Siedzę i siedzę, piszę i piszę. Albo nie piszę. Nie piszę tylko się gapię. Gapię i myślę co by tu napisać. Teoretycznie mam przeczytane i przesłuchane w ostatnim czasie sporo książek. Niestety o ile jak jestem gdzieś z dala od klawiatury to w mojej głowie kłębią się pomysły o tyle kiedy siadam przed komputerem to okazuje się, że może i jest o czym pisać ale jak myśli złożyć do kupy. Moja przygoda z pisaniem zaczęła się gdzieś jeszcze w pierwszej klasie gimnazjum. To będzie już ze 14 lat. Zaczęło się od rozmowy z koleżanką która powiedziała mi, że najlepszym sposobem radzenia sobie z problemami jest przelanie emocji na papier. Wziąłem to do siebie i zacząłem próbować. Okazało się to być bardzo udanym pomysłem. Nie powiem, żebym stał się od razu artystą pióra, moje pierwsze dzieła były tak szalone i nieskładne, że dziś wydaje mi się szczęśliwym trafem zgubienie notatnika ze starymi tekstami. Gdyby ktoś to zobaczył mógłby stracić wiarę w to, że kiedyś napiszę choćby namiastkę czegoś mądrego. Na szczęście w miarę pisania mój styl, tematyka i emocje zaczęły się zmieniać i tak w okresie licealnym moje (głównie) opowiadania zaczęły przybierać formę którą mogłem zacząć pokazywać ludziom. Ba, pojawiły się nawet pomysły na książki i pierwsze fragmenty. Niestety zapału za każdym razem brakowało. Problem był nie w tym, że nie miałem pomysłów i chęci. Największą przeszkodą było pisanie w emocjach. To jak zacząłem pisać uwarunkowało we mnie pewien sposób ekspresji który sprawdza się tylko w tedy kiedy emocje we mnie są silne i tak większość moich tekstów nie była przemyślana i długo planowana. Zazwyczaj wyglądało to tak, że wzbierały we mnie emocje. Czułem, że jak teraz siądę przed klawiaturą to coś ze mnie wyjdzie. Jeszcze nie wiem co, ale na pewno będzie. Czasem w głowie pojawiało mi się pierwsze zdanie, czasem tylko imię bohatera, siadałem i zaczynałem pisać. Właście czasem czułem się jak by tekst pisał się sam a ja tylko byłem pośrednikiem. To prawie taki trans. Niestety nigdy nie trwał on na tyle długo, żeby wyszła z tego jakaś dłuższa forma w wyniku czego większość moich tekstów ma maksymalnie kilka stron. Dziś kiedy siadam przed edytorem tekstu potrafię częściowo zmusić się do pisania jeśli mam już w głowie jakiś pomysł i względny plan, ale to już nie jest to samo uczucie. Dopiero kiedy wzbierają we mnie emocje potrafię siąść i pisać właściwie o czymkolwiek byle tylko pisać. Jest to dla mnie spora przeszkoda i próbuję z nią czasem walczyć ale z drugiej strony to uczucie kiedy siadam i samo się pisze jest nie porównywalne z niczym. Szczególnie kiedy tekst jest skończony, emocje opadają a ludzie którzy go przeczytali twierdzą, że to całkiem niezłe czytadło. Podobnie jest z innymi tekstami, choć tu jest już jednak łatwiej. Taka recenzja na przykład powstając w konsekwencji przeczytania książki może powstać w miarę szybko zaraz po jej przeczytaniu. Jednak i tu im dłużej tym ciężej mi wrócić do tych emocji. I nie pomaga tu przygotowanie sobie wcześniej planu co napisać. Brak emocji sprawia, że tekst jest po prostu mniej przystępny i nie daje tyle satysfakcji. A jeśli o mnie chodzi to podchodzę do tego dość egoistycznie i z jednej strony lubię wiedzieć, że ludzie chętnie przeczytają moje słowa a z drugiej lubię to uczucie kiedy przepełniony emocjami postawiłem ostatnią kopkę i mogę patrzeć z dumą na swoje dzieło. Oczywiście nie wykluczam krytyki ale pamiętajcie, że z każdą słabą opinią w moje serce wbija się mała lodowa szpilka. A jak to u was jest z tym pisaniem?
piątek, 12 lipca 2013
piątek, 21 czerwca 2013
#256
Nie wiem czy przy wcześniejszej notce o Śląskich Blogerach Książkowych wspominałam, że raz w miesiącu będziemy zamieszczać wspólne posty tematyczne. Ostatnim razem był to kwestionariusz Prousta, tym razem będzie coś z innej beczki a konkretnie o pożyczaniu książek. Zapraszam.
