czwartek, 1 sierpnia 2019

#525 - Chroń ją



K.A.Tucker „kupiła mnie” serią „Ten tiny breaths”. Powieści obyczajowe z gatunku Young Adult spodobały mi się tak bardzo, że postanowiłam przeczytać „Chroń ją”. 

Noah prowadzi normalne życie. Jego matka , komendant policji, obwinia się o zniszczenie rodziny swojego byłego partnera. Chłopak odkrywa tajemnice sprzed wielu lat i po samobójstwie matki musi sam poukładać to o czym usłyszał od niej przed jej śmiercią. Rozwiązywanie tajemnicy, doprowadzi go do Gracie - córki byłego partnera matki. Jej ojciec zginął jako skorumpowany gliniarz. Gracie i Noah za wszelką cenę będą próbowali oczyścić jego dobre imię. 

Całą historię poznajemy na dwóch płaszczyznach czasowych. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością opowiadaną z punktu widzenia dwójki bohaterów. 

Na prowadzenie wysuwa się wątek kryminalny. Dla osób, które znają K.A.Tucker tylko z powieści obyczajowych, może to być zaskoczenie. Dla mnie było tym pozytywnym.

Postacie są dobrze wykreowane, a wątek kryminalny poprowadzony sprawnie. Mamy tutaj samobójstwo, korupcję, zakłamanie i uzależnienie od narkotyków. Powieść jest cały czas dynamiczna. Cały czas coś się dzieje, a elementy układanki wskakują na swoje miejsce. 

Fani książek Autorki będą zadowoleni, tak samo jak osoby sięgające po jej książki pierwszy raz. 

Zdecydowanie polecam. 



niedziela, 28 lipca 2019

#524 - Zjazd absolwentów - przedpremierowo



Panie Musso, ale pan wymyślił!!!

Po książki tego autora sięgnęłam zupełnie przypadkowo. No dobra, nie do końca. Koleżanka z byłej pracy poleciła mi „Jutro”, która bardzo się jej podobała. Zamiast papieru, wybrałam audiobook „Uratuj mnie”. Gdy go tylko skończyłam, pobiegłam do biblioteki wypożyczyć inne książki, jakie tylko były na stanie. I co? Pokochałam i poczułam się „zamussowana”. 

Kiedy tylko dowiedziałam się, że na naszym rynku pojawi się najnowsza książka Musso, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Gdy wpadła w moje ręce, zasiadłam na ulubionej krótkiej sofie i rozpoczęłam podróż na Lazurowe Wybrzeże, do Antibes. 

Od razu Wam się przyznam, że najnowsza książka, jest zupełnie, ale to zupełnie inna aniżeli, te do których zdążyłam się przyzwyczaić. Nie ma tutaj surrealizmu, duchów jak w przypadku „Uratuj mnie”, dziewczyny, która „wypada” z kart powieści jak w „Dziewczyna z papieru”, czy też powrotów do przeszłości. Nie, tego w najnowszej książce nie znajdziecie. 

Thomas Degalais, wraca w rodzinne strony, po dwudziestu pięciu latach. Okazją jest zjazd absolwentów szkoły, do której uczęszczał. Tam spotyka dawnych znajomych oraz swojego przyjaciela Maxime, z którym łączy go mroczna tajemnica z przeszłości. Próbują rozwiązać zagadkę tajemniczego zaginięcia, Vinci Rockwell. Żadne z nich nie przypuszcza, że grzebanie w odmętach przeszłości może okazać się groźne. 

Na piętnaście książek Musso, przeczytałam czternaście. Tylko jedna nie przypadła mi do gustu, a dwie zaskoczyły „innością”. Jedną z nich jest właśnie „Zjazd absolwentów”. Czym jest ta inność? Tak jak wspominałam na początku nie ma duchów, surrealizmu. Tradycyjnie jest suspens, a tak naprawdę to bardziej kryminał. Dlatego właśnie ta cała, wielowątkowa historia tak mnie zaskoczyła. Ale mimo wszystko mi się podobało. Bo akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych - współcześnie, kiedy odkrywamy karty przeszłości, oraz dwadzieścia pięć lat temu kiedy, młodzieńcze zauroczenie głównych bohaterów doprowadziło do tragedii. Kolejnym plusem jest to, że kluczowe momenty, poznajemy z punktu widzenia nie tylko Thomasa, ale także innych ważnych bohaterów. 

