wtorek, 14 stycznia 2020

#531 - Niedaleko pada trup od denata


 

Czym kierujecie się przy wyborze lektury? Popularnością autora? Recenzjami w sieci? Czy może kusi was okładka i opis wydawcy? U mnie bywa różnie. Zdarza się, że czytam daną książkę, bo polecali ją moi znajomi. Czasem zachwyci mnie okładka i nie czytam opisu, tylko zagłębiam się w świat bohaterów. Przyznaję się bez bicia, że nie mam pojęcia dlaczego sięgnęłam po najnowszą książkę Iwony Banach „Niedaleko pada trup od denata”. Wiem tylko jedno: to była bardzo dobra decyzja. 

Chociaż na samym początku nie potrafiłam się wciągnąć w historię i chciałam ją porzucić. To jednak wracając z targów z Krakowa, postanowiłam dać jej szansę i… nie żałuję. Tylko współczułam współpasażerom, którzy dziwnie patrzyli na mnie, kiedy usilnie starałam się powstrzymać wybuchy śmiechu. 

Pewnego dnia w bibliotece w małej miejscowości, podczas spotkania autorskiego, pewien mężczyzna próbuje udusić autora. Żona mężczyzny bowiem zamiast zajmować się domem zaczytuje się w książkach i nic nie robi sobie z obowiązków domowych. Jakiś czas później w domu Emilii, czekającej na koniec świata prepperki, zostają odnalezione zwłoki pisarza, który notabene był kiedyś jej mężem. Po kilku dniach w miejscowym pensjonacie, znalezione zostają zwłoki poczytnej pisarki. Oprócz lokalnej policji, śledztwo rozpoczyna siostrzenica pani Emilii – Magda, jej były chłopak Paweł, który jest dziennikarzem, oraz trzy starsze panie które twierdzą, że morderstw dokonuje demon. 

Ta książka to jedna wielka komedia pomyłek, w której jedna zabawna historia, wydarzenie i dialog goni następne. Jest i trup, i dowcip. Ale wiecie – dowcip taki zupełnie nie wymuszony, bardziej sytuacyjny. Jak dobrze pamiętacie, komedie kryminalne kocham od czasu kiedy zaczytywałam się w książkach Joanny Chmielewskiej. I nadal kocham, chociaż nie zawsze trafiają się dobre powieści tego typu. Czasem mam wrażenie, że niektórzy autorzy na siłę próbują napisać coś zabawnego i kiepsko im to wychodzi. Iwona Banach ma lekkie pióro i dryg do wciągania czytelnika w opowiadaną historię. Chociaż jak wspominałam na początku, ja sama miałam z tym mały problem. No cóż… bywa tak, że kiedy zaczynamy nową książkę, to nie jest akurat ten moment. Trzeba przeczekać i ewentualnie dać jej kolejną szansę. Ja dałam i nie żałuję. 

Owszem niektórzy mogą nie ubawić się tak jak ja, ale nie raz wspominałam, że o gustach się nie dyskutuje. Każdy lubi coś innego. Czasem warto dawać książkom drugą szansę. A jeśli po pięćdziesięciu stronach nas nie wciągnie to spokojnie odłóżmy ją na półkę. Przecież jest tyle książek czekających w kolejce na przeczytanie. 

Tę akurat Wam polecam z całego serca. Tylko nie czytajcie książki w komunikacji miejskiej, bo wybuchy niepohamowanego śmiechu mogą sprawić, że w pewnym momencie do autobusu wejdą panowie z białym kaftanem. A przecież nie chcemy skończyć w pokoju z miękkimi ścianami, prawda?

wtorek, 31 grudnia 2019

#530 - Podsumowanie




No cóż… muszę przyznać, że ten rok nie był moim najlepszym rokiem jeśli chodzi o ilość przeczytanych książek. W porównaniu do dwóch ostatnich lat to powiem, że był bardzo kiepski. Przeczytałam mniej książek aniżeli w roku w którym brałam ślub. I nie mam pojęcia dlaczego tak się zadziało. Może przez małe zawirowania w życiu osobistym. Pewnie to jest jakieś wytłumaczenie. Bo czytelniczo nie był obfity, ale trochę się zadziało. Nie tylko złych, ale też i tych dobrych rzeczy. Początek przyszłego roku będzie bardzo intensywny prywatnie. Co wcale nie oznacza, że porzucę czytanie ale pewnie je ograniczę. Jest szansa, że w pracy, między regałami coś tam podczytam. W końcu styczeń i luty to takie średnie miesiące. 