Zabiłabym tego, który zniszczyłby
mi książkę.
Tak właśnie. Bo nie oszukujmy
się, dla mnie książki to świętość. A jak wiadomo o świętość trzeba dbać. No
dobra nie zabiłabym, ale jedno jest pewne osoba która zniszczyłaby mi książkę
byłaby na przegranej pozycji od razu. Natychmiast. Każda książka jest dla mnie
oczkiem w głowie. Dokładnie tak samo jak dziecko w oczach rodziców, tak u mnie
jest z książkami.
No to teraz powinno pojawić się
pytanie: w takim razie nie pożyczasz książek? hm… no i jakby to powiedzieć,
ostatnio jestem „książkowym dilerem” dla mojej koleżanki, która nałogowo czyta
książki, no i podrzucam kilka pozycji koledze (musi nadrobić trochę zaległości,
tak jak ja) no i czasem ktoś jeszcze coś ode mnie zabierze. Generalnie jest
tak, że ja owszem pożyczam książki. Bo przecież należy się dzielić z bliźnimi.
Jednak każdy kto ode mnie zabiera egzemplarz książki dobrze wie, że książka
musi wrócić w nienaruszonym stanie. Bo w innym wypadku – jak to mówi moja mama
– ręka noga mózg na ścianie. W drugą stronę działa to dokładnie tak samo. Wiem,
że jeśli pożyczę od kogoś książkę to muszę ją oddać w nienaruszonym stanie. I
nie mam tutaj na myśli wcale tego, że będą widoczne oznaki czytania. Tylko, że
książka wróci nie zniszczona czyli bez pozaginanych rogów, bez zalanej kawą
okładki, czy też nie daj Boże podartej przez przypadek.
Pamiętam będąc jakiś czas temu w
szkole, pożyczyłam koleżance książkę. Nie pamiętam jednak co to była za
książka. Chyba coś o Dr House. Okładka była jasna. Siedzimy na zajęciach,
koleżanka wyciąga pożyczoną ode mnie książkę a tam na tylniej stronie okładki
wielki, odciśnięty ślad po kubku z kawą. Krew mi się zagotowała i koleżanka
usłyszała niezłą wiązankę. Cóż, książka w ostateczności do mnie nie wróciła,
ale kontakt z koleżanką utrzymuje nadal.
No i tutaj znów pojawia się problem
nie zwracania książek. Na początku kiedy moja lista książek, które mam na półce
nie była duża, to w programie notowałam pożyczane książki. Jednak ostatnimi
czasy już tego nie robię. I jestem z tego powodu zła na siebie, ponieważ dość
spora ilość książek do mnie nie wróciła. Na szczęście teraz lista osób, którym
dostarczam książki skurczyła się do trzech czterech osób, więc łatwiej mi nad
tym zapanować.
A jak jest z Wami?
P.S.
Osobisty po zapoznaniu się z tym
postem (sorki, ale zaglądał mi przez ramię) zrobił mi wykład pisania po
książkach. I tutaj już spieszę z wyjaśnieniami co mógł mieć na myśli. Otóż:
dedykacje. Wydaje mi się, że dobrym pomysłem jest gdy książka, którą wręczamy w
prezencie posiadała jakieś słowo od nas. Życzenia, cytat czy coś. Według
Osobistego taka rzecz w ogóle nie powinna mieć miejsca. Bo jak to pisać po
książkach? Owszem, można zostawić na kartce w środku życzenia, jednak na
stronie tytułowej? O nie!!! Ja mam na szczęście inne zdanie na ten temat.
Ostatnio sama taką książkę dostałam, a w mojej biblioteczce też się kilka
takich znajdzie (i nie mam na myśli dedykacji od Autorów). No dobra, przyznam
się jeszcze do tego, że po książkach w środku też coś czasem zdarzy mi się
zakreślić. Ale nie markerem tylko ołówkiem, tak, żeby wiedzieć, że np. ten
cytat wywarł na mnie ogromne wrażenie i muszę go zapamiętać, albo cytat przyda
mi się później do recenzji.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
#255
Droga Tachykardio!
