wtorek, 31 grudnia 2019

#530 - Podsumowanie




No cóż… muszę przyznać, że ten rok nie był moim najlepszym rokiem jeśli chodzi o ilość przeczytanych książek. W porównaniu do dwóch ostatnich lat to powiem, że był bardzo kiepski. Przeczytałam mniej książek aniżeli w roku w którym brałam ślub. I nie mam pojęcia dlaczego tak się zadziało. Może przez małe zawirowania w życiu osobistym. Pewnie to jest jakieś wytłumaczenie. Bo czytelniczo nie był obfity, ale trochę się zadziało. Nie tylko złych, ale też i tych dobrych rzeczy. Początek przyszłego roku będzie bardzo intensywny prywatnie. Co wcale nie oznacza, że porzucę czytanie ale pewnie je ograniczę. Jest szansa, że w pracy, między regałami coś tam podczytam. W końcu styczeń i luty to takie średnie miesiące. 

Czytania nie porzucę, ale nie mogę zagwarantować, że mój blogowy domek nie zniknie. Nie będę obiecywać poprawy bo jak sami wiecie, nie zawsze mi się udawało wytrwać w postanowieniu pisania. Może przeniosę się na fb, nie wiem. Chodzi mi po głowie pewien projekt który chciałabym zrealizować z dwiema moimi przyjaciółkami. Myślę, że ostatni rok sprawił, że mogę bez dwóch zdań tak je nazywać. Bo były przy mnie kiedy walił mi się świat i kiedy skakałam do chmur ze szczęścia. Projekt do realizacji, tylko trzeba ustalić kiedy ruszymy. 

Ostatni rok to także czas spotkań autorskich z ulubionymi pisarzami i pisarkami. To spotkania ze znajomymi blogerami, czy też z osobami, które są jakoś ze światem literackim związane. To także mój spontaniczny wypad na targi do Krakowa. Chociaż obiecywałam sobie, że nigdy więcej. Moje życie kręci się wokół książek i powiem Wam, że to jest to co lubię najbardziej. 

Czy mam jakieś postanowienia noworoczne? Owszem, jak co roku wypiszę je na pierwszej stronie kalendarza. I będę starała się je dotrzymać. A jeśli nie będzie mi z nimi po drodze, wstanę, poprawię koronę i zacznę od początku. Bo w postanowieniach chodzi nie tylko o to by je dotrzymać, ale także by żyć w zgodzie ze sobą.

Kochani, życzę Wam zaczytanego Nowego Roku.

niedziela, 24 listopada 2019

#529 - Jeszcze jedno marzenie




Ostatnio sięgam po książki, których pewnie sama od siebie bym nie przeczytała. Tak właśnie było z książką Magdaleny Zeist „Jeszcze jedno marzenie”. Przeglądając instagrama wpadło mi zdjęcie Bajkowelove z tą właśnie książką oraz opinią. Poczułam się zaintrygowana i zachęcona do tego by tę książkę przeczytać. Nie czekając długo, odpaliłam Legimi, wrzuciłam książkę na półkę, zsynchronizowałam czytnik i oddałam się lekturze. 

Gaja i Igor to młodzi ludzie, prowadzący własną firmę. Poznali się kilka lat wcześniej. Pewnego zimowego dnia Gaja była świadkiem wypadku starszego pana. Odprowadziła go do domu. Okazało się, że ten pan był właśnie dziadkiem Igora. I tak zaczęła się miłość. Miłość, która do łatwych nie należy. Igor bowiem poważnie choruje na serce. Z każdym dniem, jego stan się pogarsza. Konieczny jest przeszczep serca. Po jednej z rozmów z dziadkiem Luckiem, młodzi tworzą listę rzeczy, które chcą zrealizować w najbliższym czasie. Czy im się uda zrealizować plan? Czy może życie pokrzyżuje im plany? Tego nie zdradzę, doczytajcie sami. 

Powiem Wam, że jak na debiut to książka jest naprawdę dobrze napisana. Serio. W szczególności, że autorka nie bała się poruszyć bardzo ważnego tematu, jakim jest dawstwo narządów. Mam wrażenie, że niewiele się o tym mówi. Nie ma zbyt wielu autorów, którzy o tym piszą. Ja osobiście w chwili obecnej nie potrafię sobie przypomnieć żadnego tytułu, w którym bym o tym czytała. Myślę, że głośniej było o dawcach szpiku. Jeśli chodzi o temat dawstwa narządów, to autorka przygotowała się bardzo dobrze. 

Książkę przeczytałam z jeszcze większą przyjemnością, bo akcja rozgrywała się w miastach bliskich memu sercu. A konkretnie w Zabrzu (tam się urodziłam) w Śląskim Centrum Chorób Serca, w którym nie tak dawno temu bywałam codziennie (na kardiologii). A także w Gliwicach w mieście w którym mieszkam. Brakowało mi tylko szczegółów miejsc, w których bywali i mieszkali bohaterowie. No nie oszukujmy się, ciekawość moja wzięła górę i chciałam wiedzieć, gdzie dokładnie mieściło się mieszkanie Gai oraz Igora. Ale umówmy się, nie można mieć wszystkiego. 

Jeśli poszukujecie książki, która jest pełna miłości, tej prawdziwej, najczystszej, która jest sensem naszego życia, to ta właśnie książka jest dla Was. 

Powiem Wam jeszcze na ucho, że jak dotrzecie do końca to złapiecie się za głowę. Bo jest twist i czytelnik zbiera szczękę z podłogi. Acha i jeszcze jedno! Nie zapomnijcie o chusteczkach, myślę, że będą Wam potrzebne. 
Polecam. 

wtorek, 19 listopada 2019

#528 - Pochyłe niebo. Pajęczyna



Są książki, które długo po zakończeniu w nas siedzą. Gdzieś tam pod skórą, wciąż żyją. Emocje po ich odłożeniu wciąż buzują w krwioobiegu. Jest niewiele takich książek i niewiele takich autorek, które to wszystko potrafią. Potrafią w poetycki sposób opowiedzieć niezwykłą historię. Od dłuższego czasu, wśród takich autorek prym wiedzie Ewa Cielesz. I myślę, że prędko to się nie zmieni. Powiem Wam, że jest niewiele autorek, które tak pięknie czarują słowem. Gdzie wszystko jest tak zobrazowane, że wyobraźnia nie musi aż tak bardzo pracować, gdyż wszystko maluje się nam pod powiekami. 

Anita i Michał muszą zmierzyć się z nowym życiem. Odziedziczony dom to ich nowa przystań. Luksusów tam nie ma. Anita z wielkim trudem stara się doprowadzić dom do porządku. Michał postanawia poddać się operacji przywrócenia wzroku, Sonia rozpoczyna szkołę, a Anita stara się stanąć z codziennymi problemami twarzą w twarz. Z Michałem żyją razem, a jakby osobno. Na jej drodze znów stają dawni znajomi. Czy pajęczyna miłości, która ich oplotła, będzie na tyle silna by przetrwać każdą burzę?

Nie potrafię czarować słowem, tak jak zrobiła to autorka. Nie potrafię tak pięknie opisać własnych wrażeń, po przeczytaniu tej książki. Bo nieważne co bym napisała, to wydaje mi się za bardzo oklepane i płytkie. 

„Pajęczyna” to książka opisująca życie w małych miastach. W miastach gdzie każdy każdego zna. Gdzie w razie kryzysu możemy liczyć na sąsiedzką pomoc i nikt nie obróci się do nas plecami tylko wyciągnie pomocną dłoń. No i gdzie plotki roznoszą się lotem błyskawicy. 

W pierwszej części, trzymałam kciuki za Anitę, za to by była szczęśliwa. Tym razem kibicowałam także Michałowi. By trud wspólnego życia nie zaważył na miłości, która zrodziła się między nimi. By utkana pajęczyna miłości, zrozumienia, wsparcia, nie została zerwana niedomówieniami i zazdrością. 

Niebawem sięgnę po trzecią część historii Anity, Michała i małej Sonii. Jestem ciekawa, jak bardzo autorka zagmatwa ich losy. Polecam bez dwóch zdań.



piątek, 8 listopada 2019

#527 - Trup w sanatorium




Jak dobrze wiecie uwielbiam serię kryminałów Marty Matyszczak, z dzielnym Guciem, Szymonem i Różą. Rozwiązuję wraz z nimi zagadki kryminalne i podróżuję wraz z nimi w różne zakątki Polski, a raz nawet byłam w Irlandii. 

Tym razem nasze dzielne trio wyjechał ona urlop nad polskie morze, a konkretniej zawitało w Świnoujściu. Prawdę mówiąc, pojechali tam aby odpocząć. Ale przecież od dawna już wiadomo, że tam gdzie pojawiają się Gucio, Solański i Róża, to od razu znajduje się trup. A jeśli trup, to zagadka do rozwiązania. Oczywiście zawsze przez całą trójkę. Bo tak naprawdę to oni Nie mogą wypoczywać, bo jestem przekonana, że umarliby z nudów. 

Róża marzyła o wakacjach all inclusive gdzieś w ciepłych krajach, ale jak to mówią: darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. No tak… A jak z Szymonem, to wiadomo, że ekskluzywnie nie będzie, ale przecież chodzi o to żeby byli razem, prawda?

I tak zamieszkują w sanatorium, które już dawno temu przestało cieszyć się świetnością. Dodatkowo zaraz po przybyciu okazuje się, że w jednym z basenów solankowych, zostaje znaleziona martwa kuracjuszka. I tak zamiast, słodkiego nic nierobienia i leżenia plackiem na plaży, nasi bohaterowie rozpoczynają śledztwo. Kto zabił kobietę? Czy uda im się rozwiązać zagadkę morderstwa?

Muszę przyznać, że dzięki książkom Marty Matyszczak mogę dotrzeć do miejsc, do których pewnie sama bym nie dotarła. Autorka bardzo dokładnie opisuje miejsca w których umieszcza akcję swoich kryminałów. Czytelnik ma wrażenie jakby towarzyszył bohaterom w eksploracji tych zakątków. 

