niedziela, 18 listopada 2012

#223/3




Steve Jobs to niezaprzeczalnie jedna z największych ikon popkultury, legenda marketingu i niezwykły wizjoner. Przez lata przekonywał ludzi, że można zrobić więcej i lepiej niż ktokolwiek mógł by przypuszczać. Stojąc za sterami firmy Apple osiągnął w biznesie niemal wszystko. Historia jego życia dla wielu jest ciekawym tematem i wiele też powstało książek firmowanych jego nazwiskiem. Niestety, zdecydowana większość z Jobsem związku ma tyle, że na okładce zostało użyte jego nazwisko w celu podniesienia sprzedaży losowego gniota z dziedziny marketingu czy IT. Osobiście przeczytałem lub chociaż przejrzałem wiele z nich i z czystym sercem mogę polecić tylko dwie. iCon. Steve Jobs: najbardziej niezwykły akt drugi w historii biznesu oraz Steve Jobs by Walter Isaacson to pozycje z których każdy (nie tylko fan Apple) powinien przeczytać chociaż jedną.

iCon to książka prawie legenda. Nieautoryzowana biografia obejmująca okres od młodości do wyrzucenia Go z własnej firmy a potem wielkiego powrotu do Apple. Zawierała wiele wypowiedzi ludzi związanych z Jobsem i jego pracowników. Ukazany został obraz niezwykle inteligentnego wizjonera twardego negocjatora i niezwykłego tyrana. Obraz przedstawiał Jobsa jako osobę równie dobrą jak złą co wyjątkowo mu się nie spodobało. Zapałał tak wielką nienawiścią do tej książki, że w pewnym momencie została ona absolutnie zakazana w kreowanym przez niego świecie Apple. Żaden oficjalny sprzedawca nie mógł posiadać tego tytułu w swojej ofercie. Krążą legendy, że gdzieś w Europie jedna z sieci sprzedawała iCon co tak rozgniewało Jobsa, że skazał firmę na banicję i całkowicie odciął ją od dostaw sprzętu a to finalnie doprowadziło do ich upadku.

Steve Jobs by Walter Isaacson to już inna historia. Pod koniec swojego życia Jobs męczony chorobą starał się doprowadzić do stanu w którym jego największe osiągnięcie, firma Apple mogła działać w pełni sprawnie bez niego. W tym samym czasie stwierdził, że nadszedł czas pozostawić po sobie coś jeszcze. Wybrał Waltera Isaacsona na swojego niemalże spowiednika. Był to pierwszy raz kiedy Jobs dał komukolwiek z zewnątrz możliwość opisania jego życia i co jeszcze ciekawsze autor dostał wolną rękę w tym jak przedstawi jego osobę. Steve w żaden sposób nie chciał nawet ingerować w proces twórczy. Choć jak opisuje sam Isaacson często musiał wyciągać z niego informacje prawie na siłę lub długo negocjując.

Jobs był osobą która miała niesamowity talent w dobieraniu odpowiednich słów do sytuacji. Zmysł marketingowy którego zazdroszczą mu niemal wszyscy. Potrafił wytwarzać wokół siebie swego rodzaju bańkę po wejściu do której nie dało się już wyjść. Każdy zatapiał się w wizji Steva.

W tym miejscu miałem napisać kilka słów o jego życiu ale to jest niewykonalne. Po trzech próbach napisania skrótu musiałem zaczynać od nowa bo rozrastał się niesamowicie. Jobs to człowiek o którym nie da się powiedzieć w krótkiej notce na blogu. Dlatego polecam wszystkim przeczytanie jednej z wymienionych wyżej książek. Na zachętę przytoczę więc tekst który Jobs napisał do pierwszej reklamy Apple po swoim powrocie do firmy w 1996 roku.