Jeśli dopiero rozpoczynacie swoją literacką przygodę, to najnowsza książka Musso Wam się spodoba. Natomiast jeśli jak ja, kochacie Musso, za „to coś, które zawsze miał”, to możecie czuć się lekko zawiedzeni. Ale, mimo wszystko książka się Wam spodoba. To jest bardziej kryminalny Guillaume, na szczęście ma to swój czar. 

Polecam, wciąż kochająca Guillaume Musso, Archer.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwo Albatros 

czwartek, 25 lipca 2019

#523 - Psiego najlepszego



Ostatnio wybierając się do lekarza, w ostatniej chwili wrzuciłam do torebki czytnik. W sumie, tego nie planowałam, bo byłam przekonana, że szybko stamtąd wyjdę. Wiecie, płonne nadzieje, że tłumów nie będzie. Niestety, w przychodni spędziłam ponad trzy godziny, a czytnik uratował mnie przed nudą i bezsensownym scrollowaniem ekranu telefonu przy przeglądaniu mediów społecznościowych. Siedząc w poczekalni, przejrzałam listę książek. Od razu, wpadł mi w oko tytuł „Psiego najlepszego. Był sobie pies na święta” Bruce W. Cameron’a. 

Josh Michaels leczy złamane serce. Wciąż zbiera się po odejściu Amandy. Mieszka samotnie w górach i zdalnie pracuje, zajmując się interfejsami. Pewnego wieczoru jego życie zostaje wywrócone do góry nogami. Sąsiad mieszkający obok, zostawia mu pod opieką ciężarną suczkę Lucy. Mężczyzna jest przerażony, gdyż nigdy wcześniej nie miał psa bał się takiej odpowiedzialności za zwierzę. Niestety, kiedy dochodzi do porodu, okazuje się, że szczeniaki są martwe. Josh martwi się tym, że to jego wina, że sunia straciła swoje maleństwa. Kiedy wraca z Lucy do domu od weterynarza, znajduje karton pełen szczeniaków. Psy oraz poznana w schronisku Kerri zmienią jego życie. 

Uwierzcie mi, po raz pierwszy cieszyłam się, że moja wizyta u lekarza trwa tak długo, bo bez problemu mogłam poznawać losy głównego bohatera. 

Książka porusza bardzo ważny temat we współczesnym świecie: przyjaźń człowieka i psa. Przywiązanie do siebie, dbałość i troskę, a także tego jak dużą rolę zwierzęta odgrywają w naszym życiu. Josh, który wcześniej nie miał styczności z psami, dość szybko odnalazł się w nowej sytuacji. Mimo iż psy całkowicie zawładnęły jego światem. Mężczyzna odkrywa nowe emocje, uczucia i uczy się odpowiedzialnością za siebie i psiaki oraz podejmuje decyzje nie tylko związane ze zwierzętami ale także z miłością, która niespodziewanie puka do jego drzwi. 

Jeśli poszukujecie optymistycznej historii, która Was wzruszy i wywoła uśmiech na twarzy, to „Psiego najlepszego” jest lekturą obowiązkową. A do tego świąteczny klimat, nada tej opowiadanej historii odrobine magii. 

Polecam 

niedziela, 21 lipca 2019

#522 - Światło o poranku



Droga Tachykardiio!

Chyba znowu wracam na właściwe tory czyli do pisania listów do Ciebie. I powiem ci, że mi tego bardzo brakowało. A tobie? Czy też Ci tego brakowało? Tych moich listów, takich rozmów przez Polskę? Bo przecież mieszkasz w centrum, a ja prawie na południu.

Postanowiłam zaklinać wiosnę. To znaczy zabrać się za książki pełne słońca i miłości. Bo przecież miłość, podobnie jak kwiaty, kwitnie właśnie wiosną. Dlatego postanowiłam wrzucić na czytnik książkę Krystyny Mirek „Światło o poranku”.

Święta odeszły w zapomnienie. Magda stara się pozbierać po rozstaniu z Konstantym, który zostawił ją dla swojej szefowej Luizy. Michał nie przyznaje się, przed światem do swoich uczuć, twierdząc, że jest ono zupełnie nieodwzajemnione. Bartek by nie sprawiać najstarszemu bratu zmartwień, stara się dobrze pracować. Natomiast Bianka wraca do Warszawy, do matki, myśląc, że uczucie do Michała jest nieodwzajemnione. Szara codzienność stolicy i prawda o przeszłości przytłacza ją tak bardzo, że ucieka. Jak potoczą się losy bohaterów? Na pewno zaskakująco. Ale ty wiesz, że o szczegółach musisz poczytać sama.