W najnowszej książce mamy dwa wątki, które nadają bieg historii. Pierwszy jest współczesny, czyli nieboszczyk w solance i nasze trio starające się dowiedzieć kto zabił? Drugi to powrót w przeszłość ,do lat 70, kiedy cała Polska nuciła przeboje Maryli Rodowicz i bawiła się na festiwalu FAMA. I oba te wątki w pewnym momencie się zazębiają. Ale jak i dlaczego nie mogę Wam zdradzić. 

Jak dla mnie tym razem było za mało dowcipu. Za mało śmiałam się pod nosem. Brakowało mi takiego rechotu aż do bólu brzucha. Mimo, że tego mi brakowało, gorąco polecam i czekam na kolejny tom przygód Gucio & Company. 

niedziela, 3 listopada 2019

#526 - Kryzys




Nadeszła jesień. Piękna polska złota jesień. Liście lecą z drzew. Pewnie chcecie wiedzieć co jesień ma wspólnego z kryzysem? Otóż uświadomiłam sobie, że o tej porze roku mam kryzys czytelniczy i pisarski. Mało czytam i nie piszę. I tak jest co roku w okolicach października i listopada. Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że dni są krótsze. Może, że moje życie to rollercoaster. Nie wiem, serio. 

Staram się wziąć w garść. Chyba muszę odciąć się od Netflixa, bo to zło. 

Chciałabym więcej czytać. Ale mnie nie ciągnie. Próbuję coś tam pisać, ale po kilku zdaniach odkładam pióro i gapię się w okno, albo przeglądam internety. 

Tak samo było, gdy zaczynałam pracę jako księgarz. Przez pierwsze miesiące niewiele przeczytałam. Potem wszystko wróciło do normy. 

Ktoś mi bardzo bliski powiedział ostatnio, że mam to przeczekać. Tylko mnie tak bardzo ciągnie do pisania. Ale kiedy biorę pióro do ręki, to się okazuje, że… ten nowy serial jest tak bardzo wciągający, nowe kafle do łazienki się nie znajdą, nie wspominając o sprzęcie AGD do kuchni. Tak więc… sami widzicie… 

Ale obiecuję (nie wiem po raz który) poprawę. A jak nie, to zamykam blogerski domek i przenoszę się na FB. Tylko serce mi pęka na samą myśl, że nie byłoby już Pestkowego domku.

czwartek, 1 sierpnia 2019

#525 - Chroń ją



K.A.Tucker „kupiła mnie” serią „Ten tiny breaths”. Powieści obyczajowe z gatunku Young Adult spodobały mi się tak bardzo, że postanowiłam przeczytać „Chroń ją”. 

Noah prowadzi normalne życie. Jego matka , komendant policji, obwinia się o zniszczenie rodziny swojego byłego partnera. Chłopak odkrywa tajemnice sprzed wielu lat i po samobójstwie matki musi sam poukładać to o czym usłyszał od niej przed jej śmiercią. Rozwiązywanie tajemnicy, doprowadzi go do Gracie - córki byłego partnera matki. Jej ojciec zginął jako skorumpowany gliniarz. Gracie i Noah za wszelką cenę będą próbowali oczyścić jego dobre imię. 

Całą historię poznajemy na dwóch płaszczyznach czasowych. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością opowiadaną z punktu widzenia dwójki bohaterów. 

Na prowadzenie wysuwa się wątek kryminalny. Dla osób, które znają K.A.Tucker tylko z powieści obyczajowych, może to być zaskoczenie. Dla mnie było tym pozytywnym.

Postacie są dobrze wykreowane, a wątek kryminalny poprowadzony sprawnie. Mamy tutaj samobójstwo, korupcję, zakłamanie i uzależnienie od narkotyków. Powieść jest cały czas dynamiczna. Cały czas coś się dzieje, a elementy układanki wskakują na swoje miejsce. 

Fani książek Autorki będą zadowoleni, tak samo jak osoby sięgające po jej książki pierwszy raz. 

Zdecydowanie polecam. 



niedziela, 28 lipca 2019

#524 - Zjazd absolwentów - przedpremierowo



Panie Musso, ale pan wymyślił!!!

Po książki tego autora sięgnęłam zupełnie przypadkowo. No dobra, nie do końca. Koleżanka z byłej pracy poleciła mi „Jutro”, która bardzo się jej podobała. Zamiast papieru, wybrałam audiobook „Uratuj mnie”. Gdy go tylko skończyłam, pobiegłam do biblioteki wypożyczyć inne książki, jakie tylko były na stanie. I co? Pokochałam i poczułam się „zamussowana”. 

Kiedy tylko dowiedziałam się, że na naszym rynku pojawi się najnowsza książka Musso, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Gdy wpadła w moje ręce, zasiadłam na ulubionej krótkiej sofie i rozpoczęłam podróż na Lazurowe Wybrzeże, do Antibes. 

Od razu Wam się przyznam, że najnowsza książka, jest zupełnie, ale to zupełnie inna aniżeli, te do których zdążyłam się przyzwyczaić. Nie ma tutaj surrealizmu, duchów jak w przypadku „Uratuj mnie”, dziewczyny, która „wypada” z kart powieści jak w „Dziewczyna z papieru”, czy też powrotów do przeszłości. Nie, tego w najnowszej książce nie znajdziecie. 

Thomas Degalais, wraca w rodzinne strony, po dwudziestu pięciu latach. Okazją jest zjazd absolwentów szkoły, do której uczęszczał. Tam spotyka dawnych znajomych oraz swojego przyjaciela Maxime, z którym łączy go mroczna tajemnica z przeszłości. Próbują rozwiązać zagadkę tajemniczego zaginięcia, Vinci Rockwell. Żadne z nich nie przypuszcza, że grzebanie w odmętach przeszłości może okazać się groźne. 

Na piętnaście książek Musso, przeczytałam czternaście. Tylko jedna nie przypadła mi do gustu, a dwie zaskoczyły „innością”. Jedną z nich jest właśnie „Zjazd absolwentów”. Czym jest ta inność? Tak jak wspominałam na początku nie ma duchów, surrealizmu. Tradycyjnie jest suspens, a tak naprawdę to bardziej kryminał. Dlatego właśnie ta cała, wielowątkowa historia tak mnie zaskoczyła. Ale mimo wszystko mi się podobało. Bo akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych - współcześnie, kiedy odkrywamy karty przeszłości, oraz dwadzieścia pięć lat temu kiedy, młodzieńcze zauroczenie głównych bohaterów doprowadziło do tragedii. Kolejnym plusem jest to, że kluczowe momenty, poznajemy z punktu widzenia nie tylko Thomasa, ale także innych ważnych bohaterów. 

Jeśli dopiero rozpoczynacie swoją literacką przygodę, to najnowsza książka Musso Wam się spodoba. Natomiast jeśli jak ja, kochacie Musso, za „to coś, które zawsze miał”, to możecie czuć się lekko zawiedzeni. Ale, mimo wszystko książka się Wam spodoba. To jest bardziej kryminalny Guillaume, na szczęście ma to swój czar. 

Polecam, wciąż kochająca Guillaume Musso, Archer.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwo Albatros 

czwartek, 25 lipca 2019

#523 - Psiego najlepszego



Ostatnio wybierając się do lekarza, w ostatniej chwili wrzuciłam do torebki czytnik. W sumie, tego nie planowałam, bo byłam przekonana, że szybko stamtąd wyjdę. Wiecie, płonne nadzieje, że tłumów nie będzie. Niestety, w przychodni spędziłam ponad trzy godziny, a czytnik uratował mnie przed nudą i bezsensownym scrollowaniem ekranu telefonu przy przeglądaniu mediów społecznościowych. Siedząc w poczekalni, przejrzałam listę książek. Od razu, wpadł mi w oko tytuł „Psiego najlepszego. Był sobie pies na święta” Bruce W. Cameron’a. 

Josh Michaels leczy złamane serce. Wciąż zbiera się po odejściu Amandy. Mieszka samotnie w górach i zdalnie pracuje, zajmując się interfejsami. Pewnego wieczoru jego życie zostaje wywrócone do góry nogami. Sąsiad mieszkający obok, zostawia mu pod opieką ciężarną suczkę Lucy. Mężczyzna jest przerażony, gdyż nigdy wcześniej nie miał psa bał się takiej odpowiedzialności za zwierzę. Niestety, kiedy dochodzi do porodu, okazuje się, że szczeniaki są martwe. Josh martwi się tym, że to jego wina, że sunia straciła swoje maleństwa. Kiedy wraca z Lucy do domu od weterynarza, znajduje karton pełen szczeniaków. Psy oraz poznana w schronisku Kerri zmienią jego życie. 

Uwierzcie mi, po raz pierwszy cieszyłam się, że moja wizyta u lekarza trwa tak długo, bo bez problemu mogłam poznawać losy głównego bohatera. 

Książka porusza bardzo ważny temat we współczesnym świecie: przyjaźń człowieka i psa. Przywiązanie do siebie, dbałość i troskę, a także tego jak dużą rolę zwierzęta odgrywają w naszym życiu. Josh, który wcześniej nie miał styczności z psami, dość szybko odnalazł się w nowej sytuacji. Mimo iż psy całkowicie zawładnęły jego światem. Mężczyzna odkrywa nowe emocje, uczucia i uczy się odpowiedzialnością za siebie i psiaki oraz podejmuje decyzje nie tylko związane ze zwierzętami ale także z miłością, która niespodziewanie puka do jego drzwi. 

Jeśli poszukujecie optymistycznej historii, która Was wzruszy i wywoła uśmiech na twarzy, to „Psiego najlepszego” jest lekturą obowiązkową. A do tego świąteczny klimat, nada tej opowiadanej historii odrobine magii. 

Polecam 

niedziela, 21 lipca 2019

#522 - Światło o poranku



Droga Tachykardiio!

Chyba znowu wracam na właściwe tory czyli do pisania listów do Ciebie. I powiem ci, że mi tego bardzo brakowało. A tobie? Czy też Ci tego brakowało? Tych moich listów, takich rozmów przez Polskę? Bo przecież mieszkasz w centrum, a ja prawie na południu.

Postanowiłam zaklinać wiosnę. To znaczy zabrać się za książki pełne słońca i miłości. Bo przecież miłość, podobnie jak kwiaty, kwitnie właśnie wiosną. Dlatego postanowiłam wrzucić na czytnik książkę Krystyny Mirek „Światło o poranku”.