„Oto ludzie szaleni. Niedopasowani. Buntownicy. Twórcy kłopotów. Okrągłe kołki w kwadratowych dziurach. Ci, którzy widzą rzeczy inaczej. Nie lubią zasad. I nie mają respektu dla obecnego stanu rzeczy. Możesz ich chwalić, nie zgadzać się z nimi, cytować ich, nie wierzyć im, wychwalać, albo oczerniać ich. Jedyną rzeczą, której nie możesz zrobić to ignorować ich. Ponieważ oni zmieniają rzeczy. Wynajdują. Wymyślają. Leczą. Odkrywają. Tworzą. Inspirują. Pchają rasę ludzką do przodu. Może oni muszą być szaleni. Jak inaczej mógłbyś wpatrywać się w puste płótno i widzieć dzieło sztuki? Albo siedzieć w ciszy i słyszeć piosenkę, która nigdy nie została napisana? Albo spoglądać na czerwoną planetę i widzieć 'laboratorium na kołach'? Podczas gdy niektórzy widzą ich jako szalonych, my widzimy geniuszy. Ponieważ ludzie którzy są wystarczająco szaleni aby myśleć, że są w stanie zmienić świat, są tymi, którzy to robią.”

środa, 7 listopada 2012

#222



Kiedy zamknęłam książkę „Alibi na szczęście” czułam maleńki niedosyt. Kilka spraw nie zostało wyjaśnionych. Na półce czekała już kontynuacja debiutu Anny Ficner-Ogonowskiej „Krok do szczęścia”. Jednak za tę powieść nie zabrałam się od razu. Musiała chwilkę poczekać. Wiedziałam jednak, że nie może czekać długo, bo wkrótce zapomnę co działo się w „Alibi…” Tak więc w końcu przyszedł moment, kiedy usiadłam w ulubionym fotelu i zabrałam się za lekturę dalszych losów Hani, Dominiki oraz ich najbliższych.

Ślub Dominiki zbliża się nieubłaganie  Niestety Hania, zamiast cieszyć się szczęściem siostry, coraz bardziej zaczyna zatracać się we wspomnieniach. Nie są one jednak pozytywne. Tkwią w niej niczym drzazga pod skórą. Nie potrafi sobie z nimi poradzić. Wie, że powinna o tym wszystkim co wydarzyło się w przeszłości zapomnieć i żyć dalej. Jednak nie jest to takie proste jakby się wydawało. Dominika stara się by Hania wreszcie zmierzyła się z przeszłością. Mikołaj coraz bardziej stara się zbliżyć do dziewczyny. Nie chce już czekać, chce wziąć sprawy w swoje ręce. Jednak Hanka znów otacza się swoim murem. Dodatkowo na jaw wychodzi skrzętnie ukrywana rodzinna tajemnica, która jeszcze bardziej komplikuje i tak już zagmatwane życie Hani.

No cóż, przyznaję, że druga część historii Hani, Mikołaja i Dominiki jest jakby bardziej dynamiczna. Jest tutaj więcej wątków, odkrywanych tajemnic. Znów mamy życiowe zmagania głównej bohaterki ze swoją przeszłością. Nadal jest ból po utracie najbliższych osób. Jednak jest także nadzieja na nowsze i trochę lepsze i szczęśliwsze życie. Tylko czy Hania potrafi się na to szczęście znów otworzyć?

Nie wiem dlaczego ale bardzo wkurzała mnie główna bohaterka. Hanka nie potrafiła żyć bez umartwiania się, wychodzi na to, że straszna z niej masochistka. Zastanawiam się dlaczego Autorka zrobiła z niej taką męczennicę? Dlaczego nie pozwoliła jej definitywnie rozliczyć się z przeszłością? Raz a dobrze. I kiedy teraz o tym myślę dochodzę do wniosku, że dość często rozpamiętujemy to co wydarzyło się dawno temu. Hodujemy w sobie wspomnienia, które są w nas głęboko zakorzenione. Czasem nie chcemy się ich pozbyć, by o nich stale pamiętać. Wydaje mi się jednak, że to co było kiedyś powinno zostać w przeszłości, natomiast powinniśmy żyć teraźniejszością i spoglądać w przyszłość a nie w przeszłość. Bo to co było już nie wróci.

Zakończenie książki oraz nie wytłumaczone wszystkim tajemnice sugerują kolejną część. W sumie nie miałabym nic przeciwko temu by poznać dalsze losy Mikołaja i Hani. Mam tylko nadzieję, że Hanka pójdzie po rozum do głowy i weźmie się w garść. No i przede wszystkim przestanie użalać się nad sobą.

