił się z nim i wyjechał. Drogi Haillee i Chase’a przecinają się już pierwszego dnia pobytu dziewczyny w Fairwood. I to miało być tylko tyle. Jedno spotkanie i nic więcej. Ale jak wiadomo życie dla każdego z nas ma inny plan. Zaczyna ich łączyć coraz więcej. Niestety Haillee ukrywa mroczny sekret, który nie może ujrzeć światła dziennego. 

Kiedy dotarłam do końca książki czułam szybsze bicie serca. Czułam krew tętniącą w skroniach. Pomyślałam sobie: o nie, tak być nie może, chcę wiedzieć co dalej? Dlaczego akurat takie zakończenie? Ono serio wbija w fotel. Chociaż muszę przyznać, że po przeczytaniu trzech czwartych książki zaczęłam układać w głowie puzzle, które wpadały na swoje miejsce. I prawie się nie pomyliłam. Nie powiem Wam dlaczego prawie, bo o tym musicie poczytać sami. 

Całą opowiedzianą historię poznajemy z punktu widzenia Haille oraz Chase’a. Muszę przyznać, że bohaterowie tej powieści nie są wyidealizowani: mają swoje wady i zalety, oraz pewną przeszłość, która ich ukształtowała. 

Autorka bardzo umiejętnie wplotła w tę historię ważne tematy. Jak chociażby umiejętność radzenie sobie ze śmiercią przyjaciela. Pokazała jak ludzie, którzy utracili kogoś bliskiego radzą sobie z żałobą. Dodatkowo nie można zapomnieć o lęku społecznym, który dopada Haillee. Dziewczyna nie potrafi nawiązać relacji z nowo poznanym chłopakiem. Chce uciec, chce być sama. Co w małym miasteczku nie ma zupełnie racji bytu. Haillee chciała pozbyć się tego strachu, chciała wyjść do ludzi, być tak odważną jak jej siostra bliźniaczka, o której wspominała cały czas. Dzwoniła do niej co chwilę. Dało się odczuć, że siostra jest dla niej bardzo ważna i bliska. 

Powiem Wam, że historia opisana w „Falling fast” wciąga od samego początku. Czytelnik z ogromną ciekawością przewraca strony, by dowiedzieć się czy Haillee i Chase będą razem szczęśliwi? Czy w ogóle będą razem? 

Jeśli poszukujecie książki, od której się nie oderwiecie, to pozycja Bianci Iosivoni nadaje się do tego idealnie. To niesamowita historia niezwykłej miłości i przyjaźni, której zakończenie wbija fotel, a czytelnik ze stresu obgryza paznokcie. Polecam bez dwóch zdań.


Dziękuję Wydawnictwu Jaguar za możliwość przeczytania tej rewelacyjnej książki. 

środa, 6 stycznia 2021

#563 - Fucking Bornholm



Za słuchowiskami nie przepadam zupełnie, gdyż zawsze „dźwięki w tle” sprawiają, że nie skupiam się na treści. W przypadku „Fucking Bornholm” muzyka i wszystko co działo się wokół całej historii wyjątkowo mi nie przeszkadzały. Skupiłam się na świetnej grze aktorskiej. A trzeba przyznać, że nazwiska zrobiły swoje. W rolach głównych można usłyszeć: Leszka Lichotę, Magdalenę Różczkę, Michała Czarneckiego oraz Olgę Kalicką. Więc jak sami widzicie, to musiało być dobre. Ale czy takie było?

Cóż… nie powaliło mnie i nie rozłożyło na łopatki. Czwórka przyjaciół wraz z dziećmi po raz kolejny wyjeżdża na majówkę na Bornholm. Dwie pary, ich rozterki, kłótnie, problemy wychowawcze, zdrady, wspomnienia. 

Na pewno całość za krótka, ale taki pewnie był zamysł. Ogólnie nie było źle, ale czegoś brakowało. 

Można posłuchać, ale tylko dla samych aktorów.