Święta odeszły w zapomnienie. Magda stara się pozbierać po rozstaniu z Konstantym, który zostawił ją dla swojej szefowej Luizy. Michał nie przyznaje się, przed światem do swoich uczuć, twierdząc, że jest ono zupełnie nieodwzajemnione. Bartek by nie sprawiać najstarszemu bratu zmartwień, stara się dobrze pracować. Natomiast Bianka wraca do Warszawy, do matki, myśląc, że uczucie do Michała jest nieodwzajemnione. Szara codzienność stolicy i prawda o przeszłości przytłacza ją tak bardzo, że ucieka. Jak potoczą się losy bohaterów? Na pewno zaskakująco. Ale ty wiesz, że o szczegółach musisz poczytać sama.

Powiem ci, że brakowało mi tej czwórki. Tęskniłam za Willą pod Kasztanem gdzie pachniało domowym ciastem a każdy gość był ciepło przyjmowany. Dom Babci Kaliny to taka przystań, w której każdy zbłąkany wędrowiec znajdzie swoje miejsce. I tak właśnie jest z Antkiem oraz Bianką. 

W tej części poznajemy matkę Bianki, oraz jej historię. Dowiemy się co działo się w młodości Patrycji i jak bardzo duży miała wpływ na jej późniejsze życie. Autorka oczywiście nie zapomniała o rodzicach Konstantego, którzy przeżywali kryzys małżeński. Wszystko jest idealnie wplecione w losy pozostałych bohaterów. 

Bardzo lubię książki Krystyny Mirek. To historie pełne rodzinnego ciepła, miłości, szczęścia i nadziei, że z każdego upadku podniesiemy się silniejszy. Polecam



Pozdrawiam serdecznie
Archer

środa, 17 lipca 2019

#521 - Kredziarz




Zdarza mi się sięgać po książki, po które zapewne nigdy bym nie sięgnęła. Ale sięgam też po takie, które mnie zafascynują chociażby samym opisem fabuły. Albo chociażby rekomendacjami innych czytelników. Wiecie, chcę sobie wyrobić opinię. Przekonać się czy wszystkie zachwyty nad daną pozycją są słuszne. W przypadku książki „Kredziarz” C.J.Tudor było dokładnie tak samo. 

Jest rok 1986. Piątka zgranych przyjaciół mieszka w małym, sennym, angielskim miasteczku. Wolny czas spędzają jeżdżąc na rowerach, na wygłupach. Ich spokój zostaje przerwany wypadkiem w wesołym miasteczku. W tym samym czasie do miasteczka przyjeżdża nowy nauczyciel. Dzieciaki porozumiewają się między sobą kolorowymi rysunkami ludzików z kredy. Pewnego dnia jeden rysunek doprowadza ich do ludzkich zwłok. To całkowicie zmienia ich życie. Po trzydziestu latach Eddie wraz z przyjaciółmi otrzymuje tajemnicze koperty z kredą i symbolem sprzed lat. Nie biorą ich na poważnie, do czasu aż jeden z nich ginie. To nie przelewki. Eddie postanawia dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się te trzydzieści lat temu. 

„Kredziarz” nie jest typowym kryminałem. Owszem mamy tutaj morderstwo i poszukiwanie winnego. Ale to także studium dzieciństwa w małym miasteczku i to jak wyglądało życie w latach osiemdziesiątych, kiedy nie było telefonów komórkowych, tabletów ani komputerów. To dzieciństwo, które nie było wcale takie beztroskie jakby się mogło wydawać. To pokazanie problemów ówczesnego świata. A także, że nasze czyny i to co robimy mogą odnieść inne skutki niż tego oczekiwaliśmy. 

Akcja „Kredziarza” snuje się powoli jak życie w Anderbury. Jednak cała historia sprawia, że czytelnik wczuwa się w mroczny klimat. Dodatkowym plusem jest retrospekcja – to co działo się trzydzieści lat temu i to co dzieje się współcześnie. Dzięki temu zabiegowi czytelnik poznaje życie bohaterów, ich charaktery i to co ich ukształtowało. Trzeba przyznać, że Autorka potrafi wyprowadzić czytelnika na manowce. Kiedy już łapiemy trop i domyślamy się, kto co i jak, następuje zwrot akcji i mamy totalny mętlik w głowie. Szukamy dalej by znów znaleźć się w ślepym zaułku. 

Jeśli chodzi o bohaterów to wiodący jest tutaj Eddie. To właśnie z jego punktu widzenia poznajemy całą historię. To on przedstawia swoich przyjaciół, ich życie codzienne, relacje z rówieśnikami. Każdy z nich ukrywa jakiś sekret, mimo iż są przyjaciółmi, nie dzielą się wszystkim między sobą. Są zgrani, bo żaden z nich nie ma normalnego domu. A odnalezienie zwłok całkowicie ich odmienia. To ich łączy na całe życie. 

„Kredziarz” to inteligentny kryminał z zaskakującym zakończeniem, gdyż nic nie jest takie jakie się wydaje podczas rozwiązywania przez czytelnika zagadki. Książka angażuje od samego początku i nie pozwala na odłożenie do samego końca. 

Polecam



sobota, 13 lipca 2019

#520 - Stało się



Droga Tachykardio!

Chyba znów weszło mi w nawyk pisanie listów do Ciebie. Dzięki temu wiesz co warto czytać, a co omijać szerokim łukiem. Dzisiaj będzie o tych które można przeczytać, ale…
Sięgam po różne książki, debiuty, nowości znanych i lubianych przeze mnie autorów, ale także po takie o których nie jest głośno. Ewentualnie ktoś gdzieś polecił, a ja postanowiłam wyrobić sobie własne zdanie na ich temat. I tak właśnie było w przypadku książki „Stało się” Magdaleny Kuydowicz.

W tajemniczych okolicznościach ginie kochanek Matyldy, dziennikarki telewizyjnej. Dodatkowo w jej otoczeniu dzieją się niepokojące rzeczy dlatego wraz z przyjaciółką Natalią i porucznikiem Kudełką, postanawia wszcząć własne śledztwo. I tak, lądują w nadmorskim miasteczku, gdzie zaginiony miał dom. Śledztwo dzielą pomiędzy wczasami na turnusie odchudzającym a odnajdywaniem kolejnych trupów.

No cóż… nie jest to do końca komedia kryminalna jak może sugerować opis na okładce. Prawdę mówiąc, to nawet koło takowej nie leżało. I jeszcze porównanie książki do twórczości Joanny Chmielewskiej jak dla mnie jest nad wyrost. Chmielewska miała swój styl i owszem swoich następców. Chociażby świetne kryminały Olgi Rudnickiej gdzie komizm wylewa się ze stron powieści, a czytelnik co rusz wybucha śmiechem. Podobnie w przypadku książek Marty Obuch czy też Alka Rogozińskiego. Tu tego niestety nie ma. Owszem uśmiechnęłam się pod nosem kilka razy, ale to tylko tyle. Nic więcej. A sama zagadka kryminalna jest jak dla mnie trochę niedopracowana i chaotyczna. Brakuje w niej czegoś spójnego. Mam wrażenie jakby się rozjeżdżała.

Nie wiem czy sięgnę po coś innego pióra Magdaleny Kuydowicz. Może kiedyś z ciekawości by się przekonać czy jest lepiej.

Ale póki co, tej ci nie polecam.

Pozdrawiam Archer

niedziela, 7 lipca 2019

#519 - Trup na plaży i inne sekrety rodzinne




Powiem Wam, że kryminał na wesoło plasuje się u mnie dość wysoko. To znaczy, że jeśli miałabym wybrać kryminał gdzie krew kapie z każdej strony lub gdzie co stronę wybucham niekontrolowanym śmiechem, to wierzcie mi zdecydowanie wybieram to drugie. Tak, to tygryski, albo raczej Archer lubi najbardziej. Kiedy dowiedziałam się, że Aneta Jadowska (tak, dokładnie ta sama co pisała o Dorze Wilk) popełniła kryminał, złapałam się za głowę. Ale jak to? Tak to i to całkiem nieźle. Gdy tylko „Trup na plaży i inne sekrety rodzinne” pojawił się na Legimi, odpaliłam czytnik i wylądowałam w Ustce. 

Magda Garstka po zakończeniu studiów w Łodzi, powraca wraz z babcią do rodzinnej Ustki. Pewnego dnia będąc na porannym spacerze, odnajduje trupa. Nie byłaby sobą, gdyby nie przeprowadziła śledztwa na własna rękę. W końcu niedaleko pada jabłko od jabłoni, jej ojciec był policjantem. Dodatkowo odkrywa tajemnice babci i poznaje jej przeszłość. Dowie się także kim są dziewczyny pracujące w prowadzonym przez babcię pensjonacie. 

Jak na pierwsze spotkanie z twórczością Anety Jadowskiej to jestem zachwycona. Nie wiem czy z ciekawości sięgnę po jej cykle fantastyczne, ale po kolejną część przygód Magdy Garstki na pewno. 

Nie jest to taki bardzo kryminalny kryminał. Chodzi o to, że oprócz śledztwa i trupa, mamy wyśmienite tło społeczno-rodzinne. Bo to dzięki swojemu śledztwu Magda odkrywa tajemnice babki. Autorce udało się przemycić do swojej powieści, i to całkiem zgrabnie wątek przemocy domowej. 

Jeśli poszukujecie lekkiego kryminału to „Trup…” nadaje się do tego idealnie. Zastanawia mnie jedna sprawa: jak fani Jadowskiej – tej od Dory Wilk, odbiorą Jadowską od Garstki? Czy się zawiedli? Chyba podrzucę „Trupa…” mojemu Mężowi, bo on czytał pozostałe książki Autorki i będzie miał porównanie. 

A ja, jak zwykle polecam. 




poniedziałek, 24 czerwca 2019

#518 Kawowa mapa part 2

Kiedy jedziemy na urlop, lubimy odkrywać nowe kawiarnie w miejscach naszego odpoczynku. Oczywiście dla nas bo dla „lokalsów” przecież te miejsca są bardzo dobrze znane. 