Powiem ci, że brakowało mi tej czwórki. Tęskniłam za Willą pod Kasztanem gdzie pachniało domowym ciastem a każdy gość był ciepło przyjmowany. Dom Babci Kaliny to taka przystań, w której każdy zbłąkany wędrowiec znajdzie swoje miejsce. I tak właśnie jest z Antkiem oraz Bianką. 

W tej części poznajemy matkę Bianki, oraz jej historię. Dowiemy się co działo się w młodości Patrycji i jak bardzo duży miała wpływ na jej późniejsze życie. Autorka oczywiście nie zapomniała o rodzicach Konstantego, którzy przeżywali kryzys małżeński. Wszystko jest idealnie wplecione w losy pozostałych bohaterów. 

Bardzo lubię książki Krystyny Mirek. To historie pełne rodzinnego ciepła, miłości, szczęścia i nadziei, że z każdego upadku podniesiemy się silniejszy. Polecam



Pozdrawiam serdecznie
Archer

środa, 17 lipca 2019

#521 - Kredziarz




Zdarza mi się sięgać po książki, po które zapewne nigdy bym nie sięgnęła. Ale sięgam też po takie, które mnie zafascynują chociażby samym opisem fabuły. Albo chociażby rekomendacjami innych czytelników. Wiecie, chcę sobie wyrobić opinię. Przekonać się czy wszystkie zachwyty nad daną pozycją są słuszne. W przypadku książki „Kredziarz” C.J.Tudor było dokładnie tak samo. 

Jest rok 1986. Piątka zgranych przyjaciół mieszka w małym, sennym, angielskim miasteczku. Wolny czas spędzają jeżdżąc na rowerach, na wygłupach. Ich spokój zostaje przerwany wypadkiem w wesołym miasteczku. W tym samym czasie do miasteczka przyjeżdża nowy nauczyciel. Dzieciaki porozumiewają się między sobą kolorowymi rysunkami ludzików z kredy. Pewnego dnia jeden rysunek doprowadza ich do ludzkich zwłok. To całkowicie zmienia ich życie. Po trzydziestu latach Eddie wraz z przyjaciółmi otrzymuje tajemnicze koperty z kredą i symbolem sprzed lat. Nie biorą ich na poważnie, do czasu aż jeden z nich ginie. To nie przelewki. Eddie postanawia dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się te trzydzieści lat temu. 

„Kredziarz” nie jest typowym kryminałem. Owszem mamy tutaj morderstwo i poszukiwanie winnego. Ale to także studium dzieciństwa w małym miasteczku i to jak wyglądało życie w latach osiemdziesiątych, kiedy nie było telefonów komórkowych, tabletów ani komputerów. To dzieciństwo, które nie było wcale takie beztroskie jakby się mogło wydawać. To pokazanie problemów ówczesnego świata. A także, że nasze czyny i to co robimy mogą odnieść inne skutki niż tego oczekiwaliśmy. 

Akcja „Kredziarza” snuje się powoli jak życie w Anderbury. Jednak cała historia sprawia, że czytelnik wczuwa się w mroczny klimat. Dodatkowym plusem jest retrospekcja – to co działo się trzydzieści lat temu i to co dzieje się współcześnie. Dzięki temu zabiegowi czytelnik poznaje życie bohaterów, ich charaktery i to co ich ukształtowało. Trzeba przyznać, że Autorka potrafi wyprowadzić czytelnika na manowce. Kiedy już łapiemy trop i domyślamy się, kto co i jak, następuje zwrot akcji i mamy totalny mętlik w głowie. Szukamy dalej by znów znaleźć się w ślepym zaułku. 

Jeśli chodzi o bohaterów to wiodący jest tutaj Eddie. To właśnie z jego punktu widzenia poznajemy całą historię. To on przedstawia swoich przyjaciół, ich życie codzienne, relacje z rówieśnikami. Każdy z nich ukrywa jakiś sekret, mimo iż są przyjaciółmi, nie dzielą się wszystkim między sobą. Są zgrani, bo żaden z nich nie ma normalnego domu. A odnalezienie zwłok całkowicie ich odmienia. To ich łączy na całe życie. 

„Kredziarz” to inteligentny kryminał z zaskakującym zakończeniem, gdyż nic nie jest takie jakie się wydaje podczas rozwiązywania przez czytelnika zagadki. Książka angażuje od samego początku i nie pozwala na odłożenie do samego końca. 

Polecam