„Krok do szczęścia” to ciepła opowieść o tym, że nawet największy pesymista w końcu wyjdzie ze swojej czarnej norki. To także dowód na to, że przyjaciele są w naszym życiu ważnym ogniwem, że zawsze chcą dla nas jak najlepiej. Nawet wtedy kiedy musimy pokonać demony przeszłości. To również historia miłości cierpliwej. Polecam.   

wtorek, 30 października 2012

#221/2


Osobisty Mężczyzna wita ponownie. Dziś mam dla Was coś bliższego Waszym sercom - Literaturę! Andrzej Pilipiuk jest obecnie jednym z najpłodniejszych Polskich autorów. Jak sam zwykł mówić pisanie jednej książki na rok jest zwykłym lenistwem (szczególnie mówi tak kiedy przypomni sobie o hipotece ;) ). Przy okazji jednego z ostatnich spotkań autorskich, wspomniał o możliwej kontynuacji przygód kuzynek Kruszewskich o których wam teraz opowiem. Tryb recenzencki włącz.

Trójksiąg Kuzynki, Księżniczka, Dziedziczki to opowieść przygodowa z lekkim zabarwieniem fantasy. Poznajemy tu Katarzynę Kruszewską która jako genialny informatyk z sukcesem odnajduje się w strukturach CBŚ. Pewnego dnia decyduje się poznać historię jednej ze ze swoich krewnych o której krążą rodzinne legendy. Ciekawie staje się kiedy odkrywa, że Stanisława Kruszewska urodzona kilka pokoleń wcześniej wciąż żyje i ma się całkiem nieźle. Odległa kuzynka okazuje się pracować jako nauczycielka w prywatnym, żeńskim liceum w Krakowie.

Po spotkaniu głównych bohaterek ruszamy w niezwykłą i tajemniczą podroż po pięknie opisanym Krakowie. Poznajemy niezwykłe istoty, sekrety miasta i spiski istniejące od wieków. Poznajemy tajemnicę tynktury, substancji odkrytej przez Sędziwoja z Sanoka wybitnego alchemika urodzonego na przełomie XVI/XVII wieku. Jego uczennica Stanisława wraz ze swoją odnalezioną krewną poszukują go aby uzupełnić zapas tynktury, swoistego eliksiru długowieczności podczas powstawania którego efektem ubocznym jest spora ilość złota. W między czasie wpadają na młodziutką wampirzycę Monikę Stiepankowić, młodziutką przynajmniej z wyglądu bo w rzeczywistości jest ona księżniczką urodzoną w 886 roku.

Przez wszystkie trzy tomy Pilipiuk prowadzi nas lekko, niezwykle łatwo wplatając w opowieść mnóstwo historycznych ciekawostek. Dzięki opisom dawnych dziejów i przedmiotów czy receptur możemy poczuć jeszcze większą bliskość z wiekowymi postaciami. Znajomość miasta jak i jego historii pozwala autorowi przedstawić nam naprawdę świetny obraz uliczek i zakątków które jak żywe pojawiają się przed oczami czytającego. Lekkie pióro autora sprawia, że wprawny bibliofil przebrnie przez każdy tom dosłownie w jeden wieczór. Nie jest to szczególnie wymagająca historia. Dzięki dużej wiedzy autora, precyzji szczegółów oraz elementów tła, mamy wrażenie jak byśmy oglądali film a nie czytali książki. Osobiście przez cały czas miałem obrazy z powieści przed oczami i nawet nie zauważyłem kiedy przebrnąłem przez poszczególne tomy.

Mam nadzieję, że zgodnie z obietnicą autora w przyszłym roku dostaniemy kolejne przygody Kuzynek. Ich niezwykła opowieść, klimat tajemnicy i przywiązanie do przeszłości jest czymś co spokojnie mogę polecić wszystkim czytelnikom - nawet zatwardziałym przeciwnikom fantastyki.

W osobistej skali oceniam to na 8,5/10. Pół punktu daję za smakowite kąski w których Autor puszcza oko do czytelnika stosując auto ironię (Stanisława krytykuje książkę o przygodach Jakuba Wędrowycza) a także luźne nawiązania do innych polskich autorów Fantasty.