Czytania nie porzucę, ale nie mogę zagwarantować, że mój blogowy domek nie zniknie. Nie będę obiecywać poprawy bo jak sami wiecie, nie zawsze mi się udawało wytrwać w postanowieniu pisania. Może przeniosę się na fb, nie wiem. Chodzi mi po głowie pewien projekt który chciałabym zrealizować z dwiema moimi przyjaciółkami. Myślę, że ostatni rok sprawił, że mogę bez dwóch zdań tak je nazywać. Bo były przy mnie kiedy walił mi się świat i kiedy skakałam do chmur ze szczęścia. Projekt do realizacji, tylko trzeba ustalić kiedy ruszymy. 

Ostatni rok to także czas spotkań autorskich z ulubionymi pisarzami i pisarkami. To spotkania ze znajomymi blogerami, czy też z osobami, które są jakoś ze światem literackim związane. To także mój spontaniczny wypad na targi do Krakowa. Chociaż obiecywałam sobie, że nigdy więcej. Moje życie kręci się wokół książek i powiem Wam, że to jest to co lubię najbardziej. 

Czy mam jakieś postanowienia noworoczne? Owszem, jak co roku wypiszę je na pierwszej stronie kalendarza. I będę starała się je dotrzymać. A jeśli nie będzie mi z nimi po drodze, wstanę, poprawię koronę i zacznę od początku. Bo w postanowieniach chodzi nie tylko o to by je dotrzymać, ale także by żyć w zgodzie ze sobą.

Kochani, życzę Wam zaczytanego Nowego Roku.

niedziela, 24 listopada 2019

#529 - Jeszcze jedno marzenie




Ostatnio sięgam po książki, których pewnie sama od siebie bym nie przeczytała. Tak właśnie było z książką Magdaleny Zeist „Jeszcze jedno marzenie”. Przeglądając instagrama wpadło mi zdjęcie Bajkowelove z tą właśnie książką oraz opinią. Poczułam się zaintrygowana i zachęcona do tego by tę książkę przeczytać. Nie czekając długo, odpaliłam Legimi, wrzuciłam książkę na półkę, zsynchronizowałam czytnik i oddałam się lekturze. 

Gaja i Igor to młodzi ludzie, prowadzący własną firmę. Poznali się kilka lat wcześniej. Pewnego zimowego dnia Gaja była świadkiem wypadku starszego pana. Odprowadziła go do domu. Okazało się, że ten pan był właśnie dziadkiem Igora. I tak zaczęła się miłość. Miłość, która do łatwych nie należy. Igor bowiem poważnie choruje na serce. Z każdym dniem, jego stan się pogarsza. Konieczny jest przeszczep serca. Po jednej z rozmów z dziadkiem Luckiem, młodzi tworzą listę rzeczy, które chcą zrealizować w najbliższym czasie. Czy im się uda zrealizować plan? Czy może życie pokrzyżuje im plany? Tego nie zdradzę, doczytajcie sami. 

Powiem Wam, że jak na debiut to książka jest naprawdę dobrze napisana. Serio. W szczególności, że autorka nie bała się poruszyć bardzo ważnego tematu, jakim jest dawstwo narządów. Mam wrażenie, że niewiele się o tym mówi. Nie ma zbyt wielu autorów, którzy o tym piszą. Ja osobiście w chwili obecnej nie potrafię sobie przypomnieć żadnego tytułu, w którym bym o tym czytała. Myślę, że głośniej było o dawcach szpiku. Jeśli chodzi o temat dawstwa narządów, to autorka przygotowała się bardzo dobrze. 

Książkę przeczytałam z jeszcze większą przyjemnością, bo akcja rozgrywała się w miastach bliskich memu sercu. A konkretnie w Zabrzu (tam się urodziłam) w Śląskim Centrum Chorób Serca, w którym nie tak dawno temu bywałam codziennie (na kardiologii). A także w Gliwicach w mieście w którym mieszkam. Brakowało mi tylko szczegółów miejsc, w których bywali i mieszkali bohaterowie. No nie oszukujmy się, ciekawość moja wzięła górę i chciałam wiedzieć, gdzie dokładnie mieściło się mieszkanie Gai oraz Igora. Ale umówmy się, nie można mieć wszystkiego. 

Jeśli poszukujecie książki, która jest pełna miłości, tej prawdziwej, najczystszej, która jest sensem naszego życia, to ta właśnie książka jest dla Was. 

Powiem Wam jeszcze na ucho, że jak dotrzecie do końca to złapiecie się za głowę. Bo jest twist i czytelnik zbiera szczękę z podłogi. Acha i jeszcze jedno! Nie zapomnijcie o chusteczkach, myślę, że będą Wam potrzebne. 
Polecam. 

wtorek, 19 listopada 2019

#528 - Pochyłe niebo. Pajęczyna



Są książki, które długo po zakończeniu w nas siedzą. Gdzieś tam pod skórą, wciąż żyją. Emocje po ich odłożeniu wciąż buzują w krwioobiegu. Jest niewiele takich książek i niewiele takich autorek, które to wszystko potrafią. Potrafią w poetycki sposób opowiedzieć niezwykłą historię. Od dłuższego czasu, wśród takich autorek prym wiedzie Ewa Cielesz. I myślę, że prędko to się nie zmieni. Powiem Wam, że jest niewiele autorek, które tak pięknie czarują słowem. Gdzie wszystko jest tak zobrazowane, że wyobraźnia nie musi aż tak bardzo pracować, gdyż wszystko maluje się nam pod powiekami. 