Ostatnio obieramy kierunek Pomorze. Tak się składa, że Gdańsk, Sopot czy też Gdynia to miejsca, do których lubię wracać. Lubię spacerować brzegiem morza, słuchać szumu fal i robić zdjęcia mewom. Oczywiście, wybieramy taki czas, gdy nie ma tłumów i przez gdańską starówkę nie przeciskamy się wśród turystów. 


Kilka lat temu wybraliśmy się na spacer brzegiem morza z Gdańska do Sopotu. Kiedy dotarliśmy na miejsce postanowiliśmy pójść na kawę. Jednak warunkiem było to, że miała to być kawiarnia z duszą i klimatem, a nie sieciówka jakich pełno. Krążyliśmy uliczkami, spragnieni kofeiny. W pewnym momencie Jorx wskazał na małą kawiarenkę ukrytą między domami. Nie byłam do niej przekonana, ale pragnienie kofeiny wzięło górę? I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę. Cafe Zaścianek to kawiarnia, która zachwyca swoim wystrojem i klimatem od momentu przekroczenia progu. Lekko przyciemnione wnętrze otula klienta i wchłania tak jak wygodne kanapy czy też fotele. Na ścianach wiszą zdjęcia redaktorów Radiowej Trójki. 

Powiem tak, jeśli lubicie ciche kawiarnie z pyszną kawą, to Zaścianek jest dla Was. A do kawy polecam najlepszą szarlotkę jaką jadłam. Zdecydowanie z lodami i bitą śmietaną. Z tego co słyszałam pozostałe ciasta także są fenomenalne. 


Tak więc jeśli poszukujecie kawiarni w turystycznym Sopocie, to warto skręcić z Monciaka w Haffnera i zajrzeć do Cafe Zaścianek. 



Polecamy

piątek, 10 maja 2019

#517 - Współlokatorzy - przedpremierowo



Raz na jakiś czas czytam książki, po które normalnie bym nie sięgnęła. To znaczy, sięgnęłabym, ale dopiero za jakiś czas, bo nie są to książki, które znajdują na mojej liście „Must have, must read”. Owszem, po wielu przeczytanych i zasłyszanych opiniach na ich temat, zapewne bym je przeczytała, ale nigdy nie byłyby moim priorytetem.
Po książkę „Współlokatorzy” Beth O’Leary sięgnęłam z czystej ciekawości, nie wiedząc nawet o czym jest. Obiło mi się tylko gdzieś o uszy, że jest świetna. Powiem tak,… zostałam wciągnięta w świat głównych bohaterów tak szybko, że nawet nie spostrzegłam się kiedy to się stało.

Tiffy rozstaje się ze swoim facetem. Niestety nie może pomieszkiwać dłużej u niego i musi pilnie znaleźć nowe lokum. Jednak nie ma zbyt wielu pieniędzy, bo jako redaktorka w wydawnictwie nie zarabia kokosów. Odpowiada więc na ogłoszenie, które znalazła w sieci. Leon, pielęgniarz z oddziału paliatywnego, pilnie potrzebuje pieniędzy i postanawia wynająć swoje… łóżko. No i oczywiście kawałek mieszkania także. Układ jest prosty: Tiffy pracuje w ciągu dnia kiedy Leon odsypia nocki po pracy, więc obydwoje będą korzystać z mieszkania o różnych porach. Nie spotkają się, a jedyną komunikacją pomiędzy nimi będą liściki zostawiane w różnych miejscach. Oczywiście, wszystko do czasu aż… 

Koniec, więcej pary z gęby nie puszczę, bo nie będziecie chcieli przeczytać tej książki. A powiem Wam, że bardzo dawno, żadna książka nie pochłonęła mnie do tego stopnia, że nie mogłam się od niej oderwać. Świat wokół zupełnie nie był ważny. Najważniejsi byli Tiffy i Leon oraz ich perypetie. 

Muszę przyznać, że Autorka miała bardzo fajny pomysł na historię dwojga ludzi, którzy się mijają w mieszkaniu i śpią w tym samym łóżku. Poznawali się przez pozostawianie karteczek w różnych miejscach. Ale oprócz nowatorskiego pomysłu, wplotła kilka trudnych tematów toksyczny związek a co za tym idzie prześladowanie drugiej osoby, trudne rozstanie i problem z zapomnieniem. 

Całą historię poznajemy z punktu widzenia głównych bohaterów. Opowieść Tiffy i Leona przeplatają się wzajemnie. Dzięki temu lepiej ich poznajemy. Przyznaję, że od razu polubiłam zwariowaną Tiffy, natomiast co do Leona… hm… nie zapałałam od razu do niego sympatią. Był bardzo cichy, zamknięty w sobie. Dopiero po jakimś czasie, gdy go lepiej poznałam, polubiłam bardziej. Nie możemy jeszcze zapomnieć o przyjaciołach Tiffy, którzy bardzo pomagali jej w trudnych momentach.

„Współlokatorzy” to niebanalna historia o miłości. Która pochłonie czytelników od pierwszej strony. Zapewni wybuchy śmiechu, trochę nostalgii i sprawi, że parę razy zakręci się w oku łza. Gratuluję Autorce świetnego debiutu i czekam na kolejne książki.

niedziela, 5 maja 2019

#516 Trylogia o Matyldzie i Kosmie



Lubię serie. Ale o tym już wiecie, bo wspominam to za każdym razem, kiedy nie czytam jednotomowej historii. Staram się czytać takie serie ciągiem, czyli czekam do momentu ukazania się wszystkich książek na księgarnianych półkach. Niestety, czas oczekiwania często się wydłuża, a czasem chęć przeczytania dobrej historii bierze górę nad oczekiwaniem. Tak właśnie było w przypadku - i tu wcale nie skłamię pisząc – fenomenalnej trylogii jaka wyszła spod pióra duetu Lidii Liszewskiej i Roberta Kornackiego. 

Jak słusznie zauważyliście, po przeczytaniu każdej części nie pojawiła się opinia. Było to celowe, bo chciałabym się odnieść do całości, a nie do każdej części z osobna. 

Po pierwszą część sięgnęłam pod wpływem innych czytelników. Wiecie dobrze jaką moc mają social media i nie będę się w to zagłębiać. Po prostu, instagram został „zalany” zdjęciami książki „Napisz do mnie” i postanowiłam książkę przeczytać. Ze względu na małą przestrzeń życiową, sięgnęłam po ebooka z niezawodnego legimi. Pamiętam to jak dziś, żadna historia tak bardzo mnie nie poruszyła jak początek znajomości Matyldy i Kosmy. Ich przeżycia, przemyślenia, perypetie i listy którymi się wymieniali w kawiarence. Wbito mnie w fotel, przemielono i porzucono. Bo przecież to był dopiero pierwszy tom. Na kolejny niestety trzeba czekać. 

Kiedy pojawiła się druga część, nie zabrałam się za nią od razu. Musiała chwilę odczekać na swoją kolej. I co? Znów mnie wbiło w fotel, emocjonalnie wyżęto jak ścierkę, przeczołgano tak samo jak bohaterów. Zaostrzono apetyt, dano nadzieję i znów porzucono w takim momencie, że miałam ochotę rzucać czym popadnie. A na koniec napisać do Autorów by pospieszyli się z kolejną częścią. 

I tak dotarłam do początku kwietnia, kiedy na stołach nowości w księgarniach pojawił się finał trylogii. Chodziłam wokół tego stołu delikatnie, cichutko, trącałam palcem i… serio, nie chciałam jej czytać. Naprawdę nie chciałam rozstawać się z bohaterami. Nie chciałam opuszczać ulic Łodzi i mazurskiego spokoju. Pragnęłam nadal tworzyć z Matyldą, czy nagrywać kolejne programy z Kosmą. Chciałam z nimi pić wino na werandzie siedliska, bawić się i spacerować z Helmutem. Tak bardzo nie chciałam zakończenia tej historii. 

Ale jak dobrze wiecie, tak się nie da i wszystko co dobre kiedyś się kończy. I ta historia także musiała mieć swój finał. To co bohaterom zgotowali Autorzy… jest nie do przyjęcia. Tak!!! Jak się nie zgadzam, to tak bardzo boli. Jeśli wcześniejsze części wbijały mnie w fotel, to ostatnia część rozwaliła mnie w drobny mak. Roztrzaskała i sponiewierała. Tego się nie spodziewałam. Na początku nic nie wskazywało na to co nastąpiło potem, a tak naprawdę wcześniej. Gdyż akcja finału dzieje się kilka lat po końcu części drugiej. 

Chyba dawno żadna seria książek nie sprawiła, że mam książkowego kaca. Boję się sięgnąć po inne książki bo, będę porównywać je do tych dopiero przeczytanych. Autorzy chapeu bas! Odwaliliście kawał dobrej roboty. Oprócz niebanalnej historii o miłości potrafiliście przemycić w książkach ważne tematy. Mam tu na myśli głównych bohaterów. Poza tym główny bohater przeszedł ogromną metamorfozę. Patrząc na to jaki był w pierwszej części a jaki był w finale, to trzeba przyznać, że bardzo się zmienił. Na szczęście na lepsze. 

Jak sami widzicie, po raz pierwszy nie zdradzam Wam zbyt wielu szczegółów dotyczących kolejnych części. Chcę byście sami poznali Matyldę i Kosmę i towarzyszyli im we wspólnej drodze i zostali tak samo przeczołgani emocjonalnie jak ja. 

Polecam po tysiąckroć!!!

niedziela, 14 kwietnia 2019

#515 Kryminalne przypadki Matyldy



Komedie kryminalne lubię bardzo. Zaczytuję się w książkach Alka Rogozińskiego, Marty Matyszczak, Olgi Rudnickiej czy też Marty Obuch. No i kocham od zawsze królową czyli Joannę Chmielewską. Bo dla mnie to ona jest królową, a nie Bonda. Taki psikus. Ostatnio u kogoś na profilu dostrzegłam zapowiedź książki Bożeny Mazalik „Kryminalne przypadki Matyldy”. Przeczytałam opis, zauroczyła mnie okładka i stwierdziłam, że jak tylko będzie na legimi to przeczytam. No i przeczytałam. A czy mi się podobało?