Jak dobrze wiesz, bardzo lubię
książki które wzbudzają we mnie emocje. Nie raz pewnie słyszałaś, że podczas
czytania rzucałam książką bo wściekłam się na Autorkę, bo za bardzo namieszała
w życiu bohaterów. A przecież o to właśnie chodzi, żeby książka którą czyta się
w danym momencie wzbudzała emocje. Żeby wciągała od pierwszych stron i
sprawiała, że chcemy więcej i więcej. Tak właśnie było z książką „Pojedynek
uczuć” Krystyny Mirek. To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej Autorki,
ale wiem, że nie ostatnie. Właśnie sprawdziłam własną bibliotekę i na półce
czeka „Prom do Kopenhagi”. No ale mam opowiadać o Jej najnowszej książce.
Usiądź wygodnie w swoim ulubionym fotelu (ja tak robię zawsze gdy czytam) i
posłuchaj historii o bohaterach książki.
Majka to główna bohaterka.
Pracuje w wielkiej firmie produkującej soki. Skończyła trzydzieści lat, ma
czteroletniego syna Krzysia, żyje w nieformalnym związku z Adamem, spłaca
kredyt za mieszkanie we frankach. Poznajemy ją w momencie kiedy po
nieprzespanej nocy (w końcu trzeba zadowolić swojego mężczyznę, kosztem swojego
niewyspania), stara się wyglądać świeżo (by nie daj Boże Adam nie zaczął
oglądać się za innymi – strach przed porzuceniem i kredytem we frankach robi
swoje) dba o rodzinę. Do pracy wpada jak burza, wręcz w ostatniej chwili. Z duszą
na ramieniu zaczyna pracę, bo jak każdy w firmie Leona Burskiego boi się by
szef nie wyrzucił jej. Bo właśnie w firmie Leovita każdy drży o swoją posadę.
Pracownicy wiedzą, że ich praca jest zależna od humorów prezesa. Niestety Majka
przez stresy w pracy, zaniedbuje opiekę nad własnym synkiem. Po pracy wraca
zmęczona i nie zdolna do niczego. Bo przecież kredyt we frankach trzeba
spłacać. W końcu nadchodzi taki dzień kiedy to Adam porzuca rodzinę. Majka
zostaje sama z czteroletnim dzieckiem, kredytem i pracą, która pochłania ją
dogłębnie. W pracy nie może się przyznać do tego, że jest samotną matką, gdyż
prezes Burski nie zatrudnia samotnych rodziców, więc można powiedzieć, że Majka
byłaby na wylocie. Więc się do tego nie przyznaje. Ukrywa fakt, że Adam zniknął
z jej życia i sama zajmuje się synem. Do czasu. W firmie dochodzi do zmian na
samym szczycie. Nowy prezes z większą ilością udziałów zwalnia Majkę.
Dziewczyna załamuje się (bo przecież kredyt trzeba spłacić). Dodatkowo jej mama
przechodzi zawał i trzeba się nią zająć. Czy uda się Majce znaleźć pracę? Czy będzie
w stanie pogodzić wychowanie syna z nowym zajęciem? I jaką rolę w życiu Majki
odegra Szymon Burski?
Od pierwszych stron powieści
buzowały we mnie emocje: Majką miałam ochotę potrząsnąć i powiedzieć by się
ogarnęła i przystopowała, Adama miałam ochotę spoliczkować i kopnąć w cztery
litery, siostrę Adę zamordować, Krzysia przytulić a o samym szefie Leovity wolę
nie mówić, bo moja łacina podwórkowa jest raczej biedna. Tak, książka wzbudza
emocje od pierwszej strony. Podczas czytania trzymałam kciuki za Majkę. Chciałam
by w końcu przejrzała na oczy i była szczęśliwa. Ale szczęśliwa tak naprawdę,
nie kosztem samej siebie i Krzysia. Bo przecież kiedy matka jest szczęśliwa,
dziecko także jest szczęśliwe.