środa, 24 października 2012

#220/1

No więc są!!! Po ponad dwóch latach postanowiłam zmienić logo. Nazwa się nie zmienia, jednak zdjęcie jak pewnie widzicie zmieniło się. Powód? Związany jest z niespodzianką, którą szykowałam od jakiegoś czasu.
Otóż od dzisiaj na blogu, który dotychczas był "domem" tylko Archer wprowadził się (jak na razie - jak to mówi - tylko gościnnie) Mój Osobisty Mężczyzna czyli Q. Nie będę przynudzać, o szczegółach opowiem przy okazji. Teraz zostawiam Was samych z Q. (Błagam, tylko bądźcie dla Niego wyrozumiali ;-))

- Raz, dwa... Raz, dwa... Halo, jak mnie słychać? Dobrze? Super! Z tej strony klawiatury kłania się Osobisty Mężczyzna. Dzięki uprzejmości Archer i zaawansowanym negocjacjom  (bała się konkurencji więc wciągnęła mnie do siebie ;) ) będę gościnnie zamieszczał tu recenzje seriali, filmów, książek a czasem może nawet gier. Tematyka może być zmienna i różna od tego do czego przyzwyczaiła was Właścicielka Bloga. Książkowo możecie spodziewać się głównie wszelkiej maści fantastyki a czasem horroru lub kryminału. W przypadku filmów i seriali ograniczeń właściwie nie widzę. Na początek poczęstuję was czymś nowym w tematyce Bloga a mianowicie recenzją serialu Beauty and the Beast. Dziękuję za uwagę i zapraszam do przeczytania (wszelkie uwagi i krytyka będą mile widziane choć nie ukrywam, że krytykę absolutnie zignoruję ;P ). Tryb recenzencki włącz.

    W ostatnim czasie wśród twórców filmów i seriali widać wyraźny spadek kreatywności. Coraz więcej produkcji okazuje się bazować na istniejących już wcześniej historiach czerpiąc z nich garściami, a często wręcz kopiując wprost oryginalny pomysł. Niedawno rozpoczęte Beauty and the Beast, produkcja amerykańskiej stacji CW jest tego idealnym przykładem. Pomysł oparty jest na serialu o tym samym tytule z 1987 roku ten zaś luźno oparty był na oryginalnej baśni o Pięknej i Bestii. W przeciwieństwie jednak do baśni, akcja serialu dzieje się w czasach współczesnych i jest czymś w rodzaju wszechobecnych dzisiaj serii kryminalnych doprawiona science fiction.

    Główna bohaterka Catherine Chandler jest grana przez sympatyczną Kristin Kreuk najlepiej znaną jako pierwsza dziewczyna Supermena w serialu Smallville. W rolę Bestii wciela się Jay Ryan który również nie ma na swoim koncie spektakularnych sukcesów.

    Historia serialu zaczyna się w noc kiedy z rąk bandytów ginie matka głównej bohaterki a nastoletnia jeszcze Catherine zostaje w ostatniej chwili uratowana przez tajemniczą bestię. Główny wątek toczy się dziewięć lat później. Bohaterka już jako dorosła kobieta jest pracownikiem wydziału zabójstw. Któregoś dnia trafia na sprawę podobną do tej w której zginęła jej matka. Wszystkie ślady prowadzą do zmarłego przed laty doktora Vincenta. Ten okazuje się żyć skrywając okropną tajemnicę w czym pomaga mu jego najlepszy przyjaciel. Kiedy wreszcie bohaterka odkrywa swojego wybawiciela dowiadujemy się, że powodem przemiany w Bestię był tajny wojskowy eksperyment mający na celu stworzyć super żołnierzy a który wymknął się spod kontroli. Vincent jako jedyny członek eksperymentu zdołał uciec i uniknąć śmierci. Od tego czasu zmaga się z momentami utraty kontroli nad swoją siłą i wzmocnionymi zmysłami. Catherine obiera sobie za cel Odnaleźć winnych tej sytuacji i pomóc Vincentowi wrócić do normalności.

    Serial jest połączeniem modnych ostatnio tematów w przystępnej dla widza formie. Mamy tu zarówno szczegółowe śledztwa rodem z CSI w wykonaniu Pięknej jak i nadnaturalne moce Bestii wykorzystywane do czynienia dobra jednak okraszone wielkim ryzykiem kiedy pod wpływem emocji traci panowanie nad nimi (porównania do Hulka jak najbardziej uzasadnione). Oczywiście nie brakuje tu też obowiązkowego rządowego spisku i romansu który z góry skazany jest na porażkę. Co ciekawe w porównaniu do wcześniejszych wizji w tej produkcji Bestia jest raczej nazwą umowną. Bohater poza robiącą wrażenie blizną na twarzy nie ma żadnych deformacji czy mutacji odczłowieczających jego wygląd.