Matylda ucieka sprzed ołtarza. Jej kolega z czasów szkoły proponuje jej zamieszkanie u siebie w Sarnim Dworze w okolicy Tarnowskich Gór. Dziewczyna z ogromną chęcią przystaje na tę propozycję, gdyż wie, że tam na spokojnie będzie mogła zająć się malowaniem obrazów na swój wernisaż. Dodatkowo zapomnieć o tym co się wydarzyło w jej życiu. Niestety, na spokój nie może liczyć. Kilka dni po przybyciu w szopie znajduje zwłoki, dookoła dzieją się dziwne rzeczy a sama Matylda zostaje główną podejrzaną. Razem z przyjaciółką postanawiają zabawić się w detektywów i odkryć kto morduje. 

Książkę czytało się bardzo dobrze. Może dlatego, że akcja działa się tutaj, niedaleko na Śląsku. A konkretniej w okolicach Tarnowskich Gór, Księżego Lasu, Zbrosławic. Miejsc, które znam, w których bywałam. Nie wiedziałam jednak, że Autorka właśnie pochodzi z tych rejonów. Dlatego niebywałym smaczkiem były wędrówki głównych bohaterek po nieczynnych korytarzach kopalń, które znajdują się właśnie w tych rejonach o których wspomina Autorka. Aż sama miałam ochotę wybrać się do tych miejsc. Ponadto polubiłam się z Matyldą. Z tą szaloną malarką, która bezpardonowo wpakowywała się w samo centrum wydarzeń. Oczywiście, że na własne życzenie. Matylda to bardzo uparta osóbka, ciekawska, przebojowa i nie do końca bezbronna. 

Jeśli poszukujecie dobrego czytadła to polecam Wam tę książkę. Uśmiechniecie się od czasu do czasu, powkurzacie i będziecie chcieli wiedzieć kto zabił. Polecam.

środa, 27 marca 2019

#514 Śmierć w blasku fleszy




Myślicie, że jubileuszowe książki (na przykład dziesiąta) ulubionych Autorów powinny być szczególne? Albo na przykład zupełnie inne niż te wcześniejsze? Myślicie, że Autor przy takiej książce może nas zaskoczyć? Chcecie znać moje zdanie? Tak, zdarzają się książki jubileuszowe, które zaskakują. Które sprawiają, że zastanawiam się czy to na pewno ten sam Autor który napisał wcześniejsze. Ale to nie musi być regułą. Bo czasem się zdarzy, że siódma książka Autora jest inna niż pozostałe, a ósma będzie taka jak wcześniejsze. Zaskoczeniem dla mnie była właśnie dziesiąta książka Alka Rogozińskiego „Śmierć w blasku fleszy”. 

Tym razem Książę Komedii Kryminalnej zabrał Nas na pokaz mody. Mario oraz Dominika prowadzą wspólnie agencję eventową. Organizują pokaz mody jednego z czołowych projektantów. Olimpus – bo to o nim mowa ma nietypowe wymagania. Dwójka bohaterów robi wszystko by te wymagania spełnić. W finale pokazu ma odbyć się udawane morderstwo najbardziej znanej i rozpoznawalnej modelki. Niestety, finał jest zupełnie inny niż wszyscy oczekują. Otóż, modelka ginie naprawdę. Śledztwem zajmuje się komisarz Darski. I trzeba przyznać, że ma ciężki orzech do zgryzienia, bo podejrzanych jest wielu. Ale tylko jedna z nich miała prawdziwy motyw. 

Przeczytałam wcześniejsze książki Alka. Nie tylko te które napisał sam, ale także te w duecie z Magdaleną Witkiewicz. Kiedy dotarłam do końca Jego jubileuszowej książki poczułam się… oszukana. I nie krzywcie się tak, nie zapowietrzajcie. Bo mnie także zapowietrzyło. Otóż, oświadczam wszem i wobec, że „Śmierć w blasku fleszy” jest bardziej dojrzała aniżeli pozostałe komedie kryminalne napisane przez Autora. Nie, to wcale nie jest zarzut. Bo pomimo iż powieść jest poważniejsza, trafiają się gagi, zabawne sceny i dowcipne dialogi tak dobrze znane czytelnikom z wcześniejszych książek. I taki Alek też Wam się spodoba. Pomimo braku masy zabawnych scen, Autor nadal potrafi tworzyć niebanalnych bohaterów, których kochamy od samego początku. Zaprzyjaźniamy się z nimi i z miłą chęcią wyskoczylibyśmy z nimi na piwo. Ale powiem Wam w sekrecie, że nie wiem czy chciałabym przeczytać książkę Alka w wydaniu takim stricte poważnym. Bo znając Autora nie od dziś i bywając na spotkaniach autorskich, dochodzę do wniosku, że na poważne kryminały jeszcze przyjdzie czas. Może tak za trzydzieści lat. Chociaż wątpię by Alkowi przytępił się dowcip. Obawiam się, że się bardziej wyostrzy. 

„Śmierć w blasku fleszy” to zaskoczenie dla fanów Alka. Oczywiście pozytywne. Nadal jest zabawnie, ale z większą powagą. Nadal do końca nie wiemy kto zabił. Chociaż sami mamy kilka tropów, to Autor skutecznie miesza w głowach czytelników. Więc jeśli szukacie dobrego kryminału z nutką dowcipu, to bez dwóch zdań musicie sięgnąć po tę książkę. Jeśli natomiast, jak ja, jesteście fanami książek Alka to sięgnąć musicie bez dwóch zdań. Polecam i czekam na kolejną książkę Księcia Kryminału.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora oraz Wydawnictwa Edipresse. 

piątek, 1 marca 2019

#513 Anioły do wynajęcia



Tak, nadal cieszę się, że mam legimi i mogę bez żadnego problemu sięgnąć po książkę, bez wychodzenia z domu. Tym razem przyznam się, że bardzo wahałam się nad tym czy przeczytać najnowszą książkę Malwiny Ferenz „Anioły do wynajęcia”. Dlaczego? 
Otóż debiut Autorki „Pora na miłość”, który czytałam w zeszłym roku nie zachwycił mnie. Były to cztery opowiadania na każdą porę roku, które w jakiś sposób łączyły się ze sobą. Ale, kurczę, nie porwały mnie. Dlatego do Aniołów podchodziłam jak do jeża. Ale kiedy powiedziało się „A” i pobrało książkę na czytnik, to należało powiedzieć „B” i przeczytać. 

I znów trafiłam do mojego ukochanego Wrocławia. Elena do Polski przybyła za miłością swojego życia, Romeczkiem. Romeczek Słowacki (nazwisko zobowiązuje!) jest niespełnionym pisarzem, dlatego też na koncie pary milionów nie ma. Pewnego dnia, Elena, wpada na szalony pomysł. Postanawia założyć agencję eventową, która będzie organizować imprezy. I tak w szeregi agencji trafia Dorota, porzucona czterdziestoletnia tłumaczka w ciąży. Marta, młoda dziewczyna, która od kilku lat próbuje dostać się do szkoły teatralnej oraz siedemdziesięcioletnia Barbara, która dopiero co pochowała męża. Zdecydowanie mieszanka wybuchowa. W szczególności, że żadne z nich nie miało nigdy doświadczenia w organizowaniu i prowadzeniu imprez. Ale od czego jest wyobraźnia i kreatywność. A trzeba przyznać, że pomysły, Anioły będą miały zacne. 

No dobra, mój strach przed książką okazał się… niepotrzebny. Bo muszę Wam zdradzić, że czytając książkę bawiłam się przednie. Wiele razy śmiałam się pod nosem z szalonych pomysłów, jakie Anioły wdrażały w życie. Bal z okazji Halloween czy też urodziny w domu spokojnej starości, to naprawdę nic w porównaniu z prowadzeniem… imprezy studenckiej jaką są Juwenalia. A te wszystkie zbiegi okoliczności, wpadki, wypadki nie jednego czytelnika przyprawiły o ból głowy i niepohamowany wybuch śmiechu. Dodatkowym smaczkiem tej całej historii jest pięknie opisany Wrocław. Miasto, które kocham od wielu lat. Dzięki bohaterom, mogłam bez opuszczania własnego fotela wybrać się na spacer uliczkami urokliwego miasta. A powiem Wam, że Autorka ma niebywały talent w opisywaniu miejsc, aury czy też emocji. 

Książkę polecam wszystkim tym, którzy mają dość ponurej zimy za oknem. A także tym, którzy mają ochotę na zwariowaną historię, pisaną… życiem. Napisaną z humorem, gdzie czytelnik nie raz zaśmieje się w głos. 

wtorek, 26 lutego 2019

#512 Tam gdzie jesteś



Współczesna polska literatura obyczajowa jest jedną z moich ulubionych. Ale to przecież wiecie bardzo dobrze, bo dość sporo na blogu moich opinii. Przyznam, że po książkę „Tam gdzie jesteś” Tomasza Betchera, sięgnęłam po troszku w ciemno. Zachwyciłam się okładką oraz rekomendacją napisaną przez mojego ulubionego Autora Janusza Leona Wiśniewskiego. Nie wiedziałam czego się można po tej książce spodziewać. Czy mnie zachwyci czy może rozczaruje? Czy cisnę ją w kąt czy może będę polecać innym znajomym? Biorąc pod uwagę fakt, że o książce wspominała Agnieszka Tatera (a jak niektórzy zauważyli ani razu nie zawiodłam się na książce przez nią polecanej) to nie było chyba innego wyjścia… książka musiała mi się spodobać. I tak też było. 

Niektórym może się wydawać, że jest to typowa historia o miłości. Owszem, tak może być. Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. Ich ścieżki pewnego, nieoczekiwanego dnia przecinają się. Może to być zrządzenie losu, bądź przeznaczenie. Albo zwyczajny przypadek, że bezdomny mężczyzna jakim jest Adam włamał się do domku letniskowego Anny. To historia miłości, ale nie takiej pięknej prostej, szybkiej, od pierwszego wejrzenia. Raczej takiej gdzie zaufanie do drugiego człowieka buduje się stopniowo. Najpierw jest strach, chęć ucieczki, potem akceptacja i zaufanie. Tak to odebrałam ja, w momencie dotarcia do ostatniej strony. Wtedy wszystkie zawiłości i niedopowiedzenia zostały wyjaśnione. 

