piątek, 16 marca 2018

#473





Droga Tachykardio!

Musisz przyznać, że dość długo do ciebie nie pisałam. Postaram się to zmienić, ale nie daję gwarancji, czy mi się uda. Czasem w moje ręce padają książki, po których zakończeniu zastanawiam się nad jednym: ale jak to już koniec? Przecież to nie mogło tak się skończyć? Ładunek emocjonalny jest tak wielki, że nie można się uspokoić. Dokładnie tak było gdy zamknęłam książkę „Gra w kolory” Marzeny Rogalskiej. Dawno nie miałam tak, że po dotarciu do ostatniej litery chciałam wiedzieć co dalej i czy będzie jakieś dalej. 

Powiem ci szczerze, że nie potrafię Ci o tej książce opowiedzieć tak by nie zdradzić za dużo. Mogę tylko troszeczkę uchylić rąbka tajemnicy, by zaostrzyć ci apetyt na fenomenalną lekturę, która w żaden sposób nie jest babskim czytadłem ani tanim romansem. To uczta dla zmysłów. 

Po stracie Agata nabiera sił pod opieką przyjaciół. Stara się także pokonać swoje demony przeszłości. Dzięki opowieściom, poznajemy jej dzieciństwo, wszystko to co się wydarzyło i jak bardzo ją to ukształtowało. Jej nowo założona firma zaczyna prosperować coraz lepiej na rynku, i liczyć się w biznesie. Agata co poniedziałek otrzymuje tajemnicze emaile. Bardzo pragnie poznać ich anonimowego autora, ale kiedy już ma dojść do umówionego spotkania, ona niestety nie dociera na miejsce. Powoli zaczyna rozumieć, że musi zaakceptować samą siebie i pogodzić z przeszłością by być szczęśliwą. 
Czy jej się to uda? Nie powiem, bo przecież wspominałam o apetycie. 

Podobnie jak w pierwszej części czyli „Wyprzedaż snów” Autorka nie skupia się na jednej postaci. Pokazuje także życie przyjaciół Agaty. Ich wybory, nadzieje, spełnianie marzeń. Wszystko malując kolorami emocji, jakie które towarzyszą nam każdego dnia. 

Powiem ci, że jak nigdy czekam na trzecią część tej historii. Bo ta opowieść nie mogła skończyć się w takim momencie. Musi być ciąg dalszy. 

Jeśli poszukujesz historii pełnej barw codzienności, przepełnionej emocjami oraz piękną muzyką to koniecznie sięgnij po tę książkę. Gwarantuję, że się nie zawiedziesz. Polecam!!! 

Pozdrawiam serdecznie
 Archer 

P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa ZNAK



środa, 14 marca 2018

#472



Cóż ja Wam na to poradzę, że lubię czytać powieści obyczajowe, które dobrze się czyta, i które tchną w czytelnika nadzieją albo przywrócą wiarę w drugiego człowieka. Książki Asi Szarańskiej uwielbiam. Pewnie dlatego, że są napisane z jajem i mają w sobie to coś, że mogę brać je w ciemno. Po trylogii o Kalinie, Asia napisała książkę w świątecznym klimacie „Cztery płatki śniegu”, którą pochłonęłam w święta. Nie jest to kolorowa historia o idealnym świętowaniu, ale taka słodko – gorzka opowieść o codzienności każdego z nas. 

W bloku przy ulicy Weiss’a, mieszkańcy znają się tylko z widzenia. Każdy zabiegany, nie ma czasu na integrację z sąsiadami. Zbliżają się święta, Pani Michalska, starsza sąsiadka, która mianowała się dozorczynią, postanawia wprowadzić atmosferę świąt. Na podwórku postawić pięknie ozdobioną choinkę. Do pomocy chciałaby zaangażować wszystkich mieszkańców, jednak oni bardziej skupiają się na swoich problemach aniżeli na przygotowaniach. A problemy… no cóż całą ich gama: podejrzenia o zdradę, skąpy Małżonek, który wylicza żonie każdy grosz, teściowa która wtrąca się w wychowanie wnuka, czy też wyobcowanie i brak przyjaciół. Czy niespodziewane wydarzenie coś zmieni w mieszkańcach kalwaryjskiego domu? O tym poczytajcie sami.