    Od strony technicznej serial zrealizowany jest całkiem nieźle jak na dzisiejsze standardy. Jednak od strony scenariusza mogło by być odrobinę więcej polotu i dynamiki. Ogląda się go przyjemnie choć dla wielu może się wydawać odrobinę zbyt naiwny w porównaniu z konkurencją obecną na rynku. Miejmy nadzieję, że wraz z kolejnymi odcinakami serial nabierze tempa bo zapowiada się całkiem sympatyczne. Szczególnie jeśli lubicie seriale kryminalne i wszelkiej maści spiski.

    W mojej osobistej skali oceniam go na 7/10. Jak będzie dalej jeszcze się przekonamy.


sobota, 20 października 2012

#219


Wszędzie ostatnio głośno o debiutującej autorce Annie Ficner – Ogonowskiej oraz o Jej debiutanckiej powieści „Alibi na szczęście“. Przyznaję, że książkę zakupiłam w momencie, gdy pojawiła się w księgarniach. Jednak wolałam spokojnie poczekać aż minie wielki szał i samej przekonać się czy wszystkie „Ochy i achy“ są zasłużone.

Główną bohaterką powieści jest Hania. Poznajemy ją w momencie swojego urlopu nad morzem. Spędza go u swojej dobrej znajomej Pani Irenki. Hania nad morze przyjeżdża od lat, jest to miejsce, w którym może spokojnie pomyśleć i się wyciszyć. Na co dzień jest nauczycielką języka polskiego w jednym z warszawskich liceów. Przyjaźni się z Dominiką, dziewczyną z temperamentem i to, co w głowie to na języku. Gdyby nie Dominika, jej przyjaciółka i prawie siostra, Hania dawno popadłaby w depresję. Pewnego dnia w życiu Hani pojawia się przystojny architekt Mikołaj. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie przeszłość Hanki, która nie pozwala dziewczynie otworzyć się na miłość. Mikołaj się nie poddaje i chce zbliżyć się do dziewczyny. Czy mu to się uda? Czy Hania w końcu pozbędzie się swojego alibi do szczęścia? Czy w końcu miłość wygra ze strachem a Mikołaj wykaże się anielską cierpliwością przy „zdobywaniu“ Hani?

Sceptycznie podchodziłam do tej powieści. Ale to pewnie przez te wszystkie zachwyty i raczej pozytywne recenzje, znajdywane w internecie. Bo przecież skoro same pozytywy to pewnie jest tutaj „pies pogrzebany“. I co? I nie ma. Faktycznie książka zachwyca. Jest to jak dla mnie bardzo udany debiut. No dobra, czasem główna bohaterka doprowadzała mnie do białej gorączki. Miałam wielką ochotę nią wstrząsnąć i powiedzieć żeby wzięła się w garść i zaczęła żyć. Bo jak tak dalej pójdzie, życie jej przecieknie między palcami. Podziwiałam Mikołaja za jego upór. Za to, że nie poddawał się i chciał za wszelką cenę zniszczyć mur, którym otoczyła się Hania.

Trzeba zwrócić jeszcze uwagę na bohaterów drugoplanowych. Trzeba przyznać, że bez nich historia byłaby mało barwna. Najbardziej przypadła mi do gustu Zuzia, wnuczka Pani Irenki. Takie żywe dziecko to skarb. Nie można jeszcze zapomnieć o Dominice. Ta dziewczyna to istny żywioł i dzięki swojemu temperamentowi i niewyparzonemu językowi nadaje powieści lekkiego smaczku. No i nie możemy zapomnieć, że wspiera i wyciąga z dołka główną bohaterkę. Taka przyjaciółka to skarb.

Mimo swojej objętości, książkę czyta się dość sprawnie. Wciąga od pierwszych stron. Od samego początku jesteśmy ciekawi, jaką to tragiczną przeszłość ukrywa przed Mikołajem, Hania. Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że nie może otworzyć się na miłość i uczucie? Książka pokazuje, że w naszym życiu miłość jest najważniejsza, że ona nadaje mu sens. Mimo iż przeżyliśmy tragedię trzeba żyć dalej, bo życie jest za krótkie na rozpamiętywanie przeszłości. Polecam!