Kiedy poznajemy bohaterów, najwięcej dowiadujemy się o Annie. Że ma dorosłego syna, że odchodzi od męża tyrana i pracuje w banku. W miejscu, którego nie lubi. Wolałaby pracować w swoim zawodzie, być psychologiem. Stara się rozgryźć Adama. Jednak jej to zupełnie nie wychodzi. O samym Adamie na początku nie wiemy zbyt wiele. Jest bezdomnym, tuła się po Polsce, bo nie może nigdzie zagrzać dłużej miejsca. Autor celowo dawkuje nam informacje o nim. W końcu poznajemy prawdę. O tym jak wielka tragedia wydarzyła się w jego życiu. O tym, że była zapłonem do tego kim jest teraz. Nie jest już jednak sam, jest Anna, która pomaga mu stanąć na nogi. Ale bez jego chęci zmiany do niczego by nie doszło. 

W książce Autor przybliża czytelnikom problem osób bezdomnych. Tego jak społeczeństwo reaguje na osoby nie posiadające dachu nad głową. Nie owija w bawełnę, wali prosto z mostu. Uświadamia nam czytelnikom, że Ci ludzie, to też ludzie tacy sami jak my. Tylko w ich życiu mogła wydarzyć się tragedia, która sprawiła, że się poddali bez walki. A może to ich pokuta? Nigdy tak do końca nie znamy prawdy ani historii ludzi których mijamy na ulicy. 

„Tam gdzie jesteś” to historia o miłości, o dostawaniu od życia kolejnej szansy. Także o tym, że nie powinniśmy oceniać ludzi po wyglądzie ani po statusie majątkowym. Każdy ma swoją historię, którą przeżył, która go zaprowadziła do miejsca w którym się znajduje. 
Polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.





sobota, 23 lutego 2019

#511 Kwiaciarka




Właśnie się zastanawiam co mną kierowało by sięgnąć po najnowszą książkę Anny Kasiuk p.t. „Kwiaciarka”? Chyba to, że nasza stała klientka, stwierdziła, że książka jej się nie podobała i nie doczytała jej do końca. Coś nie zaiskrzyło. Wtedy w mojej głowie pojawiła się lampka: przeczytaj!!! Wróciłam do domu, wrzuciłam książkę na półkę w legimi i zasiadłam z czytnikiem. 

Judyta wraz z przyjaciółką Małgosią, prowadzi na rynku w Przemyślu małą kwiaciarnię. Kwiaty to jej pasja. O ile w pracy idzie jej całkiem nieźle, to życiu prywatnym już nie do końca. Kobieta od ośmiu lat związana jest z Piotrem. Ich związek przechodzi poważny kryzys. Piotr coraz bardziej jej unika, a Ona uświadamia sobie, że ją zdradza. Na szczęście zawsze może liczyć na swoje przyjaciółki Oliwkę i Małgosię. Za ich namową kończy toksyczny związek. Nie przychodzi jej to jednak tak łatwo, ale w końcu pakuje Piotra i rozpoczyna nowe życie jako singielka. Wtedy na jej drodze staje Szymon, dawna miłość ze szkolnych lat. Ich spotkanie tak naprawdę nie jest przypadkowe. Szymon bowiem, mimo małżeństwa i wyprowadzki do Anglii, wciąż kocha Judytę. To dla niej powrócił do Przemyśla. Jednak powrót Szymona sprawia, że przeszłość od której tak bardzo chcieli się odciąć przypomina o sobie w postaci liścików z pogróżkami, które Judyta znajduje w listowniku. Czy Judyta wreszcie uwierzy w miłość? Jak bardzo pogróżki wpłyną na ich życie?

Kiedy zabierałam się za powieść, byłam przekonana, że oto przede mną historia miłosna na drodze której rzucono kłody pod nogi. Do pewnego momentu myślałam, że tak będzie. Jednak nastąpił niezapowiedziany zwrot akcji i przyznaję, że moje tętno przyspieszyło. Czytając miałam nieodparte wrażenie, że kiedyś już coś podobnego (nie to samo, co to to nie) czytałam. Anna Kasiuk podobnie jak w swoich powieściach Agnieszka Lingas – Łoniewska, do historii miłosnej dorzuciła półświatek przestępczy, który upomina się o swoje. Przeszłość, wcale nie taka chlubna, powróciła jak bumerang i uderzyła w bohaterów ze zdwojoną siłą. 

Powiem Wam, że główna bohaterka doprowadzała mnie swoim zachowaniem do szewskiej pasji. Nie wiem, może działo się tak dlatego, że Judyta była bardzo słaba psychicznie, co silniejsi wykorzystywali. Poza tym, mam wrażenie, że miała problemy z komunikacją. Nie potrafiła powiedzieć co ją gniecie, co jej przeszkadza i co czuje. Może było to wywołane stanami depresyjnymi, które miewała w przeszłości i ogólnie leczeniem psychologicznym. Nie wiem. Faktem jest, że mnie Judyta czasem wkurzała swoim zachowaniem. Denerwujące w niej było to, że mimo iż wiedziała, że związek z Piotrem nie ma przyszłości, nie miała dość siły by go zostawić. Dopiero niekończące się rozmowy z Oliwką i Małgosią, zmobilizowały ją do ostatecznego kroku. Jak dla mnie, takiego typa jak Piotr wyrzuca się od razu. Jednak domyślam się, że po tylu latach było jej ciężko podjąć taką decyzję. Kiedy opisana w książce historia czy sami bohaterowie wkurzają to bardzo dobrze, znaczy to wtedy, że książka jest dobra.

Kiedy byłam w połowie okazało się, że „Kwiaciarka” to kontynuacja książki „Andromeda”. Przyznam, że poczułam się zawiedziona, bo nigdzie nie znalazłam informacji, że to druga część. Moim zdaniem, bez znajomości części pierwszej można czytać część drugą. Ale jedno wiem na pewno, w najbliższym czasie doczytam początek znajomości Szymona i Judyty. 

„Kwiaciarka” to powieść o przyjaźni, o tym, że stara miłość nie rdzewieje, o dawaniu drugiej szansy, o cierpieniu i bólu o utracie najbliższych. Od tej książki nie można się oderwać, a kiedy się już oderwiemy to niecierpliwie na nią spoglądamy gdyż ciekawość „co będzie dalej?” bierze górę. Gorąco polecam

środa, 20 lutego 2019

#510 W malinowym chruśniaku






To już moje trzecie spotkanie z twórczością Haliny Kowalczuk. Jej powieści mają w sobie to coś, co sprawia, że czyta się je z ogromną przyjemnością. Tym razem opowiem Wam o ostatniej książce Autorki czyli „Dom w malinowym chruśniaku”.

Alicja tuż przed startem w dorosłe życie, traci swoją wielką miłość Michała. Zostaje sama z małym dzieckiem. Na szczęście może liczyć na swoją matkę oraz babkę. Dzięki nim udaje jej się ukończyć studia prawnicze i rozpocząć karierę adwokacką. Pewnego dnia jej przyjaciółka namawia ją na zakup domu w malowniczej Malinówce, niedaleko Krakowa. Przeprowadza się tam z Warszawy. Jednak jej szczęście nie trwa zbyt długo. Jej córka Gabriela ma poważny wypadek samochodowy. Wtedy to też, zakopana przeszłość daje o sobie znać. Znów na jej drodze staje Michał oraz jego rodzice. Czy zapomniane uczucie wybuchnie ze zdwojoną siłą? Czy Alicja będzie w stanie wybaczyć Michałowi i jego rodzicom przewinienia z dawnych lat? 

Autorce trzeba przyznać jedno - potrafi czarować i malować słowem. Samo miejsce do którego przeprowadziła się Alicja jest opisane… bardzo obrazowo. Czytelnik, ma ochotę wsiąść w samochód i pojechać do Malinówki, by podziwiać widoki roztaczające się z okien domu Alicji. Podobnie przy opisywaniu drogi oraz miejsca w którym znajduje się klinika Michała w Szwajcarii zachwyca swoim opisem. 

Plusem powieści które wychodzą spod pióra Haliny Kowalczuk na pewno jest to, że wplata w nie legendy. W tej książce jest dokładnie tak samo. Króluje w niej przede wszystkim legenda o niedźwiedzicy, która pomaga zagrożonym kobietom. I tak właśnie niedźwiedzica Mila, ratuje Alicję – jak i przed czym doczytajcie sami. 

W całej książce była tylko jedna jedyna rzecz, która tak bardzo mnie uwierała, że miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno. Było to zdrobnienie imienia głównej bohaterki. Wiem, że Ala (oraz jego odmiany) to zdrobnienie imienia Alicja. Jednak nie to było użyte przez Autorkę. Bohaterka była nazywana: Ali. Zupełnie mi to nie pasowało, w szczególności, że miałam do czynienia z dorosłą kobietą i dodatkowo nie pasowało do odmiany tego zdrobnienia. 

Jeśli poszukujecie książki magicznej, z pięknymi opisami przyrody, miejskimi legendami czy też nutką dreszczyku, to „Dom w malinowym chruśniaku” nadaje się do tego idealnie. Idę sprawdzić, czy na półce nie mam jeszcze innych książek Autorki. Polecam

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości serwisu granice.pl




sobota, 16 lutego 2019

#509 Życie na zamówienie



Droga Tachykardio!

Jak już zauważyłaś sięgam coraz częściej po książki naszych rodzimych Autorów czy też Autorek. To wcale nie uwłacza Autorom zagranicznym, jednemu jak wiesz jestem wierna i jest to Musso. Jednak nie o tym chciałam pisać. Do długiej listy ulubionych Autorek dołączyła właśnie Karolina Wilczyńska. Mam już za sobą kilka książek tej Autorki, ale chcę ci opowiedzieć o tej którą niedawno przeczytałam. A jest to „Życie na zamówienie czyli espresso z cukrem.”