Anita i Michał muszą zmierzyć się z nowym życiem. Odziedziczony dom to ich nowa przystań. Luksusów tam nie ma. Anita z wielkim trudem stara się doprowadzić dom do porządku. Michał postanawia poddać się operacji przywrócenia wzroku, Sonia rozpoczyna szkołę, a Anita stara się stanąć z codziennymi problemami twarzą w twarz. Z Michałem żyją razem, a jakby osobno. Na jej drodze znów stają dawni znajomi. Czy pajęczyna miłości, która ich oplotła, będzie na tyle silna by przetrwać każdą burzę?

Nie potrafię czarować słowem, tak jak zrobiła to autorka. Nie potrafię tak pięknie opisać własnych wrażeń, po przeczytaniu tej książki. Bo nieważne co bym napisała, to wydaje mi się za bardzo oklepane i płytkie. 

„Pajęczyna” to książka opisująca życie w małych miastach. W miastach gdzie każdy każdego zna. Gdzie w razie kryzysu możemy liczyć na sąsiedzką pomoc i nikt nie obróci się do nas plecami tylko wyciągnie pomocną dłoń. No i gdzie plotki roznoszą się lotem błyskawicy. 

W pierwszej części, trzymałam kciuki za Anitę, za to by była szczęśliwa. Tym razem kibicowałam także Michałowi. By trud wspólnego życia nie zaważył na miłości, która zrodziła się między nimi. By utkana pajęczyna miłości, zrozumienia, wsparcia, nie została zerwana niedomówieniami i zazdrością. 

Niebawem sięgnę po trzecią część historii Anity, Michała i małej Sonii. Jestem ciekawa, jak bardzo autorka zagmatwa ich losy. Polecam bez dwóch zdań.



piątek, 8 listopada 2019

#527 - Trup w sanatorium




Jak dobrze wiecie uwielbiam serię kryminałów Marty Matyszczak, z dzielnym Guciem, Szymonem i Różą. Rozwiązuję wraz z nimi zagadki kryminalne i podróżuję wraz z nimi w różne zakątki Polski, a raz nawet byłam w Irlandii. 

Tym razem nasze dzielne trio wyjechał ona urlop nad polskie morze, a konkretniej zawitało w Świnoujściu. Prawdę mówiąc, pojechali tam aby odpocząć. Ale przecież od dawna już wiadomo, że tam gdzie pojawiają się Gucio, Solański i Róża, to od razu znajduje się trup. A jeśli trup, to zagadka do rozwiązania. Oczywiście zawsze przez całą trójkę. Bo tak naprawdę to oni Nie mogą wypoczywać, bo jestem przekonana, że umarliby z nudów. 

Róża marzyła o wakacjach all inclusive gdzieś w ciepłych krajach, ale jak to mówią: darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. No tak… A jak z Szymonem, to wiadomo, że ekskluzywnie nie będzie, ale przecież chodzi o to żeby byli razem, prawda?

I tak zamieszkują w sanatorium, które już dawno temu przestało cieszyć się świetnością. Dodatkowo zaraz po przybyciu okazuje się, że w jednym z basenów solankowych, zostaje znaleziona martwa kuracjuszka. I tak zamiast, słodkiego nic nierobienia i leżenia plackiem na plaży, nasi bohaterowie rozpoczynają śledztwo. Kto zabił kobietę? Czy uda im się rozwiązać zagadkę morderstwa?

Muszę przyznać, że dzięki książkom Marty Matyszczak mogę dotrzeć do miejsc, do których pewnie sama bym nie dotarła. Autorka bardzo dokładnie opisuje miejsca w których umieszcza akcję swoich kryminałów. Czytelnik ma wrażenie jakby towarzyszył bohaterom w eksploracji tych zakątków. 

W najnowszej książce mamy dwa wątki, które nadają bieg historii. Pierwszy jest współczesny, czyli nieboszczyk w solance i nasze trio starające się dowiedzieć kto zabił? Drugi to powrót w przeszłość ,do lat 70, kiedy cała Polska nuciła przeboje Maryli Rodowicz i bawiła się na festiwalu FAMA. I oba te wątki w pewnym momencie się zazębiają. Ale jak i dlaczego nie mogę Wam zdradzić. 

Jak dla mnie tym razem było za mało dowcipu. Za mało śmiałam się pod nosem. Brakowało mi takiego rechotu aż do bólu brzucha. Mimo, że tego mi brakowało, gorąco polecam i czekam na kolejny tom przygód Gucio & Company.