„Pojedynek uczuć” to mimo
wszystko nie jest romans. To nie jest książka o słodkiej i pięknej miłości. To powieść
ukazująca realia dzisiejszego świata. Świata w którym rządzi pogoń za
pieniądzem. Za pracą, która zaspokoi potrzeby i spłaci kredyt. To także
historia bezradności ludzi pracujących w dużych firmach, gdzie ich „życie” (to
zawodowe) zależy nie od tego jak pracują (a przecież pracują dobrze, wypełniają
swoje obowiązki) ale od humorów prezesa. Wydaje mi się, że to nie jest nagięta
prawda. Tak może dziać się wielu firmach. Autorka porusza jeszcze jeden ważny
temat: pracująca, samotna matka wychowująca małe dziecko. Ukazuje jej walkę z „wielką
firmą” i samotnością, która spada na nią w najmniej oczekiwanym momencie.
Autorka nie tylko przedstawia
losy Majki i jej samotność. Ukazuje także życie jej szefa Leona Burskiego. Nie
jest to szczęśliwy człowiek. Żądza pieniądza i wygodnego życia sprawiła, że stracił
rodzinę, wyzbył się empatii i wrażliwości na los drugiego człowieka. Podczas
czytania uwierz mi będziesz życzyć mu jak najgorzej.
Książkę czyta się szybko. Muszę ci się przyznać, że kilka razy zarwałam przez nią noc. Ale oczywiście nie
specjalnie. Po prostu położyłam się około dwudziestej trzeciej do łóżka z
książką w łapce i nagle okazało się, że jest pierwsza a ja za pięć godzin muszę
wstać do pracy.
Polecam Ci tę książkę z czystym
sumieniem. Nie pożałujesz ani jednej minuty podczas czytania. Będziesz się
wkurzać na bohaterów i trzymać tak jak ja kciuki za powodzenie w życiu Majki. A
na koniec uśmiejesz się jak norka. Bo powiem Ci w sekrecie, że miłość czeka na
nas tam gdzie całkowicie się nie spodziewamy. A najskrytsze marzenia, przy
pomocy innych, są wstanie się spełnić. Bo przecież wszechświat sprzyja tym co
marzą.
Pozdrawiam
Archer
Archer
P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Feeria
piątek, 14 czerwca 2013
#254/10
Moje drogie Blogerki!
Duużo czas minęło od spotkania Śląskich Blogerek Książkowych na którym dzięki uprzejmości waszej i Wydawnictwa M stałem się posiadaczem książki Ciotki Anny Drzewieckiej. Trochę mi zeszło ale to wszystko wina kota. Zuza stwierdziła, że ma pierwszeństwo i przywłaszczyła sobie książkę. Ale ta w końcu trafiła do mnie i śpieszę z relacją.
Anna Drzewicka jako dorosła kobieta i autorka pozostaje dla mnie tajemnicą. Po trzech minutach intensywnego googlowania nie znalazłem nic konkretnego na jej temat. Jednak Anna Drzewiecka jako dziecko i młoda kobieta to już inna historia. Książka powstała jako zbiór wspomnień małej dziewczynki opowiadany już jako dorosła kobieta. Ciotki to w dużej części opowieść o dziewczynce dorastającej w dość sporej rodzinie z długą historią. A jest o czym opowiadać. Początek książki w przystępny sposób opowiada historię trzech pokoleń rodziny. Historie którą udało się uzbierać i zapamiętać autorce kiedy była jeszcze młodą i ciekawą świata dziewczyną. Gdy docieramy do opowieści o tytułowych Ciotkach zaczyna się robić jeszcze ciekawiej. Ciotek było osiem i to nie byle jakich. Każdą z nich poznajemy w osobnym rozdziale taką jaką widziała je autorka w swoich młodych latach. Opowieści te mogą wydawać się czasem infantylne ale o to częściowo autorce chodziło. O pokazanie świata jaki widziała wychowująca się w zupełnie jeszcze innym świecie. Ostatnia część książki to wspomnienia o przyjaźniach, zwierzętach i miejscach szczególnych dla jej serca.