Miłka na co dzień pracuje w pensjonacie swoich rodziców w Busku Zdroju. Ogólnie wiedzie spokojne życie, dyktowane rytmem pracy i przyjazdami kuracjuszy. Niestety pewnego dnia, ukochana babcia trafia do szpitala. Przed swoją śmiercią wyjawia Miłce skrywany od wielu lat sekret. Wyjawienie go, całkowicie zmienia życie dziewczyny. Miłka, pakuje wszystkie swoje rzeczy i postanawia wyjechać do Kielc, by tam rozpocząć całkiem nowe życie. Dosłownie od zera, bez najbliższych, bez pracy i bez dachu nad głową. Przez zupełny przypadek trafia w progi małej „Kawiarni za rogiem” gdzie udaje jej się dostać pracę. Czy uda jej się tam dłużej zatrzymać? Kim jest jej prześladowca? Czy uwolni się od niego sama czy z pomocą? I czy szef, okaże się rycerzem na białym koniu?

Kiedy zabierałam się za powieść, wiedziałam, że nie dostanę przesłodzonej opowieści, tak jakby mógł sugerować tytuł czy też okładka. Poza tym, espresso z cukrem to mimo wszystko mocna dawka kofeiny i co z tego że z cukrem? Życie jest jak ta kawa, o czym przekonała się na własnej skórze główna bohaterka powieści.

Czytelnik biorąc do ręki powieść Karoliny Wilczyńskiej może być nastawiony na lekką lekturę. Jednak, jeśli już kiedyś czytał inne powieści Autorki, to wie, że Karolina w swoich książkach nie boi się poruszać trudnych tematów. Robi to z taką gracją i zupełnie nie nachalnie, że każdy będzie zadowolony. I tak na przykład został poruszony temat braku akceptacji swojego wyglądu. Miłka nie należy do grupy modelek z Victoria’s Secret. Traci wiarę we własne piękno, kiedy na każdym prawie kroku słyszy niewybredne żarty na swój temat. A przecież każdy z nas jest piękny, piękno nosimy w sobie. Jednocześnie pojawia się temat stalkingu. Widzimy i czujemy strach ofiary i jej bezradność wobec oprawcy. 

Wspominałam, że przed śmiercią babcia wyjawiła Miłce tajemnice. Niestety do samego końca nie dowiadujemy się co też usłyszała główna bohaterka. I nie wiemy dlaczego odcięła się od swojej rodziny. Owszem, możemy się domyślać, ale przecież nie mamy pewności czy to o czym myślimy to prawda. 

Dlatego z niecierpliwością oczekuję kontynuacji by dowiedzieć się co u Miłki? Czy uwolni się od prześladowcy i znajdzie miłość?

Polecam bez dwóch zdań
Archer

czwartek, 14 lutego 2019

#508 Martwe dusze



Znów wróciłam do nadmorskiego miasteczka, w którym spokoju pilnuje młodszy aspirant Krzysztof Bugaj i jego kumple z komisariatu. Tym razem było mniej drastycznie niż w części pierwszej. Chodźcie posłuchać co myślę o książce „Martwe dusze” Darii Orlicz. 

Kiedy kończą się wakacje, miasteczko popada w letarg. Turyści wracają do domów i znów jest spokojnie. Do czasu, bo przecież wszystko co piękne szybko się kończy. W wypadku ginie kobieta. W trakcie śledztwa okazuje się, że nie był to przypadek. Ktoś umyślnie spowodował jej śmierć. Wychodzi także na jaw, że miała większą ilość wrogów aniżeli przyjaciół. Ktoś ewidentnie życzył jej śmierci. Jak zakończy się śledztwo? Czy Krzysztof będzie potrafił powstrzymać się przed kolejnymi skokami w bok?

„Martwe dusze” to kontynuacja wielu wątków rozpoczętych w pierwszej części jaką jest „Diabelski młyn”. I powiem szczerze, że jak dla mnie jest mniej brutalna aniżeli pierwsza część. Od tej nie potrafiłam się oderwać, a jak wiecie pierwszą musiałam odkładać na bok by zaczerpnąć tchu. 

Plusem tej powieści jest tło społeczne. Autorka wraz z czytelnikiem nie tylko skupia się na rozwiązaniu zagadki morderstwa, ale także na życiu mieszkańców. I znów razem z Bugajem wikłamy się w kolejne romanse. Serio? Czasem się zastanawiam czy on nie może żadnej przepuścić? Przyznaję, że tym swoim zachowaniem zaczyna mnie wkurzać. Powinien zdecydowanie zapisać się na jakąś terapię. Czy on musi być aż tak uzależniony od seksu? Dodatkowym smaczkiem jest tajemnicza postać byłego księdza i jego spotkania z wiernymi w starej stodole. Czy to on zabił ? Nie powiem. Darii Orlicz tak pięknie lawirowała pomiędzy podejrzanymi, że do prawie samego końca czytelnik nie wie kto zabił i dlaczego? 

Zakończenie książki wcisnęło mnie w fotel. Serio, tego co tam się wydarzyło się nie spodziewałam. Autorka niezły los zgotowała głównemu bohaterowi. Ale przyznaję, że… chyba sobie zasłużył. Czekam zatem na kontynuację. Oczywiście jeśli będzie. To znaczy powinna, bo historia nie mogła się tak skończyć.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska


wtorek, 12 lutego 2019

#507 Nasze własne piekło. Przedpremierowo




Miewacie coś takiego jak kac książkowy? Bo ja mam, od czasu do czasu. Nie zawsze, ale bywa. U mnie objawia się to tym, że kiedy kończę dobrą książkę, czyli taką która mną wstrząśnie, miotam się, i nie mam pojęcia co czytać dalej. Bo wiem, że historia dopiero co zakończona jeszcze będzie we mnie żyć, i to za co się wezmę nie zachwyci mnie tak jak to co dopiero przeczytałam. I tak właśnie mam po skończeniu najnowszej książki Natalii Nowak-Lewandowskiej „Nasze własne piekło”. To ta książka sprawiła, że nie wiem co z sobą zrobić, bo wciąż siedzi mi pod skórą.

W tym miejscu mogłabym Wam opowiedzieć fabułę, czyli mniej więcej o czym ta książka jest. Jak przeprowadzona jest akcja, co się dzieje i dlaczego. Jakie są skutki wyborów bohaterów. 
Ale, chyba po raz pierwszy doszłam do wniosku, że tego nie zrobię. Bowiem każdy może wejść sobie na dowolny portal i dowiedzieć się z czym to się je. Powiem Wam, że okładka, jest dość myląca. I myślę, że gdybym miała sugerować się okładką, to nigdy w życiu bym po tę książkę nie sięgnęła. A dlaczego ją przeczytałam? Przede wszystkim z ciekawości.

Tak naprawdę to czytałam (jak na razie) tylko dwie książki Natalii. I powiem Wam, że między debiutem „Pozorność” a najnowszą powieścią jest tak wielka przepaść, że... Tak, Natalia dojrzała. Jej książki ewaluowały. Stały się inne. Owszem nadal nie jest słodko pierdząco. 
Ale Autorka taka właśnie jest. Ona nie owija w bawełnę i nie cacka się z czytelnikiem. Wali od razu między oczy. I to jest świetne. Bo czytelnik na początku swojej przygody z najnowszą książką, spodziewa się przesłodzonego romansu bad boy z ułożoną kobietą. I kiedy rzeczywiście gdzieś tam pod kopułą czai się myśl „ale to słodkie” Ona wali obuchem w łeb. Nie tylko czytelnika. Zapewnia rollercoaster bohaterom. Ta książka łudząco przypomina książki Lingas - Łoniewskiej. Ale tylko przypomina. To zmyłka jest. Natalia z głównej bohaterki nie zrobiła grzecznej dziewczynki. Nie no dobrze, na początku tak jest, ale potem Nina zmienia się pod wpływem Artura. Staje się bardziej bojownicza, pyskata i... pewna siebie. Poza tym, pokazuje jak bardzo niespełnione ambicje rodziców zmieniają dzieci. Jak bardzo, staramy się ich zadowolić. Czasem kosztem naszego własnego życia czy też szczęścia. 

„Nasze własne piekło” to historia o miłości, która – jak mogą niektórzy twierdzić – nie miała prawa się wydarzyć. I teraz nasuwa się pytanie: dlaczego? Czy mężczyzna jakim jest Artur nie może porzucić swojego dotychczasowego życia i założyć rodzinę? Czy taka kobieta jaką jest Nina nie może w końcu przeciwstawić się matce i zawalczyć o swoje? Oczywiście, że tak. 
Po stokroć tak. Owszem Nina może irytować, drażnić swoim zachowaniem, podporządkowaniem despotycznej matce. Ale jeśli dobrze się rozejrzymy, wokół nas są takie kobiety. Poza tym nie zapominajmy, że Matka Niny miała niespełnione muzyczne ambicje i przez wypadek w przeszłości nie mogła grać na skrzypcach. Dodatkowo nie potrafiła obdarzyć córki należytym uczuciem i ciepłem matczynej miłości. 

Przyznaję, że książkę czytałam na bezdechu. Bo emocje zawarte w historii zawładnęły mną tak bardzo, że kiedy przeczytałam ostatnie zdanie i napis „KONIEC” zaczęłam się zastanawiać, czy to jakiś żart? Chodzi mi o to, że… ja chcę więcej. Dużo więcej. Zakończenie jest jak dla mnie otwarte. Może gdyby pomęczyć Natalię to byłaby kontynuacja. Co ty na to Autorko?

Chyba dawno, nie rozpisałam się tak bardzo o książce. 

Podsumowując. Jeśli poszukujecie świetnej książki, która Was wymieli emocjonalnie, wzruszy i tak bardzo zaskoczy, to najnowsza książka Natalii Nowak – Lewandowskiej taka właśnie jest. To nie tylko historia o miłości. To także opowieść o wyborach, pokonywaniu słabości i walce o swoje szczęście. Polecam

niedziela, 10 lutego 2019

#506 Pochyłe niebo. Ćma




Po książki Ewy Cielesz sięgnęłam chyba trzy lata temu. Przyznaję, że miałam małe obawy, ale zniknęły one tuż po przeczytaniu pierwszej i kolejnych książek Autorki. Co o nich sądzę, już wiecie bo ich opinie pojawiały się na blogu. Tym razem, postaram się opowiedzieć Wam o najnowszym literackim dziecku Autorki „Pochyłe niebo. Ćma.” To pierwsza część trzytomowej serii. 