„Cztery płatki śniegu” to książka magiczna, ale nie przesłodzona. To historia jakich wiele, tocząca się za zamkniętymi drzwiami mieszkań, opisana jednak w nadzwyczjny sposób.

Asia ma świetny zmysł obserwacji codzienności, który przeplata humorem. Podczas czytania wybuchy śmiechu gwarantowane. Jednak nie wszystkich bohaterów da się polubić. Niektórych ma się ochotę utopić w przysłowiowej łyżce wody.

Fani Kaliny (trylogia Kalina w malinach) będą zachwyceni gdyż pani detektyw pojawi się i tutaj by rozwiązać pewną zagadkę.

Polecam nie tylko na świąteczny czas.


piątek, 9 marca 2018

#471



Po książki erotyczne lub jak to teraz mówią „w stylu Greya” sięgam bardzo sporadycznie. Pewnie dlatego, że za nimi nie przepadam. Jednak raz na jakiś czas zdarza mi się po taką sięgnąć. Tym razem nie padło na kolejną powieść Mia Sheridan, tylko na coś zupełnie innego. Za mną „Turbulencja” Whitney G. A przeczytałam ją… bo spodoba mi się okładka. Ale o moich okładkowych wyborach już słyszeliście. 

Gilian wyprowadza się do Nowego Jorku - chce uciec od rodziny. Pragnie zostać pisarką. Niestety nic nie sprzyja jej marzeniom. By utrzymać się w wielkim mieście pracuje na dwóch etatach: jako sprzątaczka apartamentowca oraz jako stewardesa w jednej z największych linii lotniczych. Na jednym z przyjęć na które wyciągnęła ją współlokatorka poznaje Jake’a. Jake jest dobiegającym czterdziestki kapitanem. Lata jako pilot od wielu lat. Rozwiedziony, w każdym zakątku świata ma inną dziewczynę. Jak gorąco będzie gdy tych dwoje połączy niezobowiązujący seks?

Cieszę się ogromnie, że w tej książce oprócz erotyki wylewającej się z każdej strony jest całkiem niezłe tło obyczajowe. Dzięki temu poznajemy lepiej bohaterów i motywy ich działania. Dowiadujemy się dlaczego Jack jest tak bardzo arogancki, dlaczego żyje samotnie i tak przedmiotowo traktuje kobiety. Dodatkiem jest jeszcze tajemnica którą ukrywa każdy z bohaterów. 

Dla miłośników erotyków z wątkiem obyczajowym „Turbulencja” jest idealna. Dla pozostałych też, bo przecież „te sceny” można ominąć. Tylko po co? One właśnie nadają książce ostry smaczek. 



środa, 28 lutego 2018

#470



Och jak się stęskniłam za tym czworonogiem. Za jego dowcipem oraz ciętym językiem. Celnymi spostrzeżeniami i sarkazmem. Tak moi Kochani, za mną kolejna lektura z Guciem w roli głównej czyli „Strzały nad jeziorem”. I powiem Wam, że uśmiałam się przy niej podobnie jak przy pierwszej części. 

Róża po powrocie z Irlandii postanowiła wziąć się za siebie. Wyjechała do Barlinka na wczasy odchudzające. Jednak nie byłaby sobą gdyby nie wpadła w tarapaty. Została bowiem oskarżona o morderstwo. Ofiarą jest profesor archeologii, który prowadził badania na Jeziorze Barlinieckim. Róża o pomoc, jak zwykle prosi Szymona. Solański wraz z Guciem ruszają na ratunek przyjaciółce, lecz zanim jednak dotrą na miejsce cudem unikną śmierci. A kiedy się już spotkają to cała trójka, jak za dawnych czasów, poprowadzi śledztwo i poszukają mordercy. Czy im się to uda? O tym musicie standardowo przeczytać sami. Przecież nie mogę Wam zdradzić kto zabił. 