Za Ciotki zabrałem się z dużą dawką rezerwy, bo w końcu to miało być babskie czytadło. No ale jako oficjalna blogerka nie mogę się wymigiwać takim argumentem. Sto pięćdziesiąt stron to dość niewiele i czytanie poszło szybko. Tym bardziej, że jest ona napisana przyjemnym językiem. Historia jest opowiedziana w taki sposób, że mimo iż nie jest to coś szczególnie odkrywczego to każdy z nas odnajdzie w niej trochę siebie. Siebie z przed lat. Młodego dzieciaka zafascynowanego światem. Autorka dzieli się z nami cząstką siebie i dzięki temu skłania do refleksji nad swoim dzieciństwem. Czytając tę książkę łatwo uciec do własnych wspomnień i to chyba jest najmocniejszą stroną tej opowieści.
Książkę polecam wszystkim (nie tylko Blogerkom). Myślę, że najlepiej wybrać ciepłe popołudnie, usiąść na balkonie, w ogródku czy ulubionym fotelu, przygotować kieliszek wina i udać się w przyjemną i odprężającą podróż do świata wspomnień autorki (a zapewne i swoich). Polecam też przygotować notes lub ołówek do zaznaczania bo myśli do zapamiętania w książce jest sporo.
Pozdrawiam,
Osobisty Mężczyzna.
p.s.
Tu miało stać zdjęcie okładki ale kot usilnie twierdzi, że to jednak jej książka i niebedzie zdjęcia.
środa, 12 czerwca 2013
#253
Droga Tachykardio!
Czasem warto odłożyć na chwilę na
bok literaturę kobiecą, by zabrać się za coś bardziej kryminalnego. A najlepiej
gdyby się dało połączyć romans z kryminałem. Myślisz, że można połączyć ze sobą
te dwa gatunki literackie i stworzyć coś co porwie czytelnika od pierwszej
litery? Osobiście myślę, że tak. Całkiem nieźle wychodzi to Tess Gerritsen.
Gerritsen znana jest przede wszystkim z thrillerów medycznych. Jednak w jej
dorobku literackim można także romans kryminalny. I tak też było w przypadku
książki „Ścigana”.
Clea Rice od najmłodszych lat
szlifowała swój złodziejski fach. Jej nauczycielem był wujek, który był w tym
ekspertem. Przez niefortunny zbieg okoliczności Clea trafia na kilka lat do
więzienia. Gdy już z niego wychodzi postanawia rozpocząć uczciwe życie.
Niestety nie udaje jej się to. Przez dziwny splot wydarzeń trafia w sam środek
międzynarodowej afery. Afery dotyczącej przemytu wartościowych dzieł sztuki.
Wróg jest bezlitosny i chce pozbyć się niewygodnego świadka. Rozpoczyna się
pościg za Cleo, która stała się celem wroga. Dziewczyna nie może liczyć na
pomoc policji. Przez swoją przeszłość jest niewiarygodnym świadkiem. Postanawia
na własną rękę udowodnić, że jest niewinna. Jak wiadomo los płata figle.
Podczas włamania natrafia na innego złodzieja. Od tego momentu nic nie jest
takie jakie powinno być. Kim jest włamywacz? Czy dziewczynie uda się udowodnić
swoją niewinność? Czy przestępcy, którzy depczą jej po piętach w końcu dadzą za
wygraną?
Kiedy sięgam po książki Tess,
wiem, że nie będę się nudzić. Tym razem było identycznie. Akcja standardowo
gnała na łeb na szyję: był pościg, włamania do najlepiej strzeżonych domów,
wystawne przyjęcia, strzelaniny oraz niespodziewana miłość pomiędzy głównymi
bohaterami.
Książkę czyta się nieprzerwanie
do ostatniej kropki. Przez cały czas dopingowałam Cleę. Chciałam aby w końcu
udało się jej pokonać swojego wroga. No i udowodnić wszystkim, że należy odciąć
przeszłość od teraźniejszości.
Szkoda tylko, że książka nie jest
grubsza. Dlaczego? Bo tę za szybko mi się przeczytało. Pewnie grubość
przyczyniła się także do tego, że nie miałam ochoty odkładać ją na później.
Byłam ciekawa jak zakończy się śledztwo i czy Clea w końcu zaufa nie tylko
sobie.
Myślę, że książka spodoba się
fanom twórczości Tess Gerritsen. Jeśli się do nich zaliczasz, nie zawiedziesz
się. Jestem przekonana, że także będziesz dopingować bohaterkę i trzymać za nią
kciuki.
Polecam!
P.S.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harlequin
Subskrybuj:
Posty (Atom)