Anita ma siedemnaście lat, mieszka wraz z matką i babką. Ma starszą siostrę, która już dawno temu wyprowadziła się z domu. Pewnego dnia, dziewczyna odkrywa, że jest w ciąży. Kiedy wyznaje prawdę matce, ta wyrzuca ją z domu. Anita pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża do Wrocławia. Tam znajduje kąt u ciotki. Siostra matki pomaga jej jak tylko może. Dziewczyna by zarobić na swoje utrzymanie zatrudnia się przy opiece nad starszą panią. Kobieta mieszka w słynnym wrocławskim trójkącie bermudzkim. Anita poznaje tam młodych ludzi, którzy mieszkają razem „na kwadracie” i nie należą do tych układnych i grzecznych. Tam spotyka Wilka, którym jest zafascynowana. Jak potoczą się jej losy? Nie zdradzę. Czy wybierze ustawionego, na wysokim stanowisku mężczyznę, za którego na siłę stara się wydać jej ciotka? A może na jej drodze stanie ktoś zupełnie inny? Ktoś kto zaopiekuje się Anitą oraz jej córeczką?

Powiem Wam, że książka mną… wstrząsnęła. Tak… pozytywnie. Anita mimo tego, że matka wyrzuciła ją z domu (która matka robi coś takiego własnemu dziecku?), nie poddaje się i szuka swojego miejsca na ziemi. Jednak nie jest sama. Musi myśleć o swoim dziecku. Musi walczyć o siebie i córeczkę. 

Cała opowieść rozgrywa się w szarych czasach lat 70 i 80tych. W czasach w których tylko nielicznych było stać na zakupy w kolorowych Pewexach, gdzie głównie płacono dolarami. Sama taki Pewex w moim mieście pamiętam. Pamiętam lalki Barbie, które były wystawione na półkach. I ten ból w oczach dziecka, że nie dostanie ukochanej i upragnionej zabawki. W czasach, w których wprowadzono stan wojenny, a na ulicach można było spotkać czołgi. Czasach Solidarności, Zomo, kartek na żywność i długich kolejek. 

Chylę czoła przed Autorką. Język jakim jest napisana powieść zdecydowanie jest poetycki. Bardzo obrazowy. Czytając widziałam wszystko przed swoimi oczami. Widziałam podróż Anity do Ciotki, ulice Wrocławia pełne czołgów i walczących ludzi. 

Przez całą powieść trzymałam kciuki i podziwiałam bohaterkę. Bo jej nie można nie podziwiać. Mimo tego co przeżyła, nie poddawała się. Walczyła. Nie z wszystkimi jej wyborami się zgadzałam, ale to Ona podejmowała decyzje… tylko czy liczyła się z ich konsekwencjami?

Z niecierpliwością oczekuję kolejnej części by towarzyszyć Anicie w podróży, w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. 

Pani Ewo, jest Pani niesamowitą malarką słów i emocji.


wtorek, 29 stycznia 2019

#505 Morderstwo w Hotelu Kattowitz



Literacki duet moich ulubionych bohaterów czyli Gucio i Solański znowu na tropie. Oczywiście towarzyszy im nieodłącznie Róża. W swojej najnowszej powieści „Morderstwo w Hotelu Kattowitz” Marta Matyszczak zaprasza czytelników do tropienia mordercy. Książka będzie miała swoją premierę już pod koniec stycznia. Tak więc moi drodzy przed Wami opinia przedpremierowa. 

Pewnej grudniowej nocy, na siódmym piętrze hotelu Kattowitz dochodzi do morderstwa. Ofiarą pada gwiazda muzyki pop DJ Dzidzia. Na prośbę swojej matki, która porzuciła kardiochirurgię na rzecz szefowania ochronie hotelu, Róża wraz z Guciem i Solańskim rozpoczynają śledztwo. Jednak odnalezienie sprawcy nie będzie takie łatwe. Tropy będą się mylić i co chwila ktoś inny będzie podejrzany o tę zbrodnię. Dodatkowo będą musieli uporać się z problemami sercowymi. Bo przecież od samego początku była między nimi chemia. Czy w końcu zostaną parą? Czy nadal będą się zachowywać jak Żuraw i Czapla? No i najważniejsze, kto okaże się winny? 

W piątej już części serii „Kryminał pod psem” bohaterowie powrócili ze Zdrojowic i przemierzają ulice Katowic. I tak wrazz Solańskim tracimy pieniądze w Szlagier Kasynie, spędzamy sporo czasu w Teatrze Ateneum razem z Alojzem i pijemy rozpuszczalną kawę w Cafe Katowice (tylko kto idąc do kawiarni, gdzie jest wypasiony ekspres, zamawia rozpuszczalną kawę z dużą ilością cukru tak, że łyżeczka staje? Tylko Solański)

Wiele miejsc istnieje naprawdę: Hotel Kattowitz to nic innego jak Hotel Katowice, który mieści się zaraz przy Altusie, ale od książkowego różni się tym, że w prawdziwym nie morduje się gości – jak wspomina na początku Autorka. A jeśli chodzi o kawiarnię do której bohaterowie zaglądali, to myślę, że to nic innego jak Cafe Kattowitz. Chyba Ameryki nie odkryłam? 

Nadal swoje trzy grosze wtrynia Gucio. Jego celne uwagi, sarkazm wciąż bawią czytelnika. No a dodatkowym smaczkiem są rozmowy Alojza i Pejtera w śląskiej gwarze. Muszę przyznać, że troszkę mi tego brakowało w poprzednich częściach. Ale to zrozumiałe, przecież w Irlandii, w Barlinku czy też w Zdrojowicach po śląsku się nie godo. Ale nie martwcie się, jeśli nie znacie gwary, na dole strony jest słowniczek. Wszystko zostaje pięknie przetłumaczone. 

Zagadka śmierci jest trudna do rozwiązania, bo Autorka co rusz myli tropy. Gdy czytelnik już prawie wita się z gąską, bach… zwrot akcji i znów nie wiadomo kto jest winny. 

Tęskniłam za tą trójką. Nie powiem, że nie czekam na dalsze perypetie Gucia, Róży i Szymona. Bo czekam. I liczę, że w końcu Róża i Szymon zmądrzeją, podejmą słuszne decyzje. No i że zabrzmią kościelne dzwony, i Gucio poniesie obrączki. 

Polecam, jak zwykle bez mrugnięcia okiem.

niedziela, 20 stycznia 2019

#504 Jeden dzień w grudniu



Zdecydowanie lubię sięgać po powieści obyczajowe. Myślę, że przyjemniej się je czyta aniżeli horrory, thrillery czy fantastykę. Po książkę Josie Silver „Jeden dzień w grudniu” sięgnęłam z czystej ciekawości. Kusiła mnie na stole nowości. Kręciłam się koło niej, bo przyciągała mnie jej okładka. Przeczytałam opis „Powieściowy odpowiednik filmowych hitów To właśnie miłość i Dziennik Bridget Jones” i już wiedziałam, że ta książka jest właśnie dla mnie. 

Pewnego grudniowego dnia, Laurie wracając autobusem do domu, na jednym z przystanków dostrzega pewnego chłopaka. Wymieniają spojrzenia i dziewczyna nie może przestać o nim myśleć. Przez cały kolejny rok próbuje go odnaleźć. Aż pewnego dnia staje na jej progu, okazując się facetem jej najlepszej przyjaciółki. Laurie wie, że powinna o nim zapomnieć. Niestety nie jest to takie proste, w szczególności, gdy mieszka się z przyjaciółką a jej facet jest nieodłącznym elementem codzienności. Wszystko zmienia się gdy Sarah się wyprowadza a Laurie wylatuje do Tajlandi. Tam poznaje Oscara. Czy związek z Oscarem okaże się plasterkiem na zauroczenie mężczyzną z przystanku? A może przeznaczenie wygra, bo przecież z nim się nie walczy?

Chyba bardzo dawno żadna książka nie doprowadziła mnie do łez. Tak, dobrze czytacie. Było kilka takich sytuacji, że literki rozmywały mi się i musiałam odkładać książkę by się uspokoić i wysiąkać zapchany nos oraz wytrzeć załzawione oczka. 

Wielkim plusem tej powieści jest to, że wiele momentów historii poznajemy z punktu widzenia Laurie oraz Jack’a tajemniczego mężczyzny z przystanku. Poza tym jest ona napisana gładko, nie jest przesłodzona. I mimo, iż takiego zakończenia możemy się spodziewać, to niesamowite jest to jak bardzo zmieniają się przez ten czas bohaterowie. Jak dojrzewają do podejmowanych decyzji. I nie zgadzam się z opisem, jakoby akcja powieści rozgrywała się podczas dziesięciu kolejnych świąt Bożego Narodzenia. Owszem, bohaterów poznajemy przez kolejne dziesięć lat, ale tylko w ciągu kilku wybranych dni w roku. 

To książka nie tylko o zauroczeniu od pierwszego wejrzenia. To także książka o prawdziwej przyjaźni. O przyjaźni, która mimo kłód rzucanych pod nogi jest w stanie przetrwać największą burzę z piorunami. A także o tym, że z przeznaczeniem nie wygramy. Bo ono ma większą siłę rażenia niż nam się wydaje. 

„Jeden dzień w grudniu” to świetna lektura, dla tych którym podobała się powieść „Love, Rosie”. Nie wiem dlaczego, ktoś porównał ją do „Bridget Jones”. Może sugerowano się tym, że historia toczy się wybranymi dniami w roku, opowiadana jest w pierwszej osobie głównej bohaterki, która co roku robi postanowienia noworoczne. 

Jeśli poszukujecie książki, która pozwoli wam oderwać się od codzienności, wzruszyć a czasem pośmiać, to „Jeden dzień w grudniu” nadaje się do tego idealnie. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ktoś ją sfilmował. Polecam bez dwóch zdań. Nie zawiedziecie się. Wręcz przeciwnie, będzie mi dziękować za to, że Wam ją poleciłam.