To była fantastyczna podróż i przygoda. No i przede wszystkim metamorfoza Róży. Przyznaję bez bicia, że Autorka pozytywnie mnie zaskoczyła nowym wyglądem bohaterki. Ale czego się nie robi kiedy kobieta zakochana. Jednak zmienił się tylko wygląd, charakter pozostał ten sam. I całe szczęście, w innym wypadku byłoby nudno. A tak to można jak zwykle dobrze się bawić. A przygody Autorka im zgotowała pierwsza klasa. Były nie tylko te mrożące krew w żyłach: wypadek Szymona z Guciem, ale także te zabawne, gdzie czytelnik zaśmiewał się do łez, jak na przykład gówniany wypadek Róży. Ubawiłam się przednio i trzeba przyznać, że pomysł był świetny, a wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, co sprawiło, że „aromat” można było wyczuć na kilometr. 

Powiem Wam, że najbardziej interesowały mnie jednak stosunki pomiędzy Szymonem a Różą, aniżeli poszukiwanie mordercy profesora. Bo między tym dwojgiem iskrzy bez dwóch zdań. Ale zachowują się jak Żuraw i Czapla, niby chcą, niby podchody, ale przyznać się nie potrafią przed sobą, że coś jest na rzeczy. Liczę, że w kolejnej części Szymon w końcu przejrzy na oczy, a Róża nie zmieni swojego obiektu westchnień. 

Czy będzie kolejna część? Wszystko na to wskazuje, gdyż Szymon przez cały pobyt w Barlinku otrzymywał tajemnicze telefony dotyczące śmierci Jego żony. Więc liczę, że przed nim i Guciem kolejna zagadka do rozwiązania. Już nie mogę się jej doczekać. 





poniedziałek, 19 lutego 2018

#469



Wciąż uwielbiam czytać historie miłosne. Nie wyrosłam z tego i nie jest mi z tym źle. W żadnym wypadku. Poza tym uważam, że raz na jakiś czas powinniśmy czytać coś lekkiego by nie zwariować. Dlatego sięgnęłam po najnowszą książkę Sarah Morgan „Cud na Piątej Alei”

Eva jest romantyczką, która wierzy w szczęśliwe zakończenia, i że ludzie są pełni dobra. Razem z dwiema przyjaciółkami prowadzi firmę organizującą przyjęcia. Od śmierci ukochanej babci w jej sercu panuje smutek. Największą pasją jest gotowanie i poświęca się temu całym sercem. Przed świętami Bożego Narodzenia dostaje zlecenie od Mitzy, która prosi aby zadbała o świąteczną atmosferę w mieszkaniu wnuka. Lucas jest pisarzem i według babci powinien teraz przebywać w Vermont i pisać swoją najnowszą powieść. Niestety Lukas nie wyjechał, a Eva nie może zrezygnować z zadania, bo nad Nowym Jorkiem szaleje śnieżyca i służby odradzają opuszczanie mieszkań. I tak Eva zostaje uwięziona w mieszkaniu z cynicznym autorem kryminałów, który ma zupełnie inne spojrzenie na świat aniżeli ona. Co z tego wyniknie? Musicie się poczytać o tym sami.

Dwa skrajnie różne temperamenty i charaktery pod jednym dachem to mieszanka wybuchowa. W szczególności, że Eva stara się pokazać Lucasowi, że można kochać dwa razy, że powinien dostrzegać w ludziach dobro, a nie tylko złe cechy. Będzie się także starać aby na jego twarzy częściej gościł uśmiech. Po śmierci żony Lucas całkowicie odciął się od świata. Eva będzie próbować to zmienić. Czy się uda?

„Cud na Piątej Alei” to książka przy której można się odprężyć. Autorka stworzyła bohaterów, którzy czytelnikom kradną serca. A historia o współczesnym kopciuszku wciąga od samego początku. Kibicujemy Evie podczas dokonywania zmian w Lukasie i wkurzamy się na pisarza za gburowatość i brak serca.

Ta powieść jest magiczna, a to pewnie za sprawą świątecznej atmosfery i miłości, która niespodziewanie spada na bohaterów. Polecam!!!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harper Collins Polska